<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Rys historyczny

  • Mazowsze
  • Troszkę o historii Polski XVIII i XIX wieku
  • Folwark szlachecki i chłopi w XVI w
  • Chłopi na ziemiach polskich w XIX w
  • Warunki życia dzieci na wsi na początku XX w
  • Pamiętnik J. Słomki
  • Pamiętniki K. Deczyńskiego i L. Drewnickiego
  • Dzieje gospodarcze Polski do roku 1939
  • Dom i zagroda we wsi mazowieckiej - przełom XVIII i XIX wieku
  • Warszawa
  • Litwa - dzieje do końca XVIII wieku
  • Władcy Polski i Rzeczypospolitej
  • Ziemia Nowogródzka – zarys historii
  • Polska wieś folwarczno-pańszczyźniana w XVI – XVIII wieku – wypisy akt
  • Marcin KROMER "Polska czyli o położeniu, ludności, obyczajach, urzędach ..."
  • Herby województw, ziem i miast w XVI w.
  • Herby domów litewskich w XVI w.

  •  

    Jan Słomka

    B.WÓJT W DZIKOWIE

    Pamiętniki włościanina od pańszczyzny do dni dzisiejszych "

    (Wypisy - oprac. własne)

     

     

     

    …. Wieś moja rodzinna Dzików leży nad Wisłą w powiecie tarnobrzeskim, tuż pod Tarnobrzegiem, przy granicy b. Królestwa Polskiego, rozciąga się na wzgórzu i odznacza się ładnem położeniem. Składa się obecnie z gminy obsiadłej w znacznej większości przez włościan, wśród których mieszkają rzemieślnicy, a także pomocnicy kancelaryjni i urzędnicy, zatrudnieni w Tarnobrzegu, – i z obszaru dworskiego, należącego do hrabiów Tarnowskich.

    Powierzchnia gruntów w gminie wynosi 439 ha, dworskich 729 ha, razem więc 1168 ha.

    Urodziłem się tu dnia 22 czerwca 1842 r.; w rodzeństwie, składającym się z trzech braci i tyluż sióstr, byłem najstarszy. Rodzina moja, tak z ojca, jak i z matki, była zwyczajną chłopską rodziną, żyli, jak inni w owych czasach, – nikt w całej naszej dużej rodzinie nie umiał wówczas pisać ani czytać.

    Ojciec mój Józef pochodził z b. Królestwa Polskiego, ze wsi Radowęża. Przyszedł stamtąd do Galicji z dwoma jeszcze braćmi, uciekając przed służbą w wojsku rosyjskiem, którą po upadku powstania w r. 1831 trzeba było odbywać w głębokich krajach rosyjskich przez długie lata.

    Radowąż leży niedaleko Dzikowa po drugiej stronie Wisły, należy zaś do parafji koprzywnickiej w powiecie sandomierskim. Było tam dawniej wszystkiego ośmiu gospodarzy, mających nieduże grunta, mniej więcej pięciomorgowe, z których odrabiali pańszczyznę w miejscowym folwarku.

    Jednym z tych ośmiu gospodarzy był mój dziadek Walenty, który żył przeszło 80 lat, a miał sześciu synów i córkę. Z tych trzej starsi, to jest mój ojciec ze starszym bratem Janem i młodszym Jackiem, przeszli – jak powyżej powiedziałem – na tę stronę Wisły i tu się osiedlili, młodsi zaś: Feliks, Piotr, Walenty i Marja pozostali za Wisłą i jest tam po nich druga połowa rodziny po wsiach: Radowężu, Sośniczanach, Łukowcu i Krzcinie.1

    Na ojcowiźnie w Radowężu został stryj Feliks, a wszyscy inni pożenili się na gospodarstwa, wynoszące po kilka morgów. Najdłużej z moich stryjów żyjący Piotr umarł dopiero w r. 1909, dożywszy 88 lat. Na pięć lat przed śmiercią odwiedził mię jeszcze w Dzikowie i był jeszcze tak krzepki, że cała drogę z Sośniczan i z powrotem (przez komorę graniczną w Sandomierzu), wynoszącą około czterech mil, odbył pieszo. Mówił, że nogi ma jeszcze lekkie, i chód go nie męczył.

    Ojciec mój ożenił się w Dzikowie na gospodarstwo, które wówczas za pańszczyzny stanowiło sześciomorgową zagrodę (Nr. domu 25) i według prawa przeszło z czasem na moją matkę, Jadwigę z Gierczyków. Młodsza siostra matki wydaną została na kmiece gospodarstwo 18-morgowe i według ówczesnego zwyczaju otrzymała wiano w inwentarzu żywym i sprzętach domowych. Więcej potomstwa po Gierczykach nie było.

    ***

    Do Dzikowa przyszli jeszcze z Królestwa w tamtych czasach Michał Ozych, Onufry Skrzypczak, Piotr Dudek, Jędrzej Nawrocki i tu się pożenili, a i w innych nadwiślańskich gminach dość się wtedy zawiślaków osiedliło i przeważnie powybijali się na lepszych gospodarzy.

    O ile pamiętam z opowiadania starszych, wszyscy oni nie mieli żadnych trudności przy osiedlaniu się w Galicji, o przynależność do gminy i poddaństwo austrjackie żaden z nich się nie starał, o tem nie było nawet mowy, ale dochodził do tego poprostu tak, że się ożenił na grunt albo otrzymał go ze dworu i od razu był traktowany i uważany, jak każdy inny w gminie zamieszkały. A ożenek też nie był wówczas trudny, bo parobek, który nic nie miał, mógł się żenić u zagrodnika lub u kmiecia, jeśli tylko miał zdrowe ręce do pracy; przedkładał tylko do ślubu metrykę ze swojej parafji i sprawa była skończona. Dopiero w późniejszym czasie, jak ja już wójtem byłem, podawał się niejeden o przynależność do gminy i obywatelstwo austrjackie, i to ludzie najwięcej takich zawodów, jak ogrodnicy, ekonomowie, rządcy, kasjerzy i t. d. – ze wsiowych żaden się o to nie starał

    ***

    Z tego, co już sam z dzieciństwa zapamiętałem, najważniejsze wspomnienie odnosi się do roku 1846, do t. zw. rabacji galicyjskiej. Pamiętam, jak przez sen, jak ojciec mój wpadł do izby – a właśnie był u nas zabity wieprzek – i wołał do matki i babki: ťGotujta tę wieprzowinę, niech dzieci jedzą i wszyscy, a resztę trza zakopać, bo rabacja idzie, to wszystko zabierą, a i nas zabić mogą!Ť. Wtenczas całą noc nie spaliśmy, tylko wszyscyśmy płakali, i wielki był strach w domu.

    Z późniejszych lat pamiętam dobrze, jak starsi opowiadali u nas w domu i na różnych zabawach, że w owych dniach rabacji hrabia zwoływał gospodarzy ze wsi, należących do niego, i prosił, żeby byli razem z nim do obrony, jakby co wypadło. Gospodarze wszyscy przyrzekli, że pójdą w obronie i w zamkowej kuźni ładowali kosy i inną broń do tego. Plan był ułożony taki, że jakby szła czerniawa w te strony, to miał wyjść do niej ksiądz z monstrancją i wszystek lud w procesji z chorągwiami, z Miechocina ku Kajmowu, i wzywać, żeby się wrócili, a gdyby tego wezwania nie usłuchali, to byłaby bitka.

    Chronili się wtedy ludzie z  innych dworów do zamku dzikowskiego, wszyscy jechali przerażeni, a między innymi jakaś pani, która leżała na bryczce z głową zwieszoną i zakrwawioną, a koło niej krzyczały dzieci. Na koniach piana stała, bo podobno panią tę napadli na drodze od Mielca i byliby zabili, tylko furman podciął konie i ocalił ją.

    Nie było wtedy poczt, jak teraz, a począwszy od Baranowa ku Mielcowi, gdzie się już rabacja zaczynała, stały warty chłopskie po karczmach, tak, że nikt tam ani nazad nie mógł przejść ani przejechać, nie było przeto dokładnej wiadomości, co się dzieje za Baranowem. Więc dwaj gospodarze z Miechocina: Wawrzyniec Kozieł i Paweł Wiącek, poszli wysłani przez hrabiego, ażeby przedrzeć się ku Mielcowi i przynieść stamtąd wieści. Gdy doszli do Nagnajowa, już im tam ludzie doradzali, żeby się nazad wrócili, bo może być źle z nimi, ale oni na te przestrogi nie zważali i poszli dalej. Zaledwie jednak przyszli do Annopola, w blizkości Padwi, zastąpili im tam chłopi na drodze przed karczmą, a uznawszy za ťszpiegów wysłanych przez panówŤ, bili w okropny sposób i mordowali i na miejscu obu zabili, i tam przy drodze pogrzebali, – gdzie też dotychczas znajduje się mogiła, przy teraźniejszej szosie krajowej.2

    Opowiadali starsi, że czerniawa, należąca do rabacji, szła od wsi do wsi i wszędzie zabierała chłopów ze sobą, i w ten sposób tworzyła się coraz większa banda, a jakby niechciał kto z nimi iść, to bili i zabijali. Ale w każdej wsi było dosyć takich, co chętnie do nich przystawali: jedni dla rabunku, inni chowali różne zemsty za pańszczyznę, a zresztą robiła swoje wódka, bo gdzie zdybali karczmę, to pili, co się dało, a czego nie wypili, to po pijanemu rozbijali i wylewali.

    ***

    Od szóstego roku życia zacząłem pasać na pastwisku: trzodę, krowy i konie. Wówczas było to w zwyczaju, że z każdego domu musiał być pastuch, chłopak lub dziewczyna. Jeśli ktoś nie miał własnego dziecka, zdolnego do pasania, trzymał służącego-pastucha. Żadnego dziecka wsiowego pasanie nie minęło, każde musiało to przeterminować.

    W 10-tym roku życia straciłem ojca, który w sile wieku zginął tragiczną śmiercią, wracając nocą po Trzech Króli z za Wisły razem z sąsiadem Franciszkiem Mortką. Pamiętam, jak tej nocy przyszli do naszego domu strażnicy austrjaccy, którzy pilnowali granicy od przemytników, obudzili dziadka i pytali się, gdzie jest podwójci, t. j. mój ojciec, ile ma dzieci i t. d. Ojca w domu nie było, więc się kazali prowadzić do wójta, gdzie zażądali podwody do Wisły. Gdy podwoda pojechała na wskazane miejsce, znaleźli ojca, leżącego bez życia na brzegu, a Mortka ciskał się jeszcze po ziemi. Zabrali obu do domu: najpierw zwłoki ojca, a potem Mortkę na drugi wóz. Ojca złożyli u nas w izbie na ziemi na prostej słomie. W domu było wiele płaczu i lamentu.

    Była to nocna sprawa i trudno było dociec, w jaki sposób ojciec zginął. Strażnicy tłumaczyli się, że tak ojca jak Mortkę znaleźli nad brzegiem Wisły, żywych, ale nie mogących iść o własnej sile, dlatego ich odeszli i udali się na podwodę. Powszechne jednak przekonanie było takie, że ojciec razem z Mortka powracali z Radowęża krypą, – bo Wisła wtedy nie była zamarznięta, – że krypa na środku rzeki się wywróciła, a oni chwyciwszy się jej końców, płynęli dalej zanurzeni w wodzie i wołali o ratunek. Gdy dobili do brzegu o tej stronie, natknęli się na zwabionych tem wołaniem strażników granicznych, którzy tak do ojca jak do Mortki mieli złość za przemytnictwo, bo nieraz były sprzeczki i bitki między strażnikami i przemytnikami. A chociaż wtedy ojciec i Mortka wracali z chrzcin od brata i szwarcunku żadnego nie wieźli, strażnicy rzucili się na nich i bili. O tem pobiciu świadczyły znaki, czyli sińce na ciałach, nadto przy sekcji zwłok ojca, odbytej na cmentarzu, stwierdzone było rozbicie czaszki, zapewne wskutek uderzenia piętą od gwera, a co według strażników miało pochodzić od uderzenia głową w krypę. Mortka początkowo odmawiał w tej sprawie zeznania, dopiero przed śmiercią wyjawił, że zostali przez strażników pobici. Strażnikom owym uszło to wówczas bezkarnie. Byli wprawdzie przyaresztowani do śledztwa, ale wnet zostali uwolnieni i tylko przenieśli ich gdzieindziej, bo w Dzikowie było na nich wielkie oburzenie.3

    Pozostało nas 6-ro dzieci sierotami, z tego dwoje najmłodszych pomarło w niespełna dwa lata po ojcu, a chowało się nas dalej czworo pod opieką matki i dziadków Gierczyków.

    ***

    W owym czasie nastała w Dzikowie szkółka elementarna, a założyła ją własnym kosztem śp. hr. Gabrjela z Małachowskich Tarnowska. Ona to sprowadziła panią, która nazywała się Pawłowska, i wybrała kilkanaście dziewcząt ze wsi, żeby je ta pani uczyła czytać, pisać i robót ręcznych.

    Po roku czy dwóch istnienia tej szkółki – a miałem wtedy rok 12-ty – gdy przyszła jesień i bydło przestało chodzić na pastwisko, prosiłem usilnie w domu, żeby mię posłali na naukę do pani Pawłowskiej. Po długich namysłach posłali mię i chodziłem na naukę przez zimę. Przez ten czas poznałem abecadło i nauczyłem się składać litery, czyli ťślabizowaćŤ, bo wtenczas tak się nauka odbywała, że najpierw pokazywane były wszystkie litery, następnie uczono składać je w słowa – a potem dopiero czytać i pisać; do nauki zaś służyły małe książeczki, zwane groszówkami. Pani Pawłowska lubiła mnie i wyróżniała spomiędzy dzieci, bo do nauki przykładałem się z ochotą i dobrze.

    Nauka odbywała się w budynku hrabskim, dziś jeszcze istniejącym przy ulicy Zamkowej. Zaczynała się w jesieni, gdy bydło przestało chodzić na pastwisko, a kończyła na wiosnę, skoro bydło zaczęli wyganiać i dzieci zaczęły pasać.

    Pawłowska przestrzegała u dzieci pilności w nauce i przyzwoitego zachowania się w szkole i poza szkołą. Kto się nie uczył, musiał ťtrzymać osła za uchoŤ. Ta kara była największym wstydem wobec dzieci i bały się jej najwięcej, więcej niż bicia linją po dłoni, czyli t. zw. ťpacyŤ.

    Z końcem roku szkolnego był popis publiczny, czyli egzamin, na którym bywała hr. Gabrjela Tarnowska, księża i rodzice dzieci szkolnych. Pawłowska prosiła zawsze, ażeby rodzice na egzamin przychodzili, zwłaszcza gdy dziecko uczyło się dobrze. Dla rodziców było też to wielkim zaszczytem, jeżeli dziecko ich popisywało się dobrze na egzaminie w czytaniu, pisaniu czy rachunkach.

    We wsi wszyscy tę panią nauczycielkę poważali, a matki dzieci uczęszczających na naukę zanosiły jej, szczególnie w zapusty, na kolendę: kiełbasę, jaja, masło i t. p., choć tego wszystkiego nie potrzebowała i nie prosiła o to, bo miała wikt w zamku. Ona też nawzajem umiała z gospodarzem czy gospodynią porozmawiać i uszanować ich.

    Z wiosną, po jednej zimie nauki, przestałem – jak inni – uczęszczać na naukę i całe lato spędziłem na pastwisku. Przestała też istnieć i ta szkółka w Dzikowie. Pawłowska przeniosła się do Radomyśla nad Sanem, gdzie z nią, już po ożenieniu się widziałem. Przy tem spotkaniu jeszcze można było widzieć jej przywiązanie i pamięć o dawnych dzieciach szkolnych. Witała mię tam, jak czuła matka, pocałowała w głowę i wypytywała troskliwie o tych, co do niej na naukę chodzili.4

    Przez następną zimę chodziłem jeszcze na naukę do miasta, gdzie wtenczas uczył nauczyciel Karasiński, – i na tem się moja nauka szkolna skończyła, t. j. chodziłem do szkoły wszystkiego dwie zimy. Dopiero później, gdy zostałem wójtem w gminie, dużom nabrał wprawy w czytaniu, a zwłaszcza w piśmie przy pisaniu gminnym, tak, że dziś na moją potrzebę ta nauka mi wystarcza. Umiem czytać, pisać i porachować, jak mam co.

    ***

    W 13-tym roku życia rozstałem się z pastwiskiem, a zostałem do roboty w polu i koło domu. Gdym miał lat 15, umarła nam matka po krótkiej chorobie na zapalenie płuc w 33-im roku życia, a przedtem dziadek Józef Gierczyk, dożywszy prawie 70 lat, i odtąd chowaliśmy się dalej już tylko pod opieką babki i nieżonatego jeszcze stryja Jacka, który był naszym opiekunem i od śmierci ojca gospodarował na naszym gruncie.

    Jak zapamiętałem, całe gospodarstwo było zawsze głównie na głowie babki, Kunegundy z Miśkiewiczów. Do niej należał zarząd domu, ona szła do urzędów, płaciła podatki, załatwiała sprawunki w mieście, na jarmarkach. Ojciec mój i matka nie zaczęli jeszcze samodzielnie gospodarzyć, a dziadek, z natury bardzo spokojny, cichy, nie łakomy na cudze, oddawał się głównie pracy w polu i koło domu.

    Oboje byli bardzo pobożni, prawie dzień w dzień chodzili do kościoła OO. Dominikanów a corocznie pod jesień, na Pocieszenie, na odpust do Radomyśla nad Sanem. Babka do dnia i w dzień przy pracy śpiewała godzinki i pieśni nabożne, a wszystko z pamięci, bo czytać nie umiała. Żyli z sobą zgodnie, a w domu nie było swarów i kłótni, wódkę, jeżeli pili, to w miarę, nigdy nie upijali się.

    Nadto babka była w okolicy głośną lekarką bydła, wzywali ją, gdy krowa zasłabła, nie mogła się ocielić i t. p. Przyjeżdżali po babkę furmankami o kilka mil, także i ze dworów. Raz jeździła do Wrzaw, do dworu barona Horocha. Dr Babirecki w Tarnobrzegu także ją cenił. Ze dworów brała wynagrodzenie w ziarnie, od chłopów poczęstunek. Była bardzo oszczędna i miała zawsze gotówkę w domu.

    Od czasu, jak przestałem pasać, pomagałem w gospodarce, należało wtedy do mnie jako wyrostka poganianie przy orce, włóczenie, radlenie, robota przy sadzeniu, ogrzebywaniu i kopaniu ziemniaków, przy zbiorze siana i żniwie, przy wywózce nawozu i t. d.

    Przytem noc w noc trza było jechać z końmi na pastwisko lub w swoje pole i spać przy nich bez względu na to, czy była pogoda lub niepogoda. Za posłanie służył jedynie worek próżny, który zresztą nie każdy miał z sobą, pod głowę uzda, na której się konie przyprowadziło. Legowisko musiało się kilkakrotnie w nocy zmieniać, bo za każdem przebudzeniem się trzeba było konie nawrócić i znowu kłaść się przy nich. Mogę tedy powiedzieć, że na pastwisku nie było kawałka ziemi, na którymbym nie spał, w ciągu tych lat, jak z końmi na nocną paszę jeździłem.

    W zimie zaś przychodziła młocka, rznięcie sieczki, zadawanie bydłu paszy, czesanie koni, nadto przyczyniało się mąkę na chleb, i kaszę jeczmienną i jaglaną nie tylko na zimowe miesiące, ale i na całe lato, – słowem, lata wyrostka spędziłem bardzo pracowicie.

    ***

    Zaledwie zacząłem się stawać parobczakiem, opiekunowie myśleli już o moim ożenku. Wprawdzie wówczas wczesne ożenienie się nie było w zwyczaju, i owszem mężczyzna z reguły nie żenił się przed 24 rokiem i przeważnie trwali w kawalerstwie do trzydziestu i trzydziestu kilku lat, chodząc na flis, służąc za parobków lub odbywając służbę wojskową, – a i co do dziewczyn, rzadko się trafiało, żeby która się wydała przed 24 rokiem, bo musiała wpierw – jak mówili – zapracować sobie u rodziców na wiano. Ale co do mnie, zachodziła ta okoliczność, że nie mieliśmy już ojca i matki, i opiekunowie, zwłaszcza babka, chcieli, żebym ożeniwszy się, wziął jak najrychlej obowiązek gospodarowania na siebie i żeby żona pomocną była w gospodarstwie.

    Więc zawczasu starali się o uwolnienie mnie od służby wojskowej, a uwolnienie takie przysługiwało mi, ponieważ byłem najstarszy z rodzeństwa, i na mnie spadało gospodarstwo i obowiązek utrzymania rodziny. Dokumenty zaświadczające to, wysłane zostały do Niska, gdzie wówczas znajdowała się komisja wojskowa reklamacyjna, i stamtąd dostałem wezwanie do stawienia się na oznaczony dzień.

    Pamiętam dobrze podróż w tym celu do Niska, odległego stąd 5 mil. Jechało nas trzech: wójt, ja i jeden z moich rówieśników, który także miał się stawić przed komisją reklamacyjną. Babka wywianowiali mnie na drogę z dobrze wyładowaną torbą, jak na tamten świat, bo były właśnie zapusty, i nie brak było w domu szperki i kiełbasy; również i u mojego kolegi było tego nie skąpo. W kieszeni miałem od babki parę szóstek.

    Do Niska jechaliśmy dzień i noc, bo droga była zła, a do tego i wójt tak komenderował, że co karczma, to stój i pij. Nie byłem zwyczajny takiej pijatyki, więc gdy nad ranem stanęliśmy w Nisku, byłem zupełnie nią zesłabiony. Wołają, że czas do komisji a ja ledwie na nogach stojꠖ tak mnie wódka wzmocniła – ale mnie wójt doprowadził. Szczęście, że przed komisją nie kazali się rozbierać i długo mnie nie trzymali, – odczytali tylko papiery i ogłosili, że jestem od wojska wolny na zawsze. Z powrotem była jeszcze gorsza poniewierka i pijatyka, ale o tem szkoda pisać.

    Tak się szczęśliwie skończyła ta podróż do Niska – ale upijanie się rekrutów, idących do poboru zachowało się, niestety, do dnia dzisiejszego, choć dziś większa oświata i raz już powinien zatracić się ten szkodliwy i haniebny zwyczaj.

    ***

    Miałem rok 19-ty, jak po raz pierwszy byłem drużbą na weselu, gdy żenił się stryj opiekun. Gdy po ślubie goście zajeżdżali do ratusza w mieście, gdzie grała muzyka weselna, musiałem jako ťfrycŤ wjechać do gospody na koniu i stanąć tam przed skrzypkami. Taki był obyczaj, i każdy, kto pierwszy raz drużbował musiał tę sztukę pokazać, inaczej musiałby się okupić półgarncem wódki. A sztuka ta nie zawsze była bezpieczna, bo do gospody w ratuszu tarnobrzeskim wjeżdżało się po schodach, więc trzeba się było dobrze na koniu trzymać, żeby karku nie skręcić, zwłaszcza, że obecni konia podcinali.

    Na tem to weselu babka upatrzyli mi narzeczoną, zmówiwszy się z rodzicami jej przy stole. Gdy rzecz między sobą uradzili, przywołali do stołu nas młodych, którzyśmy się dotąd zupełnie nie znali i objawili nam swoją wolę.

    Było wtedy powszechnie przyjęte, że rodzice lub opiekunowie sami stanowią o związkach małżeńskich swoich dzieci czy wychowanków, i chyba tylko starszy kawaler sam sobie wyszukiwał przyszłą towarzyszkę życia; dziewczyna zaś zawsze prawie musiała iść za wolą starszych a jeżeli się upierała, to ją nawet pasem po plecach przetrzepali i musiała się zgodzić. Jednakże i po takim przyniewolonym ślubie, małżonkowie żyli z sobą przeważnie dobrze, i mniej było dawniej tych niedobranych i nieszczęśliwych małżeństw, niż teraz, co się długo kojarzą i z wielkiego kochania.

    Ponieważ jednak adwent zachodził, więc zaślubiny nasze zostały odłożone do zapust następnego roku. W międzyczasie było wiele nagabywania z różnych stron, abym się gdzieindziej żenił, przyczem obiecywali dobre warunki, – utrzymały się jednak pierwsze swaty i, skoro przyszły zapusty, pojechaliśmy z narzeczoną, w towarzystwie jej ojca i mojej babki, do pacierza i daliśmy na zapowiedzi. Ślub odbył się 30-go stycznia 1861 r. w kościele parafjalnym w Miechocinie.

    Wesele było wielkie, zwłaszcza, że teściowie wydawali pierwszą córkę, a i ja żeniłem się pierwszy z rodzeństwa. Do ślubu jechało 40 fur krewnych, kuzynów, znajomych z Dzikowa, z Machowa, skąd byli teściowie, z Miechocina, Suchorzowa, Ocic, Chmielowa, Tarnobrzega i parę fur z innych wsi. Zabawa weselna odbywała się w Machowie i trwała cały tydzień, muzyka grała u Majorka, gdzie wszystkie wesela machowskie się odbywały. To też pamiętam, że Majorkowi dobrze się powodziło, i, kiedy się przyszło do niego, zawsze można było zastać mięso koszerujące się w opałkach. Dziś ta cała familia jest biedna.

    Ja na tem swojem weselu nie tańcowałem, dopiero w ostatni dzień z czwartku na piątek tańcowałem do rana, bo nie umiałem tańczyć, to się na ostatku chciałem nauczyć.

    Ojciec żony, Jan Tworek, był gospodarzem w Machowie, trzeciej wsi od Dzikowa, posiadał 12 morgów gruntu, a pochodził podobnie, jak mój ojciec, z Królestwa, mianowicie z Łoniowa, wsi parafjalnej w powiecie sandomierskim; bo i w Machowie osiadło w tym czasie, jak w naszej wsi, kilku chłopów z za Wisły, tu się pożenili i byli najlepszymi ludźmi i gospodarzami. Mianowicie uciekli do Machowa przed poborem do wojska rosyjskiego: Jakób Chwałek, Jan Dębek, Wawrzyniec Misiak, Tomasz Mortka, Jan Tworek i Michał Żak.

    Żona, Marja, była najstarszą z ośmiorga żyjącego rodzeństwa: sprowadzając się do mnie wniosła jako wiano od ojców dwie krowy, klacz, dwoje prosiąt i pół wozu. Taki posag był wówczas we zwyczaju i byłem z niego zadowolony, rachując przedewszystkiem na to, czego się sami dorobimy.

    ***

    Po rodzicach spadało na mnie według ówczesnego prawa jako na najstarszego całe gospodarstwo, składające siꠖ jak już powiedziałem – z 6 morgów razem z łąką, ogrodem i placem, oraz z domu i budynków gospodarskich. Przedstawiało się ono na ogół lepiej, niż inne gospodarstwa, bo grunt był dobry i dobrze, jak na tamte czasy, uprawiony, pobudynki też nie najgorsze, i nie ciężył na nim żaden dług. Grunt jednak był rozrzucony, jak jest dotąd we wszystkich gospodarstwach.

    Miałem za to obowiązek dochować młodsze rodzeństwo i dać im spłaty. Całe gospodarstwo było wtedy z urzędu oszacowane do 300 złr., więc dwom siostrom i bratu miałem spłacić według dekretu, po strąceniu należności spadkowych, po 60 złr.

    W pierwszych dwu latach małżeńskich pomagała nam babka, trzymając jeszcze całą gospodarkę w swoich rękach. Jej oddawaliśmy każdy grosz, i ona nam załatwiała wszystkie wydatki domowe. Gdy zaś umarła, mając lat około 70, wszystko już spadło na nas młodych.

    Początek w gospodarstwie był ciężki, bo po śmierci mojej babki siostra mojej matki wystąpiła z procesem o spłatę z połowy majątku, który po matce odziedziczyłem. Była ona – jak wspomniałem – dobrze wywianowaną, ale według prawa sądowego wiano to nie liczyło się do podziału spadkowego, bo nie było wyszczególnione w testamencie. Żeby się w proces nie wikłać, zgodziłem się dobrowolnie spłacić jej 150 złr., co bardzo chętnie przyjęła i od procesu odstąpiła. Ale musiałem zaraz na tę spłatę pożyczyć 100 złr.

    Nadto siostry dorastały, i należało zająć się ich dalszym losem. A ponieważ pragnąłem zabezpieczyć im przyszłość rzetelnie, więc dałem im więcej, niż w dekrecie miały przyznane, mianowicie po mordze gruntu i inną pomoc.

    Wprawdzie na razie, gdy pierwsza siostra wychodziła za mąż, według ustawy nie wolno było gospodarstwa dzielić, w praktyce jednak dzielili się gruntem tak dobrze, jak teraz, słownie lub pisemnie.5 Pisemny zapis sporządzał zwyczajnie pisarz gminny, o ile już był w gminie, przy dwóch świadkach, z których jednym zawsze prawie bywał wójt, i kładł na papierze pieczęć gminną, i taki zapis uważali za zupełnie ważny. Ponieważ nie było hipoteki, więc nie oznaczali parceli gruntowej tylko wymieniali nazwę niwy, gdzie grunt był położony i opisywali, z czyjemi gruntami graniczył. Skoro zaś hipoteka nastała, każdy zostawał przy tem, co miał w posiadaniu, a wykazywał to zapisem, i stwierdzali wybrani przez gminę mężowie zaufania.

    Co do mnie, tak starszej, jak i młodszej siostrze dałem na razie grunt słownie, a formalnie zapisałem, jak hipoteka nastała. Sprawiwszy im wesela i wywianowawszy je zostałem przy czterech morgach gruntu, obciążonych paroma stówkami długu. Później także brata ożeniłem na większe gospodarstwo i dałem mu stosowną spłatę i pomoc.

    Dochodów wtedy nie miałem innych, tylko z gruntu, z chowu bydła i trzody, i często zarabiałem furmanką, wyjeżdżając z urzędnikami na komisje albo w zimie do lasu po drzewo, a w lecie na robotę w polu u takich, którzy swoich koni nie mieli. Dziennie w ten sposób dało się wówczas zarobić reński, a w najlepszym razie półtora. Dochody te były niewielkie, ale w domu żyło się skąpo; jedliśmy to, co się zebrało z gruntu, i odzież była z domowego płótna. Więc do miasta nie wydawało się w roku więcej, niż 30 reńskich, w czem najwięcej wynosił wydatek na buty.

    Pracowało się rzetelnie, więc było błogosławieństwo Boże, – pokonałem początkowe trudności, majątek z czasem znacznie się powiększył i doszedłem do znaczenia między ludźmi.

    ***

    Na te czasy przypadło powstanie w r. 1863. Gdy coraz więcej narodu szło do powstania, i rósł zapał, rząd austrjacki nasłał konnicę i piechotę i obstawił granicę od Królestwa Polskiego. Wojsko rozkwaterowane było po wsiach i miasteczkach najbliższych granicy, więc i w Dzikowie stało pewnie przez półtora roku.

    U mnie stało na kwaterze dwóch huzarów z końmi, a ku ostatkowi żołnierze z piechoty, i ci po większej części byli Polacy. U mnie jedni i drudzy zachowywali się dobrze, ja też z nimi nawzajem dobrze się obchodziłem. Co było w domu, tem ich często poraczyłem i oni również ze mną swojem się dzielili, więc jak odchodzili, to pożegnanie było dobre. Natomiast na innych kwaterach bywały częste awantury, gospodarze skarżyli się na żołnierzy, a ci na gospodarzy, najwięcej o wikt.

    Za kwatery te coś płacili, ale nie przypominam sobie, ile na dzień wychodziło, pamiętam tylko, że za obiady zwracali tyle, ile kosztowało mięso, pół funta na żołnierza. Obiady te na każdą kwaterę nosili ze wsi, jak wójt poprzedniego dnia rozporządził, on zaś co dzień po kolei naznaczał domy, na które w danym dniu przypadał ten obowiązek.

    Zrazu nie było tak ostro, – żołnierze pilnowali tylko granicy, żeby powstańcy nie przechodzili. Później wojsko wykonywało coraz ostrzejsze rozkazy. Po drogach były warty, – każdy, kto jechał furą, był rewidowany, czy nie wiezie amunicji lub powstańca; musiał się wylegitymować, skąd i dokąd jedzie i w jakim interesie. Odbywały się rewizje, szczególniej po dworach, a jeżeli się wykryło coś, mającego związek z powstaniem, to brali do więzienia lub nakładali kary pieniężne.

    Chłopi w sprawie powstania byli wtenczas zupełnie obojętni, tylko odzywały się głosy, że ťdobrzeby było, żeby Moskala pobili a wygnaliŤ.

    Z Dzikowa poszedł do powstania młody hr. Juljusz Tarnowski, a do tego samego oddziału poszło też kilku mieszczan z Tarnobrzega. Wyjście ich odbyło się w tajemnicy i stało się wiadomem dopiero po bitwie, którą stoczyli. Jak potem różni opowiadali, oddział ten przeprawił się przez Wisłę pod Szczucinem, jednak już wprzód ktoś zdradził, że pójdą tamtędy powstańcy ,i Moskale byli na to przygotowani. Więc ledwie się nasi przeprawili i odeszli od brzegu, rozpoczęła się bitwa, w której cały oddział został rozbity, wielu zginęło, a między nimi Juljusz Tarnowski, reszta dostała się do niewoli, a tylko garstka ocalała.

    Pierwsza wieść o tem była bardzo tajemnicza i nic pewnego nie można się było dowiedzieć, aż za kilka dni wiadomość stawała się coraz głośniejszą i dokładniejszą, a w Dzikowie największe wrażenie wywołała śmierć Juljusza Tarnowskiego. Żałowali go, że w tak młodym wieku zginął, mówili, że był dobry dla ludzi, i różnie opowiadali o jego bohaterskiej śmierci. Zwłoki jego przewiezione zostały na tę stronę i złożone w nocy w grobowcach w klasztorze OO. Dominikanów.6

     

    Dzików za czasów pańszczyźnianych należał do dominjum czyli do państwa dzikowskiego. Państwo to było z dawna własnością hrabiów Tarnowskich, którzy główną swoją siedzibę mieli w zamku w Dzikowie. Prócz Dzikowa należały do tego państwa następujące wsie okoliczne: Miechocin, Zakrzów, Sielec, Wielowieś, Trześń, Sobów, Furmany, Żupawa, Jeziórko, Tarnowska Wola, Dęba, Rozalin.

    Przy ostatku pańszczyzny wszystkich numerów czyli domów było w Dzikowie 42, tj. 12 kmieci, 23 zagrodników, 7 komorników.

    Kmiecie mieli po 18 morgów gruntu i odrabiali pańszczyznę po sześć dni w tygodniu zaprzęgiem, tj. końmi albo wołami i narzędziami rolniczemi: wozem, pługiem, bronami, radłem itd. Dlatego prócz pastwiska gromadzkiego dla wszystkiego bydła w gminie, kmiecie posiadali dla koni i wołów osobne pastwisko około 50 morgów pod Zwierzyńcem i 6  morgów nad Wisłą, t. zw. ťŻydowskie krzakiŤ dla trzech kmieciów z przysiołka Podłęże. Zagrodnicy mieli 6-morgowe zagrody i z tego odrabiali pańszczyznę po 3 dni w tygodniu pieszo, swojemi narzędziami ręcznemi: cepami, sierpami, motyką, rydlem itp. Komornicy, czyli chałupnicy posiadali tylko chałupy, nie byli obowiązani do żadnej robocizny pańszczyźnianej. Chodzili oni na zarobek do gospodarzy, którzy byli zajęci odrabianiem pańszczyzny i swego czasem nie mogli obrobić. Rozkaz wydawał ekonom dziś na jutro, a ogłaszał polowy, z czym kto ma przyjechać względnie przyjść do roboty.

    Jak starsi mówili, którzy pańszczyznę odrabiali i zapamiętali, to nie trzeba większej kary na ludzi, jak była pańszczyzna, że człowiek gorzej wtedy był traktowany niż teraz to bydlę, które jest uparte. Bili w polu i w domu za lada bagatelę tak, że tego, co od starszych ludzi słyszałem, opisać nawet nie można i jest to wprost nie do uwierzenia, jak się nad ludem pastwili.

    Każdy gospodarz musiał przedewszystkiem we dworze swoją powinność odrobić, zaprzęgiem lub pieszo, a dopiero prawie nocami swój grunt obrabiał, obsiewał i plon z niego zbierał. Nie było wymówki, że ma w domu pilną robotę, bo jak nie wyszedł do odrobienia pańszczyzny, przychodził zaraz polowy, a gdy np. zastał gospodynię przy gotowaniu, to konewką ogień zalewał, w zimie okna i drzwi od domu poodejmował itp.

    A gdy takie kary nie pomagały i nie miał kto pańszczyzny odrabiać, to przyjechał ekonom z polowymi i wyrzucili chłopa na drogę z domu i gruntu, a na jego miejsce innego obsadzili. I nie było się do kogo użalić i rekursu od tego, bo takie było prawo zwyczajowe i właścicielem wszystkiego był dziedzic, do niego należała ziemia, woda, nawet wiatr, bo np. młyny, poruszane wiatrem (wiatraki), mógł tylko właściciel dworu budować.

    Dopiero, gdy wszystkie powinności były odrobione, chłop mógł sobie zaśpiewać:

    „Nie boję się pana ani okunoma,
    Odrobiłem pańskie, mogę siedzieć doma".

    W Dzikowie sami hrabstwo uchodzili za dobrych i ludzkich, jednakże nikt nie odważył się iść do zamku ze skargą na służbę dworską, bo ci by się wymówili, a skarżącemu tak potem dokuczyli, żeby mu się na zawsze odechciało szukać sprawiedliwości. Uciekać zaś nie było gdzie, bo gdzieindziej nie było lepiej, ale chyba gorzej.

    ***

    Jak ja już zapamiętałem, koło r. 1860 było w Dzikowie wszystkiego koło 70 numerów czyli domów, wszystkie z wyglądu zewnętrznego do siebie podobne, stały przy samej drodze i tyłem do drogi. O ile były zagajone, to drzewami dzikiemi: dębami, wiązami, lipami, itp., które po większej części wyrastały z ťkorzeniaŤ, bez wiedzy i starania się o to gospodarza.

    Podwórza ogrodzone były płotami z chróstu wierzbowego albo t. zw. ťdronkamiŤ, t. j. materiałem dartym, czyli łupanym, z drzewa sosnowego lub świerkowego albo wreszcie w dwie, trzy lub cztery poziome żerdzie. Nawet ogród zamkowy ogrodzony był wysokim płotem chróścianym, który co rok poprawiano i dopiero koło r. 1880 zastąpiono obecnym ogrodzeniem murowanym lub ostrokołem. Grodzenie ostrokołem, dziś tak rozpowszechnione, nie było wówczas znane.

    Na gminę Dzików składało się kilka oddzielnych części mających swoje nazwy a mianowicie: Połać, Piaski, Nadole i przysiołek Podłęże.

    Cała wieś miała wygląd staroświecki, zgoła niepodobny do tego jaki obecnie przedstawia. Od tego też czasu w ciągu kilku dziesiątków lat ogromnie się rozrosła, do czego w znacznej mierze przyczyniło się to, że leży pod bokiem Tarnobrzega, nie ustającego w rozwoju, tak że obecnie jest w Dzikowie cztery razy więcej domów, niż koło r. 1880.

    ***

    Dom mieszkalny gospodarza czy komornika składał się z jednej tylko izby mieszkalnej, przytem z dużej sieni i komory, a gospodarz posiadał nadto stajnie na konie, krowy, świnie i stodołę.

    Wszystkie zabudowania włościańskie wznoszone były z drzewa okrągłego, tak, jak rosło w lesie, mało co ociosanego. Węgły wystawały prawie na pół metra, tak że gdy później drzewo zdrożało, to węgły te obrzynano na opał, a niektórzy robili to celem nadania domowi zgrabniejszego wyglądu.

    Po wsiach okolicznych, zwłaszcza dalszych od Wisły, osiadłych w lasach na gruntach piasczystych, były jeszcze prawie wyłącznie chałupy dymne, w których paliło się na tak zwanej ťbabceŤ, t. j. na słupie ulepionym z gliny, a dym rozchodził się po całej izbie i drzwiami wydobywał się do sieni, a stąd na strych. W czasie palenia izba musiała być otwarta, a ludzie siedzieli nisko przy ziemi lub chodzili chyłkiem, bo inaczej dławił ich dym. Ściany były okopcone (nigdy nie bielone), ludzie czarni i przesiąknięci dymem.

    W Dzikowie były już wtedy przeważnie kominy wyprowadzone na dach, ale ulepione były z gliny, zarobionej ze słomą. Były też i ówdzie kominy urządzone z wypróchniałego pnia drzewnego, obrzuconego gliną. Pierwsze kominy murowane z cegły zaczęły nastawać u chłopów dopiero około roku 1870, równocześnie z blachami kuchennemi, rozpowszechnionemi obecnie, służącemi do gotowania.

    Na razie w Dzikowie znane było tylko palenie ťna kominieŤ, przy czym garnki ze strawą do gotowania przystawiane były do ognia albo stawiane wśród ognia, jeśli się chciało gotowanie przyśpieszyć, a tu i ówdzie były w tym celu używane dymarki, czyli żelazne podstawki pod garnki.

    Prócz tego w każdej izbie znajdował się piec chlebowy tak duży, że można w nim było upiec chleb z pół korca mąki naraz, i piec do ogrzewania, do którego paliwo nakładało się z sieni przez długą szyję czyli tzw. ťgrubęŤ. Piece te budowane były z cegły surowej, nie palonej i zajmowały dużo miejsca w izbie, a sklepienie pieca chlebowego – ťnalepaŤ i pieca do ogrzewania – ťwierzchnicaŤ było razem tak obszerne, że mogło spać na nim czworo ludzi. Sypiały tam też stale, zwłaszcza zimą, dzieci i dziewka służąca, a także każdy z domowników, ilekroć czuł się niezdrowym, i zbierały go dreszcze, wyłaził na piec, żeby tam się wyleżeć i wygrzać. Między piecami a ścianą był znaczny odstęp, i stanowiło to tak zwany ťzapiecekŤ, gdzie także zwyczajnie sypiały dzieci.

    ***

    Urządzenie wewnętrzne domu było bardzo proste. Na sprzęty domowe składały się: stół, który zresztą nie w każdym był domu, parę ławek, skrzynie, służące zamiast szaf, i łóżka albo wyrka, a prócz tego stały w izbie żarna do mielenia zboża, stępa do tłuczenia kaszy jaglanej, pęcaku, siemienia na olej i pniak do rąbania drzewa. Wszystkie sprzęty były ociosane tylko siekierą bez hebla. Tylko obrazami obwieszone były wszystkie ściany dokoła, – w tem się bardzo kochali. Ściany były bielone raz do roku, najczęściej na Wielkanoc.

    W każdej izbie znajdowały się też dwie belki pod powałą, czyli t. zw. ťpoledniaŤ, a suszyło się na niej drzewo na opał, nadto len i konopie i leżały bochenki chleba. Podłogi nigdzie nie było, chyba we dworze. Gdy się krowa w zimie ocieliła, to ją sprowadzali do izby, żeby miała ciepło.

    Do gotowania służyły głównie duże garnki gliniane. Później dopiero, mniej więcej równocześnie z blachami żelaznemi, zaczęły się więcej rozpowszechniać t. zw. ťżelaźniakiŤ i kociołki (sprowadzane, jak wszelkie żelaza, z Tarnowa) nie polewane, służące do gotowania dla świń. Miski, dzbanki, donice były gliniane. Łyżki były tylko drewniane, znacznie większe od obecnie używanych metalowych.

    ***

    Zegara w całej wsi nie było. W każdym domu natomiast musiał być kogut, który głośnem pianiem w sieni oznajmiał zimą czas do wstawania. A piał on z nadzwyczajną regularnością, pierwszy raz na północek, drugi raz koło drugiej godziny, trzeci raz koło czwartej, czyli ťdo dniaŤ, – pilnowała zaś piania tego najwięcej gospodyni, która budziła domowników już za drugim, a najpóźniej za trzecim pianiem. Prócz tego wychodzili gospodarze na dwór i rozpoznawali po gwiazdach, jak rychło dzień będzie.

    Mnie już na początku gospodarowania uprzykrzyło się to wychodzenie w zimie na dwór i śledzenie po gwiazdach, jak prędko wstać; kogut nieraz się pomylił, bo zapiał na północek, a myślało się, że to już drugie lub trzecie pianie, – postanowiłem więc kupić zegar do domu. Żeby się zaś nie narażać z tego powodu na przycinki ze strony sąsiadów, – zegar bowiem wówczas uważany był za wielkie dziwo i zbytek, – porozumieliśmy się z żoną, żeby przynajmniej przez jakiś czas ukrywać go przed ludźmi. Poszliśmy oboje do zegarmistrza w Tarnobrzegu i wybraliśmy zegar za 4 reńskie z nadmienieniem, że zegarmistrz ma go przynieść do domu wieczór i zawiesić na ścianie.

    Tak się też stało. Rzecz jednak zaraz się wydała, bo dzieci, bawiąc się na drodze pod ścianami naszego domu, posłyszały wydzwanianie godzin. Zrobiły alarm i w mig po całej wsi poszła wiadomość: „U Słomki, zegar!". Niebawem mieliśmy pełno dzieci pod oknem, przychodziły pod okna i przysłuchiwały się cykaniu zegara. Powoli przychodzili i starsi sąsiedzi, oglądali zegar i dziwili się, że mogłem wydać aż 4 reńskie, a ten i ów przygadywał, że bawię się w ťpanaŤ.

    Później bliżsi sąsiedzi, jeżeli który miał gdzie iść lub jechać, przychodzili i za dnia i w nocy pytać się przez okno, która godzina. Z czasem każdy przyszedł do przekonania, że zegar to sprzęt w domu bardzo użyteczny, a dziś nie ma już domu w Dzikowie, żeby w nim zegara nie było, rozpowszechniły się też między chłopami kieszonkowe zegarki.

    ***

    Pierzyny i poduszki były dawniej tylko po zamożniejszych i porządniejszych domach chłopskich, a u biedniejszych i zaniedbujących się zupełnie ich nie było i domownicy nakrywali się na noc, stosownie do pory roku, kożuchami, sukmanami lub kamizielami, słowem, tem, w czem za dnia chodzili. Dzieciom i służbie, co sypiali na piecu lub zapiecku i ciepło mieli od pieca wystarczało nakrycie płachtą lub kamizielą. Łóżka po większej części stały z nocy rozbebeszone, co się zresztą i u teraźniejszych gospodyń trafia, jeżeli która niedbała; tylko dbalsze gospodynie zaścielały je na dzień i upodobanie w tem ciągle się podnosiło; ładna pościel stawała się chlubą każdej starannej gospodynie, która, przewietrzając w dni pogodne pierzyny i poduszki, chciała je zarazem pokazać i poszczycić się niemi przez sąsiadami.

    ***

    Drzewo na opał – podobnie jak drzewo budowlane – brali chłopi dzikowscy z lasów w Dębie i Żupawie, należących do dóbr dzikowskich.

    Jeszcze w 20 lat po pańszczyźnie tj. do r. 1868 pobierali drzewo z tych lasów – jak za pańszczyzny – bezpłatnie, mianowicie mogli brać gałęzie suche, spadłe albo pozostałe ze ściętych drzew, nadto cienkie podsuszki, słowem co nie dało się użyć na drzewo sągowe. Brali też z wyrębów grabarkę, tj. drobne gałązki, trzaski, szyszki, czem palili w piecach na ciepło.

    Ale drzewo to wydawane było w ciągu tygodnia w oznaczone dnie, trzeba go było szukać i zbierać w lesie, żeby naładować furę. Na furę zaś niewiele dało się ułożyć, gdyż wozy były kiepskie, droga ciężka i wynosiła 2–3 mil, konie słabsze niż dzisiejsze, bo nie dostawały owsa, więc taka fura opału wystarczała mniej więcej na dwa tygodnie i do roku trza było około 25 razy jeździć po drzewo do lasu. Dziś wprawdzie płaci się za drzewo, ale zajeżdża się w lesie do gotowego sąga i można dobrą furę naładować, a grabarki np. nie chciałby pewnie nikt dzisiaj zadarmo brać i odbywać po nią tak dalekiej drogi. Teraz też za pieniądze można sobie wybrać odpowiednie drzewo i nie zależy to od łaski pana, czy służby leśnej.

    Drzewo budowlane na nowe budynki i poprawienie starych można było otrzymać za kwitem dworskim na przedstawienie gminy, że drzewo jest rzeczywiście potrzebne.

    W roku 1868 gmina straciła ten serwitut lasowy czyli prawo do poboru drzewa opałowego i budowlanego w lasach dworskich, – otrzymała natomiast 23 morgi lasu w Dęby na własność. W rzeczywistości na zniesieniu tego serwitutu nic tak dalece nie straciła, zawsze coś zyskała na własność, bo przedtem wszystko było pańskie.

    ***

    Świecili w domu szczypami smolnemi, które paliły się na kominku zwanym ťświecznikiemŤ umyślnie na to urządzonym, przytem znane też były proste kaganki do świecenia oliwą. Pamiętam, jak raz dziadek Gierczyk, jeżdżąc po drzewo do lasu, przywiózł z Dęby pniaka smolnego i dużo uciechy narobił, że szczyp do świecenia na długo starczy. ťDosy栖 mówił – naszukałem się po lesie i ledwie tego smolnego pniaka zdybałem, ale czem wy, moje dzieci, będzieta kiedyś świecić, skoro lasy się umykają, i coraz trudniej o smolny kawałek drzewa?".

    Ogień rozniecali zapomocą krzesiwa i hubki, a ponieważ to wykrzesanie ognia zadawało dużo trudności, więc gospodynie starały się przechowywać ogień w popiele, nawet z jednego dnia na drugi. Jeśli zaś zupełnie wygasł, co zdarzało się często, to wstawszy do dnia, wyglądały u kogo się już świeci i tam posyłały ťpo ogieńŤ. Kto był po to wysłany, brał do garnka żarzące się węgle i, nakrywszy je pokrywką, żeby po drodze ognia nie zapuścić, śpieszył zaraz z powrotem do domu. Stąd poszło przysłowie ťwpadł, jak po ogieńŤ, jeżeli się mówi o kimś, że w odwiedzinach krótko zabawił.

    Dopiero koło roku 1860 rozpowszechniły się więcej zapałki, a prawie równocześnie wchodziło w użycie oświetlenie naftowe. Ale nim się rozpowszechniły dzisiejsze lampy, przez długi czas znane były tylko t. zw. ťknoptkiŤ albo ťgajsówkiŤ małe, bez szkiełka i dające jeszcze światło tak słabe, że w izbie można było przy nem rozpoznać tylko grubsze przedmioty.

    ***

    Strój nosili, jaki sobie każdy sam w domu sporządził.

    Odświętny strój mężczyzny składał się w lecie z koszuli, wypuszczonej na portki prawie po kolana, prócz tego z kamizieli.

    Kobiety i dziewczęta na koszule przywdziewały w lecie także kamizielę albo zarzucały tylko ochtuskę; fartuchy, i zapaski nosiły również z domowego płótna. Na głowie mężatki nosiły czapki kolorowe z materjału sklepowego, zawiązując na nich niekiedy chustkę zwłaszcza, jeżeli czapka była już stara i podniszczona. Dziewczęta szły na wesela z odkrytemi głowami, mając włosy splecione w warkocze, spadające na plecy, przystrojone wstążkami, różą, barwnikiem i różnemi kwiatami.

    W zimie mężczyźni wdziewali do kościoła kożuch i na to kamizielę, na wesela zaś, na większą paradę mieli zwykle sukmany z białego sukna, podobne do krakowskich. W ogóle na wesela wszyscy starali się lepiej ubierać niż do kościoła, jak zresztą i obecnie bywa.

    Jako nakrycie głowy służyły białe sukienne okrągłe magierki, a starsi i poważniejsi miewali czarne barankowe czapki, podszyte białym barankiem, z tyłu spinane siwą wstążką, wysokie i dużych rozmiarów, pochodzące z za Wisły, później wyrabiane też przez żyda w Tarnobrzegu, były one drogie, w cenie 6–7 reńskich. Potem rozpowszechniły się czapki baranie, mniejsze i tańsze, w cenie około 2 r., noszone do dzisiaj.

    Mężczyźni opasywali się zawsze pasami. Starsi miewali jeszcze pasy szerokie, więcej niż 6 cali, ze skórki cielęcej, wyprawionej na czerwono, złożonej podwójnie i zszytej górnym brzegiem. W pasach tych nosili pieniądze; przy wyjmowaniu pieniędzy odpasywali się i wytrząsali je otworem, pozostawionym w górnym brzegu. Młodsi gospodarze i kawalerowie nosili pasy węższe, zwane też krakowskimi, koloru czarnego, białego lub żółtego. Były one zazwyczaj tak długie, że można się było otoczyć dwa razy, przyozdobione guzikami i kółkami mosiężnemi, które w czasie tańca brzęczały. O tych pasach była śpiewka:

    Krakowiaczek ci ja, przyznajcie mi tego,
    Siedemdziesiąt kółek u pasika mego,
    Siedemdziesiąt kółek ze samych obręczy,
    Porachuj dziewczyno, może będzie więcej.

    Równocześnie rozpowszechniały się pasy czarne lakierowane, tak szerokie, jak krakowskie, a dłuższe jeszcze niż tamte. Przynosili je flisacy z Gdańska, płacąc za nie reński do półtora reńskiego.

    Buty były szyte dratwą i pierwsze buty ťna kołkachŤ czyli zbijane kołeczkami szewskimi, budziły na razie wielki dziw u ludzi. Najwięcej były rozpowszechnione t. zw. majdańskie, tj. kupowane w Majdanie kolbuszowskim, a płacili za nie stosownie do wielkości od 2 do 4 reńskich. Kto chciał mieć nieco lepiej uszyte i z lepszego materjału, zamawiał je u szewców w Tarnobrzegu. Ale prawie trzecia część ludności chodziła jeszcze w chodakach skórzanych, przerabianych ze starych cholew, a po wsiach lasowskich prawie wszyscy nosili takie chodaki lub z łyka, czyli kory drzewnej, najczęściej lipowej. A ponieważ chodaki lipowe były bardzo nietrwałe, więc mówili żartem, że Lasowiak, idąc na wesele, ma na zapas do tańca kilka par chodaków za pasem.

    W dni powszednie pracowali w takiem samem odzieniu, tylko w starszem już, zawalanem i podniszczonem.

    Na ubraniach białych, zwłaszcza kobiecych, były różne kolorowe wyszycia; to lubili i na ten ubiór zwracali większą uwagę, na którym były wyszyte ładniejsze wzory. Koszule były wyszywane na kołnierzach, na piersiach, na rękawach, – fartuchy i zapaski u dołu, były też wyszywane chusteczki na głowę i ochtuski. Robiły to szwaczki po wsiach, a która umiała wymyślać ładne desenie, do tej nieśli robotę z całej okolicy.

    Zresztą do przybrania stroju tak kobiecego, jak i męskiego służyły najwięcej wstążki i tasiemki różnego koloru, używane też do spinania, np. pod szyją zamiast guzików, które mało były rozpowszechnione. Największą jednak ozdobą u kobiet były korale, a im która była bogatsza, tem więcej ich miała, a na uroczyste występy dopożyczała sobie jeszcze od drugich. Na to był największy wydatek, bo korale kosztowały kilkadziesiąt i do stu reńskich, toteż godzili na nie najwięcej złodzieje.

    Koło r. 1860 i później jeszcze ubierano się tak w lecie, jak w zimie, i odświętnie, i w dnie powszednie przeważnie na biało, i kolor biały w odzieniu z domowego płótna najwięcej panował, – ale strojniejsze kobiety i dziewki przywdziewały już spódnice i zapaski kolorowe ze sklepowych materjałów, nadto sklepowe chustki, chusteczki, gorsetki, a mężczyźni spodnie i kamizelki sukienne siwe, na ciepło. Już matka moja miała takie stroje i kilka młodszych kobiet w Dzikowie.

    Następnie ubiory ze sklepowych materjałów rozpowszechniały się coraz więcej, a koło r. 1870 przyjęła się już dobrze nowa moda. Niektóre kobiety miewały po 20 i więcej sklepowych spódnic, zapasek, chustek, czapek, – jedna nad drugą starała się modniej ubrać i na każde święto czy wesele wystroić się inaczej, a upodobania i gusta w tym względzie zaspokajały sklepiki żydowskie w Tarnobrzegu, których coraz więcej przybywało.

    Była też moda, że kobiety wdziewały po kilka spódnic, po 5 i 6, na wierzch najładniejszą, a właściwie najnowszą, i koszulę miały na sobie nie jedną. Zaszczytem było, gdy kobieta wyglądała w sobie szeroka i tęga, gdy gospodyni ledwie we drzwi się zmieściła. Później nastała moda ściskać się i kobiety starały się być cienkie w pasie.

    Z wyrobu czapek kobiecych słynęła w okolicy najwięcej Kokoszczyna1 z Sielca, która zamówienia na nie przyjmowała w mieście na jarmarku lub w niedziele przed kościołem i tu je też rozdawała oczekującym na nie kobietom. Czapki te były robione z tektury i obszywane płótnem kolorowem. Z formy podobne były do infuły biskupiej, tylko były niższe. Niektóre kobiety miewały po kilkadziesiąt takich czapek, w różne prążki, kwiatki i przeróżnego koloru, płacąc za nie od kilku szóstek do reńskiego i więcej.

    Koło roku 1875 zaczęły nastawać kaftaniki kobiece i bluzki męskie ze sklepowych materjałów, słowem strój krótki, ale zawsze utrzymywała się wiejska moda.

    Bieliznę i wogóle całe odzienie nazywali ťsmatamiŤ lub ťwdziewkamiŤ.

    ***

    Włosy nosili mężczyźni od małego chłopaka długie, spadające na kark. Dziewczęta do swojego wesela splatały jeden lub dwa warkocze, które w czasie czepin ucięte, przechowywały na pamiątkę w skrzyni same lub ich matki, albo sprzedawały Żydówkom za kilka szóstek. Mężatki więc nosiły włosy przystrzygane, podobnie jak mężczyźni.

    Rozdzielali je przez środek głowy, a tak niektórzy mężczyźni, jak i kobiety i dziewki, przystrzygali je sobie nad czołem, robiąc w ten sposób grzywkę, czyli t. zw. ťangielczykŤ, co było uważane za modne.

    Czesali się zwyczajnie tylko na niedzielę i święta, i dbały o to najwięcej jeszcze dziewczęta, na dni powszednie zaś wystarczało pogładzenie włosów ręką.

    Co do zarostu twarzy, to wąsy przystrzygali albo zupełnie golili, brody zaś zawsze golili. Brzytwy przynosili oryle i każdy golił się sam w domu.

    ***

    Pranie odbywało się zwyczajnie co tydzień, bo bielizny było szczupło, zmieniali ją zwyczajnie w niedzielę rano. Bielizna i w ogóle wszystkie ťsmatyŤ były do prania najpierw zamoczone na noc w dużych cebrach, następnie z pierwszego brudu były przepierane w sadzawce lub przy innej wodzie poza domem. Potem układali je w polewanicy na wysokich trzech nogach, czyli t. zw. ťtryfusieŤ, posypując warstwami cieniutko popiołem z twardego drzewa, i polewali gorącym ługiem, otrzymanym z zaparzonego popiołu. Ług przeciekał przez wszystkie warstwy bielizny i sączył się dziurką, znajdującą się w dnie polewanicy do cebrzyka, pod nią ustawionego, skąd go wybierali i znowu zagotowywali do dalszego polewania, które trwało kilka godzin, dopóki się bielizna nie rozparzył i nie rozgotowała. Żeby to przyśpieszyć, kładli do polewanicy żelazo lub kamień rozpalony do czerwoności i po zalaniu wrzącym ługiem nakrywali ją denkiem. Z tak wyparzoną bielizną szły znowu kobiety do wody, zawsze we dwie, bo jednej trudno było grube ťsmatyŤ, naprzykład kamiziele, wyżymać, i prały je na biało. Pranie więc było dokładne i ťsmatyŤ po wypraniu i wysuszeniu na słońcu miały przyjemny zapach.

    Krochmal przyrządzany był w domu z mąki żytniej lub pszennej, zagotowanej i rozbitej w wodzie, wyglądał jak barszcz gęsto podbity i do krochmalenia był rozcieńczany ciepłą wodą.

    Prasowanie nie było znane, tylko maglowanie, do czego w każdym domu znajdowała się maglownica i wałek roboty domowej. Wymaglowane ťsmatyŤ odświętne składane były w wałki i układane w skrzynie.

    ***

    Co do artykułów spożywczych, to prócz soli i trunków nic prawie w sklepie nie kupowali. Ludność wsiowa żywiła się tem, co sobie sama na swoim gruncie posiała i posadziła. Ziemniaki, groch, bób, kasza, kapusta, barszcz, a przy tem chleb, to była zwyczajna strawa na śniadania, obiady i kolacje.

    Placki na największe doroczne święta przyrządzali ze swojej mąki, zmielonej w żarnach albo też w młynie, t. zw. pytlowanej; w sklepie wsiowi mąki wcale nie kupowali. Mięsa bydlęcego cały rok gospodarz nie jadł, chyba że był majętny, to kupił mięsa na święta Godne i Wielkanocne, i jak był chory, – chociaż było tanie: funt po 6 grajcarów.

    Nie było też w zwyczaju, ażeby gospodyni zarżnęła kurę lub usmażyła jaj na spożycie domowe; pierwsze i drugie było rzadkością. Jajka były używane prawie tylko na święta Wielkanocne albo dla chorych, albo usmażyła ich gospodyni na przyjęcie gościa, np. księdza, gdy chodził po kolędzie, uważając to za najlepsze przyjęcie i uraczenie. Gospodyni wolała wszystko spieniężyć i soli za to kupić, mówiąc, że jak jest sól w domu, to zdaje się, że już niczego nie brakuje. Na przyrządzenie lepszego wiktu żałowali tak wydatku, jak i czasu i gospodyni zawsze mówiła: ťBede ta wymyślać, grymasy robić i czas tracićŤ. Ale poza najprostszą strawą nie potrafiła ťgrymasówŤ innych przyrządzić.

    Spożywali też wiele ryb, więcej niż obecnie, a łowili je w wodach stojących na pastwiskach i łąkach. Rozpowszechnione były karasie, linki, szczupaki. Jedli je gotowane.

    Najwięcej jednak było piskorzów, a szczególniej po wsiach lasowskich, w tamtejszych wodach bagnistych. Łapali je w ciągu całego roku, szczególniej w zimie, zastawiając pod lodem t. zw. ťwirskiŤ, plecione z wikliny, z grochowiną wewnątrz na przynętę; w ten sposób łapali je masami. Złapane nabijali żywcem na patyki czyli rożny, i wędzili, ażeby nie podpadały zepsuciu. W takim stanie sprzedawali je chłopi na targach, nosząc na brzemieniu lub w opałkach. Funt można było kupić za parę centów. Dawali je najwięcej do barszczu, jak kiełbasę. Było to smaczne i pożywne jedzenie, ikrą można się było najeść jak kaszą.

    Zbierali też więcej niż obecnie grzybów, mianowicie: prawdziwe, maślaki, rydze, kurki i spożywali je najwięcej gotowane z kaszą, albo też suszyli i takie dawali do barszczu w poście.

    Potrawy maścili zwyczajnie starą słoniną lub starem sadłem, żeby omasta była ťczujnaŤ i nie trza jej było dużo dokładać. Każdy mniejszy lub większy gospodarz starał się zabić na swoją potrzebę karmika, gdyż z tego była omasta do wszystkich potraw domowych. Zamożniejszy gospodarz zabijał w roku dwa lub trzy karmiki, mniej zamożni dwie sztuki lub jednę – i przeważnie bili w zimie. Zresztą maścili masłem, a w poście wszystkie potrawy maszczone były olejem, najczęściej konopnym lub lnianym.

    Z przypraw najpospolitsze były: mięta suszona i skruszona do gomółek; kminek, który sypali do kapusty, do ciasta chlebowego, a szczególniej po wierzchu chleba; koper krajany, używany w lecie razem z liśćmi burakowemi do barszczu i kiełbas; pietruszka do zupy ziemniaczanej czyli do ziemniaków na rzadko; wreszcie pieprz, używany do wódki, kiełbas, twarogu, gomółek, do barszczu, zupy ziemniaczanej i t. p.

    Jak byłem przy rodzicach i dziadkach i przez jakie 30 lat, gdy na swoją rękę gospodarzyłem, śniadania, obiady i wieczerze na wsi były następujące:

    Na śniadanie bywał zawsze barszcz i do barszczu chleb żytni razowy. Jeżeli gospodarz miał na tyle ziemniaków, to na drugie były zawsze ziemniaki maszczone albo tylko osolone; jak było chleba mało, to zastępowali go do barszczu ziemniakami.

    Obiad składał się zwykle z dwóch potraw, z których pierwszą bywała zawsze kapusta, zasypana kaszą, drugą, kasza jaglana lub jęczmienna z mlekiem albo maszczona, albo dla odmiany drugą potrawę stanowiły czasem kluski, paluchy z mąki żytniej lub pszenicznej grubej, w domu w żarnach zmielonej, z mlekiem albo maszczone, a czasem pierogi z serem, a w poście z makuchem.

    Wieczerza była podobna jak śniadanie.

    Podwieczorki i podśniadki było zwyczajem dawać od św. Jana do św. Michała, ale tylko robotnikom do żniwa i kosy. Taki podśniadek czy podwieczorek składał się z kieliszka wódki, kromki chleba, do chleba była słonina lub masło, ser albo twaróg. Podwieczorki dawali też pastuchom pędzącym bydło na pastwisko, jak również dostawali oni do torby śniadanie i jedli je na pastwisku.

    Był też zwyczaj, że do śniadania, obiadu i wieczerzy zasiadali wszyscy razem, ile było osób w domu: gospodarz, dzieci i sługi i jedli z jednej miski w ten sposób, że miska stała na ławie, stołku lub pieńku na środku izby, a wszyscy otaczali ją dokoła, przyczem starsi zwyczajnie siedzieli, a młodsi stali. Jeżeli zaś rodzina była liczniejsza, to jedni przez drugich z daleka do miski sięgali. Przed jedzeniem uwijano się, żeby złapać jak największą łyżkę. Jedynie gospodyni nie mogła jeść razem, bo ciągle dodawała do miski strawy, a jak jedli barszcz, to gospodarz lub starszy parobek był w kłopocie, bo musiał wszystkim chleb do barszczu drobić, a sam miał tyle czasu na jedzenie, jak przestał drobić. Toteż drobił zwykle wielkie kawałki, żeby mniejsi dłużej się nad niemi zabawiali, a on tymczasem mógł więcej zjeść.

    Apetyt u ludzi w owych czasach był nadzwyczaj dobry. Barszczu musiała gospodyni gotować tyle, ażeby na każdą osobę mniejszą czy większą wychodziło przeciętnie co najmniej pół litry, chleb piekło się zwyczajnie co tydzień z pół korca żytniej mąki. Ziemniaków czy kapusty wystarczyłoby obecnie dla pięciu, co wtedy zjadał jeden.

    Kawa, herbata, cukier, ryż rodzynki, migdały, pomarańcze, cytryny, dziś sprzedawane w każdym sklepiku z artykułami spożywczymi, przeważnie nie były znane na wsi. Na razie były tylko w sklepie u Engelberga i Giżyńskiego w Tarnobrzegu.

    Kawa i herbata, jeżeli była używana, to tylko na wielkie święta: Bożego Narodzenia i Wielkanoc. Gdy coś ziarenek kawy po tych świętach zostało, zawijali je i przechowywali do następnych świąt. Gospodynie w Dzikowie nauczyły się jej gotować od kucharek pańskich w Tarnobrzegu i jedna od drugiej. Na dalszych wsiach od miasta dłużej nie było znaną i z tych czasów pochodzi następujące opowiadanie: Kobieta jedna chciała się postawić na przyjęcie księdza, który z organistą miał jeździć po kolendzie a ponieważ słyszała, że księża i panowie najwięcej kawę piją, więc postanowiła go tem uraczyć. Kupiła kawy, ale przyrządziła tak, że wsypała całe ziarna do mleka i gotowała, żeby ziarna zmiękły. Gdy ksiądz przyszedł, wlała mleko z kawą na miskę i postawiła na stole, a ponieważ ziarna kawy tonęły w mleku, wyjaśniała: ťNiech jegomość zamieszają, bo kawa jest na spodzieŤ. Dopiero ją ksiądz pouczył, jak się kawę gotuje.

    ***

    Studnie były drewniane i przeważnie tak liche, że ledwie konewka mogła się do studni zmieścić; był to poprostu dołek, wykopany na wodę, z którego każdy czerpał swoją konewką. Jak zapamiętałem, w Dzikowie na obejściach gospodarskich było wszystkiego trzy, może cztery studnie, z których cała gmina wodę czerpała, a również tak było w sąsiednich wsiach: w Miechocinie, Kajmowie, Machowie, Zakrzowie, nie było tam więcej, jak po dwie, trzy studnie.

    Gospodarz mający studnię u siebie, miał z tego powodu dosyć kłopotu, bo drudzy pędzili dniem i nocą na jego obejście konie i bydło do pojenia, a także brali wodę do picia dla ludzi.

    Gdy było sucho i wody mniej, to do takich studzien nocami się skradali, żeby wody czerpać, a sam właściciel studni musiał się wieczór w wodę zaopatrywać, żeby mieć na drugi dzień rano na swoje potrzeby, bo gdy wstał później, już wody dla niego zabrakło; niektórzy zamykali studnie na noc przed sąsiadami. Jeżeli zaś w studni wody zupełnie zabrakło, lub blisko jej we wsi nie było, gospodarze wyszukiwali źródła wodne za wsią, kopali tam dołek na ściek wody i stamtąd ją nosili lub wozili.

    A cała ta bieda z wodą stąd pochodziła, że chłopi nie mieli zwyczaju kopać studzien. Jak jeden w gminie, kopiąc studnię, na źródło nie natrafił i wody nie dostał, to już długie lata opowiadali sobie o tem legendy i ojciec przekazywał to w spuściźnie synowi, że ten a ten wybierał studnię i do wody się nie dobrał, zatem już w tej stronie źródła nie znajdzie.

    Pamiętam, gdy żeniłem się w r. 1861 w Machowie, teść w te słowa żalił się przede mną: ťMoje dziecko, wszystkoby w naszym Machowie uszło i byłoby dobrze, ale najgorzej z wodą: jedna studnia u Sawarskiego nie może wody nastarczyć, dzieci po nocach muszą chodzić za wodą, nadźwigają się i namęczą; u Garbosia przed paru laty chcieli wybrać studnię, wykopali dół głęboki, ale wody nie było i musieli nazad zawalićŤ.

    Tak samo narzekali w Dzikowie. A dziś tak w Dzikowie, jak w Machowie i innych wsiach, gdzie dawniej była bieda bez wody, niema prawie zagrody, a nawet komornika, żeby na swojem obejściu studni i wody nie miał, i to mają studnie przeważnie betonowe, które bez wielkich zachodów i z łatwością dadzą się urządzić i są tańsze a trwalsze, niż drewniane. Dzisiaj we wszystkich wsiach w okolicy wody jest poddostatkiem, a cała tajemnica tej przemiany leży w tem, że obecnie wzięli się do kopania studzien, czego dawniej w myśli nie mieli i nawet tam nie kopali, gdzie woda była blisko pod powierzchnią i łatwo ją można było dostać.

     

    Uprawa gruntu w czasach popańszczyźnianych była bardzo licha i to zarówno we dworze, jak i na wsi. Tak tam, jak i tu, grunta były zarośnięte, na środku niwy rosły ciernie i chwasty różnego rodzaju, perz plenił się tak, że pług trudno było do ziemi włożyć; nie brak też było dołów z wodami i różnych nierówności. W stertach zbożowych na niwach pańskich gnieździły się świnie dworskie i chłopskie, i nikt się o to nie gniewał.

    Mało się wtedy o to troszczyli, aby ciernie wykopać, grunt odwodnić, zrównać, z chwastów i perzu oczyścić; zamiast łąki były bagna. Blisko trzecia część ziemi leżała odłogiem, nie uprawiona. Chłop był przyzwyczajony za pańszczyzny robić w gruncie, jak za szarwark, aby mu dzień zeszedł, tak u siebie, jak i we dworze; miał to na myśli, że to wszystko gospodarstwo nie jego, więc spychał tylko robotę z dnia na dzień.

    Taka licha uprawa była jeszcze ze 20 lat po pańszczyźnie – potem dopiero zaczął się postęp, najpierw we dworze, a następnie i u chłopów.

    Orali wszędzie w czteroskibowe zagony, więc wskutek tego wiele pola odchodziło bezużytecznie na brózdy. Ale kolejne następstwo robót w gruncie było mniej więcej takie jak obecnie. Ścierniska były najpierw pokładane czyli przeorywane, następnie zawłóczone bronami, – a gdzie było więcej perzu, tam przed włóczeniem radliło się osękiem; pod siew zaś albo jarzyny orało się drugi raz na świeżo. Ziemniaczyska zawłóczyli tylko z perzu i chwastów i dopiero pod siew orali. Jednakże z powodu lichych narzędzi grunt nie był tak czysto wyprawiany jak obecnie.

    Ugorów chłopi nie zostawiali; zostawiano je tylko we dworze dla dworskiego bydła i wołów. Grunta 5-ej klasy, których we wsi najwięcej, t. j. na Ogniskach i w Nawozach, nawozili gnojem co cztery lata, nad Wisłą zaś w lepszym gruncie gnoili rzadziej.1

    ***

    Jaka była wartość gruntu w pierwszych latach po ustaniu pańszczyzny, tego nikt nie wiedział ani nie słyszał, żeby kto grunt kupował i jakieś pieniądze chciał dać.

    Wogóle przed nastaniem wolności dzielenia gruntu i hipoteki nie kupowali chłopi gruntu wiecznością. Zwyczajnie mówili: ťCzy to ja będę wiecznie żył, żebym kupował wiecznościąŤ. Zresztą handel ziemią był utrudniony, bo na sprzedaż trzeba było otrzymać pozwolenie z Rzeszowa. Brali więc wtedy grunt tylko w dzierżawę, płacąc z morgi 5 zł. rocznie i to najczęściej nie pieniędzmi, ale ziarnem lub ziemniakami na wiosnę. Tego zwyczaju trzymał się ogół chłopów jeszcze i po nastaniu hipoteki i we wsi mogło się znaleźć na razie zaledwie paru takich, co z tym zwyczajem zrywali i grunt nabywali na własność.

    Dobrze pamiętam ten fakt, bo byłem już sporym chłopakiem, jak jednego wieczora do dziadka mojego przyszedł z flaszką wódki niedaleki sąsiad i kum i zaofiarował dziadkowi zamianę swego gospodarstwa za gospodarstwo dziadkowe. ťMacie – powiada – 6 morgów gruntu i dajecie sobie jakoś radę, nic wam nie brakuje. Ja mam 18 morgów tej samej ziemi, i jakoś mi ciężko idzie. Ano kumie, mieniajmy się, szyja za szyję: wy przejdziecie na moje gospodarstwo, a ja na waszeŤ. A na to dziadek: ťKumie, wszystkobym wam zrobił, ale tego nie zrobię, – mnie tego gruntu wystarczy, chcę głowę położyć na swojemŤ. Tak kawał w noc się targowali i do żadnego skutku nie przyszli, bo dziadek mój nie chciał wtenczas dać 6 morgów za 18. Gospodarz ów nazywał się Michał Ozych, pochodził z Królestwa Polskiego, był osadzony na kmiecym gruncie przez hr. Tarnowskiego niedługo przed ustaniem pańszczyzny.

    Później, koło 1865 r., Jakób Tyniec sprzedał 3 morgi gruntu pierwszej klasy w ładnem położeniu za 600 złr.2 kowalowi dworskiemu Janowi Rydzowi. Głośnem to było w całej gminie, że ťznalazł siꠖ jak mówili – taki głupi, co tyle pieniędzy za 3 morgi gruntu wydałŤ. Dzisiajby dali – i tak płacą – za morgę takiego gruntu 3.000 złotych, ale wtenczas leżało dość gruntów i placów odłogiem.

    Ten kowal był pierwszym, który kupił grunt w Dzikowie, pieniądze miał z rzemiosła, bo był kowalem dworskim i wykonywał roboty kowalskie w mieście po pożarze. Z chłopów w Dzikowie pierwsi kupowali grunty Jan Sokół, Józef Szewc i ci wybili się na najbogatszych gospodarzy.

    ***

    Nie było dawniej takich, jak są teraz, narzędzi rolniczych. Pług był z deską drewnianą. Gdy w gruncie był perz albo mokro i wogóle, gdy grunt był ciężki, to jeden albo dwóch ludzi musiało pług taki z wielką forsą trzymać, a jeden czterema końmi poganiał. Za dzień przy wielkim wysiłku dało się zaorać ledwie pół tego, co się zorze dzisiejszym pługiem; więc jeżeli dawnym, drewnianym pługiem zorał na dzień pół morga gruntu, to dzisiejszym można zorać jeden mórg tej samej gleby, – z tą jeszcze różnicą, że gdy do dawnego pługa zaprzęgał gospodarz 4 konie i zatrudniał dwóch albo trzech ludzi, to dzisiaj w tej samej glebie zaprzęga 2 konie przy jednym człowieku. A w lżejszej glebie, gdzie pierwej musiał orać na dwa konie, dziś orze w jednego.

    Po lasach zamiast pługa używaną była socha, podobna do radła, którą oracz trzymał w rękach i zapuszczał w rolę na różną głębokość według potrzeby.

    Brony także były liche, z małymi gwoździami. Zamiast dzisiejszych żelaznych ťpazurówŤ do czyszczenia gruntu z perzu było radło czyli drewniany osęk, którym się grunt radliło czyli ťhakowałoŤ.

    Do młócenia zboża używane były tylko cepy, a czyszczenie zboża odbywało się przez wianie w ten sposób, że na boisku w stodole przy otwartych drzwiach rzucało się ziarno szuflą po wiatr. W ten sposób oddzielało się ziarno od plewy: najcięższe ziarna padały najdalej, lżejsze bliżej, plewy pod nogi wiejącemu. Młocarnie i młynki do wiania wcale nie były znane. Sieczkę rznęło się w skrzynkach ręcznych, a co parobek lub gospodarz urznął wtedy przez cały dzień, to teraz przy sieczkarni korbowej ma się za pół godziny.

    W całej gminie nie było wozu, na którym byłoby choć za 1 zł. żelaza. Cały wóz był ťbosyŤ, t. j., nie kuty, skrępowany wiciami brzozowemi. Na dowód, jak mało był ceniony, przytoczę fakt, że gdy wóz taki, odziedziczony po dziadku, sprzedałem szewcowi w Tarnobrzegu, Ignacemu Zdyrskiemu, ten za to po długim targu zgodził się podszyć mi proste buty, co wtedy mogło przedstawiać wartość 11 reńskiego.

    Kto się wybierał w drogę takim wozem na 2 lub 3 mile, musiał mieć maźnicę, uwiązaną w tyle u wozu, do smarowania osi drewnianych, gdyż inaczej wóz piszczał i nie dało się jechać. Prócz tego brał ze sobą gruby drąg i sochę na windugę, konieczną przy smarowaniu wozu, gdyż własną siłą nie można go było ulżyć.

    Gdy kto jechał przez wieś, a miał osie nie nasmarowane i wóz mu skrzypiał wołali za nim: ťSprzedaj woły – kup se smoły!Ť

    Dopiero po pańszczyźnie zaczęły nastawać wozy żelazne, t. j. mające koła okute w żelazne ťrafyŤ czyli obręcze, ale osie były jeszcze drewniane. Potem nastawały wozy mające i osie żelazne. Na razie który gospodarz wóz taki sobie sprawił, był nazywany ťbogaczemŤ i budził wielki dziw w gminie.

    Jednym słowem, nie miał nikt podobnych do teraźniejszych narzędzi rolniczych, tak do uprawy gruntu, jako też do innych potrzeb gospodarczych.

    ***

    Ze zbóż siali najwięcej żyta, jęczmienia, prosa, tego więcej, niż obecnie. Pszenicy i owsa siewali mniej więcej tyle, co obecnie. Dużo siali także tatarki, ale tylko po wsiach lasowskich, piaszczystych.

    Ziemniaków sadzili mało, zaledwie połowę tego, co obecnie. Toteż oszczędnie je jedli, dzieci ukradkiem przed starszymi wyciągały je z dołów ťłażonychŤ i piekły w domu, a od Bożego Narodzenia już się ziemniaków nie jadło, bo resztę przeznaczali do sadzenia.

    Natomiast dużo siali rzepy, mianowicie w lecie na spokładanych ścierniskach. Drobniejszą suszyli na strychach i następnie spożywali najwięcej w poście jako t. zw. całkę, t. j. gotowaną w łupinach i zasypywaną kaszą jaglaną. Większą siekali i maścili nią sieczkę dla krów do dojenia w zimie. Maścili też gotowaną i utłuczoną plewy dla trzody. Zresztą jedli ją też surową, jak dziś owoce.

    Więcej też niż obecnie sadzili kapusty. W każdym gospodarstwie kisili jej na zimę zwyczajnie 2 beczki, obejmujące 6–7 korcy; kisili w całych główkach, a tylko przesypywali drobniejszą, usiekaną z liści kapuścianych ręcznemi siekaczami. W zimie wszystko to jedli, a tylko kwasem maścili czasem sieczkę dla krów, ťżeby się pozbyły motylicyŤ.

    Ze strączkowych siali bób i groch w większej ilości, niż teraz. Fasoli siali bardzo mało. Nadto każdy gospodarz siał len i konopie. Z pastewnych siali trochę koniczyny, mniej, niż w czasach dzisiejszych. Zresztą dla krów w lecie do dojenia zbierali chwasty, zrzynali jęczmień, pszenicę, wyżynali trawy po miedzach, albo też ukradkiem na pańskiem.

    O potrzebie odmieniania nasienia do siewu i sadzenia nikt nie myślał. Nasienie było marne, zwyrodniałe. Jeżeli gospodarz po zebraniu plonów z pola widział, że ma zboża lub okopowych za mało na cały rok, to zaraz w jesieni musiał odebrać i schować bezpiecznie do siewu i sadzenia swoje własne nasienie, a do spożycia domowego kupował, choćby miał najdrożej płacić. Od ojca bowiem miał tę naukę, żeby swoje własne nasienie siał i sadził, a także nie sprzedawał go drugiemu do siewu i sadzenia ťboby mu się do drugiego gospodarza przewiedłoŤ.

    Również kolejne następstwo płodów w gruncie było jak za dawnych czasów. W naszej gminie na przykład obowiązywał taki podział roli: gdzie obecnie 5-ta klasa gruntu, tam wszyscy siali żyto ozime i co cztery lata po wygnojeniu proso; gdzie zaś pierwsza klasa, tam siali pszenicę, jęczmień, owies, koniczynę, bób i sadzili ziemniaki i kapustę. Tę naukę ojcowie wpajali w synów i wnuków, aby tylko tak siać i sadzić, bo inaczej urodzaj chybi. Każdy też tej nauki się trzymał, aby nie chybił i nie był wyśmiany.

    Gdym zaczął samodzielnie gospodarować, ojciec mojej żony doradził mi, żeby trochę ziemniaków zasadzić koło domu na polu zwanem ťOgniskaŤ, ażeby z nowego można było ukopać ziemniaków na domową potrzebę, nim zbierze się ziemniaków z pola w jesieni. Ja się trzymałem tego, co od ojca i dziadka słyszałem, że w tem miejscu będzie tylko żyto i proso. A teść na to: „Wsadź na wolę Bożą choć kawałeczek ziemniaków, może coś urośnie, będziesz miał bliżej". Usłuchałem; przyszła wiosna i na wspomnianem polu sadziłem ziemniaki. Byłem już w połowie roboty, gdy nadszedł jeden z najstarszych wówczas w Dzikowie gospodarzy Maciej Mortka i woła do mnie, śmiejąc się: ťHej, młody gospodarzu! Twój dziadek i ojciec stąd ziemniaków nie jadł, i ty nie będziesz jadł. Nic ty tu nowego nie zaprowadziszŤ. Tak kilka chwil stał nade mną i tłumaczył mi, że źle robię, że nie mam doświadczenia. Były to rady starego, poważanego gospodarza, mogły mną zachwiać, odwieść mnie od rozpoczętej roboty, – zdobyłem się jednak na odwagę i sadzenia dokończyłem.

    Przyszła jesień; ziemniaki porosły nad podziw, tak krzaki, jakoteż i pod krzakami także, że można je było narączkiem nosić do domu. Wszyscy się temu dziwili niemało, a i ów gospodarz, który odradzał mi sadzenie, ile razy przechodził tamtędy i widział ten niezwykły urodzaj, zatrzymywał się i mówił do siebie: ťU młodego trza się teraz rozumu uczyć, u młodegoŤ, i to samo nieraz powtarzał.

    Ten wypadek nauczył mnie w życiu bardzo wiele: od tego czasu coraz mniej zważałem na gadki i śmiechy ludzkie, coraz śmielej zrywałem z przesądami. Wprowadzałem inny płodozmian i gdzieindziej i dobrze na tem wychodziłem. Na tem samem polu, gdzie starzy nigdy ziemniaków nie sadzili, sadzę je obecnie stale i zawsze mam ładny zbiór, bo ziemia wyjałowiona dawniej zbożami, a zasilana teraz często nawozem, szczególniej nadaje się pod jarzyny.

    W tych czasach nie brak nigdzie ładnych ziemniaków. Dawniej, skoro Niemcy, koloniści z Padwi, o 3 mile, nie dowieźli do Tarnobrzega ziemniaków, zaraz dawał się odczuwać brak tego artykułu i drożyzna; – obecnie gospodarze z Dzikowa zaspokajają w znacznej części zapotrzebowanie na ziemniaki w mieście i mają ich jeszcze dość na własny użytek.

    ***

    Co do ogrodnictwa, to były wprawdzie sady koło domów, a po niektórych wsiach było ich nawet więcej niż dzisiaj, ale drzewa w tych sadach były dzikie, które albo same wyrosły, jak dzikie śliwy, grusze, jabłonie, – albo je gospodarz gdzieś w polu wykopał, przyniósł i koło domu zasadził, nie zważając na to, jaki będzie owoc. Drzewa te rosły gęsto, skołtunione jedno koło drugiego, i nie mogły się należycie rozrastać.

    Prócz tego wśród pól widziało się wszędzie samotne, leśne czyli dzikie grusze. Rosły one na skrajach pól, na miedzach i z nich było najwięcej owocu. W jesieni strząsali z nich po kilka korcy gruszek, każdy na swojem polu.

    Nikt w okolicy nie sadził dobrych, szlachetnych szczepów, bo nawet przy zamku w Dzikowie nie było dawniej takiego ogrodu owocowego, jaki jest obecnie, i było tylko niewiele drzew owocowych na własną potrzebę. Dopiero przed kilku dziesiątkami lat zaczęli najpierw po dworach zaprowadzać szlachetne ogrody owocowe, a następnie i niektórzy chłopi, ale przeważnie tylko po wsiach, leżących nad Wisłą i Sanem. Najpierw chodziła pogłoska, że najlepsze ogrody owocowe mają gminy Skowierzyn i Wrzawy. Po innych wsiach, mających grunta piaskowe, i dziś mało się trafi, żeby ktoś sobie zasadził kilka drzew owocowych, choć na swoją potrzebę. Wymawiają się zawsze tym, że grunt niedobry, że jak jeden sadzi, to mu drugi wydrze itp., ale w rzeczywistości nie chce im się sadzić, i nikt nawet nie próbuje sadzić.

    Ale w niektórych gminach nad Wisłą i Sanem widać obecnie znaczny postęp w ogrodnictwie: sadzą drzewa szczepione w pewnych linjach i odstępach jedno od drugiego tak, że każde może się swobodnie rozrastać i owocować, a pod drzewami zawsze można coś siać lub sadzić.

    Nie było też dawniej żadnej prawie pielęgnacji sadu, do drzewa zachodził gospodarz przeważnie tylko wtedy, gdy miał zebrać owoc. Jeżeli kto miał sad, to pasł w nim bydło, nawet i trzodę, a za całą pielęgnację starczyć miało przewiązywanie drzewa powrósłem.

    Przewiązywanie to odbywało się zawsze na Boże Narodzenie, mianowicie w wigilję, po ťpostnikuŤ. Była mowa, że jeżeli się którego drzewa nie zwiąże wtedy słomą, to będzie gniewać się i rodzić nie będzie. Więc zaraz po postniku wybiegali młodzi do ogrodu, jeden szedł przodem z siekierką i w każde drzewo pukał, zapytując się przytem: ťBędziesz rodzić czy nie, bo cię zetnęŤ, – a drugi idąc za nim, odpowiadał: ťNie ścinaj, będzie rodziłoŤ, – i powrósłem drzewo obwiązywał. I to samo powtarzało się przy każdym drzewie. Powrósło zaś musiało być na drzewie przez całe lato, nie wolno było go odwiązywać, chociażby się na nim najwięcej gąsienic zalęgło.

    Ale to i dziś jeszcze widać po wsiach drzewa, poobwiązywane powrósłami, choć to wierutny zabobon, i drzewom nic nie pomaga, a może szkodzić, jeżeli za powrósłem zagnieździ się robactwo. Wielu nie rozumie jeszcze, że koło drzew trzeba chodzić tak, jak koło roli, że trzeba je pielęgnować przez cały rok, a wtedy jest z sadu ładny dochód, lepszy niż z roli. Ja np. największy dochód mam obecnie z ogrodu owocowego, który wynosi 11 morgi. W ostatnim roku, 1928, mam z niego 3.000 zł. czystego dochodu.

    Przetworów owocowych nie robili innych, prócz tego, co suszyli w piecach chlebowych: śliwki, jabłka, a szczególnie gruszki, – i przyrządzali z tego polewkę do picia na wigilję, a w czasie postu dodawali owoc suszony, rozgotowany i roztarty do kaszy jaglanej, co tak dzieci, jak starsi mieli za specjał.

    Ogrodów warzywnych nie było. Bywały tylko małe ogródki, w których bywało trochę marchwi i pietruszki; marchwi zwyczajnie nawet nie zbierali, bo ją dzieci zawczasu wyciągnęły z ziemi i zjadły. Pola koło domów nie były więcej cenione niż dalsze, bo warzyw na nich nie uprawiali, a były narażone na szkody od drobiu i bydła. Jedynie z Wrzaw dowozili chłopi na targi cebulę, czosnek, marchew, mak, – a takie warzywa, jak: ogórki, kapusta włoska, sałata, karpiele, kalarepa, kalafiory, szparagi, pomidory, fasola tyczna, groszek cukrowy bywały chyba w ogrodach dworskich, następnie rozpowszechniły się u urzędników, – chłopi ich wcale nie znali.

    Dziś wszystkie te warzywa, a szczególnie ogórki, uprawiane są przez chłopów, zwłaszcza w okolicach rędzinnych i w niektórych wsiach, np. w Dzikowie wyżej uprawa ta stoi, niż dawniej we Wrzawach.

    ***

    W domu i koło domu, zwłaszcza tam, gdzie były starsze dziewczęta, spotykało się różne kwiaty. Do zwyczajnych kwiatów trzymanych w oknach, w wazonikach należały: pelargonje, giranja, krezentyna, rozmaryn, któremi okna były czasem zupełnie zaciemnione. Koło domu zaś w ogródkach, które zajmowały jakiś nieznaczny kącik, rosły: ruta, róża, majeranek, boże drzewko, nagietki, roztroperz, wrotycz, piwonja. Kwiatki te zrywali do oświęcenia na Matkę Boską Zielną, do rózgi weselnej, dziewczęta do strojenia głów w niedzielę i święta itp. Koło roku 1880 zaczęły się rozpowszechniać z ogrodu zamkowego różne inne kwiaty, sadzone w wazonikach i ogródkach.

    ***

    W pszczelnictwie znane były tylko barcie, czyli pniaki, wydrążone z grubych sosen, wysokie około 11 metra. Ule takie jak dzisiejsze, zbite z desek, nie były znane i uważaliby je za nieodpowiednie dla pszczół, nie chroniące przed mrozem w zimie.

    Pnie dawne dawały dużo rojów, a mniej miodu. Miód bowiem podrzynali zawsze tylko dołem, poniżej oczka czyli wylotu dla pszczół, a w górnej części wydrążenia czyli w głowie, to jest t. zw. oklek, pozostawał z roku na rok nie tknięty, jako pożywienie dla pszczół, i wyrzynali go tylko wtedy, gdy pszczoły zginęły czyli ťspadłyŤ. A że pszczoły składają miód od góry i prowadzą robotę ku dołowi, wyrzynali więc na dole sam susz bez miodu. W dobre lata z silnego pnia wybierali około 4 kwarty miodu i mniej więcej kilogram wosku. Dzisiejsze ule ramkowe są co do miodu znacznie wydajniejsze.

    Kto miał pasiekę, zachowywał miód na swój własny domowy użytek, częstował nim gości na chrzcinach, weselach, zabawach, rozdawał krewnym i sąsiadom, nadto coś spieniężał. Częściej spieniężał wosk, wyrabiając z niego gromnice albo sprzedając księżom na świece; dawali go też na ofiarę do kościoła.

    Pszczelarze mieli swoje zabobony. Takiego, co miał większą pasiekę, posądzano, że ze złem trzyma, że ťwie coś do tegoŤ. Gdy kto koło pszczół robił, podbierał miód albo rój zbierał, nie wolno było przyglądać się temu zza płotu, ťbo pszczoły dostawały uroku, były złe, cięte i mogła paść na nie jaka choroba i zniszczyć jeŤ. Gdy kto przewoził ul z innej pasieki, to wiązał z tyłu wozu linę, która miała ciągnąć się po ziemi przez całą drogę, żeby tak pszczoły ciągnęły do swojej pasieki.

    Za mojej pamięci największą pasiekę w okolicy prowadził Brocki, który był w przyjacielskich stosunkach z hr. Janem Tarnowskim i mieszkał w dobrach jego. Zajmował on się pszczelnictwem z zamiłowania, miał kilkadziesiąt pni na Borowie i na Wianku koło Dzikowa, a także w Jeziorku. W Dzikowie u chłopów najładniejsze pasieki były u Tomasza Szewca i Łukasza Tracza; miewali oni mniej więcej po 10 pni. Na ogół więcej bywało pasiek po wsiach lasowskich niż nadwiślańskich.

    ***

    Co do pastwiska, to za pańszczyzny i przez 20 lat po jej ustaniu główne pastwisko dzikowskie było nad Wisłą, w t. zw. Kępie. Ciągnęło się od przysiołka Podłęże do granicy zakrzowskiej. W dalszym ciągu leżały nadwiślańskie pastwiska, należące do gmin: Zakrzów, Sielec, Koćmierzów, Zarzekowice aż do Nadbrzezia, leżącego naprzeciw Sandomierza. Pastwisko dzikowskie leżało po obu stronach wału wiślanego i było wałem przepołowione. Wynosiło 68 morgów.

    Przy tem pastwisku była wówczas wyspa wiślana, wynosząca również kilkadziesiąt morgów, porośnięta trawą i wikliną, gdzie także pasło się bydło dzikowskie. Na wyspę tę przeganiali konie po robotach, krowy nie dojące się, jałówki i nie zganiali ich stamtąd całymi tygodniami, nieraz dopiero wtedy, gdy woda na Wiśle przybierała i groziła zalewem wyspy.

    Prócz tego gromadzkiego pastwiska w Kępie było jeszcze drugie, bliżej wsi pod Zwierzyńcem, gdzie tylko kmiecie mogli paść swoje konie i woły. To kmiece pastwisko wynosiło 36 morgów.

    Razem więc pastwiska dzikowskie wynosiły wtedy 104 morgów. Lepsze było w Kępie, gdyż grunt tam był pierwszej klasy, przytem użyźniany wylewami Wisły.

    Były to pastwiska serwitutowe, do których i dwór miał prawo. W r. 1867 po uregulowaniu serwitutu czyli służebności gmina otrzymała z tego obszaru 79 morgów na swoją wyłącznie własność.

    Pastwisko w Dzikowie było odtąd dla wszystkich dostępniejsze: w Kępie – dla przysiołka Podłęże, dawne pastwisko kmiece rozszerzone – dla głównej części Dzikowa.

    Po zniesieniu pańszczyzny należeli do pastwiska tylko kmiecie, zagrodnicy i komornicy uwłaszczeni w Dzikowie, – razem 42 numerów. Następnie ci przypuszczali spod swoich numerów do pastwiska swoje dzieci i w ogóle członków rodziny tak, że w r. 1868 było 69 gospodarzy, uprawnionych do korzystania z pastwiska i ci otrzymali je na własność. To osobiste przyzwalanie krewnym na korzystanie z pastwiska utrzymało się w zwyczaju jeszcze z dziesięć lat po zniesieniu serwitutu, później przypuszczano do pasania tych, którzy o to prosili i złożyli oznaczoną przez radę gminną opłatę od sztuki bydła, czyli t. zw. spaśne.

    Z czasem, ponieważ do gminy zaczęli napływać żydzi, pastwisko zastrzeżono hipotecznie tylko katolickim obywatelom Dzikowa. Obecnie jest w Dzikowie 294 nr-ów, z pastwiska może korzystać każdy, kto jest katolikiem.

    Jednakże pożytek z pastwiska był stosunkowo niewielki, jak jest i dzisiaj jeszcze. Trawa lepsza była z wiosną i po deszczach, przeważnie jednak była licha, nie uprawiana i nie odmieniana. Bydło odbywało na pastwisko codziennie daleką drogę. Pastwisko w Kępie oddalone było od głównej części wsi o 2 klm. Ponieważ bydło wyganiało się zrana i spędzało na południe i powtarzało się to znowu po południu, – więc samej drogi na pastwisko i z pastwiska robiło bydło codziennie 8 klm.

    A widzi się to i dziś jeszcze, że pasza na pastwisku jest zupełnie niedostateczna, a przytem bydlę wystawione jest tam to na skwar słoneczny, to znów na słotę i chłód przejmujący, więc się nie rozrasta, karłowacieje i z mlekiem ucina.

    Toteż w tych wsiach, które mają pastwiska, widzi się przeważnie liche bydło i brak nabiału. Na przykład Chmielów w pow. tarnobrzeskim ma coś 1000 morgów pastwiska, ale gdy się tam spytać o krowy i nabiał, gospodarz odpowiada: ťJest ta u Pana Boga 4–5 bydląt, ale mleka nie mają i barszczu nie ma czym podbićŤ.

    Lepsze bydło spotyka się zazwyczaj tam, gdzie pastwiska nie mają. W takich wsiach bydło, trzymane w domu, jest regularnie i lepiej odżywiane i dostarcza nabiału, przytem robi nawóz w oborze, więc jest czym grunt nawozić, a potem się rodzi i podnosi się ogólnie dobrobyt.

    Toteż – można powiedzieć – pastwiska takie, jak były dawniej i dziś są jeszcze, stanowią jedną z przyczyn biedy na wsi. O ile lepiej byłoby, gdyby były umiejętnie uprawione, podzielone lub wydzierżawione przez gminę, przez jej mieszkańców i w ten sposób zamieniły się na pola orne lub łąki. O ile więcej byłoby wtedy we wsi chleba i paszy.

    ***

    Hodowla inwentarza była dawniej bardzo licha, koło koni chodził gospodarz albo parobek, i o nie jeszcze najwięcej dbali, krowy zaś, trzoda chlewna i drób zdane były wyłącznie na opiekę gospodyni, która, jeśli miała dziewkę, to się nią przytem wyręczała.

    Co najlepsza pasza, jak siano, koniczyna, owies z sieczką, ciarachy, plewy była tylko dla koni, – krowy zaś dostawały tylko czystą słomę z żyta, pszenicy, jęczmienia, owsa, a prośniankę zadawali im dopiero na wiosnę, gdy się ocieliły. Jeżeli zaś gospodyni chciała im kiedy zarzucić za drabinę lepszej paszy: siana czy koniczyny, to czyniła to ukradkiem, żeby tego gospodarz nie widział, bo się bardzo o to złościł i gniewał, – również i parobek pilnował, żeby gospodyni paszy koniom ťnie porywałaŤ i nie uszczuplała, bo mówili, że ťkoń ciągnie i robi, to musi lepiej zjeść, a krowa nie idzie do zaprzęgu, – stoi tylko i żreŤ. Chociaż i konie w zimie stały przeważnie na stajni, i zazwyczaj wyjeżdżali niemi tylko po drzewo do lasu, – ale gospodarza to cieszyło, gdy je ze stajni wypędził i ładnie mu po oborze. Zupełnie nie rozumieli tego, że z hodowli krów jest większy pożytek, niż z koni. Ale i krowy chować lubili, dbali o to, żeby ich mieć dużo, przysadzali cielęta, ale cóż z tego, skoro cztery, pięć krów nie dawało w zimie więcej, niż kwartę mleka i gospodyni narzekała, że nie ma czem barszczu podbić. Na wiosnę, gdy wychodziły na pastwisko, bo się słaniały od wiatru, nieraz się przewracały i nie mogły się same podźwignąć, i trzeba było je podnosić, a boki miały oblepione zeschniętym gnojem, że nie znać było sierści. Dopiero w lecie na pastwisku, jak się leniły, łajno odłaziło z sierścią zdardami i skóra była goła i na nowo sierścią porastała. Wtedy pobierały się i dawały więcej mleka, tak, że go już w domu nie brakowało.

    W owych czasach częściej u komornika, niż u gospodarza trafiała się krowa ładniejsza i mleczniejsza, bo komornik nie chował koni i więcej o krowę zadbał, ale sąsiedzi przypisywali to zawsze czarom i komornicę nazywali czarownicą.

    Świnie chowały się głównie poza domem: od wiosny aż do jesieni na pastwisku, a po zbiorach w polu; – nadto świnie dzikowskie żywiły się też latem i zimą w mieście. W domu dodawano im w lecie tylko pomyje do picia, t. j. wodę, w której naczynia po jedzeniu były pomyte, – w zimie do tego trochę plew, przymaszczonych mąką lub ziemniakami. Karmiki, pasące się w chlewiku na zabicie, dostawały przez cztery do pięciu miesięcy ziemniaki gotowane, tłuczone, z domieszką ospy jęczmiennej.

    Rasa świń była jedna tylko, swojska, ostrej kości, porosła grubą i wysoką szczeciną. Szczeć tę po zabiciu karmika kupowali bardzo chętnie żydzi, płacąc za nią z dobrej sztuki najmniej półtora reńskiego. Toteż świni, mającej ładną szczeć, nie darowali pastuchy na pastwisku, ale ją wyskubywali na grzbiecie i sprzedawali żydom lub szewcom do szycia butów.

    Ogiery, buhaje i knury chodziły razem z bydłem na pastwisku, więc klacze, krowy i świnie tam się stanowiły, i żaden prawie gospodarz nie chodził z niemi do rozpłodnika i nie płacił za to, a często nawet nie wiedział, czy jego klacz, krowa lub świnia jest zapłodniona. Trafił się czasem gospodarz, że nie puszczał rozpłodnika na pastwisko, żeby mu się nie psuł, – takiego nazywali zazdrosnym i mało tam prowadzili, bo zresztą były inne rozpłodniki na pastwisku.

    Drób, t. j. gęsi, kaczki i kury były w każdym domu chętnie chowane przez gospodynie i może w większej ilości niż dzisiaj. Ale i one były tylko jednego, swojskiego gatunku.

    Chów gołębi i królików był u gospodarzy rzadkością, a jeżeli trafiły się, to zajmował się niemi najczęściej chłopak lub wyrostek, który się musiał z tym inwentarzem dobrze ukrywać przed starszymi, bo nierzadko za ten chów dostał w skórę. Uważano powszechnie, że chowanie gołębi i królików to pańskie bawidło i grymas, i poważnemu gospodarzowi nie przystoi zaprzątać sobie tem głowy.

    W tym czasie, jak zacząłem na swoją rękę gospodarzyć, ceny inwentarza żywego były jeszcze bardzo niskie. Najlepszego konia chłopskiego można było kupić najwyżej za 30 złr., gdy dzisiaj trzeba dać za niego 200 zł; lichego można było kupić za 5–10 złr., gdy dziś trzeba zapłacić 40–60 zł, bo juz tańszego dzisiaj nie dostanie. Za krowę kto wziął 25 złr., to mówili, że ťnabrał dużo pieniędzyŤ; za cielę tygodniowe brało się 80 grajcarów do półtora reńskiego.

    Karmika pasionego można było wtedy kupić za 30 złr., gdy dzisiaj trzeba dać 160–200zł; samorę chudą do chowania kupowało się za 15–25 złr., za którą dziś płacą 120–150 zł; prosię ssące 4-tygodniowe kupił za 1–2 złr., a bywało, że gdy nazganiali dużo prosiąt na jarmark, to i taniej, za bezcen, nie można ich było sprzedać, – a dzisiaj płacą za takie prosięta 16–30 zł.

    Miałem n. p. Raz, koło roku 1870, prosięta od trzech samor, ładne wieprzaki, a trudno było je sprzedać. Żona namawiała krewnych i sąsiadów, żeby je rozkupili po 50 centów, jednak i tej kwoty nikt nie chciał dać, więc zarzynało się po jednemu na domową potrzebę. Dzisiajby za takie prosięta brało się z łatwością po 16–20 zł.

    Za gęś płacili dawniej 50–60 ct., dzisiaj trzeba dać 4 do 5 zł. Kurę kupił za 20–30 ct., dziś dają 2 do 3 zł. Cena jajka kurzego była 1 cent albo 11 centa, dzisiaj 8–10 groszy.

    Podałem powyżej tak dawniejsze, jak i dzisiejsze ceny wiejskiego inwentarza żywego, bo, jakie były ceny na obszarach dworskich, nie mam o tem dokładnych wiadomości.

    ***

    Nic dziwnego, że przy dawniejszym sposobie gospodarowania brak było chleba i z małym wyjątkiem każdego roku był przednowek; a – jak starsi opowiadali – dawniej nieraz spadała taka klęska głodowa, że nawet za pieniądze nie można było zboża kupić.

    Dziadek mój i ojciec nieraz mówili, że gdy głód dokuczał i nie było ani ziarnka w domu, to gospodarz wybierał się z pieniędzmi, aby gdzie parę garncy jakiegokolwiek zboża kupić i domowników pożywić. Chodził od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka, a dzieci zgłodniałe wyglądały tymczasem ojca, jak zbawienia. Ten nareszcie po długiej wędrówce powracał, bywało jednak, że wobec zbiedzonej głodem rodziny rzucał na stół pieniądze, bo zboże nigdzie nie dało się kupić. Wtenczas wszyscy domownicy uderzali w płacz, jak na organach. Opowiadali też o takim nieurodzaju, że jednego roku ze dworu dzikowskiego pożyczano chleb w klasztorze OO. Dominikanów w Tarnobrzegu.

    Ludzie na przednowku żywili się perzem i różnemi chwastami, – a dziś nie mamy już nawet wyobrażenia o tych dawnych przednowkach i klęskach głodowych.

    Zresztą jak sam z dzieciństwa pamiętam, chleba u każdego gospodarza, większego czy mniejszego, było zwyczajnie skromnie. Bochenek napoczęty był zawsze chowany i chleb był udzielany dzieciom i służbie. Brak pożywienia uczuwać się dawał co rok prawie na przednowku, t. j. od wiosny do żniw. Zboże i inne produkty podskakiwały wtedy w cenie prawie drugie tyle i były do nabycia jedynie u żydów, którzy zbierali je od gospodarzy już od żniw przez jesień, najczęściej za wódkę, a na przednowku dobrze spieniężali, wystawiając w czasie targów na rynku w workach. A koło tych worków kręciła się wtedy głodna rzesza więcej, niż w innych stronach rynku, kupując zboże na garnce lub kwarty, jak kogo stać było.

    W dobrych też czasach zboże i ziemniaki rzadko bywały tańsze niż obecnie. Tylko z nowego i przy bardzo pomyślnych zbiorach było poddostatkiem żyta i do takich tylko czasów mogło się odnosić przysłowie: ťNa Matki Boskiej Zielny – chłop chodzi, jak cielnyŤ (tj. najedzony).

    Więc chleb był zawsze bardzo szanowany, każdy wyzbierywał starannie kłoski na swojem polu, bo uchodziło to za grzech, gdyby je na ściernisku na zmarnienie zostawił, a chudobniejsi zbierali je na pańskiem i szukali ziemniaków na kopniskach, mówiąc, że się im to lepiej opłaci, niż chodzenie na zarobek.

    Za grzech też wielki uważali zmiatanie okruszyn chleba na ziemię, a jeżeli ktoś okruszynę taką zobaczył na ziemi, to ją podnosił i całował, przepraszając w ten sposób dar boży za zniewagę. Łopatę do wsadzania chleba i pomiotło do wymiatania pieca chlebowego gospodyni stawiała zawsze do góry, bo na łopacie były resztki ciasta i mąki, więc nie należało walać ich po ziemi; przytem przestrzegali pewnej czystości przy przyrządzaniu pożywienia.

    ***

    Grozę głodów podnosiły dawniej liche drogi. O kolejach żelaznych nie było jeszcze słychać, za mojej pamięci dużo ludzi umarło i kolei nie widzieli. Mówiono tylko, że idzie kolej żelazna z Krakowa do Lwowa, na której jadą ludzie. Byłem już wtedy samodzielnym gospodarzem, gdy mię doszła ta cudowna wiadomość. Zebrała mię ochota, żeby tę kolej zobaczyć i zgodziłem się prawie za pół darmo z żydami do Dębicy ťna zróckęŤ, tj. miałem ich tam zawieść i nazad wracać. Miałem wówczas to szczęście, że dojeżdżając do Dębicy, widziałem, jak szedł właśnie pociąg, a potem na stacji dosyć się napatrzyłem urządzeniom kolejowym i po powrocie miałem co opowiadać żonie i domownikom. Do Tarnobrzega wybudowano kolej z Dębicy dopiero w 1887 roku.5

    Droga zatem po większej części była zła i trudna do przebycia i, gdy się ktoś wybierał np. do lasu, 3 mile odległego, to jechał więcej jak 2 dni, podczas gdy teraz w kilka godzin tę drogę po szosie przejedzie. Skoro więc w jakiejś okolicy nie było urodzaju czy to, że rok był mokry lub nadzwyczaj suchy, czy też skutkiem gradobicia lub innej klęski elementarnej, to, zanim dawnemi drogami dostawił ktoś zboża, głodny tymczasem umierał.

    ***

    Wsie nadwiślańskie trapiły też straszliwe wylewy Wisły. Jeżeli nie były one dawniej częste, chociaż wały były bardzo niskie, to dlatego, że po gruntach, łąkach i lasach pełno było dołów i bagien, z których woda cały rok nie schodziła i rzeki były nieuregulowane. Dopiero gdy zaczęto rznąć rowy, aby wody stojące do Wisły odprowadzić i bagna osuszyć i gdy zaczęto rzeki regulować, wtenczas zaczęła woda na Wiśle raptowniej wzbierać i wały okazały się za niskie.

    Pamiętam jeden tylko taki wylew, mianowicie w roku 1879. Wtedy stan Wisły był taki, że woda przelewała się przez wały, a pod Dzikowem przerwała je na długości prawie pół kilometra i zatopiła wszystkie wioski nad Wisłą aż po Sandomierz, zrządzając wielkie spustoszenie w gruntach i domach.

    Woda w jednem miejscu wydarła doły; w drugiem naniosła piachu. Mikołajowi Mortce w Dzikowie zabrała dom i wszystkie budynki, a w miejscu, gdzie stały, wyrwała taki dół, że głębokość jego trudno było zmierzyć.

    Było to wprawdzie w czas na wiosnę, kiedy jeszcze pola nie były obsiane, mimo to szkody były tak znaczne, że się zdawało, że ludzie nie będą mogli za kilka lat wygrzebać się z biedy. Tymczasem w paru tygodniach przyszła niespodziewana pomoc, a to dzięki śp. hr. Janowi Tarnowskiemu, który dla dotkniętych powodzią wyjednał u rządu wysokie zapomogi i dawał je też z  własnych funduszów, każdemu według poniesionej szkody tak, że każdy mógł grunt zepsuty naprawić, obsiać i potrzeby domowe częściowo zaspokoić. A co ważniejsze, rozpoczęły się niedługo roboty koło lepszego obwałowania Wisły, i dziś wały są tak wysokie, że zabezpieczają przed najwyższym stanem wody. Gdybyśmy mieli dawniejsze wały, to obecnie po regulacjach, gdy woda raptem wzbiera, za każdym zbiorkiem mielibyśmy wylewy tak, że mało kto utrzymałby się przy gruntach nadwiślańskich.

    Ale po drugiej stronie Wisły w b. Królestwie Polskiem, dotąd niema dobrego obwałowania, bo prawie co roku topi tamtejszych włościan woda i to nieraz w czasie żniw. Przy wielkiem wezbraniu wody Wisła tam zalewa wielkie przestrzenie tak, że jak okiem sięgnąć, nic więcej nie widać, tylko krzaki i domy stojące w wodzie, i słychać przytem ryk bydła i wołanie ludzi o ratunek, aż groza przejmuje. I to, jak dawniej bywało, tak i teraz jeszcze się powtarza.

    ***

    Klęski straszne sprowadzały też pożary. Strach przed nimi był szczególnie w lecie, gdy przyszła posucha.

    Powstawały najczęściej przez nieostrożność: przy suszeniu konopi i w piecach chlebowych, z palenia tytoniu, przez dzieci, gdy zostawały w domu bez dozoru i bawiły się ogniem, od piorunów, albo też ogień był podłożony ze złości zbrodniczą ręką. Szerzyły się zaś szczególnie dlatego, że domy były gęste, zbite w kupę i kryte strzechą.

    W Dzikowie za mojej pamięci było kilka pożarów. Najwięcej ucierpiały od nich ťPiaskiŤ, tj. część Dzikowa, stykająca się z miastem i najgęściej zabudowana. Największy był tu pożar koło r. 1875. Zajęło się wtedy u gospodarza, który w żniwa woził snopki do stodoły i palił fajkę, a zgorzały prawie całe Piaski. Następnie spaliło się tu kilka domów w czasie pożarów miastowych, jak również w r. 1890 wskutek pożarów, które parokrotnie wybuchały z niewiadomych przyczyn. Zresztą w różnych latach były w różnych stronach Dzikowa pożary, którym uległy pojedyncze zabudowania, dwa takie pożary były od pioruna, jeden spowodowany przez dzieci, trzy z niewyśledzonych przyczyn.

    Ale gdzieindziej pożary bywały większe, całe wsie ze wszystkiemi zbiorami szły z dymem i zostawał tylko popiół. Z okolicznych wsi spalił się tak za mojej pamięci: Mokrzyszów, Sobów, Stale, Furmany, Grębów i żadna wieś nie była wolna od tej klęski.

    Rozmiary jej powiększało jeszcze to, że domy wtedy były nie ubezpieczone od ognia, a jeżeli były ubezpieczone, to na małą kwotę, bo gdy budynki były warte np. 2.000 reńskich, to ubezpieczali je na trzy, cztery stówki, żeby wielkich premij nie płacić.

    Po pożarach takich chodzili i jeździli po okolicznych wsiach pogorzelcy ťza wspomożeniemŤ, zbierali: słomę na pokrycie nowych domów, zboże na chleb, przyodziew, pieniądze, a każdy takiego pogorzelca czymś wspierał. Niejeden chodził tak za wspomożeniem i dwa lata, zapuszczał się do coraz innych wsi, więc mógł nawet zebrać więcej, niż stracił.

    W Tarnobrzegu pamiętam trzy wielkie pożary, pierwszy i największy w r. 1862. Ten wybuchł w nocy z 5 na 6 czerwca. Wiatr był wtedy ku Wiśle, a ogniem tak rzucało, że nawet za Wisłą siedzieli ludzie na dachach, żebytam do pożaru nie dopuścić. Zgorzało wtedy całe miasto, a że domy były tylko drewniane, kryte gontem, a nawet słomą i nie było nawet podmurówek, bo przyciesie spoczywały tylko na klocach drewnianych lub na kamieniach, więc po pożarze miasto tak się przedstawiało, że gdyby nie sterczące kominy, to możnaby pługiem wjechać i wszystko zaorać. Spalił się wówczas i kościół OO. Dominikanów.

    Spalił się też dworek Jachowiczów w Dzikowie, który stał przy kościele, na tym placu, gdzie dziś znajduje się szkoła powszechna żeńska. W popiół obróciły siꠖ jak mówią – pamiątki rodzinne Jachowiczów, a w szczególności po Stanisławie Jachowiczu, sławnym poecie i nauczycielu, który się tu urodził i wychowywał.

    Po pożarze tym opowiadano na różnych schadzkach i zabawach, że był on karą bożą za bluźnierstwo, jakiego się mieli żydzi dopuścić, urządzając w mieście na szyderstwo przedstawienie z męki Chrystusa Pana.6

    Następne pożary, w r. 1884 w jesieni i w r. 1888 w lecie, częściowo miasto zniszczyły.

    Po każdym z tych pożarów miasto lepiej się odbudowywało, podnosili się przede wszystkiem żydzi i handle żydowskie. Pierwsze też murowane domy budowali bogaci żydzi.

    Teraz i po wsiach pożary są rzadsze. Domy bowiem, stosownie do ustawy, budowane są od siebie w pewnej odległości i kryte są ogniotrwałym materjałem. Istnieją też wszędzie straże ogniowe.

    Nadto teraz mało się trafi, żeby budynki nie były ubezpieczone od ognia i po większej części ubezpieczają je według wartości. Jeżeli teraz zajdzie pogorzelec za wspomożeniem i narzeka, że wszystko stracił, to mu mówią: ťCzemu się nie asekurujecie?Ť, wypowiadają mu niedbalstwo pod tym względem, i zwyczaj chodzenia za wspomożeniem znika.

    ***

    Wogóle lata dawniej – jak zapamiętałem – bywały bardziej mokre i mrozy silniejsze, niż dzisiaj. Z wiosną trudno było wjechać w pole, bo dużo było wody ze śniegu, a brak było rowów i spustów, więc gdzie woda stanęła, tam stała. W lecie też trudniej było o pogodę i żniwa były utrudnione. Na plony więc lepsze były lata suchsze, niż mokre, i mówili wtedy, jak i teraz mówią: ťLepszy rok suchy, bo nie traci chlebaŤ. – W zimie bywały bardzo wielkie śniegi, drogi bywały niemi tak zawalone, że przejazd gdziekolwiek był niemożliwy, i było więcej szarwarków na odgarnianie śniegów z dróg i rozbijanie zasp śnieżnych, niż na naprawę dróg w lecie. Wozy zimą były zarzucane, a używano tylko sani, które teraz u gospodarzy są rzadkie. Bywały też większe mrozy, okna przez zimę były jak okute lodem, stajnie musiały być otulone, ptaki padały z zimna i dzikie zwierzęta cisnęły się do zabudowań.

     

    W czasach pańszczyźnianych każdy prawie gospodarz, mniejszy czy większy, trzymał sługi, zwłaszcza gdy dzieci nie miał jeszcze podrosłych. Na kmiecych gospodarstwach bywało zazwyczaj czworo służby, mianowicie: parobek, dziewka, wyrostek i pastuch; na zagrodniczych dwoje, a przy ówczesnym sposobie gospodarowania dla żadnego z nich nie brakło obowiązku i zajęcia.

    Sam gospodarz miał też dość pracy: orał, siał, kosił, czasem przy żniwie brał się i do sierpa, zwoził plony z pola, w zimie zaś młócił, rznął sieczkę, jeździł do lasu po drzewo, chodził koło koni, a jak miał na tyle dzieci i czeladzi, to nimi zarządzał i wyznaczał im robotę. Rznięcie sieczki odbywało się zawsze już wieczorem lub do dnia przy świetle w izbie.

    Gospodyni również dzień w dzień miała zawsze niemało pracy i krzątaniny, należało do niej bowiem gotowanie, pieczenie chleba, cała robota koło przędziwa, nie kończąca się nigdy; dalej należało do gospodyni pranie, wreszcie wychowanie dzieci i chodzenie koło krów, świń i drobiu.

    Parobek wykonywał wszystkie te roboty, co gospodarz, t. j. robił wspólnie z gospodarzem, a nawet jak był dobry, to miał powierzony po części nadzór nad drugimi domownikami. Ta tylko była między nim a gospodarzem różnica, że gospodarz mógł w każdej chwili odejść od roboty i spocząć sobie, parobek zaś musiał zawsze robić, co do niego należało.

    Dziewka znowu robiła wszystko to, co i gospodyni, t. j. pomagała gospodyni, a prócz tego musiała mleć, tłuc jagły, wyrzucać gnój od krów i świń, żąć i wszędzie gospodynię zastąpić, gdy ta czasem chciała sobie wytchnąć. Wstawała do dnia przed wszystkimi innymi domownikami, i nigdy nie brakło dla niej roboty, tak że dziś żadna służąca nie chciałaby się na te obowiązki zgodzić

    Wyrostek w miarę sił robił wspólnie z parobkiem i był pod jego zarządem, tylko musiał więcej chodzić koło koni, gnój od nich wyrzucać, drzewo na opał rąbać, w lecie radlił, włóczył, pasł konie w nocy i t. p.

    Pastuch w lecie pasł bydło, w zimie zaś pomagał przy zadawaniu bydłu karmy, wyrzucaniu nawozu, przy mieleniu mąki w żarnach i tłuczeniu kaszy w stępie, słowem, należała do niego taka robota, jakiej mógł sprostać, a rządziła nim więcej gospodyni niż gospodarz.

    Tak się przeciętnie rozkładała praca w gospodarstwach chłopskich. Naturalnie, gdzie dzieci były dorosłe albo gospodarstwo było kiepsko prowadzone, tam służby było mniej albo nawet wcale jej nie było. Zawsze jednak wszelkie zabiegi i cała krzątanina i praca wszystkich domowników obracała się wyłącznie koło tego, żeby było co jeść i czem się odziać.

    Wydatność pracy była bardzo mała z powodu braku udoskonalonych narzędzi gospodarskich, tak do robót polnych, jak i domowych. Więc choć ciężko pracowali i nie dosypiali, to jednak często nie mogli się obrobić i, choćby kto był dniem i nocą pracował, to zawsze miał co robić. Kto się najwięcej urobił, ten uchodził za najbogatszego gospodarza, – a kto sobie trochę pofolgował, to już upadał i biedę miał w całym domu, nie mógł się dobrze pożywić i okryć. Codzienne zajęcia cierpiały zawsze najwięcej przez wesela, ale pracowitsi starali się to zawsze nadrobić, co przez takie zabawy zmitrężyli.

    Na służbę szły wówczas dzieci komorników, sieroty, albo tacy, których ojcowie mieli gruntu za mało lub go utracili; sługi godziło się zawsze w mieście w św. Szczepan lub w Nowy Rok, na przeciąg całego roku, nigdy zaś na miesiące. O służącego lub służącą było wówczas bardzo łatwo, – obecnie zaś za dobre pieniądze dostać ich nie można, a zmiana ta nastąpiła koło roku 1895, gdy się rozwinęła emigracja zarobkowa do Prus i Ameryki.

    Jeżeli parobek czy dziewka byli pilni i trafili na dobrych gospodarzy, to pozostawali w jednem miejscu przez szereg lat. Stosunek między sługami a gospodarzami był familijny; razem robili i jedli z jednej miski i obyczaj wprost nie pozwalał, ażeby gospodarz czy gospodyni jedli coś lepszego, niż jadły sługi.

    Parobkowi płacili wtedy zwyczajnie 15 złr. na rok, nadto zaś dostawał przyodziew czyli ťsmatyŤ z domowego płótna, mianowicie: trzy koszule, troje portek, kamizielę, nadto jeszcze buty nowe i jedno podszycie do starych oraz czapkę; kożuch czy sukmanę, jeżeli chciał mieć, kupował sobie z zasługi pieniężnej. Dziewce płacili 5 do 10 złr. na rok i troje wdziewków czyli ťsmatŤ z domowego płótna.

    Starsi parobcy na kmiecych gruntach dostawali zamiast zapłaty w pieniądzach, o które wówczas było trudno, parę zagonów obsianych zbożem, które parobek sobie zbierał, omłócił i osobno zsypywał. Ten rodzaj wynagrodzenia nazywał się ťobsiewkiemŤ albo ťosiewkiemŤ. Czasem otrzymywał parobek taki ťosiewekŤ w snopkach. Odpowiadało to dzisiejszej ordynarji we dworach. Jeżeli parobek był porządny, to zboże przechowywał do czasu, aż było droższe i wtedy je sprzedawał, ale gdy lubił wódkę, to zaraz je przepił u żyda. Toteż była o tem śpiewka:

    Wójtów parobeczek
    Przepił osieweczek, –
    Podwójciego dziewka
    Ruciany wianeczek.

    Pastuch dostawał w zasłudze jedynie wikt i okrycie, składające się z dwóch do trzech koszul i portek, kamizieli, – z czapki i butów na zimę. Czapka była zazwyczaj z kogoś starszego i często przepuszczała dziurami włosy, czyli, jak się mówiło, wróble się w niej gnieździły. Zasługa wyrostka była zwyczajnie o tyle tylko większa, niż pastucha, że dostawał na zimę stary kożuch wartości 3–5 złr. Kożuchy takie skupywali żydzi po domach na wiosnę, następnie łatali je i jesienią znowu sprzedawali, wystawiając na rynku.

    Prócz tego parobek i dziewka dostawali na kolędę po 1 złr., wyrostek i pastuch po 50 ct., a miało to wtedy dużą wartość. i służba wyglądała tej kolędy przez cały rok.

    Również płaca najemników była bardzo niska. Wtedy, jak zacząłem gospodarować, płaciło się najemnikowi zaledwie 15–25 grajc. dziennie i dawało się wikt, a po dworach była ta płaca nawet bez wiktu. Ale gospodarze nie zawsze najmowali do roboty, bo był zwyczaj, który się i później zachował, że w czasie większych robót w żniwa pomagali sobie czyli ťodrabiali sobieŤ nawzajem. Również gdy się kto budował, to sąsiedzi, krewni i znajomi w gminie pomagali mu po przyjacielsku zwieźć materjał budowlany, wyjeżdżali razem do lasu i prawie naraz wszystko zwieźli, a mieli zato tylko poczęstne, wódkę i przekąskę.

    ***

    Zarobek zamiejscowy dawało głównie flisactwo. Jak daleko pamięcią w dawniejsze czasy sięgnę, flisactwo było w rozwoju i nie było prawie jednego dnia, żeby flisy czyli oryle nie płynęli Wisłą koło Dzikowa, a nawet często zatrzymywali się tutaj, ażeby sobie nakupić żywności w Tarnobrzegu. Najwięcej płynęły Wisłą tratwy, zbite z wyborowego drzewa sosnowego, na którem wieźli dębinę także najlepszego gatunku, a czasem zboże, jak pszenicę, żyto i jęczmień.

    Każdy transport tratew zawierał kilkanaście tysięcy sztuk drzewa i kilkaset worków zboża, a prócz tego prawie każdego dnia przepływały Wisłą galary i t. zw. berlinki, również naładowane zbożem, a nadto solą ťlodowatąŤ, czyli kamienną z Wieliczki i Bochni. Szło to po największej części aż do ujścia Wisły, do Gdańska.

    Na flis szło stąd tyle ludzi, ile później wychodziło do Prus i Ameryki, z tą tylko różnicą, że na flis szli tylko mężczyźni. Wychodzili z domu zazwyczaj wczas na wiosnę, a wracali późną jesienią, więc mówiło się. że ťflisak wychodzi po lodzie i wraca po lodzieŤ.

    Ale na flisactwie wychodziło wielu tak, jak teraz wychodzi niejeden na Prusach. Kto przez parę łat chodził na flis, to się często przeistaczał na łobuza i pijaka, choćby w domu był porządnie wychowany. I grosza najczęściej do domu nie przynosił, najwięcej tym się usprawiedliwiając, że go okradli… Ale zato przynosili z sobą dużo robactwa i sami o tem mówili. że ťwesz orylska to się z wroną na tratwie bijeŤ… U niejednego przygłuszało się poczucie człowieka, bo przez całe lato nie widział kościoła, nie słyszał kazania, a obijały mu się o uszy przekleństwa i bezwstydne słowa, nadto przy powrocie do domu była wielka poniewierka i rozpusta, bo z braku kolei trzeba było od samego Gdańska powracać pieszo, żywić się i nocować po karczmach.

    Toteż i stosunki domowe oryla były często niewesołe, co maluje najlepiej następująca śpiewka orylska:

    Oryl pije, oryl traci.
    U oryla płaczą dzieci,
    Płaczą dzieci, płacze żona.
    Bo oryla w domu niema.

    Pośrednictwem w zamawianiu flisaków trudnili się żydzi, za co flisacy donosili im często jaja, drób itp., jeżeli kto chciał wcześniej wyjść na flis.

    W Tarnobrzegu takimi pośrednikami flisackiemi byli Josek i Naftula, a tacy mniejsi byli w związku z większymi faktorami w większych miastach. Zgoda była za kontraktem od ťryzyŤ, t. j. za odstawienie drzewa, zboża i innych materjałów na przeznaczone miejsce do Warszawy, Gdańska i t. p. to się nazywała odbyta ryza. Jako zapłatę otrzymywali ťstrawneŤ czyli wikt tygodniowo, t. j. oznaczoną ilość chleba, słoniny, kaszy i t .p.; a później, zamiast tego pobierali pieniądze, za które wikt sobie kupowali. Osobno za dostawienie w przeznaczone miejsce otrzymywali t. zw. myto. Kto trafił na dobrą ryzę, t. j. na wodę donośną, i nie miał żadnego wypadku, to więcej zarobił, bo odbył przez lato więcej ryz.

    Komu dobrze poszło, a do tego był oszczędny i sprawował się na flisie porządnie, przynosił do domu średnio około 50 złr., a w najlepszym razie 100 złr. Gdyby kto więcej przyniósł, to mówili o nim drudzy, że musiał kogo okraść lub ograć.

    Koło r. 1895 flisactwo upadło prawie ze wszystkiem w paru latach. Przyczyniły się do tego, po pierwsze, koleje żelazne, które dotarły już do każdego kąta i przewożą, gdzie potrzeba, zboże i inne produkty, a powtóre także to, że z Galicji najlepszy stan drzewa spławiony został za granicę i drzewo u nas niesłychanie podrożało.

    Dziś sąg drzewa na opał kosztuje 60 zł. i więcej, a metr sześcienny drzewa budowlanego około 25 zł., i to jeszcze do budowy można teraz kupić tylko same braki, młode, ulegające grzybowi. To też kto się w tych czasach buduje, rzadko się trafia, żeby w domu nie miał grzyba gryzącego drzewo i zdrowie mieszkańców. Tak się Galicja wygospodarowała z lasami.

    ***

    W tym czasie, gdy chłopi chodzili jeszcze na flis, kobiety, dziewki i wyrostki z mniejszych gospodarstw chodzili stąd, zwłaszcza ze wsi lasowskich, na roboty polne do Królestwa Polskiego. Szli tam pieszo, w gromadach po kilkadziesiąt, mając w zajdkach odzienie, chleb i t. p. Wychodzili z domu na wiosnę, a wracali w jesieni po wykopaniu ziemniaków. Nazywało się to chodzeniem ťna bandosŤ.

    Zmawiali się do tego, we wsi miedzy sobą, jeden od drugiego dowiadywał się, gdzie lepsze warunki pracy. Wracali na stare miejsca, jeżeli poprzedniego roku było im tam dobrze.

    Zmawianiem bandosów trudniły się też obrotniejsze kobiety i agenci żydzi. Roboty były po dworach w pasie 5–6 mil od granicy. W zarobku otrzymywali wikt i przynosili z sobą do domu 30–60 reńskich zaoszczędzonych pieniędzy. Taki zarobek uchodził za dobry. Co do zachowania się moralnego, bandosy mieli opinję niewiele lepszą od tych, co teraz jeżdżą do Prus.

    Tak flisacy, jak i bandosy szli do Królestwa za paszportami, które wydawało starostwo. Paszport kosztował tylko 15 cnt., ale wyrobienie go przedstawiało wtedy dla tych ludzi wielkie trudności, bo trzeba się było opłacać po boku pisarzom, a kto się na tem nie znał i nie wetknął coś pisarzowi, to mógł czekać na paszport i miesiąc. W tem oczekiwaniu zamiejscowi z dalszych wsi, zatrzymywali się na noclegi w Tarnobrzegu i przyległych wsiach, a nawet szukali tu tymczasem jakiegoś zarobku.

    Było to wielkiem uciemiężeniem dla tych, co o paszporty starać się musieli, tylko pisarzom przynosiło duże zyski poboczne. Dopiero koło r. 1890 nadużycie to zostało usunięte tak, że potem kto się starał o paszport, odrazu go dostawał.

    ***

    Klika rodzin w Dzikowie ciągnęło dawniej zarobek z przemytnictwa czyli ťszwarcunkuŤ. Jak tylko od małego dziecka zapamiętałem, odbywało się przemytnictwo do Królestwa Polskiego przez Wisłę na wielką skalę. Prawie trzy razy w tygodniu szło w nocy do dwudziestu chłopów z towarami, każdy niósł taki wór towarów, jaki tylko mógł udźwignąć. Były to towary bławatne, różne płótna, chustki, koronki, tasiemki, noże, ťcygankiŤ i t. p.

    Pomiędzy przemytnikami był zawsze przewodnik, który szedł znacznie przodem i niósł wór słomą napakowany, ażeby miał lekko uciekać, jeżeli się spotkał z Moskalem objeżdżczykiem, pilnującym granicy. Gdy się to przytrafiło, to uciekał z workiem, jak długo mógł, wreszcie worek rzucał i gdzieś się chronił, a tymczasem i przemytnicy idący w tyle, kryli się tak, że Moskale najczęściej nic towaru nie wyłapali.

    Za taką wyprawę każdy przemytnik zarabiał 5 złr., przewodnik 10 złr., a wtenczas ten pieniądz dużo znaczył.

    Przemytnictwo rzeczonych towarów trwało mniej więcej do ostatniego powstania, a potem zaczęło się na większą skalę przemycanie okowity i innych trunków. Prawie każdej nocy dowoziło się do Wisły furą wódkę, rum, śliwowicę w baryłkach, zawierających po 8 do 9 garncy, a stąd były przemycane za Wisłę w zimie po lodzie, a w lecie na dużem korycie. Przemytnik zarabiał od baryłki 5 złr., a często przenosili te trunki w pęcherzach bydlęcych.

    Właścicielami tych ťszwarcunkówŤ byli sami żydzi, przeważnie z Tarnobrzega. Kiedy handel szedł najlepiej, było nawet tak, że propinator tarnobrzeski postawił karczmę w przysiołku dzikowskim Podłężu, nad samą Wisłą, obsadził tam karczmarza Berka, który za dnia dostawiał furą okowitę do tej karczmy, a w nocy wysyłał za Wisłę.

    Nie pamiętam, żeby przytem objeżdżczyki kogo zabili, ponieważ po większej części byli przekupieni, a po wtóre – jak słyszałem – strzelali tylko na postrach. Jeżeli nie byli przekupieni, to zadawalali się przy pościgu tym, że chłopi baryłkę cisnęli, a sami uciekli, bo wtedy Moskale wódkę wytoczyli dla siebie, a nalali do baryłek wody, aby wódką śmierdziały, i takie oddawali do powiatu do Sandomierza, jako złapaną ťkontrabandęŤ.

    Kiedy zaś stanęła karczma Berkowa, i objeżdżczyki dowiedzieli się, że mają wódkę tak blisko, sami przedostawali się przez Wisłę nocami, pili tu wódkę, jak wodę i z sobą jeszcze brali. Chłopi z za Wisły tak samo do tej karczmy ukradkiem przychodzili i nieraz jak śledzie naokoło niej leżeli. Tak to ta karczma wszystkich ściągała, jak magnes, choć leżała zupełnie na ustroniu.

    Najwięcej okowity przemycali w pierwszych kilkunastu latach, dopokąd u nas była tania, a za Wisłą droga, – potem przemytnictwo powoli się zmniejszało, aż wreszcie koło r. 1890 ustało zupełnie. Także z karczmy Berkowej niema dziś śladu, bo wkońcu uderzył piorun w jabrzędź, rosnącą zaraz przy ścianie karczmy, przyczem zawalił się komin, – Berek uciekł, a karczmę rozebrali.

    ***

    Przed nastaniem kolei kilku gospodarzy pod Tarnobrzegiem trudniło się zawodowo furmanieniem. Najwięcej bywało takich furmanów w Miechocinie. Przywozili oni towary z Tarnowa, gdzie były większe składy towarowe, i przewozili ludzi, słowem, zastępowali dzisiejszą kolej. Mieli już do tego silniejsze wozy żelazne i konie lepsze, lepiej żywione. Do furmanek tych byli stale najmowani przez kupców żydowskich. Zgoda była od cetnara: ile towaru, albo osób miał woźnica brać tam i z powrotem, – żyd miał dostarczyć koniom siana i owsa, a jeżeli woźnica swoje dawał, to mu zwracał za to pieniądze. Zarobek wynosił 10–12 reńskich, ale woźnica był za to w drodze prawie cały tydzień, bo wyjeżdżał w niedzielę wieczór, a wracał przed szabasem albo po szabasie. Był przez ten czas o swoim wikcie, brał z domu chleb i coś do chleba.

    Zarobek ten był ostatecznie lichy, bo gospodarz wywoził z domu siano, nawóz, gospodarstwo jego było opuszczone, bo gościem był w domu, przytem miał ciągłą sposobność do pijatyki w karczmach przydrożnych. Nadto była to wielka poniewierka, bo jechał dniem i nocą po lichej drodze, nie wyspał się, nie zjadł regularnie warzy, a wódkę ťna zagrzewkęŤ ciągle popijał, czasem przemarzł i zdrowie stracił. Toteż ci zawodowi woźnice źle najczęściej na tych zarobkach wychodzili, popadali w długi i tracili gospodarstwa nawet najtężsi gospodarze. Ale zawodu tego nie porzucali, przyzwyczajali się do niego, jak pijak do wódki.

    Czasem furman nic nie zarobił, bo go w drodze okradli, musiał jeszcze dopłacić. Na takich przejezdnych z towarami czatowali rabusie, zwłaszcza po lasach, i nawet jeden woźnica nie puszczał się w drogę, ale łączyło się ich kilku i uzbrajali się w pały i widły.

    Jak na takie wozy czyhali różni rzezimieszki, może za dowód posłużyć następujące zdarzenie, o którem opowiadał mi Świątek z Miechowa, który był takim furmanem.

    Razu jednego, gdy był w Tarnowie i miał na noc odjeżdżać z towarem, przyszła do niego jakaś dziewka miejska i prosiła, aby się mogła przysiąść do jednej z miejscowości po drodze. Gdy on się wzbraniał, że wóz obładowany i konie będą miały zaciężko, prosiła, żeby choć zawiniątko, jakie miała, mogła na furze położyć, a sama – jak mówiła – będzie szła koło fury, gdzie będzie gorsza droga. Świątek się w końcu zgodził, ona położyła zawiniątko na furze, a przepraszając, że jeszcze ma coś do załatwienia w mieście, oddaliła się i miała zaraz powrócić. Tymczasem chłop czekał i czekał, a ona nie wracała. Zbadał wtedy, jakie zawiniątko zostawiła i zobaczył, że było to dziecko nieżywe. Co z tem począć: do policji nie chciał tego zgłaszać, bo bał się, że go przy trzymają, będzie śledztwo i nieprędko odjedzie do domu, – więc użył innego sposobu. Wiedział, że gdy się od fury oddali, to zaraz zjawi się złodziej, który będzie chciał coś ściągnąć, – więc zostawił to zawiniątko na wierzchu i odszedł na bok, mając furę na oku. Ledwie się oddalił, przypadł znienacka jakiś drab, capnął owo zawiniątko i czemprędzej uszedł. Wtedy Świątek pospieszył do koni, podciął je i odjechał z Tarnowa. Tak pozbył się niemiłego zawiniątka i złodzieja oszukał.

    Prócz tego były częste furmanki do Rzeszowa: stale z pocztą i po tytoń, nadto przygodne do tamtejszego sądu obwodowego, w sprawach wojskowych i t. p., wreszcie do Dębicy

    Jak kolej miała nastawać, medytowali najwięcej ci furmani, że stracą zarobki, że nie będą mieli z czego żyć i t. p., tymczasem kolej okazała najlepsza: otwarła i ułatwiła związek z całym światem.

    ***

    Z rzemieślników po wsiach byli po pańszczyźnie tkacze, krawcy, szewcy, kowale, kołodzieje, bednarze, rymarze i rozwijał się przemysł domowy.

    Do najważniejszych rzemiosł należało tkactwo. Robota koło przędziwa była wielka i nie kończyła się nigdy, a należała głównie do kobiet.

    W każdym gospodarstwie zaraz z wiosną siali len i konopie. – Len wcześniej zasiany był zwyczajnie lepszy. Następnie musiał być starannie plewiony z chwastu, żeby był czysty, – a po dojrzeniu następowało kolejno rwanie, młócenie, rosienie, t. j. rozciąganie na rosie, moczenie, miądlenie. Większa jeszcze robota była z konopiami. Najpierw rwali poskonki, t. j. konopie nienasienne, ale dające ładniejsze włókno, potem szło moczenie, suszenie, miądlenie i czesanie tychże. Później rwane były głowatki, dające nasienie, ale gorsze włókno; te były młócone i moczone już późną jesienią, gdy już bywały przymrozki, suszone już zimową porą koło pieca, następnie miądlone i czesane. Na moczenie musiała być odpowiednia woda, bo nie w każdej moczyły się konopie dobrze, a nie wszędzie też dawali je moczyć, bo woda stawała się smrodliwa i ryby w niej zdychały. Przy czesaniu konopi na szczotkach odchodziło wiele paździór i wytwarzał się się kurz, który całą warstwą pokrywał pracownicę.

    Następnie kobiety przędły dniami, wieczorami i przededniem, ażeby jak najprędzej z tem się obrobić i jak najwcześniej oddać przędzę do tkacza. Nici nawijało się czyli motało na motowidle ręcznem w przędzionka, z tych można już było obliczyć, ile będzie płótna.

    Tkaczy w każdej niemal wsi, zwłaszcza po wsiach lasowskich, było wówczas po kilku; wiozło się przędzę do tego, któremu się ufało, że wyrabia płótno dobrze, wcześnie i rzetelnie. Przy oddawaniu przędziwa prosiło się go zawsze, żeby płótno było jak najszersze (szerokość wynosiła więcej niż łokieć), z brzegami równemi i dobrze ubite; gdy było dobrze zrobione, to woda przez nie nie przeciekała. Prosili go też, żeby było gotowe już w początku maja, bo najlepszy ťblichŤ czyli bielenie płótna było na wiosnę, jak sady zaczęły kwitnąć.

    Dobrego i rzetelnego tkacza, który nie przywłaszczał sobie powierzonego mu do roboty materjału, traktowali jak najlepszego przyjaciela, przy każdem spotkaniu mu to okazywali i dawali poczęsne. Praca jego jednak przy prostym warsztacie była ciężka i żmudna, nim łokieć płótna wyrobił, musiał się krwawo napracować. Tkacz więc był zwyczajnie biedny, miał chałupinę bez gruntu, w pracy pomagała mu żona i dzieci.

    Jako wynagrodzenie otrzymywał przedewszystkiem kolendę, którą przywozili mu razem z przędziwem, ażeby w czasie roboty miał się czem żywić. Kolendę dawało się według tego, ile było przędziwa; zwyczajnie składało się na nią: 2 bochenki chleba, 2–3 garncy kaszy jaglanej i tyleż jęczmiennej, 3–4 kg. słoniny, litr oleju, – a przy odbieraniu takiej kolendy tkacz zwykł był mówić żartem: ťKtóra kolenda ma większe oczy, to prędzej na warsztat skoczyŤ, t. j. kto daje lepszą kolendę, tego przędza będzie prędzej wyrobiona. Nadto za wyrobienie płótna pobierał w pieniądzach: od łokcia płótna zgrzebnego 3 cnt., pacześnego 4–5 cnt., cienkiego konopnego 6 cnt., lnianego 7–8 cnt.

    Każda gospodyni starała się, żeby na wiosnę najwięcej płótna na blich wyciągnęła; to było jej zaszczytem. Z tego płótna był cały przyodziew dla wszystkich domowników, a część szła na sprzedaż.

    Płótno było trojakiego gatunku. Najprzedniejsze było cienkie, lniane lub konopne, z najlepszego włókna, używane na odświętne koszule, kamiziele czyli płótnianki, fartuchy czyli spódnice, zapaski, chusteczki na głowę, ochtuski czyli duże chustki. Średnie nazywało się ťpacześneŤ, wyrabiane ze średniego włókna lnianego i konopnego, razem zmieszanego, używane zaś było najwięcej na koszule dla sług, podszewki do kamiziel, spodnie dla gospodarzy i t. p. Najpośledniejsze było zgrzebne, z włókna lnianego i konopnego pośledniego, t. j. pozostającego przy czesaniu włókna na szczotce. Z takiego włókna nie dały się już uprząść nici cienkie i równe, więc i płótno było grube, używane najwięcej na kamiziele i portki do roboty, przeważnie dla sług, na nadołki, czyli nadstawki do koszul, najczęściej dla dziewek, czasem i dla gospodyń (górna część takiej koszuli była z lepszego płótna), na płachty, worki i t. p.

    Łokieć lnianego najlepszego płótna płacili od 35 do 40 grajcarów, a konopnego od 30–35 grajc., pacześnego od 25–30 grajc., zgrzebnego od 20–25 grajcarów.

    Teraz we wsiach nadwiślańskich uprawa lnu i konopi i wyrób płótna zarzucone. Jeżeli jeszcze gdzie sieją len, to włókno wysyłają przeważnie do fabryk i otrzymują stamtąd płótno.

    ***

    Koło Baranowa w pow. tarnobrzeskim kwitła hodowla owiec i sukiennictwo. Owce hodowali tam w pobliskich wsiach: w Skopaniu, Woli Gołego, Knapach, Durdach, w Suchorzowie, Siedliszczanach. U poszczególnych gospodarzy bywało po 30–100 owiec, zależnie od zamożności danego gospodarza. Paśli je na pastwiskach gminnych. Z owiec tych mieli wełnę, sporządzali też sery na własną potrzebę.

    Z wełny robili sukna w Baranowie, gdzie były warsztaty mniej więcej podobne do tych, jakie mieli po wsiach tkacze. We wsi Szydłowcu, w pow. mieleckim, była fabryka do folowania tegoż sukna. Było ono koloru czarnego, niebieskiego, brunatnego, białego. Wyrabiali z niego sukmany wiejskie, bundy zimowe i czamary mieszczańskie, nadto czapki magierki, okrągłe, z sukna białego z prążkami i rękawice o jednym palcu, używane w czasie mrozów przez furmanów i przy pracy.

    Sukno baranowskie cieszyło się pokupem, szło do Tarnobrzega, Dąbrowy pod Tarnowem, Szczucina, wyroby z tego sukna przemycane były za Wisłę do Królestwa Polskiego. Sam chodziłem kilkakrotnie do Baranowa, do jednego z tamtejszych czapników, po czapki magierki i rękawice, a wysyłany byłem przez stryja mego Jacka, który towar ten za Wisłę przemycał.

    Tak hodowla owiec, jak i sukiennictwo baranowskie upadło zupełnie około r. 1890, kiedy dostały się tu tańsze towary fabryczne z Wiednia.

    Krawiectwem trudnili się przeważnie żydzi, – szyli kamiziele z płótna domowego i żupany, futra, t. j. kożuchy pokryte suknem i białe krakowskie sukmany z sukna sprowadzanego. Chłopi-krawcy robili tylko kamiziele. Krawiec szył zawsze w domu tego, który dawał robotę, z materjału dostarczanego; materjału nie wydawali z domu, bo bali się, że krawiec może coś ukraść. Jak zaczął robić w jakimś domu, to już zwyczajnie dla wszystkich domowników. Później dopiero zaczęli żydzi robić żupany i sukmany u siebie w domu na zmowę, lub sprzedawali gotowe. Upowszechniały się wtedy żupany brunatne, grubsze.

    Przez cały czas za najlepszego krawca uchodził żyd Siaja. Robił dobrze i zgrabnie, najwięcej gospodyniom i dziewkom, i wzywali go wszędzie do roboty. Ale gdy szył, zawsze musiał ktoś siedzieć przy nim i zabawiać go niby rozmową, a uważać, żeby materjału gdzieś nie ukrył i nie ukradł. Wiedział on, że go pilnują, ale się tem nie obrażał. A gdy po robocie odchodził, to mu nawet dobrze kieszenie rewidowali, czy nie zabiera kawałka sukna, kożucha, sznurka czy nici, gdy zaś coś skradzionego znaleźli, to mówił: ťJabym go nie wziął, tylko mam trochę smołę w rękach, że mi wszystko przywrzeŤ. Nazywali go też powszechnie ťSiaja-złodziejŤ. Od futra zarabiał 5 złr., a co do wiktu, to jadł pieczone ziemniaki, mleko prosto od krowy, chleb, – bo starał się żyć koszernie. Po nim także synowie zajmowali się krawiectwem.

    Z chłopów najlepszym krawcem był Gronek z Miechocina, który robił najzgrabniej kamiziele. Brał około 50 cnt. od kamizieli i wikt. Bieliznę odświętną, tj. koszule i portki, szyły szwaczki, których nie brak było po wsiach, zaś bieliznę grubszą na co dzień szyły same gospodynie w domu.

    Kuśnierstwem trudnili się żydzi, ale tylko naprawiali stare kożuchy. Mianowicie przez lato skupowali stare kożuchy i łatali je u siebie, a pod zimę wynosili na miasto i sprzedawali. Kupowali po reńskiemu, po dwa reńskie, sprzedawali poprawione po 5, 6 reńskich.

    Stary kożuch był zwyczajnie zawszony, bo zwłaszcza każdy parobek czy pastuch w tym samym chodził i spał, więc żyd, kupując taki kożuch, pytał zwykle: ťIle chcecie za tego wszorzaŤ, a przytem potrząsał nim i trzepał przy gospodarzu. Na to gospodarz odpowiadał ťMasz czas, to go wyiskaszŤ i starał się z ceny nic nie spuszczać.

    Rzadziej się praktykowało, że sterego kożucha nie sprzedawali, ale dawali po kuśnierzowi do reperacji albo kuśnierza wzywali do siebie do domu i zostawali przy swoim kożuchu. Kuśnierze naprawiali też sukmany, żupany, kamiziele poprawiane były w domu przez kobiety. Odzież była nieraz bardzo połatana, łata na łacie – w tym chodzili, aż się zupełnie zdarła, a do nowego się nie brali.

    Nowe gotowe kożuchy, męskie i kobiece, białe i żółte sprowadzane były i dotąd są sprowadzane przez żydów z Sącza. Duży kożuch kosztował najdrożej 15 złr.

    ***

    Szewców nie brak było po wsiach, ale najwięcej trudnili się szewstwem mieszczanie-katolicy i bardzo w nieznacznej części żydzi. W Tarnobrzegu między rzemieślnikami najwięcej było szewców, którzy mieli swoje domy i mniejsze lub większe gospodarstwa rolne, a żony ich zajmowały się przytem najczęściej masarstwem.

    Robili oni buty proste, szyte dratwą, którą trzeba było mocno ciągnąć, gdy była smołą nasmarowana; dlatego szewc zawsze miał ręce od dratwy zasmarowane. Zamiast igły używali szczeciny świńskiej, którą do dratwy wkręcali. Nikt nie umiał robić butów zbijanych kołeczkami i nie było o tym żadnej wiadomości. Dopiero Dec, a za nim Stąpor, którzy przybyli z Rzeszowa i w Tarnobrzegu się osiedlili, zaczęli takie buty wyrabiać.

    Gdy Dec zrobił tu pierwsze takie buty jednemu z oficjalistów dworskich, ludzie zatrzymywali się w niedzielę, jak państwo z kościoła wychodzili, i z ciekawością przyglądali się tym butom na kołkach (nie szytym).

    Tarnobrzescy szewcy robili buty na zmowę i na sprzedaż. Gdy kto ze wsi zamawiał sobie buty, zwyczaj dawał szewcowi nici swego wyrobu lub konopie i upominał, żeby to było na jego buty użyte, żeby przytem dratwa była dobrze smarowana smołą, a skóra mocna. Dobremu szewcowi dawali przy każdym spotkaniu poczęsne, zapraszali go w kumy i stąd wywiązywało się wzajemne przyjacielstwo. Takie buty robione na zmowę były silniejsze i droższe. Zresztą robili szewcy tutejsi buty na sprzedaż i wynosili na targ we środy jednej i kilka par, na co nie zakładali kramu, ale buty trzymali w rękach.

    Największy jednak handel na obuwie gotowe był zawsze na jarmarkach w Majdanie. Występowali tam szewcy miejscowi i ściągali okoliczni; a trzymali towar bądź w rękach, bądź rozwieszony na żerdkach. Ściągało tylu szewców, że obuwia nigdy nie brakło. Kupowali tam buty szczególniej dla służby, dla parobków, dziewek, pastuchów i zaopatrywała się w to majdańskie obuwie cała okolica, o innem sprowadzonem z obcych krajów nikt wtedy nie słyszał. Kupowali u szewców znajomych, o których byli przekonani, że wyrabiają dobre buty; kto raz kupił takie buty i dłużej w nich pochodził, to potem garnął się do tego samego szewca. Było to jednak zwyczajnie mniej silne, niż zrobione na zamówienie, ale także tańsze. Buty dla parobka kosztowały 3–4 złr., dla dziewki 2–3 złr., dla pastucha 11–2 złr.

    Sprawiając nowe buty, uważali, ażeby były ťzazuwneŤ, t. j. dały się łatwo wzuwać i zezuwać.

    Mniejsze poprawki u butów uskuteczniali sobie sami, do czego w każdym domu znajdowało się szydełko szewskie i dratwy, w domu sporządzone.

    Rymarze byli przeważnie tylko po dworach, gdzie robili uprzęże na konie, siodła, kanapy i t. p.Prócz tego byli wędrowni, którzy robili uprząż, t. j. chomąta po domach chłopskich, ale to dopiero w tych czasach, gdy się wieś zaczęła podnosić, – gdyż przedtem używane były na konie tylko śle. Zajmowali się tem katolicy.

    ***

    Wyrób kapeluszy słomkowych odbywał się głównie w lecie na pastwisku, gdzie pastuchy, pasąc bydło, robili ťząbkiŤ czyli sploty na te kapelusze.

    Na ząbki używana była słoma, zwana ťtręciąŤ, żytnia, rzadko pszeniczna, a była na to wybierana tręć dobra, nierdzawa, miękka, jeszcze trochę zielonkowata. Rznęło się ją na pniu od pierwszego do drugiego kolanka. Pasterze wypatrywali, gdzie żyto najładniejsze, i rznęli tręć ukradkiem, przyczaiwszy się w zbożu, gospodarze bowiem bardzo bili, jak kogo przy tej robocie w swoim polu przyłapali. Bywało jednak, że gospodarz, przyszedłszy na pastwisko zamówić sobie ząbki, pozwalał urznąć na nie tręci w swoim życie, upomniał tylko, żeby w środek nie leźć i zboża nie tłuc. W takich razach pastuch mógł już rznąć tręć spokojnie, stojąc na miedzy, – ale wykorzystywał zwyczajnie otrzymane pozwolenie tak, że narznął tręci nie na jeden, ale na kilka kapeluszy.

    Zwyczajnie też między pastuchami znalazł się taki, co umiał z ząbków szyć kapelusze tak, że cały kapelusz był wyrabiany na pastwisku. Albo też szył kapelusze ktoś starszy we wsi, a w każdej wsi była inna forma i moda. W tym czasie, jak ja pasałem, robił je w Dzikowie pastuch niemowa, mający wtedy około 20 lat; szył on ładne kapelusze dla pastuchów, parobków i gospodarzy.

    Za ząbki na cały kapelusz płacili 15 do 20 grajcarów, im drobniejsze były, tem były droższe, – a najlepszy kapelusz kosztował (z uszyciem) cwancygiera czyli 33 grajcary. Chodziło się w nim parę lat.

    ***

    Kowali było po wsiach więcej niż obecnie. Żadna wieś nie była bez kowala. W każdej też prawie gminie była kuźnia gminna, do której należał dom i kawałek pola pod ziemniaki, kapustę, ażeby ułatwić osiedlenie się kowalowi, aby był w miejscu dla wygody mieszkańców. Z takich też kuźni gmina nie pobierała najczęściej żadnego czynszu, chyba, że wieś była duża, albo kuźnia leżała przy trakcie i szła dobrze.

    Kowale robili lemiesze, trzusła do pługów drewnianych i resztę kawałków, które musiały być w pługu żelazne, dalej sierpy, nadto kłódki, klamki, zawiasy do drzwi i gwoździe. Te ostatnie jednak robili rzadko, bo kłódki zastępowano przeważnie drewnianemi zasuwami, taksamo klamki i zawiasy były drewniane, a wreszcie i wszelkie łączenia i zmocowania robiono tak, że wiercono dziury i zbijano wszystko kołkami dębowemi, nie gwoździami. Ale jeżeli komu koniecznie gwoździe były potrzebne, to kazał je robić kowalowi i były tylko gwoździe kowalskie nie sklepowe. W ogóle sklepów żelaznych podówczas nie było, więc kowale mimo wszystko mieli dosyć roboty.

    Jak w każdem rzemiośle, tak i w tem byli partacze i dobrze wydoskonaleni, biegli rzemieślnicy. Gdzie był dobry kowal, co robił n. p. dobre sierpy, siekiery, to nieśli do niego robotę i z innych wsi; taki mógł zarobić wówczas i 2 r. dziennie i miał niemałe znaczenie między ludźmi.

    Mniej niż kowali było kołodziei czyli stelmachów. Robili oni wozy, wózki i drzewne części do narzędzi rolniczych. Robili nietylko gospodarzom we wsi od ręki, ale i żydom do miasta na zmowę, którzy następnie wyroby te z zarobkiem chłopom sprzedawali za gotówkę lub na wypłat. W Tarnobrzegu trudniło się tym handlem paru żydów.

    ***

    Po wsiach między lasami koło Majdanu Kolbuszowskiego kwitło bednarstwo. Prawie każdy chłop, mający mniejszy grunt, był tam bednarzem. Wyrabiali oni wszelkie naczynia gospodarskie, jak: beczki różnej wielkości; faski, dzieżki, konewki. skopki, cebrzyki, wanienki, niecki, tryfusy, dalej sita, przetaki, łopaty do chleba, pociaski, wreszcie łyżki, łyżniki, wrzeciona, sikawki ręczne, miotły. Naczynia były z drzewa sosnowego, świerkowego i olszowego, łyżki z twardego drzewa bukowego, miotły z gałązek brzeziny. Nadto w tych wsiach wyrabiane były opałki, okrągłe koszyki, koszałki z korzenia dartego na pasy.

    Materjał na te naczynia brali bednarze z lasów, wśród których mieszkali. Brali go bezpłatnie, do czego z dawien dawna byli przyzwyczajeni i, choć po uregulowaniu służebności ta wolność była zniesiona, woleli go zawsze ukradkiem z lasu wywozić pomimo czujności leśnych, – niż kupować choćby najtaniej.

    Były to wyroby bardzo zgrabne, ładne i tanie. Porządna konewka kosztowała 25 cnt., cebrzyk około 30 cnt., beczka duża 3-korcowa 1 r., opałka objętości jednej ćwierci, bardzo mocna 15 cnt., miotła 2 –3 cnt. Dziś te naczynia zastąpiono przeważnie blaszanemi, dowożonymi z zagranicy, ale i przemysł bednarski zupełnie jeszcze nie ustał.

    Główny targ na to bywał w Majdanie w poniedziałki, stąd była nazwa ťnaczynia majdańskieŤ. Po te naczynia jechał tam każdy gospodarz choćby o kilka mil. Część sprzedawali sami chłopi bednarze, przeważnie jednak mieli ten handel w swoich rękach żydzi, którzy starali się wszystko zakupić, połapać, a potem zaraz w Majdanie drożej sprzedawali niż wytwórcy. Bednarz sprzedawał żydowi taniej, bo się łakomił na to, że naraz wziął pieniądze, i nie targował się o każdą sztukę pojedynczo.

    W Tarnobrzegu trudniło się tym handlem kilka rodzin żydowskich, szczególnie rodzina Zyslów, i porobili na tem majątki. Jeździli oni do Majdanu na każdy targ, zakupywali tam gotowe naczynia, dawali też naprzód zadatki bednarzom, z którymi prowadzili interes, przywozili towar do Tarnobrzega czubatemi furami, godząc furmanów za psie pieniądze, najwyżej za 2 r., i tu sprzedawali we środy na rynku, a każdego dnia w domu. Natomiast na chłopach-bednarzach nie widać było żadnego bogactwa. W lecie chodzili boso, w lichej kamizieli, zimą w chodakach, – byli biedni jak wyrobnicy, biedniejsi niż żydzi, handlujący wytworami ich pracy.

    Będąc w Wiedniu, widziałem przy najprzedniejszej ulicy skład z naczyniami podobnemi do naczyń majdańskich. Właściciel sam sobie warsztat i sklepik i dobrze mu się powodziło.

    ***

    Na uwagę zasługuje koszykarstwo, które się rozwinęło w Rudniku i okolicy w sąsiednim powiecie niżańskim za sprawą właściciela Rudnika, hr. Hompescha. Ten przejęty nędza tamtejszych mieszkańców, których nie mogły wyżywić piaszczyste grunta, założył tam w r. 1878 pierwsze warsztaty koszykarskie, sprowadził zawodowego instruktora koszykarstwa i kilku Rudniczan wysłał do większych warsztatów koszykarskich, celem kształcenia ich w tym zawodzie. Przewidywał, że koszykarstwo dostarczy biednej ludności pracy i zarobku, zwłaszcza, że przepływający przez Rudnik San zarosły jest z obu stron wikliną i sprzyja rozwojowi przemysłu koszykarskiego.

    Przemysł ten, umiejętnie zaszczepiany, od początku dobrze się tam rozwijał, a gdy następnie hr. Hompesch dalszą organizację tegoż przemysłu powierzył wielkiej firmie: ťPrasko-Rudnickiej fabryce wyrobów koszykarskichŤ, nastąpił nadzwyczajny rozrost koszykarstwa w Rudniku. Rozwinął się tam w okolicznych wsiach przemysł koszykarski domowy, a w samym Rudniku powstała wielka fabryka koszykarska. W warsztatach tej fabryki pracuje około 100 robotników, a poza fabryką pracuje dla niej 300 koszykarzy z samego Rudnika. Wszystkich zaś robotników-chałupników z Rudnika i okolicy pracuje w tym przemyśle przeszło 2000. Z biegiem lat wielu koszykarzy wyjeżdżało do Ameryki i tam w fabrykach koszykarskich i własnych warsztatach prowadzili swój zawód, przysyłając znaczne oszczędności swoim rodzinom do kraju.

    Przed wojną wyroby rudnickie wychodziły prawie w połowie do różnych krajów zagranicznych i zdobyły sobie światową markę. Słynne stały się w całym świecie piękne koszyki rudnickie, kosze, przybory podróżne, meble, skrzyneczki i t. p. Opowiadają, że jeden rudniczanin wracając do domu z Ameryki po dłuższym tam pobycie i chcąc ucieszyć żonę jakimś pięknym podarunkiem, kupił w Ameryce ładny koszyk i przywiózł go do domu. Tu pokazało się, że koszyk ten właśnie wyrobiony był w Rudniku i w handlu zagranicznym dostał się Ameryki.

    W powiecie tarnobrzeskim rozwinęło się nieco koszykarstwo głównie przez krajowe szkoły koszykarskie.

    ***

    W tych samych mniej więcej wsiach, co wyrób naczyń drzewianych, było garncarstwo, t. j. wyrób garnków, misek, dzbanków, donic i t. p. Szczególniej byli garncarze we wsiach: Dęba (pow. tarnobrzeski), Poręba (pow. kolbuszowski), Stany (pow. niżański). Mieli tam garncarze glinę i drzewo do wypalania swoich wyrobów.

    Była w tym robota podobna jak z cegłą, – tylko glina musiała być lepiej wyrobiona, nie mogło być w niej najmniejszej grudki, bo wystrzeliła i garnek nie dał się naprawić, piece były mniejsze i sklepione, a wypalanie ostrożniejsze, bo materjał był cieńszy i delikatniejszy. Towar był brany na targ od razu z pieca, gdyż wiele czasu zabierało wykładanie z pieca i układanie na furze.

    Były to naczynia nie powleczone glazurą albo powleczone tylko po brzegach. Dostawiane były do Majdanu, Tarnobrzega i najbliższych miast, – największy targ na nie był w Majdanie. Lepsze i droższe, powleczone szkliwem, przychodziły z Krakowa Wisłą galarami i nazywały się ťkrakowiakamiŤ.

    Garncarstwo dawało zarobek lichszy niż bednarstwo. Garnek, który trza było ulepić, wysuszyć, wypalić, kosztował zaledwie od jednego do kilku centów. Wiele się psuło, nawet już w drodze na targ, gdy n. p. fura się wywaliła, co wszystko garncarz przypisywał czarom, że ťktoś mu poradziłŤ. A jednak i z tego rzemiosła wiele ludzi żyło. Do ubóstwa garncarzy przyczyniało się najwięcej to, że – podobnie jak bednarze – sami swoich wyrobów w miastach nie sprzedawali, ale odstępowali je hurtownie na kopy żydom, którzy często towar naprzód zadatkowali, nim jeszcze był wyrobiony i wypalony. W Tarnobrzegu trudniło się tym handlem kilka rodzin żydowskich, mających sklepy w ratuszu i na boku, i powodziło się im bez porównania lepiej niż samym garncarzom.

    Cegielnie, prowadzone przez strycharzy, były tylko po dworach, w każdym dworze była przynajmniej jedna. Były to cegielnie ręczne, dopiero po r.  1900 powstały w powiecie pierwsze dwie cegielnie parowe: w Dzierdziówce i Chmielowie.

    ***

    Młyny były wodne i wiatraki. Największy wodny był w Żupawie hr. Tarnowskiego i w Jamnicy Dolańskiego. Wiatraki były także tylko dworskie w każdej wsi jeden i więcej; innych prócz dworskich nie było i nie wolno było budować.

    Okoliczne wiatraki puszczane były w dzierżawę, wraz z domem i kawałkiem gruntu dla młynarza. Ten miał mleć zboże dla folwarku, do którego należał, a nadto przyjmował do mielenia – podobnie jak młyny wodne – zboże chłopskie i od kupców-żydów i brał zapłatę w pieniądzach lub też w zbożu, w t. zw. ťmiarkachŤ, od ćwierci.

    Młynarze byli najczęściej posądzani, że nie oddają rzetelnie wszystkiej mąki i otrąb właścicielowi, lecz część ubierają i przywłaszczają sobie. Więc gospodarz, który zawiózł zboże do młyna, siedział tam i zabawiał niby młynarza rozmową, a uważał, żeby mu tenże zboża czy mąki nie ukradł. Ale i tak nie upilnował, bo gdy był n. p. na górze, gdzie zboże szło pod kamień, młynarz mógł kraść na dole, gdzie mąka leciała. Więc gospodarz brał często do młyna także chłopaka (tłumacząc się przed młynarzem, że chłopak ciekawy, chce widzieć, jak się mąka miele), – żeby pilnować zboża na górze i na dole. Naturalnie i to nic pomogło, bo młynarz, jak chciał zboża czy mąki ukraść, to znalazł sobie na to sposób i ukradł. Zresztą byli też młynarze religijni i sumienni, a od nieuczciwych rychło odbijali się ludzie.

    Gospodarze dawali do młynów nie więcej, niż po 2 lub 3 korce w roku i to dawali tylko zamożniejsi, chcąc mieć lepszą mąkę na placki i kluski. Pozatem wszystko mielone było w żarnach domowych.

    W późniejszych czasach powstał młyn parowy w Mokrzyszowie, który lepszą mąkę wydawał, – więc młyny wodne w okolicy zostały skasowane (bo nadto przyczyniały się do zatapiania przez wodę okolicznych łąk), i wiatraki dworskie zostały posprzedawane. Dziś też może każdy za pozwoleniem starostwa wiatrak budować i prowadzić. Po wojnie światowej powstaje w okolicy coraz więcej młynów parowych i elektrycznych.

    ***

    Wytłaczaniem oleju trudnili się olejarze. W naszych stronach robiono olej z siemienia konopnego, lnianego i w małej ilości z rzepakowego. W każdem gospodarstwie wyrabiali rokrocznie kilka kwart oleju na własną potrzebę, a gdy mieli więcej, to często gęsto odsprzedawali. Przyczynianiem oleju, podobnie jak płótna, zajmowały się kobiety, one też go sprzedawały w czasie targów na kwaterki i półkwaterki.

    Siemię przeznaczone na olej suszyli najpierw w piecu, następnie tłukli w stępie, aż stało się miałkie i wilgotne. Nadto konopne przed tłuczeniem omielali lekko w żarnach z łup i puli nieckami ku wiatrowi. Tak przysposobione wieźli do olejarzy najwięcej w adwent lub w wielkim poście, t. j. w czasie, gdy potrawy maścili olejem, gdyż świeży był smaczniejszy.

    Olejarze mieli stępy olejarskie, w których bili, czyli wyciskali olej siłą przez pobijanie klinów, w ten sposób z siemienia otrzymywało się olej i wytłoczyny zwane makuchami. Kwaterkę (1 l.) oleju płacili po 10–15 cnt. Najsmaczniejszy był konopny. Makuchy były ubite, twarde, miały kształt krążków. Z makuchów konopnych, utartych i rozpuszczonych w wodzie, robili mleko i używali do kaszy jaglanej. Robili też z nich rodzaj twarogu i następnie pierogi, które, omaszczone olejem, uchodziły za specjał. Kto miał dobre zęby, jadł je też wprost, bo były słodkie. Makuchy lniane i rzepakowe moczyli w wodzie, tłukli i maścili nimi w zimie sieczkę dla krów do dojenia.

    Olejarzy było najwięcej po wsiach lasowskich, we wsi był jeden, dwu. Byli nimi gospodarze mniej zamożni, którzy jako olejarze mieli niezłe zarobki, lepsze niż tkacze, bo od makucha otrzymywali 5–6 cnt., albo zamiast pieniędzy makuchy, zwłaszcza lniane i rzepakowe, które potem najczęściej do domów odsprzedawali. Prócz tego od każdego dostali coś oleju. Olej bili zawsze na poczekaniu w obecności właściciela siemienia, który olejarzowi w robocie pomagał, a następnie olej i makuchy od razu do domu zabierał. Większy ściąg mieli zawsze rzetelniejsi i lepsi olejarze, którzy z pewnej miary więcej oleju bili.

    Taki warsztat olejarski, więcej udoskonalony, miał także żyd Bercia z Tarnobrzega, w warsztacie tym pracowało stale dwóch chłopów z Dzikowa.

    ***

    W okolicy były dwie garbarnie, prowadzone na dużą skalę: jedna w Grębowie należała do Niemca, kolonisty, Jakóba Gintera, druga w Majdanie Kolbuszowskim należała do obywatela tamtejszego, Wurma. Garbarnie te skupowały skóry świeże, bydlęce, końskie i wyprawiały je na juchtowe czarne, szare, jakie obecnie widzi się w sklepach. Skupowaniem skór świeżych i dostarczaniem ich do garbarń zajmowali się żydzi, oni też wyprawione skóry zakupywali i sprzedawali po sklepach w mieście. Prócz tego garbarnie te przyjmowały skórę do wyprawiania od poszczególnych ludzi i oddawały właścicielom gotowy towar, nadto prowadziły u siebie drobną sprzedaż skór gotowych. Należały one do najznaczniejszych przedsiębiorstw przemysłowych w okolicy, a składały się na nie rozległe zabudowania, przeznaczone na składy skór świeżych, wyprawionych i sklep, – przyczem obaj właściciele zajmowali się też gospodarstwem rolnem.

    Prócz wymienionych była jeszcze garbarnia w Tarnobrzegu, należąca do żyda, ale znacznie podrzędniejsza.

    ***

    W niektórych wsiach lasowskich, jak w Krzątce, Dęby, istniały maziarnie, prowadzone przez chłopów. Kopali oni tam pniaki sosnowe i oczyszczone z ziemi, rąbali na drobne kawałki, następnie zaś układali w piecach okrągłych, zbudowanych z gliny, i prażyli przez 3–6 dni. W ten sposób z tych smolnych szczap otrzymywali maź czyli smołę i dziegieć, nadto węgiel kowalski. Maź i dziegieć sprzedawali hurtownie innym chłopom, którzy rozwozili ten towar po wsiach i prowadzili nim drobną sprzedaż. Maź używana była do smarowania ówczesnych wozów o drewnianych osiach, dziegieć służył jako lekarstwo, n. p. przeciw katarowi. Węgiel i jakieś wynagrodzenie oddawali maziarze do dworu za pniaki, brane z lasu. Węgiel ten używany był przez kowali podobnie, jak dzisiaj koks. Obecnie niema śladu po maziarniach, a zaczęły one upadać wtedy, gdy znikły wozy drewniane, a następowały kute.

    ***

    Miśkarze byli zawsze wędrowni. Chodzili po wsiach począwszy od świąt Wielkanocnych przez całe lato. Najwięcej zaś z wiosny. Miśkowali, t. j. kastrowali oni knury, ogiery, buhaje, a także świnie-samory, które miały być karmione na opas. Misili stare samory, które miały już niejedne prosięta, a było to połączone z wielkiem kalectwem zwierzęcia i po takiej operacji nieraz świnie zdychały. Dziś samor się nie misi, a pasą się dobrze.

    Miśkarze tacy szli od wsi do wsi, od dworu do dworu i wołali donośnym głosem: ťMiśkować, miśkować!Ť. Mieli na sobie torbę, a w niej swoje przybory: nóż, igłę, nici. Przychodzili oni z Czech i dobrze na swojem rzemiośle zarabiali, odsyłając dużo pieniędzy do domów. Zwyczajnie ci sami miśkarze zachodzili corok do tych samych miejscowości i powierzano im nowe zwierzęta do kastrowania, gdy kastrowane poprzednio chowały się dobrze; natomiast miśkarz, po którym zwierzę zdechło, tracił wpływ na wsi.

    Mniej więcej koło r. 1890 miśkarze przestali chodzić po wsiach; dziś w każdej wsi znajdzie się taki, co potrafi dobrze wyczyścić, zwłaszcza małe knurki.

    Rzeźników, stale tą robotą zatrudnionych, nie było, znaleźli się tylko w każdej wsi tacy, co potrafili zakłuć świnię lub zarznąć krowę na wesele.

    Ratowaniem i leczeniem krów i koni zajmowali się tak chłopi, jak kobiety, a niektórzy byli z tego mniej lub więcej w okolicy znani.

    ***

    Dużo po wsiach chodziło druciarzy. Nie była prawie dnia, żeby który przez wieś nie przeszedł, podczas gdy teraz rzadko się ich spotyka. Drutowali oni garnki, robili łapki na myszy i szczury, potem siatki druciane do młynków zbożowych i t. p. Zarobek był lichy, toteż żyli przytem z żebraniny, bo gdzie drutowali, tam zwyczajnie – prócz paru centów – dostawali coś jedzenia, a gdzie zatrzymali się na nocleg, tam zwykle dawano im kolację. Byli to górale od Zakopanego, Szczawnicy. Mówili, że u nich bieda, że niema chleba, jednak nigdy nie zatrzymywali się w nizinach stale, ale do gór wracali. Byli licho odziani: w guni, spodniach opiętych, kapeluszu filcowym, chodakach, mieli drut i torbę przewieszone przez ramię, a gdzie przechodzili, rozlegał się ich głos: ťGarnki drutować!Ť

    ***

    Rzemiosłami dawniej zajmowali się ci, co gruntu swojego nie mieli albo mieli mało. Rzemieślnik wsiowy, jak zarobił na dzień 50 grajcarów do reńskiego, to uważał to za dobry zarobek. Rzemieślnik jednak był zwyczajnie obrotniejszy, niż rolnik, bo miał ciągłe styczności z różnymi ludźmi. Miał też z tego powodu większe znaczenie we wsi, zwłaszcza, gdy dobrze zarabiał, jak n. p. niejeden kowal.

    Był zwyczaj, że jak się oddawało rzemieślnikowi robotę, to nasamprzód trza go było wódką poczęstować i on temu najpierw zrobił, kto się na tej grzeczności lepiej rozumiał i lepiej go uraczył. To też który rzemieślnik był lepszy, to zwyczajnie większy był pijak, bo więcej do niego nieśli roboty i więcej go poili.

    Wogóle rzemiosło i przemysł wsiowy popańszczyźniany nie stał wysoko, ale wszystkie wyroby były swoje, w kraju wytwarzane. Ogromna więc szkoda, że w późniejszych czasach przemysł ten, zwłaszcza tkactwo, upadał i zupełnie był zarzucony, a należało go tylko ulepszyć i dalej rozwinąć. Dziś wiele rzeczy sprowadza się z zagranicy, tam odpływają nasze pieniądze, a nasi szukają zarobku po świecie.

    Na ogół więcej rozwinięte były rzemiosła po miasteczkach, gdzie prócz wymienionych rzemieślników, spotykanych na wsi, byli jeszcze stolarze, ślusarze, murarze, blacharze, powroźnicy, piekarze, rzeźnicy, – ale wszyscy oni zaspokajali potrzeby najwięcej albo nawet wyłącznie ludności miasteczkowej, albo też dworów i plebanji i nie znali także lepszych robót. Rzemiosłami tymi zajmowali się katolicy i żydzi, a rzeźnictwem i piekarstwem wyłącznie żydzi.

    Prócz tego w Tarnobrzegu było dwu fryzjerów, zwanych wtedy cyrulikami, którzy stawiali bańki, pijawki, puszczali krew z żył, rwali zęby, – a mniej zajmowali się strzyżeniem i goleniem, bo tak mieszczanie jak chłopi czynności te załatwiali sobie sami przy pomocy nożyczek i brzytwy. Cyrulikami tymi byli żydzi; w r. 1900 powstał w Tarnobrzegu pierwszy zakład fryzjerski katolicki.

     

    Handel tak na wsi, jak w mieście był prawic wyłącznie w rękach żydów. Po karczmach wsiowych siedzieli tylko żydzi i prócz wódki mieli na przekąskę obwarzanki i bułki, które sami piekli, nadto gomółki z sera i śledzie. Przytem sprzedawali ubocznie sól, tytoń do fajek, zapałki, igły, tasiemki, krajki do opasywania się, – ale towaru tego mieli zawsze bardzo niewiele, zazwyczaj mieścił się wszystek w małej paczce, schowanej za szynkwasem.

    Wsiowi ludzie jednak kupowali towar taki najczęściej od żydów i żydówek, domokrążców, obnoszących w opałce igły, tasiemki, krajki, zapałki, trochę pieczywa, przyczem też nigdy nie brakło wódki. Każdą wieś obchodziło stale kilku takich handlarzy czy handlarek ,dochodzących z miasta, więc prawie codzień do każdego domu które z nich zaszło. Znali bardzo dobrze swoje wsie i ludzi, byli też w każdym domu witani zawsze, jak dobrzy znajomi.

    Za towar tak w karczmie jak domokrążcom rzadko kiedy płacili pieniędzmi, najczęściej dawały gospodynie jajka, kasze, kości i szczecinę ze świń, trochę jakiegoś zboża lub coś z drobiu, był to więc handel wymienny bardzo dla żydów popłatny. Toteż domokrążcy, choć byli nędznie odziani, obdarci i narzekali na biedę, mieli, jak się nieraz pokazywało, ładną gotówkę. Najwięcej zarabiali zawsze od tych, co wódkę lubili. Jeżeli gospodarz i gospodyni nie pili oboje, tylko jedno z nich, n. p. gospodyni, to dostawała wódkę skrycie przed gospodarzem i w skrytości też płaciła różnemi produktami domowemi.

    ***

    Gdy trza było kupić jakiś sprzęt do domu, np. opałkę, cebrzyczek, konewkę albo garnki, miski, buty, to już po te sprawunki jechali z przyzwyczajenia na jarmark. Mówili, że tam można to o parę grajcarów taniej kupić niż na miejscu. Jadąc na jarmark, brali z sobą parę ćwierci zboża: żyta, jęczmienia, pszenicy, owsa, kaszy, bo znów był rachunek, że tam można to lepiej spieniężyć. Ale były wypadki, że tam sprzedało się taniej albo zboże do domu nazad przywiozło, bo zależało od tego, jak dużo takiego produktu na targ dostawiono.

    Od nas jeździli najczęściej do Majdanu, o trzy mile stąd, gdzie co poniedziałek odbywały się wielkie targi, zwane jarmarkami.

    Był tam także wielki targ na konie, bydło, karmiki, sprzedawali też gotowe połcie słoniny, sadło, słoninę chudą przywędzoną, kiełbasą, a to wszystko na oko, bez wagi, – sprzedażą zaś tą trudnili się mieszczanie i okoliczni chłopi. Słowem, wszystko, co teraz jest w sklepach, wtedy kupowało się na jarmarku w Majdanie.

    Kto z Dzikowa wybierał się na Majdan, musiał już w niedzielę wieczór ładować wóz, ażeby zaraz po północy wyjechać i przed południem na miejsce przybyć. Droga do Majdanu była w tych czasach bardzo zła, były piachy i błota, doły i kałuże, musiało się jechać noga za nogą, nie tak jak obecnie, co jest bity gościniec. Dzisiaj żaden gospodarz takiej złej drogi nie chciałby odbywać, chyba za dużem wynagrodzeniem.

    Na każdy taki jarmark musiała jechać z gospodarzem gospodyni, bo chociażby on sam mógł wszystko sprawić i załatwić, to jednak był już taki obyczaj i gospodyni bardzo by się gniewała i mężowi wymawiała, że ją ma za dziewkę, że jej nie szanuje, z sobą nie bierze i nawet sąsiedzi mieliby mu to za złe.

    Jarmark, czyli załatwienie sprawunków, przedłużało się do późnego wieczora, toteż do domu wracali najczęściej już po drugim północku.

    Był przytem zwyczaj, iż po drodze z jarmarku wstępował każdy do karczmy, przynajmniej do jednej, ażeby popaść konie i na tak zwaną ťrozgrzewkęŤ czyli napitek i przekąskę, którą już gospodyni najczęściej z domu brała. Na tym spoczynku w karczmie zeszło niejednemu parę godzin, zależnie od tego jak dużo zjechało się naraz znajomych, sąsiadów, kumów. Więc nieraz przepijali tu więcej, niż zyskali przez lepsze kupno czy sprzedaż w Majdanie, a czasem nawet więcej, niż wszystkie sprawunki były warte. Ale tego wszystkiego nie liczyli, ani tego, co się sami naponiewierali i koni namęczyli.

    A trzeba dodać, że takich dalszych jarmarków każdy gospodarz musiał odbyć przynajmniej dwa do roku, a to najwięcej na wiosnę i w jesieni, – oprócz pobliskich.

    Był też zwyczaj, że dzieciom z jarmarku przywozili obwarzanki i bułki, ażeby miały z jarmarku pamiątkę. Toteż dzieci późno w noc nie szły wtedy spać i wyglądały, aż ojcowie z jarmarku powrócą.

    ***

    W mieście trudnili się handlem prawie wyłącznie żydzi. Był on zresztą bardzo nędzny, skoro koło r. 1860 nie było w Tarnobrzegu nawet dziesięciu lichutkich sklepików, mieszczących się w domach drewnianych.

    W paru sklepikach – prócz tego, co można było kupić u domokrążców wsiowych, – były płótna kolorowe, chusteczki, wstążki, płótna domowe, czapki, fajki, w których się wtedy chłopi bardzo kochali, grzebienie, cyganki, świeczki łojowe. Wszystko to prócz płótna białego, nabywanego od chłopów, sprowadzane było wozami z Tarnowa, dokąd pewnie przychodziło z przemysłowych krajów austrjackich. U paru innych żydów było zboże, które sprzedawali najwięcej w dni targowe, wystawiając w workach na rynek. Wreszcie na parę lat przed r. 1860 nastał pierwszy sklep z żelazem, gdzie było żelazo w kawałkach dla kowali, nadto rynki, żeleźniaki, kociołki, wewnątrz niewybielane. Zapasy towarowe we wszystkich tych sklepach były bardzo skromne, wartość ich nie dochodziła pewnie do 100 złr.

    Najwięcej było karczem, czyli ťszynkówŤ z wódką, z których główny mieścił się u Joska w ratuszu1, prócz tego był drugi na przeciwnym końcu ratusza i kilka innych, rozrzuconych po mieście, a więcej znacznie było nadto pokątnych, w których chłopi upijali się również dobrze, jak w pierwszych.

    Pieczywo sprzedawali żydzi na podcieniach, które były naokoło rynku, a stanowił je wypust mniej więcej 2 metry przed każdym domem. Na rynku sprzedawali garnki, miski, łyżki drewniane, jak również cebrzyki, konewki, niecki, sita, przetaki, rzeszota, czyli ťrajtakiŤ, sprowadzane z pod Majdanu kolbuszowskiego.

    Sklep chrześcijański był tylko jeden, mianowicie Narcyza Giżyńskiego, zastępujący też dzisiejsze Kasyno urzędnicze. Prócz trunków i przekąsek był tam towar korzenny, kupowany przez nielicznych wówczas urzędników; dla chłopów nic w tym sklepie nie było, więc też nigdy do niego nie zachodzili.

    Mieszczanie-katolicy żyli głównie z rolnictwa i rzemiosła. Kilku trudniło się handlem świń, które bili sami i sprzedawali w rynku na stolikach, zwłaszcza w dni targowe i święta: słoninę, sadło i kiełbasę. Wywozu świń z okolicy, tak dziś rozwiniętego, nie było jeszcze ani śladu i zaczął się dopiero około r. 1870, a nim powstała kolej do Tarnobrzega, gnali kupcy świnie stadami aż do Dębicy.

    Mieszczanie baranowscy, mieleccy, kolbuszowscy trudnili się też kramarstwem. Jeździli po odpustach z jednego miejsca na drugie. Do Tarnobrzega zjeżdżało na odpusty 20–30 kramarzy, do Leżajska znacznie więcej. Który wcześniej przybył i w zarządzie miasta więcej zapłacił, mógł w lepszym miejscu swój kram rozłożyć. Sprzedawali: medaliki, szkaplerze, różańce, koronki, pasyjki, obrazki, książeczki do nabożeństwa, kalendarze, nadto pierścionki, różne piszczałki, organki, zabawki dla dzieci i t. p. Na to wszystko był wtedy odbyt i kramarze mieli dobre zarobki.

    ***

    Chłopi handlem zupełnie się nie zajmowali, uważali go za zajęcie żydowskie, na którem – jak mówili – tylko żyd wyjść może. Handlu się wstydzili i wyśmialiby chłopa, który by chciał handlować. Przywozili tylko i przynosili na targ do miasta: zboże, ziemniaki, kaszę, jarzyny, drób, jaja, nabiał, wyroby przemysłu domowego i wszystko sprzedawali przeważnie żydom, którzy tem dalej handlowali i zyski z tego ciągnęli. Często chłopi kupowali drogo od żydów na wiosnę zboże, które w jesieni za psie pieniądze żydom sprzedali. Zresztą nie było dawniej szkół i chłop do handlu nie był zdatny, poprostu nie umiał liczyć.

    Jak trudno było wtedy odważyć się na handel, mogę powiedzieć z własnej praktyki.

    Nie było wówczas w zwyczaju, żeby przed jesienią kopać motyką nowe ziemniaki, bo uważali za grzech niszczyć to, co jeszcze rośnie i przyrasta; można było tylko ziemniaki podbierać ręką na własną potrzebę. Nikt też nowemi ziemniakami nie handlował. Tylko koloniści niemieccy z Padwi przywozili do Tarnobrzega t. zw. wczesne murzyny i sprzedawali je na garnce, – garniec po 10 centów, co wtedy uchodziło za cenę wygórowaną.

    Widząc jak Niemcy dobrze na tem zarabiają, zasadziłem pół morgi wczesnych ziemniaków i miałem je wywozić na miasto, jak to oni robili. Ale gdy ziemniaki urosły, sprzedałem je żydowi w polu za 30 złr., z czego otrzymałem 10 złr. jako zadatek. A kupno to prawie w żyda wmówiłem, bo żydzi wtedy nie zakupywali jeszcze ziemniaków w polu i nie znali się na tym handlu, – (jak dziś n. p. nie kupują ogórków w ogrodzie, tylko zerwane na kopy), – kupowali tylko ziemniaki, na swoją potrzebę, na garnce i ćwierci.

    Tego samego dnia jednak przyszedł żyd do mnie prawić z płaczem. że się oszukał, że w mieście śmieją się i naigrawają z niego,że kupił kota w worku (niewykopane ziemniaki), – i molestował o zwrot zadatku. Z tem mnie kilkakrotnie nachodził tak, że mi cierpliwości brakło i zadatek mu wróciłem.

    Przyjrzałem się lepiej, jak Niemcy sprzedają, nająłem dwie kobiety do podbierania ziemniaków i zrana, zanim fury z Padwi przyjechały, wywiozłem na miasto parę ćwierci. Ledwie stanąłem, zwarły się do mnie żydówki, właziły na koła, na wóz, jedna przez drugą dawały pieniądze, żeby im sprzedać ziemniaków. Daremnie wołałem, żeby się nie cisnęły, że każda kupi, bo mam więcej w domu. W mig wszystko sprzedałem, a gdy wróciłem do domu, miałem znowu na podwórku sporo żydówek, chcących kupić ziemniaków. Gdy powiedziałem, że ziemniaki jeszcze w polu, że po nie pojadę, wszystkie chciały iść za mną, – alem je nawrócił zapowiadając, że nie ruszę z podwórza, jeżeli nie pozostaną na miejscu, – bo nie chciałem, żeby taka rzesza odprowadzała mię w pole. Co było ukopane, przywiozłem i sprzedałem na oborze.

    Potem sprzedawałem już tylko w domu zrana i w kilku dniach zebrałem całą miseczkę samemi szóstkami, razem 80 złr., a ziemniaki nie były jeszcze wykopane, tylko podebrane. Następnie corok sadziłem coraz więcej wczesnych ziemniaków i targowałem za nie parę stówek. Nowych nie podbierałem już rękami, ale kopałem odrazu motyką, a na ziemniaczysku siałem zaraz mieszankę dla krów. W ten sposób za ziemniaki miałem zawsze na opędzenie wydatków na żniwa, a z mieszanki dobra paszę na jesień.

    Po te ziemniaki przychodziły do mnie nie tylko żydówki, ale sługi od urzędników tarnobrzeskich, między innemi służąca komisarza starostwa. Zauważyłem, że jednego dnia służącej tej nie było, dopiero na drugi dzień przyszła i opowiedziała, że pani widziały się ziemniaki za drogie i nie kazała kupować, – ale pan gniewał się, że ziemniaków na obiad nie było, mówiąc: ťJa wtenczas nie chcę ziemniaków, kiedy sobie i dziad podjeŤ, i potem służąca stale już u mnie ziemniaki kupowała.

    Zrazu naturalnie z tego handlu ludzie się śmiali, wnet jednak i inni zaczęli sadzić wczesne ziemniaki na sprzedaż, ale sprzedawali je w polu żydom. Bo żydzi zaraz i w tym handlu zasmakowali i dziś żyje z niego kilka rodzin żydowskich w Tarnobrzegu. Obecnie jednak wielu chłopów z różnych wsi sprzedaje na mieście warzywa i owoce. Śmiechy i drwiny z tego ustały.

    Dopiero po powstaniu Towarzystwa Kółek Rolniczych w r. 1882 zaczęły się mnożyć po wsiach sklepiki Kółek Rolniczych i prywatne sklepiki chrześcijańskie. Obecnie w każdej wsi jest już taki sklepik, a w większych wsiach bywa ich nawet parę, wobec których żydowskie nie mogą się często utrzymać i znikają ze wsi. Również po miasteczkach powstały porządne sklepy chrześcijańskie.

    ***

    Obrót pieniężny na wsi był długo jeszcze za mojej pamięci bardzo mały, – srebro i złoto trafiało się rzadko, a o ile kto dostał do rąk srebrnego cwancygiera, a zwłaszcza złotego dukata, to chował go w domu i na największą potrzebę nie wydawał. Pieniądze takie chowali w skrzyniach, pod beczkami, za krokwią, albo poza domem, zakopane w garnkach lub w innych tajemnych schowkach, gdzie się nieraz spaliły, gdy pożar wybuchł nagle.

    Najwięcej było pieniędzy papierowych, a około roku 1860 były jeszcze w obiegu kwity dworskie, opiewające na różne kwoty, od kilku do kilkudziesięciu grajcarów, podobne do dzisiejszych biletów kolejowych, różnego koloru, stosownie do wartości, jaka była na nich wyszczególniona. Znaczyły one tyle, co państwowe pieniądze, każdy je brał chętnie w takiej wartości, na jaką były wystawione i to nie tylko w obrębie obszaru dworskiego, który je wydał, ale w całej okolicy, gdzie dwór był znany.

    W Dzikowie było najwięcej kwitów miejscowego dworu, były jednak i z sąsiednich: z Mokrzyszowa, Machowa, Chmielowa i innych. Podniszczone kwitki, których drudzy obawiali się już przyjmować, niesiono najczęściej do propinacji i płacono nimi za wódkę, propinator bowiem, mając z kancelarją dworską częstszą styczność, mógł je tam najłatwiej wymienić na nowe.

    ***

    Co do kredytu za pańszczyzny – jak słyszałem od dziadków i innych, bardzo mało kto u kogo pożyczał, a jeżeli już kogoś przycisnęła potrzeba, że musiał pożyczyć na podatek lub jaki inwentarz, to mógł najczęściej coś wskórać kum u kuma albo sąsiad u sąsiada i to bez żadnego procentu, do żydów nie zwracali się jeszcze chłopi o pożyczki, bo nawet żaden żyd nie pożyczyłby wówczas chłopu.

    Ale jak ja zapamiętałem, to pożyczkami trudnili się jedynie żydzi na podpisy u rejenta, czyli skrypta rejentalne i na weksle. Nie było jeszcze kas żydowskich opartych na statutach, zatwierdzonych przez władzę, tylko każdy pożyczał prywatnie. Brali wielkie procenta, bo 50 procent i więcej, jak się kto zgodził płacić jakiś procent, wolno było brać. Więc procent płaciło się według umowy, a jeżeli w terminie dług nie był spłacony, to osobno za grzeczność, za poczekanie wybierali żydzi od dłużników jajka, kury, cielęta, ziarno itp.

    Jeżeli zaś kto na takiej grzeczności nie chciał się znać lub nie miał na to i upadał majątkowo, to przystępowali do egzekucji, za mniejsze długi zajmując ruchomości, za większe zaś opisując całą realność, po czym następowała licytacja. Do licytacji stawali tylko żydzi, chłopi się na tym początkowo nie rozumieli i licytacji unikali. Żydzi zaś gdy zmiarkowali, że na tym bardzo dobry interes, badali naprzód w sądzie, gdzie będzie licytacja, jechali na miejsce i licytowali w porozumieniu z sobą.

    Brali też od dłużników za bezcen grunta, domy i co się dało wyciągnąć, strasząc, że jak dobrowolnie nie pogodzą, to wszystko na licytacji będą mieli sprzedane. W Tarnobrzegu zasłynęli z takiej lichwy żydzi: Szpirn, Szajnok, Tafel, Dawid i inni mniejsi spólnicy i naganiacze tych wielkich lichwiarzy. Ostatni z nich, Dawid, odznaczający się silną budową ciała, chełpił się przytem zawsze, że się nikogo nie boi, bo ma szerokie plecy.

    ***

    Przez taką lichwę zrujnowali żydzi prawie połowę gospodarzy, bo w każdej gminie znalazło się dużo lekkomyślnych, którzy brali pożyczki i nic za to nie nabywali, ale po większej części na pijatykę obracali. I tacy nawet prędzej mogli dostać pożyczkę niż porządniejsi, bo godzili się łatwo płacić taki procent, jaki żydzi chcieli. Oni zaś wiedzieli między sobą, ile kto był gdzie winien, jaką wartość przedstawia jego majątek i pożyczali dotąd, dopóki majątek wystarczał na pokrycie kapitału, procentu i kosztów egzekucji.

    W samym Dzikowie wydziedziczyli prawie ze wszystkim trzech gospodarzy osiemnastomorgowych, a mianowicie: Józefa Słomkę, Wojciecha Łuczaka i Michała Sadrakułę, zamieszkałych w przysiółku Podłęże; czterech gospodarzy sześciomorgowych, a to: Józefa Gronka, Pawła Krzyżka, Józefa Wójcikowskiego i Michała Grycha; z większej zaś lub mniejszej części majątku wydziedziczyli: Michała Ozycha, Jana Wiącka, Józefa Zmarzłego, Stanisława Antończyka, Michała Grębowca i wielu innych.

    Jakim sposobem podówczas żydzi brali chłopów do łapki, nawet za drobne długi, niech posłuży za przykład to, jak robili z Michałem Grębowcem, moim sąsiadem. Miał on sześć morgów dobrego gruntu i porządne zabudowania gospodarskie. Był chłop robotny, nie pijak, bo jeżeli wypił czasem kieliszek wódki, to przy robocie lub jakiejś okazji; długu zaciągać nie miał potrzeby, bo zadowalał się najzupełniej tym, co z gruntu zebrał, więc nikomu nie był winien ani grosza. Jedną miał tylko wadę, że z żoną był czasem w niezgodzie i nieraz się dobrze pobił, ale to przechodziło jak burza i znowu sobie sprzyjali. W kłótni żona zawsze mu wypominała, chcąc mu dokuczyć, że cały majątek jej, bo ona wprowadziła na gospodarstwo inwentarz jako wiano.

    Z tej niezgody małżeńskiej skorzystali żydzi. Ściągali Grębowca do siebie, częstowali wódką, mówiąc przytem: ťNy, Michale, co wam żona mówi, że majątek nie wasz, my się was nie boimy, choć tak żona gada, jak wam pieniędzy trzeba, to wam pożyczymy, niech się żona przekona, że wasz jest majątek, a lepiej was będzie szanowaćŤ. Tak wmówili w chłopa, że pożyczał po 5 do 10 złr., a za każdym razem prowadzili go do notariusza, czyli rejenta, zawierali tam akt dłużny, biorąc zawsze za świadków policjantów z Tarnobrzega, znanych wówczas pijaków. W ciągu paru miesięcy zmieniali ciągle u rejenta skrypta dłużne, dopisywali nowe pożyczki i wysokie procenta, w końcu zrobili z Grębowcem akt na pożyczkę wynoszącą 600 złr. I miał płacić na rok 60 złr. od sta.

    Wtenczas dopiero wyprowadzili sądową komisję na opisanie realności Grębowca i zabezpieczenie na niej wspomnianej kwoty. Żona narobiła gwałtu, gdzie, kiedy i na co tyle pożyczał, on też zmiarkowawszy, że mu grozi ruina majątkowa, zaczął płakać, za włosy się targać, krzycząc:Ť Olaboga, co ony ze mną zrobiły!Ť Po odejściu komisji zacząłem go wypytywać, jak tyle długu narobił, pokazało się, że na te 600 złr. wybrał gotówką około 50 złr. I to u tych samych żydów przepił, do tego nie umiał zupełnie rachować, nie wiedział, co znaczy 600 złr.

    Poszedłem z nim i z żoną do rejenta, rozpowiedziałem tam, ile Grębowiec wybrał tytułem pożyczki, że za grosz z tych pieniędzy nic nie kupił, na to rejent powiada, że swego czasu zwracał mu uwagę i kazał żonę zawołać, ale Grębowiec wtedy odrzekł: ťDiabli żonie do tego, to jest mój grunt po moim ojcuŤ; bo tak go żydzi nauczyli gadać. Mówił dalej rejent, że teraz wszystko przepadło, bo aktu notarialnego nikt nie może obalić, doradził tylko, żeby Grębowiec sprzedał zaraz część gruntu i zaraz dług zaspokoił, bo inaczej narosną koszta i procenta i nie zostanie ani przy zagonie: żydzi wszystko sprzedadzą i z domu go wygonią. Grębowiec usłuchał i to była najlepsza rada, sprzedał zaraz dwie morgi najlepszego gruntu, nadającego się pod ogrody, i zapłacił cały dług, bo żydzi nie chcieli nic opuścić, i w ten sposób uratował resztę gospodarstwa.

    To wywłaszczenie chłopów z majątków trwało tak długo, aż wyszła ustawa przeciw lichwie, zabraniająca brania wielkich procentów. Wtedy sąd zaczął prześladować i karać lichwiarzy i nastała jakby pomsta Boża nad nimi, bo zaczęli upadać, a niektórzy nawet w biedzie wymarli, inni też niekoniecznie w dostatku dożyli, a pozostałe po nich rodziny są dzisiaj zupełnie biedne. Przyszła też kreska na wspomnianego Dawida, który się chełpił szerokimi plecami. Przyłapany został na oszustwie, mianowicie, że dopisał na wekslu jakiejś kobiecie z Żupawy dużo większą sumę, niż należało. Sąd w Tarnobrzegu wytoczył mu śledztwo i przymknął w areszcie razem ze wspólnikami, co w mieście wywołało wielki harmider, bo prawie oni pierwsi dostali się do aresztu. Dopiero od tego czasu żydzi-lichwiarze zmiękli i bali się, a sąd coraz lepiej brał się do nich i poskramiał ich.

    ***

    Jednakże w owym czasie nie tylko chłopi tracili majątki, i wiele rodzin włościańskich poszło w ruinę i ślad po nich zaginął, ale tak samo, a nawet gorzej działo się z mieszczaństwem i szlachtą.

    Jak zapamiętałem, to jeszcze koło roku 1870 w Tarnobrzegu wielka część miasta zasiedlona była przez mieszczan-katolików, którzy siedzieli tu widocznie z dziada pradziada i byli dość zamożni. Trudnili się różnymi rzemiosłami, a najwięcej szewstwem, stolarstwem, krawiectwem i masarstwem, prócz tego zaś i gospodarstwem rolnym, bo mało było takich, żeby nie mieli gruntu własnego od 1 do 3 mórg. Chowali wieprze, krowy, a niektórzy mieli i woły, których używali do roboty. Mieli też swoje własne domy i to przy głównym rynku, a żydowskie były na tyłach miasta.

    A obecnie zabrali, obsiedli to wszystko żydzi i miasto zżydziało zupełnie, tak że zaledwie cząstka dawnych mieszczan się zachowała i to na krańcach miasta, a w rynku żaden z tych dawniejszych mieszczan nie ma realności.

    Dziś śladu nie ma po dawnych najpierwszych obywatelach tarnobrzeskich, po Zderskim, Jajkiewiczu, Rutynie, po Łubowiczu, Pomykalskim, Dutkiewiczu, po Gwizdalskim, Lachiewiczu, mających dawniej domy przeważnie w rynku, i innych pomniejszych, których nie wyliczam. Wprawdzie niektóre z wymienionych nazwisk jeszcze się w Tarnobrzegu znajdują, ale nie wywodzą się w prostej linii od wyliczonych wyżej obywateli.

    Dopiero w ostatnich czasach mieszczaństwo tarnobrzeskie zaczyna się na nowo dźwigać, a to głównie dzięki napływowi do miasta ludzi nowych i rzutkich, a widać także, że i potomkowie dawniejszych mieszczan w młodszym pokoleniu zaczynają lepiej garnąć się do życia, podnoszą się, pozbywają dawnych wad, szczególnie pijaństwa, i nabywają realności, i w ten sposób znaczenie mieszczaństwa znowu się powoli podnosi. W ostatnich dwudziestu latach przeszło nawet na powrót w ręce chrześcijańskie kilka domów w rynku.

    ***

    Również długa jest litania obszarów dworskich, które potracili dawni panowie; za mojej bowiem pamięci przeszły w żydowskie ręce następujące dwory w powiecie tarnobrzeskim: Chwałowice, Orzechów, Witkowice, Skowierzyn, Wrzawy z przyległościami, Żabno, Pniów, Dąbrówka, Antoniów, Motycze poduchowne, Gorzyce, Zalesie gorzyckie, Zarzekowice, Koćmierzów, Kajmów, Machów, Nagnajów. I nawet słuch wśród ludu zaginął zupełnie po możnych niegdyś panach, właścicielach tych dworów: po baronach Horochach, po Trojackim, Bilskim, Wiktorze, Cetnarskim, Zaklice i innych. Dwory od nich wykupili żydzi i albo dotąd na tych majątkach siedzą, albo rozparcelowali je z wielkim zyskiem między chłopów.

    Nic to nie pomogło, że właściciele dworów posiadali rozległe obszary ziemi najlepszej gleby i ładne lasy, że mieli spłatę za pańszczyznę; a później za propinację, że płacili względniejszy podatek gruntowy, że byli wolni od podatków gminnych, że posiadali znaczne przywileje polityczne i pierwszeństwo wszędzie!

    Szczególniej głośnym było zmarnotrawienie rozległych dóbr baranowskich przez hr. Krasicką, która tak nie umiała godzić dochodów z rozchodami, że wkrótce długi przeniosły wartość jej ogromnego majątku i wierzyciele, którzy już nie mogli odebrać swych należności, spowodowali – jak wieść niosła – jej przyaresztowanie. Kręcili się koło niej ustawicznie żydzi i wyjeżdżali za nią nawet za granicę, narzucając się z gotowymi pieniędzmi na różne wybryki, które następnie z dużym procentem ściągali i dobrze się stąd bogacili. Wybrali od niej za bezcen lasy na morgi do wycięcia drzewa; jeździłem do tych lasów, to widziałem, jak co kilkadziesiąt morgów stał kupiec żyd z młotem do odbijania drzewa i wołał : ťHop, hop, jedźcie do mojej morgiŤ ! Co mogła, wyprzedawała, tak że z pałacu baranowskiego nawet posadzki marmurowe żydzi zabrali. Szczęściem, że dobra po niej wraz z starożytnym zamkiem baranowskim kupił na licytacji Polak Dolański.

    Niemniej głośną była później sprzedaż dóbr wrzawskich, a krakowska gazeta ťDiabełŤ, wyśmiewająca i karcąca błędy ludzkie, zwracając się wtedy przeciw sprzedawczykowi hr. Horochowi pisała między innymi: ťNarobiłeś dużo wrzawy, zaprzedając żydom WrzawyŤ. Były to bowiem dobra mające najlepszą glebę, wyborne łąki i sporo bogatego sosnowego lasu, a nadto w skład dóbr tych wchodziły bujne kępy, tj. wikliny nadrzeczne po prawym brzegu Wisły i obu brzegach Sanu; więc gdy się wieść rozeszła, że Wrzawy żydom sprzedane, niejeden nie mógł sobie tego w głowie wytłumaczyć, jak można było takie dobra utracić.

    Bliżej znany mi jest przebieg sprzedaży Kotowej Woli przez Franciszka Popiela.

    Był on rządcą u starego Dolańskiego w Sokolnikach, następnie kupił na własność Kotową Wolę. Znany był w powiecie jako wzorowy gospodarz.

    Poznałem go w czasie klasowania gruntów w Kotowej Woli i sąsiednich wsiach, gdy komisja klasyfikacyjna przez kilka dni korzystała z gościny w jego dworze. Był bardzo gościnny, prowadził najchętniej rozmowę o gospodarstwie. Rozwijał u siebie wszystkie gałęzie gospodarstwa: uprawę roli, hodowlę bydła, ogrodnictwo, pszczelnictwo.

    Ale gospodarowanie już mu ciążyło, chciał więc sprzedać majątek i przenieść się do Krakowa na spoczynek. Ogłosił więc sprzedaż, ale zaznaczał, że sprzeda tylko katolikowi, nie żydowi. Do kupna zgłaszali się chłopi, ale nie byli w stanie przystąpić do kupna całego majątku, na który składały się pola orne, łąki. las, budynki, inwentarz, wszystko razem wartości 230 000 złr.

    Chciał to jednak nabyć Lejzor Wahl, najbogatszy wówczas kupiec w Tarnobrzegu, a ponieważ Popiel z żydami traktować nie chciał, Lejzor zwrócił się do mnie i prosił, żebym zgodził i zadatkował te dobra i jemu je następnie odstąpił. Na zadatek wręczył mi 15 000 złr. I obiecywał dobre wynagrodzenie, a robił to wszystko w cztery oczy ze mną, tak żeby nawet żona moja o tym nic nie wiedziała, ażeby sekret nie wydał się.

    Ale gdy zastanowiłem się nad tym, widziałem, że byłoby to kupno podstępne, którym splamiłbym swój honor. Oświadczyłem więc Lejzorowi, że się tej sprawy nie podejmuję i oddałem owe 15 000 złr. Później zawsze mi to wymawiał, że przeze mnie nie doszedł do kupna Kotowej Woli.

    W jakiś czas potem rozeszła się wiadomość, że Popiel Kotową Wolę sprzedał, więc gdy wracałem razem z komisarzem Swobodą z komisji reklamacyjnej gruntów z Rozwadowa, wstąpiliśmy do niego na pożegnanie.

    Popiel opowiadał wtedy, że dobra swoje sprzedał i uwolnił się od ciężaru gospodarowania, tylko jedno – jak mówił – gryzie go i gryźć będzie jak mól do grobowej deski: że dobra sprzedał żydowi.

    Starał się usprawiedliwić, co go skłoniło do tego kroku. Mówił, że jacyś złodzieje wdarli mu się w nocy do ogrodu i zniszczyli pasiekę, którą bardzo lubił, wyłupali plastry, a pszczoły rozłaziły się po całym ogrodzie. Wpadł wtedy w złość, a że z natury był prędki, jedną bryczkę posłał po rejenta do Rozwadowa, a drugą po Rachmiela Kanarka, który także chciał kupić Kotową Wolę.

    Gdy to opowiadał, wyjawiłem mu, jak mnie Lejzor namawiał na to kupno i już miałem w rękach 15 000 złr. na zadatek, na to on zerwał się od stołu, chwycił mnie za ramiona i zawołał: ťPrzyjacielu, czemuś tego nie zrobił, byłbyś mnie wybawił od tego, co mnie gryzie i gryźć będzie, byłbym przynajmniej uczynił zadość postanowieniu, że dobra sprzedam katolikowiŤ. Rozpłakał się przytem jak dziecko.

    Gdyśmy po przenocowaniu u niego mieli odjeżdżać, poczęstował nas jeszcze starym winem, jakiego nigdy przedtem ani potem nie piłem. Było gęste jak patoka miodowa i ledwie wypiłem kieliszek, uczułem jakby elektrykę w całym ciele, a Swoboda spojrzawszy na mnie zawołał: ťJasiu, jak Boga kocham, palisz sięŤ. Było to – jak Popiel mówił – wino z roku 1813, a chował je dla chorych i na największe okazje.

    Popiel przeniósł się następnie do Krakowa, gdzie umarł i majątek swój w znacznej części zapisał na cele narodowe i dobroczynne.

    Z czasem dwory w powiecie tak poznikały, że większa własność nie mogła nawet wybrać dwunastu członków ze swojej kurii do Rady Powiatowej w Tarnobrzegu i wybierała ich spoza swego grona. Z żydów zaś, będących właścicielami obszarów dworskich, jedynie Rachmiel Kanarek brał udział w działalności i ofiarności obywatelskiej polskiej, za co miał uznanie w powiecie; inni zaś, jak cały ogół żydowski, trzymali się wobec spraw polskich oddzielnie, jako osobne społeczeństwo.

    Naturalnie tak chłopi i mieszczanie, jak i szlachta sami przede wszystkim ściągali na siebie los, jakiemu ulegli. Chłopów i mieszczan – obok lichwy – gubiło i rujnowało straszne pijaństwo, gnuśność i ciemnota; a panowie, choć mieli naukę, to rachować nie umieli czy nie chcieli i rozchody na zbytki były u nich większe niż dochody.

    Nie smakował im żaden wytwór domowy, krajowy, choćby nawet był lepszy od zagranicznego, sami też wojażowali po zagraniczu, trzymali różnych oficjalistów na wysokich pensjach. Uważali to za ujmę dla szlachcica, gdyby był inaczej żył, tj. rozumnie, według dochodów. Była w tym pycha, za którą przyszła kara Boża.

    Za wszystkich: za chłopów, mieszczan i szlachtę myśleli żydzi – jak się to i teraz często trafia – oni wszystkim stanom faktorowali i za to majątki garnęli dla siebie.

    ***

    Zbliżenie między żydami i katolikami było dawniej większe niż obecnie, ale dlatego, że katolicy więcej u żydów przesiadywali, gościli się i popijali, a żydzi mogli więcej z katolików żyć i wyzyskiwać ich.

    Szczególnie wielkie zbliżenie było między żydami wsiowymi a chłopami i często dzieci takich żydów, wychowując się wśród dzieci chłopskich, chrzciły się w końcu. Najczęściej młode żydówki przyjmowały w ten sposób chrzest i wychodziły za parobków i synów gospodarskich. I to trafiało się prawie w każdej wsi. Ale ogół żydów występował przeciw temu zawsze bardzo wrogo i chrzest musiał się odbywać potajemnie, a ťprzechrztaŤ musiał się przed nimi z początku ukrywać.

    Wnosząc z tego, co starsi opowiadali, to już za pańszczyzny głównie w karczmach żydowskich skupiało się życie chłopskie. Jak swego już nie było, to kradli, co się dało, na pańskim, i skradzione nieśli nocą do żyda, którego pan we wsi osadził i trzymał, i za to pili.

    Za mojej pamięci był zwyczaj, że jak kto dał na mszę świętą za zmarłych, na dobry urodzaj albo na inną intencję, to na tę mszę zapraszał dziś na jutro sąsiadów, kumów, przyjaciół, wysyłając w tym celu po wsi swoje dzieci, a po mszy św. zapraszał wszystkich na podziękowanie za to, że się zeszli i modlili na jego intencję, do domu albo do karczmy i częstował, wódką i przekąską. Niektórzy na taką ucztę, jeżeli miała się odbyć w domu, zapraszali także księdza.

    Każdy gospodarz zamawiał dwie lub trzy msze święte do roku i po każdym nabożeństwie było poczęsne, które niejeden przedłużył sobie do wieczora i dobrze sobie podpił.

    A byłem już kilkanaście lat gospodarzem, gdy w Dzikowie i innych wsiach był jeszcze zwyczaj, że karczmarze jeździli po kolędzie, każdy wstępował do ťswoich gospodarzyŤ, którzy u niego byli stałymi gośćmi, to jest pili.

    Po Dzikowie jeździł najwięcej Salomon Szrajber z Tarnobrzega.

    Wszedłszy do izby zaczynał od życzenia: ťDaj Boże szczęście, żeby się tu powodziło, iżby wszyscy byli zdrowi, pieniądze mieli i żeby tu niczego nie brakowało – przychodzę tu z kolędąŤ. I od razu nalewał do kieliszka wódkę, którą miał z sobą, a więcej było na wozie, i częstował po kolei wszystkich obecnych, poczynając od gospodarza i gospodyni, dawał po kieliszku dzieciom pomijając tylko najmniejsze, sługom, a nieobecnych kazał przywoływać, dogadując przytem: ťJak szanuję stół, to i stołowe nogi, ja tu wszystkich chcę potraktować, bo ten dom szanuję, niech go pamiętają wszyscy, żem tu był po kolędzieŤ. Gospodarzowi i gospodyni nalewał jeszcze po drugim i trzecim kieliszku i zachęcał: ťPijcie, pijcie, niech wam będzie na zdrowie, ja wam nie żałujęŤ, a gdzie spodziewał się lepszej kolędy, zostawiał jeszcze mniejszą lub większą flaszkę wódki.

    Za to gospodarz dawał mu znowu od siebie kolędę, zazwyczaj ćwierć lub pół korca jakiegoś ziarna: żyta, jęczmienia, pszenicy, owsa, czego miał więcej, a znowu gospodyni dawała od siebie jaja, kaszę jaglaną, kurę, słowem, coś ze swego kobiecego gospodarstwa. Wsypywali to zaraz do worka, który żyd trzymał gotowy pod pachą, i ładowali na wóz, czekający przed domem. Gdy tak całą wieś objechał, to wszyscy mniej lub więcej byli wódką zamroczeni, tylko on był trzeźwy i wywoził ze wsi dobry wóz ziarna.

    Dawanie tej kolędy było uważane jakby za powinność i kto by dał mało ziarna, to mu Szrajber przed drugimi wypominał; a to był szczodry, takiego chwalił, żeby i drugich do hojności zachęcić. Taka objażdżka odbywała się dwa razy do roku: raz po Godnich świętach, ťpo kolędzieŤ, drugi raz po świętach Wielkanocnych, ťpo święconymŤ.

    Wesela odbywały się także głównie w karczmach. Wprost od ślubu zajeżdżali wszyscy z całą paradą weselną do karczmy żydowskiej, bo w całej okolicy nie było nigdzie wtedy innego domu do zabaw. Na innych wsiach zajeżdżali do swoich karczem wsiowych, dzikowskie zaś wesela, ponieważ we wsi karczmy nie było, jak i dotąd nie ma, zajeżdżały do karczem w Tarnobrzegu, będących zresztą w bliskości, bo miasto ze wsią domami się styka. Z Dzikowa zajeżdżali najwięcej do Salomona Szrajbra, którego dom do dziś dnia jeszcze stoi, ale tak się już obniżył, że wnet okna dostaną do ziemi.

    Kto miał sprawić wesele, to już zawczasu, na tydzień mniej więcej, zamawiał miejsce w karczmie. Zresztą karczmarze, mając z tego ładny zysk, sami przychodzili do gospodarza i ofiarowywali miejsce u siebie, wypytując się przytem, kto jest zaproszony i doradzając, żeby jeszcze tego lub owego zaprosić, o kim wiedzieli, że lubi się zabawić i można od niego dobrze utargować: ťPrzecie go nie można pominąć, to porządny gospodarz: on ma syna, córkę, on was znowu zaprosi, to trza z ludźmi żyćŤ.

    Był też zwyczaj, że gdy wesele zajechało przed karczmę, starosta zarządzał, żeby nikt z wozów nie schodził, aż żyd wyszedł z flaszką i pobłogosławił najprzód państwo młodych, życząc im szczęścia, a potem dał wszystkim na dworze po kieliszku, wtedy dopiero weselnicy z wozów złazili, a grajkowie grali na dworze, aż wszyscy goście weszli do karczmy.

    ***

    Wódką raczyli żydzi tylko chrześcijan, sami jej nie pili i jest to wielką rzadkością widzieć żyda pijanego.

    Jeżeli jakiś wyszynk lub sklepik żydowski miał odbiorców tylko z kilku domów, to już się potrafił utrzymać, już mu to wystarczało, żeby mógł istnieć. Jeden szynkarz tarnobrzeski, który miał dziesięciu gospodarzy pijących u niego, mówił, że woli, żeby jemu wszystko się spaliło i przepadło niż tym gospodarzom, bo oni są jego żywicielami i trzymają go na nogach.

    Żyli przytem bardzo oszczędnie i gdyby katolicy chcieli ich naśladować, to wszystkie majątki byłyby w ich rękach. Mówią, że biedniejsi żydzi nie jedzą z rana, aż coś zarobią, tj. coś sprzedadzą z zarobkiem.

    Ci żydzi, którzy majątki od szlachty wykupywali, początkowo przeważnie biedni, żyli skromnie nawet i wtedy, gdy stali się już dziedzicami, i na przykład nigdy nie widziałem ani słyszałem, by który z nich wyprawiał bale, które we dworach szlacheckich były częste, nie trzymali też takiej drogiej administracji, która cały dochód zabiera, ale gospodarowali czasem może aż z przesadną oszczędnością.

    Na przykład o Hauserze, który tak się dorobił, że kupił Kajmów i Machów, opowiadali, że trzymał jednego żydka, któremu w pieniądzach dawał podobno tylko 3 złr. na tydzień, a ten w jednej osobie był rządcą, ekonomem, karbownikiem, a nawet polowym, i każdy, kto miał jakiś interes do dworu, musiał do tego żydka się udawać, bo sam Hauser dojeżdżał tam tylko na kontrolę z Tarnobrzega.

    Opowiadali dalej, że żona tego ekonoma chcąc się swemu dziedzicowi przypochlebić, zładowała mu przez parę razy barszcz, który mu tak posmakował, że po powrocie do Tarnobrzega nie czuł się głodnym i nie jadł tego, co mu własna żona podała. Ta dopytywała się męża, dlaczego nie chce jeść, a gdy się dowiedziała, że w Machowie jada barszczyk z ťjajkiem i ze śmietankiemŤ, oburzyła się strasznie, że żona ekonoma lepszy barszcz sobie gotuje i lepiej żyje niż ona dziedziczka i ekonoma tego, wraz z żoną i dziećmi, ze dworu wygnała. Jest w tym nauka, jak się żydzi oszczędnością rządzą, że tylko tu wydają grosz, gdzie tego niezbędna potrzeba wymaga.

    ***

    Jak tylko zapamiętałem, katolicy zawsze na żydów narzekali i narzekają, a przytem nieraz wyśmiewali się i wyśmiewają z ich różnych wad, żartując i robiąc im nawet różne figle, ale cóż z tego wszystkiego: żyd był i jest na wszystko cierpliwy, a katolicy szli i idą zawsze do żydów i dają się im wyzyskiwać na różne sposoby, i ci się bogacą, choć ciężko nie pracują.

    Żyd dotąd ulega katolikowi i pozwala naśmiewać się z siebie i płatać sobie najnieprzyjemniejsze figle, dopóki widzi u katolika pieniądze w kieszeni i majątek, ale jak już wszystko wyssie i wyzyska, to się lepiej z katolika wyśmieje i za drzwi go wyrzuci.

    Na to można by przytoczyć niejeden przykład. Był w Dzikowie gospodarz jeden dosyć zamożny, który lubiał drwić z żydów, ale zachodził zawsze do żydowskich szynków i żydzi korzystali z niego przy każdej sposobności. Raz uderzył szynkarza w twarz za to, że nie chciał dać mu piwa, żądając naprzód zapłaty. Żyd się z tego rozchorował, wniósł skargę do sądu, ale potem skargę cofnął, gdy chłop obiecał przepić za to w szynku 5 złr.

    I przepił tyle zaraz w towarzystwie z drugimi, a gdy chciał dalej pić i szynkarz żądał znowu zapłaty z góry, palnął go znowu w twarz i powiada: ťPrzedtem zwaliłem cię w jedną stronę, a dziś w drugą, bobyś głowę krzywo nosił, a tak to ci się naprostujeŤ. Zrobił się straszny gwałt i krzyk, ale na tym się skończyło, bo żyd znowu się przeprosił, gdy chłop dalej do niego na pijatykę zachodził.

    I dopóki się chłop lepiej miał, żyd przyjmował go w szynku, usługiwał mu i znosił wszelkie przezwiska, jakie chłopu ślina do gęby przyniosła i dopiero jak majątek od niego wyzyskał, wyrzucał go za drzwi. Skończyło się na tym, że ten zamożny gospodarz umarł w wielkiej biedzie i poniewierce, a żyd ma obecnie jedną z największych kamienic w Tarnobrzegu i dobrze mu się powodzi.

    ***

    Handel prowadzili żydzi najczęściej w sposób oszukańczy, nierzetelnie. Kupujący zawsze musiał się obawiać, że żyd mu nie doważy, nie domierzy, że da gorszy towar, za drogo policzy, oszuka przy wydawaniu reszty itp. Z łatwością dawali towar na kredyt i przyuczali niejednego do borgów. Żyd zachęcając do kupna, z góry zaznaczał, że da towar bez pieniędzy, że się o pieniądze nie pyta, skoro jednak należności na czas nie otrzymał, wnosił bezwzględnie skargę do sądu i ściągał sobie dług z kosztami, a jeżeli liczył na krótką pamięć odbiorcy, to mu do długu coś przypisał i większej kwoty domagał się.

    W handlu zawsze też prawie chodziło żydom głównie o to, ażeby wziąć pieniądze bez względu na to, czy towar dobry, nie zepsuty, czy wyjdzie kupującemu na pożytek.

    Za mojej pamięci zaszło w Tarnobrzegu parę głośniejszych wypadków, które świadczyły, jaka to bywała obsługa żydowska w handlu. Jeden szczególnie narobił dużo wrzawy.

    Raz stróż miejski, pełniący wartę nocną w zimie, zajrzał do piekarni żydowskiej przez okno niedostatecznie zasłonięte. Widział wtedy, jak żyd, piekarz, rozebrał się i mył się szczotką w ciepłej wodzie, a następnie czeladnik wodę tę wlał do dzieży do ciasta. I z takiego to ciasta jedli potem chleb kupujący. Stróż doniósł o tym do sądu, sprawa toczyła się w Rzeszowie. Pokazało się, że żyd, który się mył w tej ciepłej wodzie, miał parchy. Został on wtedy zasądzony, a piekarnia jego zamknięta.

    ***

    Oświata u żydów była początkowo bardzo niska, byli na ogół głupsi od katolików.

    W mieście wielu było takich, co polskiego języka nie znali i nie można się było z nimi zmówić, albo inni byli tacy, co język polski łamali i kaleczyli gorzej, niż to jest obecnie, i narażali się z tego powodu na śmiechy i drwiny.

    Dzieci żydowskie uczyły się tylko na Talmudzie, a nauka ta odbywała się po domach grupami i była prowadzona przez żydków, którzy już sami coś umieli. Starali się o to, ażeby każde dziecko przykazania Mojżeszowe znało.

    Do oświaty polskiej byli bardzo niechętni i gdy nastawały szkoły i przymus szkolny, zachowywali się względem szkoły z większym oporem niż najciemniejsi chłopi i woleli płacić kary, niż posyłać dzieci swoje do szkoły. Bo mówili, że dzieci ich muszą się uczyć przykazań Mojżeszowych, a jak się będą uczyć po polsku, to tamtego się nie nauczą. Mówili też, że co im potrzebne, to umią, bo jak potrafią porachować, to wystarczy.

    W tarnobrzeskiej szkole były ciągle nakładane kary na zaniedbujących posyłanie dzieci na naukę i z kar tych pokrywały się wydatki na urządzenia szkolne. Kary te żydzi płacili, a dzieci do szkoły nie posyłali.

    Dopiero potem zrozumieli korzyści z oświaty i dzisiaj już zapełniają szkoły powszechne w Tarnobrzegu i cisną się do szkół średnich i wyższych, a następnie zajmują zyskowne stanowiska.

    W pierwszych latach po ustaniu pańszczyzny, gdy lud był ciemny, bez oświaty, żyd tak niejednego potrafił przyciągnąć do siebie i ugłaskać swoim sprytem, pożyczką, borgiem, wódką, że na razie zdawało się chłopu, że to jest jego najlepszy przyjaciel, ale nim się mógł przerachować, to już jego gospodarstwo za rok, dwa poszło na licytację i stało się własnością żyda.

    Jednak to dla żydów było za mało, bo jak mówi przysłowie: ťDziad dziada panem nie zrobiŤ. Dopiero panowie, dziedzice wielkich obszarów dworskich, dali żydom szerokie pole do zdobycia pieniędzy i wielkich majątków. Panowie wprowadzali żydów do każdej wioski, obsadzali po karczmach, dali im do rąk propinację, a ci mając sposobność zalewać ciemnemu ludowi mózgi, rozpoczęli gospodarkę rabunkową i stopniowo wciskali się do dworów na faktorów, dostawców, kupców lasów, bydła, łąk, gruntów itd., a w niedługim czasie cały dwór dostawał się żydom.

    Toteż gdyby żydzi chcieli na gruncie siedzieć i pracować, to dziś wszystka ziemia w Galicji do nich należałaby, byliby zupełnymi panami kraju, a chłopi, jak szlachta, byliby u nich w służbie i pracowaliby za parobków. Zaraz po pańszczyźnie byłaby nastała gorsza jeszcze dla całej ludności chrześcijańskiej żydowszczyzna. W Dzikowie na przykład nie ma tego kawałka chłopskiego gruntu, żeby nie był w rękach żydowskich, żeby nie był drogo wykupiony, a w innych wsiach było zupełnie to samo.

    Ale żydzi nie chcieli trudnić się gospodarstwem i ciężko pracować i woleli wielkie zyski, jakie im dawał handel gruntami przepłacanymi przez chłopów. Osiadali na stałe tylko w miastach i miasteczkach, wykupując realności od mieszczan polskich, więc w paru dziesiątkach lat ludność miastowa zupełnie się zmieniła – jak po wielkiej wojnie.

    ***

    Za mojej pamięci przyszli da największych majątków w Tarnobrzegu: Lejzor Wahl, Dawid Engelberg i Mosiek Hauser. Lejzor Wahl, jak zapamiętałem, był z początku biednym, miał skromny szynk z wódką w tym miejscu, gdzie obecnie dom Chruściela. Chodził wtedy po Dzikowie i wybierał za wódkę jaja, drób, zboże itp., a z Podłęża ćwierciami nieraz dźwigał zboże na plecach. Tym, co chcieli pić, a nie mieli pieniędzy, odpowiadał, że on się o pieniądze nie pyta i daje na kredyt. Oddacie mi – mówił – jak będziecie mieli, albo oddacie zbożem z nowegoŤ. I zapijało się u niego wielu takich, co nie byli nałogowymi pijakami; ale mieli głównie tę wadę, że lubili towarzystwo, zabawę, a przytem nie cenili czasu i zaniedbywali gospodarkę. Wahl miał znajomości po wszystkich wsiach okolicznych, o każdym gospodarzu wiedział na co go stać, jaki będzie miał zbiór i na konto tego dawał mu pić. Brał za to z nowego zboża ćwierciami i korcami; z dalszych wsi przywozili mu je na furach.

    Nosili mu też zboże ukradkiem, w nocy, a on zawsze szynkował, jeżeli tylko był interes. Opowiadał mi jeden gospodarz z Dzikowa, który lubiał sobie głowę wódką zaprószyć, że jeżeli chciał Lejzora w nocy wyciągnąć z łóżka, to pukał do drzwi i mówił z przyciskiem, jakby coś dźwigał: ťOtwórz; bo mi ciężko!Ť Lejzor wtedy uchylił drzwi, a on się wsuwał do szynku i pił, choć czasem nic nie przynosił. I tym się chwalił, że żyda oszukał, ale sam na tym tak wyszedł, że stracił cały majątek, złożony z sześciu morgów dobrego gruntu, i był w końcu tylko wyrobnikiem, nędzne życie prowadził.

    Ze zboża w ten sposób zebranego miał Lejzor cały magazyn. Mieściło się ono w stancjach przy szynku i na strychu, bo pijak nie tylko zboże przyniósł, ale i na strych wydźwigał, gdy mu szynkarz kazał. Na wiosnę zaś, na przednówku, który u pijaków był corocznie, kupowali je u niego ci sami, którzy mu je znosili, a że pieniędzy nie mieli, więc najczęściej oddawali dopiero z nowego, za korzec, dwa itp. A ponieważ Lejzor dawał też chętnie pożyczki pieniężne i wódkę na kredyt, więc mówili o nim, że to żyd wygodny i dobryŤ.

    Z chłopów przyszedł w ten sposób do znacznego majątku, a gdy następnie wziął się do dzierżawienia propinacji u hrabiego i do handlu drzewem, kupując lasy dworskie na morgi i wyprawiając budulec Wisłą do Gdańska, dorobił się takiego majątku, że liczną swoją rodzinę, synów i córki, wyposażył grubymi wianami, po kilkadziesiąt tysięcy reńskich, i potem jeszcze wspierał w interesach, gdy które stało licho, a gdy umarł, zostało po nim jeszcze 300000złr. po większej części na długach u chłopów i panów, które potem wdowa po nim ściągała, nie przepuszczając nikomu, i rozdzielała dalej między dzieci i wnuki.

    Dawid Engelberg miał sklep korzenny i lepsze trunki, a przytem także zwyczajny szynk dla chłopów. Trzymał też pocztę prywatną, jeszcze wtedy, gdy posłaniec chodził z Tarnobrzega do Rzeszowa, a potem do Majdanu. Mosiek Hauser zaś miał pierwszy handel żelazny w Tarnobrzegu i handlował głównie z dworami. Następnie do spółki z Wahlem i Engelbergiem dzierżawił propinację i prowadził handel drzewem. Tak Engelberg, jak Hauser zgromadzili nie mniejsze majątki niż Wahl. Hauser kupił dwie wsie nadwiślańskie: Kajmów i Machów. Dzieci i wnuki swoje hojnie wywianowali.

    Ci bogacze stanowili też za życia kasę dla żydów uboższych, bo innych kas podówczas nie było. Pożyczali biedniejszym żydkom na różne interesa i handle, ale na tym nie wychodzili już tak dobrze, bo ci ich najczęściej zarywali.

    Wszyscy trzej a szczególnie Engelberg mieli opinię żydów porządnych; dbali o powagę, w interesach nie zarywali i dłużników nie wodzili po sądach. Zbogacili siꠖ można powiedzie栖 dlatego, że byli zapobiegliwi, a ludzie byli głupi, kwitło pijaństwo i nie było handlów chrześcijańskich.

    O ile mi wiadomo, to te wielkie majątki po nich rozpłynęły się. Dzieci i wnuki prowadziły dalej interesa i handle, jak oni. ale kiepsko, i traciły na tym. O ile są w Tarnobrzegu i znam ich, to są nie bogaci, ale owszem niezamożni, zrównali się z chudobniejszymi i w znacznej części wymarli. Jeden tylko Lam, zięć Hausera, posiadał gruby majątek, a to dzięki temu, że dzierżawił propinację i rafinerię u hrabiego.

    W ogóle teraz trudniej żydom tak się bogacić. Mogą się w handlu mieć lepiej i żyć lepiej niż np. chłop na roli lub niższy urzędnik, ale w tak krótkim czasie tak ogromnych majątków nie zbierają, a zaczęło się to od tego czasu, gdy szkoły nastały i ludzie zmądrzeli, gdy zaczęło upadać pijaństwo i ludzie mniej się bawili i gdy zaczęły powstawać kółka rolnicze i sklepy chrześcijańskie.

    Obecnie do najbogatszych, prócz Lama, należą jeszcze Salomon Korn, który początkowo miał tylko sklepik i był niebogatym, dopiero, gdy się wziął do handlu ziemią, do kupna gruntów chłopskich i parcelacji folwarków i dworów, doszedł do wielkiego majątku. Mniej bogatym od niego jest Beniamin Federbusch, którego ojciec robił sukmany chłopom i który początkowo był zwyczajnym żydkiem, z którym nikt się nie liczył, ale gdy zaczął handlować gruntami, kupować, sprzedawać, wymieniać, przyczem bywał na śledztwie sądowym, doszedł do takiego majątku, że go stać było na dziesiątki tysięcy koron i ma kamienicę w rynku.

     

    Chłopi żyli dawniej w oddzielnej gromadzie, prawie wyłącznie sami między sobą, co zresztą z pewnemi zmianami dotychczas przetrwało.

    Dzikowscy chłopi i z innych wsi okolicznych przyjaźnili się często z mieszczanami tarnobrzeskimi, zapraszali ich w kumy, na wesela i inne zabawy i wzajemnie przez nich byli zapraszani. Sami między sobą schodzili się chłopi jużto na zwyczajnych schadzkach sąsiedzkich, jużto na zabawach. Odbywało się to częściej niż obecnie, bo teraz żyje każdy sam dla siebie.

    ***

    Schadzki odbywały się w zimie wieczorami po domach, latem zaś w niedziele i święta siadywali gromadnie na murawie w miejscu dogodnem przy drodze i rozgadywali się najchętniej o pańszczyźnie, która niedawno ustała, o wojnach, które starsi zapamiętali i straszyli się wojnami, które przyjść mogły; dalej opowiadali o cholerach, jakie grasowały, o czarach i strachach. Nadto lubili różne opowieści, żarty, zagadki i przepowiednie, nowiny i wypadki, jakie wydarzyły się we wsi i okolicy.

    To wszystko znaczyło dawniej tyle, co dziś czytanie książek lub gazet, a kto umiał opowiadać, tego obsiadali dookoła i słuchali jak żydzi rabina i wierzyli każdemu opowiadaniu jak dziś wielu daje wiarę każdemu drukowanemu słowu.

    Co do przepowiedni, mówili naprzykład, że nastaną takie czasy, iż drogi będą kamienne, a niejeden nie mógł wyjść ze zdziwienia, jakby to być mogło, żeby droga była kamienna, bo wszędzie widziało się tylko drogi zwyczajne, podobne do dzisiejszych polnych. Albo przepowiadali, że będzie wisieć kłódka u lasu, to jest, że lasy będą zamknięte, podczas gdy dawniej lasy były dla ludzi i wolne i każdy mógł dowolnie korzystać z drzewa i wszystkiego, co las daje, jak dziś korzysta z powietrza i wody.

    A przecież te dziwne przepowiednie spełniły się, bo dziś powiat tarnobrzeski, jak i inne, poprzecinany jest pięknemi drogami kamiennemi, t. j. szutrowanemi, i pamięć o dawnych kiepskich drogach ginie. I wstęp do lasu dziś niedozwolony, podobnie jak do ogrodu, a drzewa nieraz nawet za drogie pieniądze nie można dosta栖 bo co lepsze, wysyła się za granicę.

    Mówili też, że przyjdzie na świecie do wielkiej wojny i ludzie tak wyginą, że człowiek człowieka o siedem mil będzie szukał i będzie się cieszył, jak się jeden z drugim spotka. A zacznie się ta wojna od małego państwa i mały dużego pobije, co tak pewnie trzeba rozumieć, że mniej liczne narody, ciemiężone przez wielkie mocarstwa, w tej wojnie głowę podniosą, uwolnią się z przemocy i przyjdą do znaczenia. To teraz zdaje się sprawdzać.

    Mieli też różne przysłowia, któremi posługiwali się w stosownych okolicznościach i które wyrażały ich sposób myślenia. Było naprzykład przysłowie: ťNa miejscu kamień obrastaŤ, co tak rozumieli, że gospodarz czy sługa wtedy się czegoś dorabia i do czegoś dochodzi, gdy siedzi w jednem miejscu i pracuje, a nie przenosi się z miejsca na miejsce. – Mówili też: ťDlategoś głupi, bo cię bieda łupiŤ, to znaczy, kto ma majątek, uchodzi za mądrego, a biedaka, choćby był mądry, w głupiego obracają. Wyrażali to także w przysłowiu: ťBiednemu zawsze wiatr w oczy wiejeŤ. Było również przysłowie: „Zatykaj okna gnojem, a jedz chleb ze spokojem", t. j. nie rób wielkich wydatków i długów, ale poprzestaj na tem, co masz i nie narażaj się na niepewną przyszłość. – Na wyrażenie zaś myśli, że każdej sprawy należy przypilnować i wszystko robić w stosownym czasie, mieli przysłowie: ťWtedy na grzyby chodzą, jak się rodząŤ. O takim, co mówił, że ma dużo do roboty, a owoców tej pracy nie było widać, mówili: ťMa dużo prać, a mało wieszaćŤ. – O takim zaś, co był do roboty niezdatny, ťdoniczegoŤ, mówili: ťMożna się nim podeprzeć, jak dziad złamaną pałąŤ. Używali też przysłowia: ťMądry głupiemu ustąpiŤ, i na poparcie tego zdania mieli taką gadkę:

    Zjechały się raz na drodze z dwóch przeciwnych stron dwie królowe i jedna drugiej zjechać z drogi nie chciała, żeby nie okazać się niższą w godności. Więc stały w miejscu i pisały do mężów, co mają robić. Mężowie odpisali, że która mądrzejsza, ta pierwsza ustąpi. Gdy królowe otrzymały takie odpowiedzi, każda chciała okazać się mądrzejsza i na bok zjechać, więc musieli dopiero przybyć miernicy i wymierzyć na cal, żeby jedna więcej nie ustąpiła, niż druga

    ***

    Co do zabaw, to dawniej bawili się więcej, niż dzisiaj. Prawie nie było ani jednej niedzieli lub święta, żeby nie było ťmuzykiŤ czyli zabawy w Tarnobrzegu, a najsłynniejsze były u Sruły, na ul. Browarnej, i u Szrajbra, na ul. Mokrzyszowskiej. Grali sami żydzi w swoich domach, poczynając niedługo z południa, czasem przez całą noc aż do rana. Płaciło się za każdy taniec, przyczem ten więcej tańców płacił, kto miał więcej pieniędzy, lub szło to koleją: raz płacił ten, drugi raz inny. Taniec kosztował 10 cent., a grali go najwięcej 20 minut.

    Na granie schodzili się ludzie wsiowi z Dzikowa, Miechocina, a także z innych pobliskich wiosek, nadto mieszczanie tarnobrzescy i sługi dworskie. W tańcach brali udział najwięcej młodzi parobczaki i dziewczęta, ale nie brak było i starszych, żonatych, a słuchaczów i przyglądających się bywały takie gromady, że aż ciasno było w izbie i przed domem. Bo też tam było co widzieć i słyszeć, między tańcującymi bowiem nie brak było zuchów, wystawiających się jeden nad drugiego różnemi śpiewkami i żartami; z tych dosyć było nieprzyzwoitych i niemoralnych, któreby dzisiaj nie uzyskały pochwały, a w owych czasach uchodziły za stosowne i przyczyniały się do większej zabawy i rozweselenia uczestników.

    Grajek, czyli ťmuzykantŤ, musiał grać tak, jak tańcujący zaśpiewał. Nieraz muzykant nie mogąc wygrać nuty, wił się, jak wąż i nierzadko się trafiało że spadał mu za to bat na plecy, a nawet nie było zabawy, żeby muzykanci coś nie oberwali, czasem i dobrze. Ale nie było o to żadnej skargi, bo była taka zasada, że ťkiedyś się podjął, to graj, jak ci każę, bo ci za to płacę, a jak nie umiesz, to się do tego nie bierzŤ.

    W domu, gdzie w niedzielę i święto grała muzyka, całym gospodarzem był żyd: zapobiegał większym nieporządkom między zgromadzonymi, wypędzał chłopaków, jeśli zanadto tłoczyli się w izbie.

    Raz spotkała mnie na takiej muzyce niemiła przygoda. Gdym był wyrostkiem, pociągnął mię raz na muzykę służący od sąsiada, starszy odemnie. A nietrudno mi było wymknąć się na zabawę, jeździłem bowiem z końmi na nocną paszę, więc można było konie na pastwisku dobrze spętać i wybiec do miasta. Wyjeżdżając wtedy, wziąłem czystą kamizelę pod starą sukmanę, jak mi doradził ów służący.

    Gdyśmy przyszli na muzykę, kolega mój, jako starszy, brał się do tańca, ja zaś przyglądałem się zabawie, stojąc w kącie, przy piecu, gdzie tłoczyła się gromada chłopaków, poszturkując się i zawadzając tańczącym. Nagle, jak jastrząb, wpadł z harapem w tę gromadę Szrajber: chłopaki rzucili się ku drzwiom, tylko ja, nie poczuwając się do winy, nie uciekałem.

    Wtedy Szrajber ściągnął mnie harapem przez cienką kamizelę tak, że potem przez kilka dni miałem pręgę na plecach i dobrze to czułem. Już też odeszła mnie ochota od zabawy i wróciłem zaraz do koni, a parobek sąsiadów bawił się aż do rana.

    ***

    Najważniejszą jednak rozrywkę w życiu chłopskim stanowiły wesela. Obfitowały one w przeróżne ceremonje i zabawy, które dziś w przeważnej części z życia ustąpiły.

    Co do ożenku, nie było dawniej żadnego przebierania: parobczak był w każdym domu z chęcią przyjmowany, czy to był komornik, zagrodnik, lub syn kmiecy, aby miał tylko ręce do roboty. Nawet kmieć, mający jedynaczkę, przyjmował za zięcia komornika, powiadając mu przytem: ťJak będziesz pracował, to twoje – grunt, budynki i wszystko, co Pan Bóg dałŤ. Głównie chodziło o to, żeby pracować.

    Jak dziewczyna wychodziła za gruntowego parobczaka, to matka tegoż zachwalała przyszłe życie swojej mianowanej synowej zwyczajnie w ten sposób: ťNie turbuj się, moje dziecko, nie będziesz miała u mnie źle, roboty nie będzie ci brakować; mam co prząść, co mleć, tłuc; jest parę bydląt, świń, – będziesz miała koło czego chodzić, żebyś mogła tylko wszystkiej robocie dać radęŤ.

    A znów matka dziewczyny, chwaląc ją, mówiła: ťNie będziecie-ta, swatowo, z mojej córki mieć krzywdy, ona tam darmo rąk nie położy, będzie kontenta, że będzie miała co robić; a do tego nie przyjdzie do was goła, ma parę wdziewków, smat, – ze dwa roki nie potrzebujecie jej okrywać; dostanie też ze dwie krowy i co tam Pan Bóg ma przy domu, to się jej nie będzie żałowałoŤ.

    Nie było tam mowy o gruncie, zapisach, pieniądzach. Naprzykład dziadkowie moi wydali młodszą córkę, a mojej matki siostrę, na gospodarstwo 18-to morgowe i zawsze mówili, że dobrze ją wywianowali, bo dali jej dwie krowy, kobyłę i konia, parę świń, dobrą przyodziew czyli chusty, pościel, skrzynię, beczki na zboże, a później pomagali jej i dodawali, co brakowało, po parę reńskich i zboża na przednówku. Nawet przy śmierci przypominali mi, że się jej już nic nie należy, bo została dobrze wywianowana. Nikt wtenczas nie słyszał, żeby wianować gruntem. W ogóle całe wiano było z obory, do tego też odnosiła się śpiewka:

    „Dopiero cię, moja matko, głowa zaboli,
    Jak ty będziesz wydawała wiano z obory".

    Dziewczyna na wydaniu wyglądała rychło, jaki kawaler przyśle starościnę z flaszką wódki na swaty. Flaszka taka była owiązana wstążką, a dla dziewczyny było to zaszczytem, jak wstążka była ładna, to zaraz w niedzielę wplatała ją sobie do włosów, a z tego już każdy wiedział, że będzie wesele.

    Starościna przyszedłszy z wódką, stawiała ją na stole, ale nikt jej nie śmiał tknąć, aż panna młoda sprosiła wszystkich krewnych, sąsiadów, którzy, schodząc się, zwracali uwagę na tę flaszkę z wstążką. Dopiero panna młoda odwiązywała wstążkę, nalewała pierwszy kieliszek i piła do narzeczonego. A wszyscy przytem dawali baczność, żeby pełny wypiła, boby się im w gospodarstwie nie wiodło. Zaś narzeczony pił zaraz zdrowie rodziców i wszystkich gości sproszonych. Wtenczas dopiero zaczynała się uczta na dobre, pili nie tylko z tej flaszki ze wstążką, ale i parę innych wypróżniali, bo już panna młoda przez przyjęcie wstążki i wypicie wódki do pana młodego dała dowód, że za niego wyjdzie.

    ***

    Na dwa tygodnie przed weselem panna młoda ze starszą druhną zaczynały spraszać gości. Obie były ubrane jednakowo, głowy miały przybrane w różne kwiaty i listki, a po plecach spływały im wstążki różnego koloru. Spraszały krewnych, przyjaciół, sąsiadów i znajomych, chwytając nisko pod nogi starszych i młodszych, gdzie kogo zastały: w domu, na obejściu czy na drodze. I zapraszały usilnie: ťKazali was tata i mama prosić, żebyście przyjechali na wesele, tylko przyjedźcie z pewnością i nie odmawiajcie sięŤ.

    Oj, nakłaniały się one, bo to chwytanie, zapraszanie jednego nawet po kilka razy trwało przez 3 tygodnie, aż się wesele skończyło. Panna młoda chwytała zawsze pierwsza, a starsza druhna za nią i po tym można je było rozróżnić.

    ***

    Wesele poprzedzały rózgowiny, t. j., wicie rózgi czyli wianka. Odbywały się one wieczór w przeddzień ślubu w domu panny młodej. Rózga składała się z siedmiu odnóg czyli gałązek przybranych zielem i wstążkami i miała kształt głowy panny młodej ubranej do ślubu. Przy wiciu jej było wiele ceremonij i śpiewów obrzędowych, które kończyły się dopiero nadedniem. Rózgę tę niósł następnie do ślubu starszy drużba i on ją miał w ciągu całego wesela, a dopiero w czasie czepin oddawał ją starszej starościnie.

    ***

    Wesele sprawiał ojciec panny młodej. W dniu ślubu zaraz z rana zaczęli się zjeżdżać na gospodę, t. J,. do domu panny młodej sproszeni goście: starostowie, starościny, drużbowie, druhny – wszyscy w strojach narodowych, ubrani jak najczyściej. Każdy drużba musiał mieć sukmanę białą, czerwoną rogatkę, a za czapką bukiet, i do ślubu musiał jechać na koniu.

    Orszak weselny wyruszał do ślubu w następującym porządku: naprzód jechali drużbowie na koniach, za nimi grajkowie na wozie, następnie wóz z panną młodą, a koło niej po jednej i drugiej stronie jechało 4 do 6 drużbów na koniach. Między nimi był także pan młody, – i tak cały orszak jechał wóz za wozem.

    Każdy drużba zaopatrzony był w harap kozacki, którego rzemienie umocowane były zwyczajnie na nóżce sarniej. Harap ten miał zawieszony na rzemyku u prawej ręki i nie rozstawał się z nim w ciągu całego wesela.

    Najmniejsze wesele było, jak jechało 20 wozów, na większem było 40. Zaszczytem było dla gospodarza, jeśli na ślub zjechało się jak najwięcej wozów. Od ślubu powracali tym samym porządkiem. Grajkowie grali przez całą drogę do ślubu i od ślubu.

    Fury jechały wartko, kto miał lepsze konie, starał się drugich wymijać. Przy tym mijaniu się, a także na skrętach, bywały wypadki, że fury się wywracały i niejeden tracił przytem życie lub nabawiał się kalectwa.

    Konie, któremi często jeżdżono na wesela, przyzwyczajały się do tej szybkiej jazdy. Jak tylko zaczęli śpiewać, muzyka zagrała, z batów strzelili i rózgą zaczęli wywijać, one już nie mogły dostać w miejscu, stroiły się do biegu, drugie tyle ich przyrastało, a gdy ruszyły, to szły równo z wiatrem, bez względu na drogę, czy był piach, czy błoto, góra, czy skręt. Tak szły jednym cięgiem do ślubu i od ślubu. Odetchnęły tylko tyle, co pod kościołem, gdy ślub się odbywał.

    Bywały konie ťweselneŤ strojne, sławne z tego, że dobrze szły na weselach. Gospodarza takich koni prosili chętnie na wesela, na takim wozie jechała panna młoda, której gospodyni ustępowała miejsca i przesiadała się na inny wóz. Albo też konie takie do ślubu wypożyczali lub wynajmowali.

    Trafiały się też konie znarowione, takie, że w zwyczajnym wozie ciągnąć nie chciały, ale gdy furman udał wesele, zaśpiewał, z bata wystrzelił, czapkę niby rózgę do góry podniósł, to konie takie ruszyły z najcięższą furą i szły do wycwału jak w czasie jazdy weselnej.

    Najwyższym dostojnikiem wesela był starszy starosta i starsza starościna, a dalej starszy drużba i starsza druhna. Zresztą wszyscy żonaci nazywali się starostami, a mężatki starościnami, na wsiach lasowskich zaś swachnami lub swachniczkami i na weselu co do godności byli sobie równi.

    ***

    Całe wesele odbywało się głównie w karczmie. W karczmach ówczesnych były zwyczajnie dwie obszerne izby: jedna, w której w czasie wesela grała muzyka i odbywały się tańce, i druga, zastawiona stołami, gdzie weselnicy jedli i pili. Przekąski podawały starościne, każdego dnia inne; najpierw zwyczajnie starsza starościna, a potem inne z bliższa i z dalsza. Częstowały tym, co z domów przyniosły: plackiem, kiełbasą w zapusty, serem w lecie. Placek ten i coś do placka, pokrajane, brały w zapaskę roznosiły między gośćmi weselnymi. Traktowały wszystkich obecnych, nie pomijając i muzykantów. – Trunki, wódkę i piwo podawał tu karczmarz, a płacili za nie starostowie, każdy po kolei raczył trunkiem wszystkich za stołami. Gospodarz wesela nic w karczmie nie podawał, tu goście go częstowali, jeżeli się na muzyce pokazał. Podejmował on zaproszonych tylko w swoim domu.

    Pierwszego dnia dopiero koło godziny 10 wieczór panna młoda spraszała gości na gospodę, tj., do swego domu na obiad, gdzie wszyscy szli z grajkami, a po obiedzie powracali do żyda i bawili się do rana.

    Na drugi dzień starosta i drużbowie obchodzili z grajkami do domu każdego, kto był na ślubie i spraszali na śniadanie na gospodę, przyczem w każdym domu byli przyjmowani poczęstunkiem. Po tem śniadaniu, które wypadało nieraz w południe, szli znowu wszyscy do żyda i bawili się tam dalej prawie do północy, a potem przychodzili znowu na obiad na tak zwaną gospodę.

    Jednym słowem, goście bawili się u gospodarza wesela tylko tyle, co schodzili się na obiad późnym wieczorem i na śniadanie koło południa, a resztę czasu spędzali na zabawach w karczmie. Każde prawie wesele zaczynało się w niedzielę wieczór wspomnianymi rózgowinami i ślubem w poniedziałek rano, a ciągnęło się do piątku.

    Ponieważ dużo było sproszonych, więc tak w karczmie, jak i na gospodzie panował zwyczajnie wielki natłok. W tańcu nigdy ochotnych nie brakło, co się jedni zmęczyli, to drudzy następowali. Najnieszczęśliwszy był skrzypek, bo musiał grać prawie bez przerwy, każdy mu śpiewał inaczej, a on musiał wygrać. A gdy się czasem w czasie grania zdrzemnął, to go któryś z drużbów batem przez plecy ściągnął tak, że mu się na całe wesele spać odechciało.

    Tańcami i w ogóle weselem kierował starosta, on rozkazywał, a każdy go słuchał. Drużba, skoro przyszedł z rana i chciał tańcować, musiał wpierw iść do starosty, pokłonić się mu i poprosić o pozwolenie, a do tańca zdjąć sukmanę czy kamizielę. Taki był przepis i nikt nie mógł się z pod tego wyłamać.

    Na gospodzie z powodu ciżby goście nie siedzieli, ale przeważnie stali, ale i tak jeszcze nie mogli pomieścić się w domu i dużo stało na dworze pod ścianami, koło płotów i t. d. Gospodarz musiał wszystkich obchodzić, częstując ich wódką lub piwem, a za nim szła gospodyni, obnosząc chleb i ser pokrajany na przetaku. Takim poczęstunkiem gość był już mniej więcej zadowolony, zwłaszcza gdy widział dobrą chęć gospodarza, –ale gorzej było, gdy wystał się pół dnia i nic nie zjadł i nie wypił, bo w natłoku gospodarz go nie zauważył, a sam nie śmiał się o poczęstunek upomnieć. – W ciżbie tej jedni byli za dużo częstowani, a inny wracał do domu o głodzie złoszcząc się, ťże go na wesele zaprosili, a nawet nie widzieliŤ.

    ***

    Na wesele była zawsze zarzynana krowa, a czasem dwie, – ale kupowali na to najczęściej krowę starą i chudą albo z jakąś wadą, n. p. przebodzioną, kulawą, która dla żyda się nie nadawała, więc na mięso z niej trzeba było dobre mieć zęby. Był też zwyczaj, że starościny, pochodzące z bliższa, prócz tego, co składały z rzeczy spożywczych pannie młodej w darze przed ślubem, w ostatnie dni wesela znosiły na gospodę placki, nabiał, wódkę, nawet żywy drób, który zaraz był zarzynany i gotowany, a to wszystko było ť„na poprawę weselaŤ i ťżeby oddać to, co się na weselu zjadło i wypiłoŤ. Każda starościna tem częstowała, co z sobą przyniosła.

    W kilka lat po ożenieniu byłem z żoną na weselu na lasach, w Tarnowskiej Woli, oddalonej o 3 mile od Dzikowa. Żenił się tam u Rębisza nasz sąsiad. Gości przyjmowali plackiem z razówki, nabiałem i wódką. Mnie z żoną przyjmowali osobno, podali nam rosół i mięso. Słyszałem więc jak inni szeptali do siebie z tego powodu: ťBędzie Rębisz to wesele pamiętał, bo gości ma z Dzikowa i mięso dla nich umyślnie kupowałŤ. A Rębisz nie liczył się z tym, że ma wydatki, cieszył się, że sprawił duże wesele, że ma zdala gości i śpiewał skrzypkom do tańca:

    „Niech się gro, niech się tońcy,
    Niech się razem bida końcy".

    Przy końcu wesela, po ostatnim obiedzie, odbywały się czepiny, które trwały nieraz całą noc. Zaczepiała pannę młodą starsza starościna w czapkę przez siebie sprawioną. Czepiny były połączone z mnóstwem ceremonij, a całemu temu obrzędowi towarzyszyły śpiewy, z których niektóre kobiety słynęły.

    Śpiewek weselnych było bardzo dużo na przeróżne melodje. Mężczyźni śpiewali w tańcu przed skrzypkami, kobiety zaś przy obrzędach, na rózgowinach czyli przy wicu rózgi, przy rozplecinach czyli przed wyjazdem do ślubu i przy czepinach. Niektóre z tych śpiewek obrzędowych były bardzo rzewne i wzruszały słuchaczy do płaczu, a były śpiewane przy wtórze skrzypka.

    Każdy, kto był na weselu, musiał stracić gotówką najmniej 10 reńskich i to przeważnie na trunki w karczmie, częstując według zwyczaju wszystkich obecnych na zabawie i nawzajem przez nich częstowany. Uchodziło to za rzecz niehonorową, gdyby ktoś swojej kolejki nie zapłacił i drugich przy częstowaniu pominął, mówili o nim, że ťod drugichby pił, a swego nie daŤ. Na zabawy więc, wesela i chrzciny, były wówczas wydatki największe, zwłaszcza gdy gospodarzowi trafiło się kilka razy do roku być na takiej zabawie w swojej lub obcej wsi.

    We czwartej późno w noc kończyło się granie i wesele. Ale jeszcze w piątek, a czasem jeszcze w sobotę odbywały się tak zwane poprawiny, – goście schodzili się na gospodę, robili składki na wódkę lub piwo, popijali i pogadywali, jak zwykle przy kieliszku.

    Była gadka o gospodarzu, który, wyjeżdżając na wesele na drugą wieś, starał się swój inwentarz żywy aż do swego powrotu jako tako zabezpieczyć. Więc krowę dał do sąsiada, żeby była dojona i mleka nie straciła, cielęciu zadał w stajni karmy do żłobu i za drabinkę, wieprzkowi w chlewiku do korytka, a dla drobiu posypał ziarna na oborze. Ale cielę wnet miało pusto w żłobie i za drabinką, bo wiele paszy ściągnęło pod nogi i zdeptało, wieprzek też dużo z korytka wywalił i zmizerował, a ziarno rozsypane dla drobiu wyzbierały w znacznej części inne ťgadyŤ. Więc powstał głód w oborze, nie uczuwały go jedynie gęsi, bo mogły skubać trawę na dziedzińcu, i kaczki, bo miały wodę w pobliżu. Zaczęła się tedy taka rozmowa wśród tej opuszczonej żywizny:

    Cielę beczało żałośnie: ťDokąd to wesele be-e-dzie"Ť a gąsior odzywał się na to : ťTydzień, tydzień, tydzień!Ť

    Wieprzek pomrukiwał z cicha: ťZdechnę już, zdechnę jużŤ, – na to kaczor, pływając po wodzie, odpowiadał: ťDobrze ci tak, dobrze ci takŤ.

    Indyczka, chodząc koło ścian, labidziła: „Oj, bida, bida, bida, bida, bida", a indyk bulkotał ze złością: ťDjabli by tu wysiedzieliŤ.

    Jeżeli panna młoda była z innej wsi, to nazajutrz po zaczepieniu jej, t. j. we czwartek, odbywały się przenosiny jej do domu pana młodego. Przy tych przenosinach każdy z uczestników wesela starał się coś zabrać (porwać) rodzicom panny młodej na nowe gospodarstwo: brali międlice, przęślice, obrazy, różne sprzęty, bułki chleba i t. d. i każdy następnie, jadąc na furze, trzymał, co zabrał i przekazywał się tem.

    Na weselu Tracza z Dzikowa, gdy panna młoda pochodząca z Nagnajowa przenosiła się na gospodarstwo pana młodego, fury towarzyszące jej zajęły w Dzikowie całą ulicę Połać.

    Z weselami łączyły się niekiedy brzydkie zwyczaje. Na wesela brali n. p. z sobą dzieci, zwłaszcza, gdy wesele było u krewnego, a dzieci nie było przy kim zostawić. Prowadzili je na gospodę i do karczmy i dawali im, co było na stole, nawet wódkę. Pamiętała też o nich kucharka i gospodyni i dawała, co zostało ze stołu, ale przedtem musiały pouklękać i mówić pacierz. Czasem cisnęło się na wesele więcej dzieci niż starszych, bo zbiegały się i obce, których rodzice nie byli proszeni. Była to plaga dla gospodarza: dzieci, wygnane z izby, kręciły się w sieni albo przed domem; nie można się było z niemi ugnać. Czasem któryś starosta odpasał pasa, przetrzepał je i odpłoszył, ale znowu się cisnęły, jak wróble zimą do stodoły. Nie podobało się to już wtedy ludziom rozważniejszym.

    Byłem raz na weselu w Suchorzewie, gdzie mię sadowili na pierwszem miejscu i starali się dobrze uraczyć. Kucharka podała mi flaki, ale przytem upominała: ťA miejcie się na baczności, żeby wam kto miski nie odebrałŤ. Ledwie jednak miskę przede mną postawiła, już ktoś z tyłu stojący porwał to dla siebie. Więc przyniosła mi drugą miskę i znowu mnie upomniała, żebym się przed drugimi pilnował. Tymczasem, gdy ona nieco się ze mną zakramarzyła, objaśniając mnie o panującym tam zwyczaju, że jedni drugim jadło porywają, inni wykradli jej z kuchni cały kocioł z flakami i tak się ukryli, że dopiero nazajutrz rano znaleziono kocioł za stodołą, zupełnie wypróżniony.

    Dobrą opinję miały zawsze wesela w Machowie, że ludzie bawili się tam spokojnie, bez bitek, grzecznie się z sobą obchodzili, starszyzna miała posłuch.

    Najwięcej słynęli tam gospodarze Wojciech Żak i Grzegorz Stec. Gdy przychodziły czepiny i oni występowali, to zbierała się cała wieś, starsi i młodsi, jak na teatr, tłoczyli się przez drzwi i okna, żeby się napatrzeć rozmaitym figlom i nasłuchać przeróżnych żartów, które rozgrywały się przez kilka godzin i całą noc.

    Ujemną stroną dawnych wesel było też to, że trwały zbyt długo, przez co gospodarstwo było zaniedbywane i że odbywały się po karczmach wśród pijatyki, na czem żydzi w owych czasach dobrze zarabiali i bogacili się.

    Nie brak jednak było w dawniejszych weselach obrzędów i zwyczajów prawdziwie ładnych, narodowych, ludzie się nabawili, nacieszyli, nagadali. Szkoda, że to wszystko obecnie zatracone, a zachowała się w całości jedynie rzecz zła, t. j., pijatyka. To też teraźniejsze wesela są mniej ciekawe i mniej na nich się bawią, niż na dawnych i wogóle po wsiach daje się uczuwać brak dobrych i godziwych zabaw, i ludność czas wolny od pracy spędza w gnuśności lub przesiaduje po karczmach.

    ***

    Na weselach grywali zawsze muzykanci chłopscy, a tylko na zabawach niedzielnych w mieście grywali żydzi. Muzyka chłopska wówczas składała się z dwojga skrzypiec, z basów i bębna, przyczem buczenie basów i odgłos bębna wybijał się najwięcej i zdala już dawał się słyszeć. Dopiero później do tego dołączył się klarnet i flet i w tańcu lepiej podcinał.

    Takie muzyki były po niektórych wsiach okolicznych a najlepsza przez długi czas utrzymywała się w Ocicach. Muzykanci grali zawsze tak, jak kto zaśpiewał. Za granie na weselu płacił im pan młody, czasem tylko któryś starosta lub drużba z własnej ochoty rzucał do basów coś grajcarów i sobie grać kazał.

    Pierwsza nowoczesna kapela muzyczna w powiecie powstała w r. 1881 w Miechocinie, a wykształcił ją tamtejszy nauczyciel Wojciech Skowroński z młodzieży szkolnej. Kapela ta składała się z 10 chłopców, grających z nut i utrzymywała się przez lat dziesięć, dopóki muzykanci nie rozprószyli się po kraju z powodu służby wojskowej i zajęć zawodowych.

    ***

    Po zabawach weselnych następują zazwyczaj chrzciny, więc i te w krótkości opiszę.

    W owych czasach nikt nie słyszał o akuszerkach egzaminowanych, tylko w każdej wsi były tak zwane babki, udzielające pomocy przy połogach na podstawie własnej praktyki. Skoro dziecko przyszło na świat, jedną z pierwszych czynności babki było przepalić wódki z miodem i szmalcem tak, żeby było dwie szklanki lub dwa garnuszki. Z ego jeden wypijała babka, a drugi dawała położnicy, dopędzając ją przytem słowami: ťPijcie, pijcie, niech się napełni ten dołek, gdzie leżał ten pachołek, – zaraz będzie wam lepiejŤ.

    Położnicę odwiedzały zaraz sąsiadki i kumoszki coraz inne, a każdą należało przyjąć poczęstunkiem, wódką i przekąską. A gdy za dzień lub dwa kumowie do chrztu pojechali, był zwyczaj, że po chrzcie nie wracali prosto do domu, ale wstępowali po drodze do karczmy lub szynku i dobrze tam popijali – i dziecięciem świeżo ochrzczonym wycierali nasamprzód kąty żydowskie; nie zapominali też o położnicy i przywozili jej w darze napitek i przekąski.

    A tymczasem domowi spraszali gości na chrzciny, t.j., na zabawę po chrzcie. Znów był zwyczaj, że żadna sąsiadka czy kumoszka nie przyszła z próżnemi rękami, ale co mogła: – bułki, jajka, słoninę i czasem coś do napitku każda przyniosła, i to wszystko dla położnicy w głowy pod poduszkę składały tak, że poduszka musiała się wysoko podnieść, a położnica wskutek tego nie leżała, ale siedziała w łóżku.

    Chrzciny trwały często do trzech dni wśród zabawy, wesołych śpiewów, pogadanek, a najwięcej weseliła wszystkich babka, która zazwyczaj ze wszystkich najwięcej lubiła sobie podpić. Bo też za całą usługę przy chorej przez kilka dni bardzo mało brała pieniędzy, najwięcej reńskiego, a nieraz całą zapłatą było to, co zjadła i wypiła. Starsi mianowali ją kumoszką, a dzieci babką, ona też wszystkim, gdzie przy połogu była, mówiła: ťkumie, kumoŤ, a dzieci nazywała wnuczkami.

    Po takim połogu i chrzcinach chora najpóźniej po tygodniu wstawała z łóżka i brała się do zwyczajnej roboty i była zdrowa, ale też nieraz trafiało się, że traciła zdrowie, a nawet życie, a to szczególniej przez te następujące zaraz po narodzinach chrzciny, na których goście swobodnie i głośno się bawili bez względu na chorą położnicę, i odchodziła wódka, którą i chorą raczyli.

    ***

    Prawie każdy chłop w owych czasach miał jakieś przezwisko albo przydomek, według których był we wsi znany i nazywany. Tak n. p. Wojciech Łuczak z Podłęża nazywany był Pończochą, Józef Słomka z Podłęża Rychlickim, Michał Wiącek z pod Nru 53 Kwapiszem, Józef Wójcikowski Drabem, Ignacy Gronek Kozieją, Jan Szczytyński Rysiem, Jan Mortka z pod Nru 27 Karolikiem, Stanisław Antończyk Mastelarczakiem i t. d. i t. d.

    Niejeden znany był więcej pod swojem przezwiskiem, niż pod nazwiskiem, albo nawet tylko pod przezwiskiem. Na przykład Łuczaka nazywali powszechnie tylko Pończochą, Wójcikowskiego Drabem, Mortkę Karolikiem i t. d. i oni sami podawali przezwiska zamiast nazwisk przy spisywaniu aktów urzędowych i w innych okolicznościach. Niektórzy nie znali nawet swoich właściwych nazwisk i naturalnie o przezwiska nigdy się nie obrażali.

    Mortkę nazywali Karolikiem z powodu, że jego dziadkowi było na imię Karol. Antończyka Mastalerczakiem, ponieważ ojciec jego był masztalerzem czyli stajennym u hrabiego, – przeważnie jednak nieznane były początki różnych przezwisk i przydomków.

    ***

    Wspomnę o figlach chłopskich, których nie brak było szczególnie w czasie zabaw.

    Najwięcej figlów robili chłopi z żydami. Uważali ich za bojaźliwych, których można czembodaj nastraszyć i wyprowadzić w pole.

    W Dzikowie za mojej pamięci szczególnie Wiącek Jan znany był z takich figlów. Raz n. p. kazał przyjść do siebie handlarzowi zboża, mówiąc, że ma beczkę nasienia koniczyny na sprzedaż. Naprawdę nasienia tego miał tylko odrobinę i chciał się tylko żydowi odpłacić za popełniane przez niego oszukaństwa.

    Wiedział, że handlarz ten, badając ziarno, miał zwyczaj zawijać rękaw i z całej siły wbijał rękę, zaciśniętą w pięść w zboże, chcąc w ten sposób sprawdzić, czy od spodu nie jest sfałszowane. Żeby go oszukać, gospodarz odwrócił beczkę do góry dnem i cieniutko przykrył je koniczyną, co wyglądało tak, jakby pełna beczka była tego nasienia.

    Żyd, gdy stanął nad beczką, rozochocił się na jej widok, bo nasienie koniczyny było poszukiwane, zakasywał zaraz rękaw, rozmachał się i z góry chciał wbić rękę do spodu. Szturnął jednak w przysypane dno, naklął ze złości, schował zaraz rękę do kieszeni i uciekł przed śmiechem obecnych z komory.

    Na weselach, chrzcinach i różnych zabawach bywały zakłady o to, kto silniejszy, wytrzymalszy, kto potrafi więcej zjeść, wypić, i t. p. Zakładano się zawsze o wódkę, kto przegrał, płacił.

    Pamiętam, jak Książek z Miechocina założył się w naszym domu o to, że zgryzie na kawałki z grubego szlifowanego szkła kieliszek, z którego pił wódkę. Gdy zakład stanął, gryzł szkło po kawałku na drobniutkie kawałeczki ťna kaszęŤ i wypluwał na rękę, aż cały kieliszek, nawet grubą podstawę zgryzł. Na drugi dzień miał usta zakrwawione i twarz spuchniętą, ale śmiał się z tego i nie myślał chorować.

    To znowu Franciszek Mortka założył się na chrzcinach, że wypije pół kopy surowych jaj. Gdy mu tyle jaj dostarczono, natłukał jedno za drugiem, przyczem naśladował głos kury: ťKu-ku-ku-kuŤ i wypijał, aż wypił wszystkie 30i. I nie słyszałem, żeby mu to zaszkodziło na zdrowiu.

    ***

    Wódki pili wtedy trzy razy więcej niż obecnie; była tania, bo kwarta okowity kosztowała tylko 24 grajcary i można było dolać do niej więcej, niż drugie tyle wody, a była jeszcze mocniejsza, niż dzisiejsza okowita. Piwa na razie pili bardzo mało, dopiero z czasem wchodziło ono coraz więcej w używanie, a poza tem innych trunków nie było, chyba tylko w domach pańskich.

    Tak wódkę, jak piwo brali najwięcej w Tarnobrzegu z propinacji, dzierżawionej przez żydów od skarbu dzikowskiego. Jeżeli jednak w innem państwie, u innego propinatora, n. p. w Mokrzyszowie lub w Machowie, były kiedy trunki tańsze albo lepsze, to tam je kupowali na wesela, chrzciny, na żniwa, – na swoją bowiem potrzebę wolno było kupować, gdzie się komu podobało.

    Mieli też wówczas ludzie więcej okazji do picia, niż obecnie, i żadnej zabawy nie rozumieli bez wódki i picia. Kto był na zabawie, musiał równocześnie pić, a jak kto się upił, to mówili, ťże się ubawiłŤ, i nie mieli mu tego bynajmniej za złe. Dawali wódkę nawet małym dzieciom, zwłaszcza na zabawach, ťżeby i one zabawę pamiętałyŤ i całkiem nie zważali na to, że dziecku szkodzi to jeszcze bardziej, niż starszemu.

    Wódka odchodziła, jak pisałem, na chrzcinach, zmówinach, rękowinach, rózgowinach i w czasie całego wesela; odchodziła też i na pogrzebach, przed wyprowadzeniem umarłego i po pogrzebie na t. zw. ťkonselacjiŤ czyli stypie. Do tego, jak wspomniałem, w niedziele i święta grały po karczmach i szynkach muzyki, przy czym także wódki nie brakło; nadto sąsiedzi i kumowie częściej się wówczas z sobą schodzili, niż obecnie, w domu lub w mieście, i także traktowali się wódką. Odchodziła też na jarmarkach.

    W niektórych wsiach był zwyczaj, że chłopi zaraz po wymłóceniu zboża nosili je do karczmy na wódkę.

    Każdy niósł je w torbie z łyka lipowego pod kamizielą. Kamizielę wdziewał wtedy tylko jednym rękawem, drugi zaś spadał wolno po ramieniu, na którym torba wisiała. Ramię obciążone torbą nachylało się ku ziemi.

    Gospodarz szedł przez wieś dumnie, (każdy wiedział, co pod kamizielą niesie), a gdy wszedł do karczmy, był witany przyjaźnie przez obecnych tam i zboże składał żydowi. Za to pił zaraz i częstował drugich, a ci znowu innym razem odwzajemniali się.

    Uchodziło to za honor, nieść w ten sposób zboże do karczmy i nawet w modę to weszło, że chłopi jedno ramię trzymali zawsze niżej, (jakby obciążone torbą). Taką postać przedstawiają dotychczas najstarsi chłopi, którzy nosili zboże do karczmy.

    Wogóle, gdzie pijaństwo szczególnie kwitło, nosili wódkę z karczmy we flaszkach na wierzchu, nie ukrywając się z tem, ale owszem przekazując, że będą pić i mają pić za co. Gdzie pijaństwo było mniejsze, czynili to skrycie. Flaszkę z wódką chowali pod wierzchnie ubranie, a kobiety pod zapaskę. Chyba, że wódka była dla żniwiarzy lub na zabawę (nie do codziennego użytku), wtedy się z nią nie kryli.

    Jak wódka niejednego upadlała, przytoczę jeden z wielu wypadków.

    Raz, gdy już byłem wójtem, zaszedł do mnie w nocy gospodarz z Dzikowa z zawiadomieniem, że pod Zwierzyńcem na granicy Dzikowa coś się szamoce i stęka, że prawdopodobnie wpadł tam jakiś człowiek. Była to już późna jesień i zimna panowały przejmujące, zachodziła obawa, że nieszczęśliwy może skostnieć, – wstałem więc z łóżka, wezwałem wartnika i skierowaliśmy się na wskazane miejsce.

    Gdyśmy tam przybyli, oczom naszym przy świetle zapalonej słomy przedstawił się taki obraz: W głębokim rowie przydrożnym siedział chłop skulony, powalany w błocie i sponiewierany, jak nieboskie stworzenie.

    Wpadł do rowu pijany i był całkiem nieprzytomny. Nic nie mówił, tylko wydawał dzikie ryki i oburącz trzymał się olszynki rosnącej w rowie. Zdawało mu się, że go djabeł wodzi i chce zgubić, więc uchwycił się tego krzaczka, jak tonący ostatniej deski ratunku. A zaciął ręce tak mocno, że nie mogliśmy go od drzewka odczepić i musieliśmy je razem z nim z korzeniami wydrzeć. Tak włożyliśmy go na furę. Gdyśmy go do kancelarji gminnej wnosili, trzymał jeszcze skurczony to drzewko przed sobą i ryczał, poczytując nas ciągle za złych duchów, które go chcą gdzieś uprowadzić.

    Złożyliśmy go na podłodze i kazałem wartnikowi mieć nad nim baczenie. Tymczasem nad ranem wytrzeźwił się i wymknął się niespodziewanie. Później dowiedzieliśmy się, że był to gospodarz z Sobowa, znany pijaczyna.

    Do szerzenia pijaństwa przyczyniała się też ta szkodliwa moda, która do dziś dnia przetrwała i panuje: ażeby się za poczęstunek odwzajemnić: ťDobre twoje, dobre mojeŤ, – jak jeden zapłacił swoją ťkolejkęŤ, to płacił znowu drugi, trzeci i t. d. i wódka lała się bez przestanku.

    Przy kieliszku było zawsze najwięcej miłości i serdeczności, całowania i śpiewania, a jak się popili i wytargali za czupryny, to się też zaraz przeprosili i na nowo pili. Ale nie pamiętam z owych czasów wypadku, żeby się nożami pokłuli, jak to się teraz trafia, albo się do sądu skarżyli; pod tym względem dawni ludzie byli lepsi od dzisiejszych nożowników i proceśników.

    ***

    Straszne to pijaństwo, szerzące się wszędzie, zwalczały bardzo skutecznie misje kościelne, na których ludność tłumnie odprzysięgała się wódki. Ja przysięgałem w r. 1869. Były wtedy przez 8 dni misje w kościele parafjalnym w Miechocinie; księża krzyczeli najwięcej na pijaństwo, nakoniec wzywali uroczyście do przysięgania od palących trunków przez podniesienie rąk. Podniosłem wtedy rękę do góry i od tego czasu nie miałem wódki w gębie. To mię ustrzegło od niejednego upadku w życiu, zaoszczędziło mi wiele pieniędzy, czasu i zdrowia a że przytem nie palę też tytoniu, więc dotychczas, choć mam już 87 lat i w życiu niemało pracowałem, nie byłe nigdy u lekarza, nie przechodziłem ciężkiej choroby i niejeden podziwia moje zdrowie.1

     

    W rodzinach było dużo dzieci. Przeciętnie po 6–7, ale bywało też i po 12–15. Potomstwo uważali za błogosławieństwo Boże, a bezdzietne kobiety za niegodne tego błogosławieństwa i małżeństwa. Kobiety, nie mające potomstwa, czuły się z tego powodu nieszczęśliwe.

    Ale też śmiertelność między dziećmi była wielka, bo zaledwie tylko połowa odchowywała się, reszta zaś wymierała najwięcej w niemowlęctwie i w pierwszych latach życia wskutek niedostatecznej opieki i nieszczęśliwych wypadków, gdy rodzice byli poza domem, w polu, na weselu i t. p., wskutek lichego odżywiania, chorób dziecięcych, złego leczenia i t. p.

    Dzieci trzymane były przy piersi zwyczajnie 11 roku, niekiedy dłużej, bo można było widzieć i dzieci dwuletnie, które biegały za matką i wołały ťcycyŤ. Przy tym dawali też dziecku do ssania t. zw. ťmojdęŤ, t. j., gałganek lniany lub konopny, w który były zawinięte ziemniaki, kasza i t. p., maczane w mleku, a w braku tegoż, n. p. u biednych, w barszczu. Mojdę taką dawali dziecku szczególnie wtedy, gdy matki nie było w domu lub była pracą zajęta, ażeby je od płaczu uspokoić. Służyło to zamiast dzisiejszej flaszki z gumowym smoczkiem, która nie była znana. Prócz tego karmili dzieci z łyżki, przyczem sami najpierw pokarm w ustach przeżuwali i miękczyli.

    W domu dziecko spało w kołysce, którą u biednych zastępowały czasem niecki. Jeżeli zaś szli do roboty w polu i brali z sobą dziecko, to umieszczali je tam w płachcie, uwiązanej na drążku, założonym na dwóch sosnkach, wbitych w ziemię. Gdy płachta była duża i dziecko miało nadto coś pościelone, to leżało w niej prosto i wygodnie, ale gdy była mała, to leżało zgięte i mogło zgarbacieć, – więc takie trzymanie dziecka było później zabronione, a nie stosujących się do tego zakazu żandarmi zapisywali na karę. W ten sposób zwyczaj ten ustał i dzisiaj spotyka się go tylko niekiedy po lasach.

    W pierwszych miesiącach kąpali dziecko często, dwa razy dziennie, i długo, przylewając w czasie kąpieli ciepłej wody, bo mówili, że w kąpieli dziecko rośnie. Od 4–5 miesięcy kąpali mniej.

    Do kąpieli wkładali leszczynę, susz pszczelny i różne zioła, któremi dziecko okładali, ażeby – jak mówili – dziecko nabrało siły i nie miało na ciele wyrzutów. Taką wodę do kąpieli odgrzewali parę razy, dlatego była czarna i cuchnąca.

    Nie zmywali dziecku brudu na przodzie głowy, czyli ciemieniu, t. j., w miejscu, gdzie schodzą się kości ciemieniowe z czołową, bo – jak mówili – przez zmywanie i uciskanie ciemienia, które do roku jest miękkie, dziecko mogłoby mieć wadliwą mowę. Dlatego na ciemieniu tworzyła się u dzieci zawsze skorupa brudu, w czem się też wszy lęgły, i co dopiero po roku, gdy ciemię stwardniało, delikatnie zmywali lub sama ta skorupa odpadała.

    A chociaż życie takiego niemowlęcia nie upływało w rozkoszach, uważali czasy niemowlęctwa za najlepsze, bo mówili o nich z westchnieniem:

    „O Boże mój, Bozicku,
    Nie było to, jak przy cycku.
    Jeść dali, spać dali –
    I płakać nie kazali".

    Dziecko, tak chłopiec, jak i dziewczyna, gdy zaczęło chodzić, nie nosiło żadnego innego okrycia prócz koszuli lnianej lub konopnej,długiej po kostki. Tak było ubierane mniej więcej do 6-go, czasem do 10-go roku życia, w lecie i w zimie, w takiej koszuli chodziło i spało. Nie znało przytem obuwia i nakrycia głowy.

    W zimie, gdy takie mniejsze dzieci musiały siedzieć w domu, a były niespokojne i zawadzały na izbie, rodzice wyganiali je ťna piecŤ lub ťza piecŤ. Również ilekroć do domu zeszli się znajomi na pogadankę, albo przyszedł jakiś niecodzienny gość, naprzykład ksiądz po kolędzie albo organista po spisnem, dzieci jak na komendę uciekały ťna piecŤ i stamtąd wyglądały na izbę, przypatrując się ukradkiem przybyłym.

    Były one brudne, rozczochrane, o uczesaniu ich bowiem nikt nie myślał, przytem były nieśmiałe i bały się obcych.

    Nie było wtedy szkół, więc w wychowaniu nie mogło być mowy o nauce szkolnej. Jednakże rodzice dbali bardzo o to, ażeby dzieci przyzwyczaić zawczasu do pracy, ażeby były pracowite i próżniactwa nie lubili, mówiąc, że gdzie niema roboty, tam niema co jeść i włożyć na siebie, tam jest bieda. Więc dziecko, skoro tylko trochę podrosło, miało jakieś zajęcie, było używane do pasania, do bawienia młodszego rodzeństwa i t. p., i chociaż szkół nie było, nie było tego wałęsania się i brojenia dzieci po drogach, jak się to obecnie widzi. Starsi uważali takie próźniaczenie za złe i dzieci gonili do roboty. U chudobniejszych, gdy nie miały w domu co robić, oddawali je na służbę.

    Przyuczali dzieci do robót gospodarskich, jakie sami znali; gdy ojciec był jakimś rzemieślnikiem wsiowym, to i syna tego rzemiosła nauczył. Do innych zawodów, n. p. do handlu, dzieci nie oddawali.

    Ojcowie dbali o to, ażeby dzieci, tak chłopaki, jak i dziewczęta, skoro już tak podrosły, że mogły bywać na weselu, ocierały się zawczasu i obznajamiały między ludźmi i umiały się zabawić. Matka miała z tego największą radość, jeżeli córka jej dobrze tańczyła i na weselu miała powodzenie, – jeden ją puszczał, a drugi brał do tańca. Natomiast smutna była, gdy córki do tańca nie brali, gdy ta – jak się mówiło – ťsiedziała jak kołek, była na weselu, a nie widzieli jejŤ. Było to dla matki zmartwienie, nie wesele. Również i chłopaka wysoko cenili, jak umiał ładnie hulać, t. j., był dobrym tanecznikiem, mówili, że takiemu nie żal iść na wesele, bo się nacieszy i nabawi.

    Młodzi znali wobec starszych uszanowanie. Za wielkie przestępstwo uważali, jakby się był ktoś z młodych: pastuch, parobczak czy dziewucha odważył starszego wiekiem obrazić, znieważyć, – co obecnie uchodzi często bezkarnie; gdy obrażony młodszego doraźnie ukarał, na przykład wymierzył mu policzek, to zaraz drudzy obecni przy tem lub ojcowie młodego wpływali na niego, aby starszego natychmiast przeprosił; – musiał go w rękę pocałować, uchwycić za nogi, bo inaczej czekała go większa kara. Nigdy też nikt z młodzieży nie poważył się wobec rodziców i w ogóle starszych wziąć do ust papierosa, – nawet parobczak już pod wąsem, dopóki nie wyszedł spod opieki rodzicielskiej, jeżeli miał chętkę do palenia, krył się z tem przed ojcami. Prędzej na wódkę pozwalali, niż na papierosy.

    A obecnie widzi się, niestety, jak smarkate jeszcze chłopaki zarówno ze starszymi palą papierosy, i dzieci prawie w oczy starszym dym puszczają, jakby dla pokazania, co to już potrafią. I rzadko kto się tem gorszy, i rodzice nie zawsze to karzą, choć palenie tytoniu szkodliwe jest, zwłaszcza dla młodych, którzy dopiero rosną i rozwijają się.

    ***

    Od 6-go do 12-go, a niekiedy do 15-go roku życia spędzały dzieci latem przeważnie na pastwisku, pasając gęsi, trzodę, krowy, konie.

    Na pastwisku więc zbierało się tyle dzieci, ile było gospodarstw we wsi, bo tylko niektórzy komornicy, nie mający kawałka pola, bydła nie chowali. Wyjątkowo tylko, jeżeli pastuch był użyty do roboty w domu lub zasłabł, wyganiali bydło do obcego pastucha za wynagrodzeniem dziennem 2 do 4 grajcarów, stosownie do ilości bydła. Wysyłali za bydłem więcej chłopaków, i jeżeli w domu był chłopiec i dziewczyna zdatni do pasania, to pasał chłopiec, dziewczyna zaś zostawała w domu do pomocy matce.

    Konie i krowy pasały się wówczas w Dzikowie na nadwiślu, ťw kępieŤ, odległej od wsi mniej więcej dwa kilometry, – świnie zaś i gęsi na dwóch bliższych, paromorgowych pastwiskach, ťza opustemŤ i ťna rokiciuŤ. Po zbiorach jesienią pasło się wszystko razem na ścierniskach, rolach, łąkach i na oziminach.

    Pasterze ťw kępieŤ zaraz na wiosnę najstarszego spośród siebie obierali wójtem, a także przysiężnych, na podobieństwo, jak było w gminie. Wójt rządził na pastwisku przez całe lato i młodsi musieli go słuchać, bo był mocniejszy i za nieposłuch bił batem. Sam już mało bydło nawracał, tylko wyręczał się młodszymi i wysypiał się dobrze na pastwisku, ale jak była szkoda w polu zrobiona i gospodarz poszkodowany przyszedł do ťkępyŤ, to wójt najczęściej oberwał pałą, bo dał się chwycić na spaniu.

    Wypędzając bydło zrana równo ze wschodem słońca, dostawało się do torby z domowego płótna kromkę chleba, a do tego masło lub twaróg z krużliku albo ser i śniadanie to spożywało się na pastwisku. Przy jedzeniu była w zwyczaju ťdzielankaŤ, to jest. każdy dzielił się swoim śniadaniem z innymi i nawzajem był przez nich częstowany, a raczyli się tak albo w całej kupie, albo partjami dobierali się tacy, którzy z domu mieli mniej więcej jednakową wyprawę. Kto by zaś sam jadł na boku, ten jako ťsamojednikŤ nie był lubiany i dokuczali mu. Tak samo bywało przy spożywaniu podwieczorków.

    Pastuch urozmaicał sobie życie stosownie do pory roku. Na wiosnę chodził za ptakami, i żaden ptak nie ukrył się wtedy ze swem gniazdem. Wybierali jajka wronie, kacze, kuropatwie i inne – i smażyli, jeżeli były czyste. Młode wrony piekli, oblepiwszy w glinie. Najgorsze było to, że niszczyli w ten sposób także pożyteczne ptaki; niejeden znajdował uciechę w tem, jak wybrał z gniazda jajka lub młode, a starsi mało zwracali uwagi na takie psoty. Najwięcej wyszukiwane były gniazda małych ptaszków ťrajzówŤ1, które budują je bardzo sztucznie, jakby z wełny szyte, a zawieszają na gałązce nad wodą w miejscu niedostępnem tak, że gniazdo jest bardzo trudne do zdjęcia. Chodzili za niemi nie tylko chłopaki, ale i starsi, a gospodynie nieraz prosiły pastuchów: ťJakbyś tam zdybał rajzowe gniazdo, to przynieś, dostaniesz parę grajcarów; dobre ono na owinięcie gardła, jakby bolałoŤ.

    W lecie, jak tylko zboże zaczęło dojrzewać, pasterze robili ťząbkiŤ na kapelusze słomkowe nie tylko sobie, ale i na sprzedaż.

    W czasie żniw i po żniwach, gdy dojrzewały owoce w polach i sadach, zaledwie połowa pastuchów siedziała przy bydle, inni podchodzili do sadów i do pól na rzepę, groch strączkowy i t. p., a następnie dzielili się zdobyczą z tymi, którzy tymczasem pilnowali bydła.

    Często na pastwisku robione były ťweselaŤ na podobieństwo prawdziwych wesel: tańce odbywały się przy piszczałce z wierzbiny lub przy skrzypcach o strunach z końskiego włosia, a tak chłopiec, jak i dziewczyna, zazwyczaj już na pastwisku nauczył się tańczyć. Stąd była śpiewka weselna, odnosząca się do dziewczyny, która źle tańczyła:

    Czyś bydełka nie pasała,
    Żeś tańcować nie umiała –
    Pasałam ja wele zboża
    Uczyłam się Matko Boża!

    W lecie ulubione były kąpiele w Wiśle i w łachach wiślanych, a w gorące dni cała rzesza dzieci, wysyłana za bydłem, spędzała czas więcej nago, niż w koszuli; tarzały się w piasku lub błocie i znowu myły w wodzie.

    Do największych jednak przyjemności pastucha należało mijanie się na koniach. Gdy się goniło bydło na pastwisko lub z pastwiska, jadący na koniach zatrzymywali się w tyle, następnie ruszali z kopyta i pędzili co koń mógł wyskoczyć, próbując, który chybszy.

    ***

    Wielka prostota w wychowaniu, potrawach, obyczajach i w całym sposobie życia wpływała na to, że w czasach normalnych, zwykłych, naród wsiowy był niezwykle zdrowy, zahartowany i odporny na różne niewygody i niedomagania ludzkie. Nie wiedzieli wówczas o takich różnorodnych słabościach, jak teraz, mniej też było wypadków, aby ktoś umierał w sile wieku, jak się to obecnie często trafia; jak się kto odchował, to się już chował.

    Już dzieci były bardzo zahartowane. W zimie wśród mrozu i śniegu wybiegały z izby w koszuli i boso: po drzewo, do bydła i za inną posługą. – Pamiętam, gdy jechałem raz w zimie z jednym z sędziów tarnobrzeskich i przejeżdżaliśmy przez Tarnowską Wolę, z chałupy wybiegł chłopiec w koszuli konopnej, boso i bez czapki, przyjrzał się nam i następnie puścił za saniami i biegł z pół kilometra do innego domu, mimo, że dzień był mroźny i droga śniegiem zasłana. Na to zauważył sędzia: ťTen chłopak więcej wart od mojego dziecka, bo gdyby tak moje zrobiło, jużby mu trzeba trumnę robićŤ.

    Tylko ten, co w zimie cały dzień był zajęty poza domem, gdzieś jechał, – ciepło się obuwał. W lecie każdy chodził boso nawet do kościoła i na jarmarki. Idąc do kościoła, nieśli buty w rękach i dopiero przed kościołem się obuwali. Nawet na wesele po większej części szli boso, mówili, że ťszkoda drzeć buty w tańcuŤ.

    Odziewali się lekko nawet w czasie mrozów, a w lecie ťza końmiŤ w nocy sypiali w polu na gołej ziemi.

    W czasie wesela młody czy stary tańczył tak, że koszula była mokra, jakby ją z wody wyciągnął. Tak zgrzany wychodził nawet w czasie ostrej zimy w koszuli na dwór, żeby się ochłodzić, a bywało też – czego naocznym byłem świadkiem – że dla lepszej ochłody kładł się nawet na ziemi na śniegu i dopiero, gdy za długo leżał, nie dozwalali na to inni z obawy, żeby do ziemi nie przymarzłŤ. Taki wchodził napowrót do izby weselnej, otrząsł się tylko ze śniegu i zimna, jak koń po wytarzaniu się i dalej się bawił. I nie słychać było, żeby się kto w podobnych razach przeziębił, zakatarzył, dostał zapalenia labo innej choroby.

    Albo kobiety prały także zimą przy sadzawce i szły do dnia, żeby przed innemi zdążyć do wody. Nieraz w czasie największego iskrzącego mrozu rozlegał się po wsi odgłos kijanek, – a praczki ubrane były lekko, żeby się mogły dobrze przy robocie uwijać, i klęczały na desce przy wodzie gołemi kolanami. I grzały się przy tej pracy, choć ťsmatyŤ kostniały od mrozu pod kijankami i przy wyżymaniu i do domu były przynoszone zmarznięte, jak kamień. Nadto niektóre blisko kilometr dźwigały je do wody i od wody, brnąc po kolana w śniegu, jeśli w nocy usypał, a mężczyźni wpierw drogi nie utorowali.

    Pracowali ciężko dniami i nocami, nie było żadnych maszyn ani narzędzi rolniczych, któreby mogły w ciężkiej pracy ulżyć.

    Niektórzy, zarówno chłopi, jak i kobiety, odznaczali się potężną budową ciała tak, że w obecnym czasie rzadko się trafi takiej budowy mężczyzna lub kobieta, nadto byli dawniej chłopi, którzy słynęli z nadzwyczajnej siły. Taki siłacz, gdy się czasem w mieście podochocił i rozhulał, to żydzi przed nim tłumami uciekali i policjanci nie śmieli zbliżyć się do niego, ale wszyscy z daleka się trzymali, a jak komu tylko pogroził, to uciekał, co miał sił. Czasem i pół dnia ťurzędowałŤ tak po mieście, po wszystkich ulicach Tarnobrzega. Nie miał nawet przy sobie pały, ani nie kłuł nożem, – którym tak często posługują się teraz zwyrodniali nożownicy zarówno po miastach, jak i po wsiach, nie mający siły dawnych ludzi, – wystarczyło zresztą, jak kogo raz ręką pomacał. Tacy mocarze jednak byli w życiu codziennem łagodnych obyczajów i w koleżeństwie bardzo dobrzy, a tylko niebezpiecznie było wchodzić im w drogę, gdy byli podochoceni.

    ***

    Z chorób najwięcej się dawniej trafiały zapalenia, tyfusy, puchliny wodne, bolączki, grasujące i dzisiaj, a nadto kołtuny, ograszki, utrącenia krzyża, dzisiaj coraz mniej znane.

    Bardzo rozpowszechnione były wówczas kołtuny, zwijające się zazwyczaj skutkiem jakiejś słabości, bo tak w czasie choroby, jak i po chorobie przestrzegali, żeby się nie czesać, ťżeby bolu nie drażnić, boby się mógł sprzeciwićŤ. Więc już dlatego włosy się kołtuniły. Można powiedzieć, że prawie trzecia część ludzi, zwłaszcza starszych, miała kołtuny, które były znaczne, bo głowa przez nie była większa.

    Zwicie się włosów uważali za dobre, ťbo ból przez to wychodził na wierzchŤ. Kołtun musiał być na głowie przez rok i sześć niedziel, a niektóry nosili go i dłużej z obawy, żeby sobie nie zaszkodzić przez zawczesne obcięcie. Po obcięciu owijali go w szmatki i wynosili najczęściej do krzaków nad Wisłę, gdzie go składali w miejscu nieuczęszczanem, żeby spokojnie leżał; w środek kładli parę grajcarów lub kawałek chleba, ťżeby go wywianowaćŤ, a kto go wyniósł, w powrocie do domu nie miał się oglądać, ťżeby się kołtun do niego nie wróciłŤ, – dzieci zaś były wszędzie surowo upominane, żeby zdybanego kołtuna nie ruszały. Chowali też obcięte kołtuny na strychu za krokwią, i przy zbieraniu starej strzechy można było zawsze kilka kołtunów znaleźć; wtedy je zbierali starannie i wynosili w inne spokojne miejsce.

    Zdarzało się jednak, że podrzucali kołtun drugim pode drzwi, ťżeby go tam ktoś przelazł i żeby ból w niego wstąpiŤ", – a ci, którzy mieli to uczynione, uważali to za wielką zemstę i, przenosząc podrzucony kołtun w spokojne miejsce, żegnali go, żeby im nie szkodził.

    Słowem, obchodzili się z kołtunem, jak z czemś żywem i starali się mu dogadzać.

    Ograszka, zwana też ťtrzeciaczkąŤ, była tak rozpowszechniona, że prawie każdy ją przechodził, szczególnie dzieci i młodzi. Chory miewał silne dreszcze, musiał się kłaść i zimno nim trzęsło, choćby był najlepiej nakryty, – poczem przychodziła gorączka. Po takiej zimniączce i rozpaleniu wstawał i robił, był jednak zawsze blady i chciał dużo pić wody. Dreszcze z gorączką ponawiały się o jednej godzinie co trzeci lub co czwarty dzień i według tego ograszkę nazywali ťtrzeciaczkąŤ i ťczwartaczkąŤ. Pochodziła ona z jedzenia zielonych, niedojrzałych owoców, szczawu, picia piwa na głodny żołądek, z przemoknięcia i przeziębienia, z otrzęsienia się i przeciążenia pracą. Niektórzy na te chorobę całkiem się nie leczyli, mówiąc, że sama ustanie, skoro ťswoje wytrzęsieŤ. Dopiero gdy zadługo trwała, rok i dłużej i chorego tak osłabiła, że ledwie się trzymał na nogach, wtenczas zabierali się do kuracji domowemi środkami, herbatą z ziół, albo chininą, która najprędzej w tej chorobie pomagała.

    Również bardzo pospolite było dawniej t. zw. ťutrącenieŤ. I tę chorobę prawie każdy przechodził. Dziecko, gdy spadło skądś, a także starszy, gdy potłukł się lub coś ciężkiego siłą dźwignął, – chorował na utrącenie. Mówili, że w takich wypadkach krzyż, czyli dolna część kręgosłupa, kuper, opada, podchodzi w dół. Chory miał gorączkę, febrę i nogi pod nim dygotały. Do takiego chorego wołali zawsze babkę czyli akuszerkę, która go smarowała wódką, zagrzaną z mydłem i tłustością, po całem ciele, a najwięcej w okolicy krzyżów, – kazała też okładać maszczoną kaszą jęczmienną, przytem zaś podnosiła kuper palcem, przez odbytnicę, co było bardzo bolesne, i znajdowała zawsze, że kuper był opadnięty.

    Gdy ktoś z inteligencji był słaby, miał wygląd chorowity i zmarł, mówili o nim, że był ťutrąconyŤ, ale nie chciał w to wierzyć i leczyć się chłopskim sposobem, wolał umrzeć i umarł.

    To były choroby zwyczajne i żadnej trwogi przed nimi nie było. Bali się tylko cholery i przy różnych pogawędkach ze strachem o niej mówili.

    Za mojej pamięci grasowała ona w latach 1872 i 1873 w sąsiednich wsiach, najwięcej zaś ludzi wymarło wówczas w Zakrzowie i Nagnajowie. Mówili wtedy, że najlepszym lekarstwem na cholerę jest pić jak najwięcej wódki, być wesołym i nie bać się, bo bojących się najprędzej się czepi. W Nagnajowie prawie wszyscy mieszkańcy wyszli do pobliskiego lasu i nawet bydło wygnali i tam przez jakiś czas siedzieli, wódkę pili i przy muzyce tańczyli, ażeby o tej strasznej cholerze zapomnieć. Doktorowi, który wtenczas objeżdżał wsi, nawiedzone cholerą, zupełnie nie dowierzali i zaleconego przez niego lekarstwa bali się, jak ognia, zęby zacinali i nie chcieli brać do ust, rozpuszczając wieść między sobą, że doktor daje truciznę, żeby cholerę stłumić. Mówili, że kto wypił lekarstwo, to zaraz umarł, a kto się bronił od wypicia lub uciekł przed doktorem, to nieraz ozdrowiał.2

    Wielkim utrapieniem były wszy. Owadu tego niepodobna było pozbyć się z głowy, choć nacierali nieraz włosy szarą maścią, posypywali proszkami aptecznemi ťna wszyŤ, skrapiali okowitą i zwyczajnie dwa lub trzy razy do roku, na wielkie święta, zmywali głowę ługiem. Prócz tego prowadzili wojnę z tym owadem zapomocą iskania, bo zresztą grzebieniem ówczesnym o rzadkich zębach nie bardzo dało się go zagarnąć. Iskanie należało do kobiet, a nad jedną osobą przeciągało się nieraz do godziny, przyczem iskany składał głowę na podołku osoby iskającej i zazwyczaj zasypiał.

    Do rozmnożenia wszów przyczyniło się to, że nie dbali o codzienne wyczesanie włosów i nosili kołtuny, jak również i to, że służba i dzieci nakrywały się na noc zazwyczaj tem, w czem za dnia chodziły. Toteż odzież wierzchnia, szczególnie kożuchy, były zawsze zawszone, na każdym włosie siedziała wsza. Takie kożuchy wynosili nieraz w zimie na silny mróz i wywieszali do góry włosami, aż wszy zdrętwiałe pospadały, a do reszty strzepywali je jeszcze kijem. Czasem też odzieżą zawszoną nakrywali konie, ażeby wszy przeniosły się na skórę końską. Sługom nie wolno było kłaść na łóżku kamiziel, sukman czy kożuchów, żeby w łóżku wszów nie zapuścić.

    ***

    Przepisy zdrowotne zupełnie nie były dawniej przestrzegane: nikt ich nie wydawał i nie dopilnował i gdy pomór spadł na wieś, jak n. p. cholera, to grasowała straszliwie i ludzie ginęli jak muchy.

    O braku wszelkich urządzeń zdrowotnych może świadczyć na przykład to, że w Tarnobrzegu jeszcze koło r. 1890 był wielki bełtog czyli kałuża, zajmująca prawie połowę rynku, a druga mniejsza była pod bożnicą, – w obu gromadziły się odchody ludzkie i zwierzęce, różne odpadki i śmieci z całego miasta, a czyszczone były tylko co kilka lat, gdy przyszło suchsze lato i woda w nich wyschła; wtedy wybierano z nich kilkaset fur szlamu, będącego wybornym nawozem, którym chłopi dzikowscy nawozili swoje pola. Z kałuż tych wiał zawsze smród, ale uważane były za dobrodziejstwo, bo miały dostarczać wody, gdy wybuchł pożar.

    Ulice, a zwłaszcza ciasne podwórza żydowskie, zanieczyszczone były odchodami ludzkimi i różnemi odpadkami gnijącemi, co uprzątały wówczas jedynie świnie z Dzikowa i Tarnobrzega, włóczące się samopas po mieście. W Dzikowie gospodarze nie żywili nawet tych świń w domu, ale wyganiali je na cały dzień do miasta i nawet czasem na noc stamtąd ich nie spędzali, – a gdy świnia w ciągu dnia przyszła na obejście, to dostawała tylko kilka batów i napowrót gnali ją do miasta, a gospodarz przykazywał gospodyni: ťŻebyś mi jej w domu żreć nie dawała! Niech się do domu nie ciągnie, ma tam w mieście dosyćŤ. I żywiły się one przeważnie w mieście, wylegując się we wspomnianych kałach.

    Dziś śladu niema po tych kałużach i obecnie Tarnobrzeg wygląda stosunkowo schludnie, a to uporządkowanie i oczyszczenie miasta rozpoczęło się na wielką skalę, gdy od r. 1899 do r. 1905 urzędowali w niem jako komisarze rządowi, ś. p. Władysław Gryglewski i dr Antoni Surowiecki zamiast zwierzchności gminnej, która nie mogła się wtedy przez kilka lat utworzyć.

    ***

    Pierwszy szpital w okolicy stanął – za mojej pamięci – w Miechocinie przy samej granicy Tarnobrzega w r. 1864, założony przez hr. Zofję z Zamoyskich Tarnowską i całkowicie jej kosztem utrzymywany. Bywało tam kilkanaście łóżek dla chorych nietylko z dóbr hr. Tarnowskich, bo dostojna fundatorka przyjmowała do szpitala każdego chorego, nie mającego z nikąd pomocy, i w ogóle bardzo wiele czyniła, jak i do dziś dnia czyni dla biednych i nieszczęśliwych, będąc dla nich prawdziwą matką i opiekunką.

    W r. 1903 w miejsce dotychczasowego powstał w Tarnobrzegu okazały szpital krajowy pod imieniem założycielki poprzedniego szpitala, wybudowany prawie całkowicie znacznych kosztem hrabiostwa Tarnowskich, którzy – jak tylko zapamiętałem – nie szczędzili nigdy funduszów na różne sprawy społeczne i dobroczynne.3

    ***

    Leczyli się dawniej najwięcej sami swojemi domowemi środkami, szczególniej ziołami, jak: kwiat lipowy, kwiat bzowy, piołun, macierzanka, podbiał, babka, gorczyca i t. d. Zioła te każda gospodyni zbierała najwięcej w maju, suszyła i przechowywała na wypadek słabości. Wstydziła się, jeżeli w razie potrzeby nie miała ziela w domu, – taką nazywali niedbałą i leniuchem.

    Jak kto zachorował, to do ostatka omijał doktora, a chodził do znachorów, których nie brak było wtedy po wsiach, a którzy chorób nie leczyli, tylko zażegnywali. Do tych cudownych ťlekarzyŤ szli nieraz kilkanaście i więcej mil, bardzo często do Królestwa Polskiego; a jeden zasięgał nieraz rad i dla innych chorych, którzy się w drogę wybrać nie mogli, przynosząc z sobą ich koszule i mocz.

    Pamiętam dobrze, bo już byłem żonaty, – na cały powiat był wtedy jeden lekarz, gdy teraz jest lekarzy kilkunastu i z trudnością mogą obsłużyć wszystkich chorych; wtenczas ten jeden nie miał kogo leczyć i miał się biedno. Jak pomarł, to ksiądz w przemowie nad grobem jego zaznaczył, że w ťnędzy pozostawił żonę i dzieciŤ. A był dobrym lekarzem, nazywał się Babirecki. Sklep z lekarstwami czyli apteka była również jedna, i aptekarz był także niebogaty; teraz jest pięć aptek, a wszystkie mają się bardzo dobrze.

    Jeżeli do chorego na wsi przyszedł kiedy lekarz, to zamiast lekarstwa z apteki kazał najczęściej uwarzyć odpowiedniego ziela, które gospodyni miała zasuszone, lub zlecał pijawki, bańki albo upuszczanie krwi.

    Upuszczanie krwi było u starych ludzi po prostu nałogiem. Upuszczali sobie trochę krwi corocznie, a dokonywał tego cyrulik, najczęściej żyd, przez nacięcie żyły na ręce. Czasem jednak zdawało się niejednemu, że cyrulik za mało krwi upuścił, – bywało więc, że przyszedłszy do domu, sam sobie więcej upuszczał, ťaż odeszła krew czarna, zepsuta od pracyŤ. Potem taki przeleżał się kilka godzin w łóżku i czuł siꠖ jak powiadał – lekki i ochotny do pracy, ťwyszło mu z plec strzykanieŤ.

    Babka moja, która – jak wspomniałem – dożyła prawie 70 lat, co roku, gdy przyszła jesień, narzekała na plecy i w ogóle, że wszystko ją z pracy boli. ťCzas przychodzi, kiedy zawsze krew puszczamŤ, mówiła i szła do cyrulika – żyda.

    Jeżeli zachorował ktoś starszy, to mówili, że już ma lata i żaden ratunek już mu nie pomoże, a nawet sam chory mówił, żeby się na doktora i leki nie tracić, bo już mu czas przychodzi, takie przeznaczenie Boskie, że trzeba umierać.

    ***

    Umierali bez trwogi i z nadzwyczajnym spokojem. Gospodarz na przykład, gdy się czuł bliski śmierci, wołał żonę, dzieci, sługi, krewnych i sąsiadów, powiadał, że wnet umrze, żegnał się z nimi, przepraszał, jeżeli co komu zawinił, i prosił sąsiadów i kumów, żeby żonie pomogli wywieźć go na cmentarz. Słowem, wybierał się na tamten świat z takim spokojem, jakby niedługo z tej drogi miał powrócić. Dziś wielu z większym żalem i trwogą wyjeżdżą do Ameryki lub Prus.

    Toteż mówił mi raz, zmarły przedwcześnie, a bardzo zdolny i ceniony lekarz śp. Orzechowski, że skon u włościan przedstawia widok bardzo pouczający i utwierdza go w przekonaniu, że inteligencja, niosąca na wieś oświatę, sama od włościan wiele się może nauczyć mądrości życiowej.

    Gdy spostrzegli, że chory jest konający, przynosili snop prostej słomy, rozścielali w izbie pod środkowym belkiem i składali na niej chorego. Na słomie było tylko prześcieradło czyli lniana lub konopna płachta, poduszki zaś i wszystko, coby było z piór, było usunięte, żeby chory miał lekkie skonanie, bo na pierzu, według ówczesnego mniemania, mógłby mieć ciężkie.

    Ubiór zmarłych był, podobnie jak za życia, cały najczęściej z domowego, konopnego płótna, a składał się z koszuli, gaci, czyli spodni i czapki. Trumnę zbijali z desek sosnowych, które nieraz gospodarz przez długie lata przechowywał, a szczególniej, gdy deski były smolne, to już je na trumnę chowali, bo mówili, że takie w ziemi prędko nie spróchnieją. – Trumna była prosta, biała, czasem malowana sadzami, –na każdej trumnie naznaczony krzyż.

    Ciało złożone w trumnie stało do trzeciego dnia w izbie, sieni lub drewutni. Jeżeli umarł bogatszy gospodarz lub gospodyni, to ciało trzymane było w izbie, a najęty dziad siedział przy zmarłym przez dzień i noc, świecąc lampkę lub świece. Z domu wynosili się zwyczajnie wszyscy domownicy do sąsiadów i tam pozostawali aż do dnia pogrzebu.

    ***

    Na pogrzeb spraszały dzieci lub sługi albo sam gospodarz względnie gospodyni po całej wsi dom w dom, a nawet i z sąsiednich wsi krewnych, kumów i znajomych. Dzieci i wogóle młodsi, prosząc na pogrzeb, chwytali nisko za nogi, – kogoby zaś pominięto, to był tem obrażony i rzadko się wydarzyło, żeby na pogrzeb przyszedł.

    Wyprowadzenie zwłok odbywało się zaraz z rana. Każdego, kto przyszedł, częstowali kieliszkiem wódki i mało kto wypicia odmówił, a kto lubił wódkę, to wypił więcej. Przed wyruszeniem pogrzebu jeden z gospodarzy, mający lepszy dar mowy, wypowiadał w krótkich i gorliwych słowach tak zwaną egzortę, która słuchaczów wzruszała zwyczajnie do głośnego płaczu. Po pokropieniu trumny wodą święconą ruszał orszak żałobny do kościoła parajialnego, a po odprawieniu zamówionej ceremonji, jak mszy świętej, szedł stamtąd na cmentarz, na miejsce wiecznego spoczynku. Trumnę wieźli na wozie w gnojnicach czyli ťleterkachŤ, w zimie zaś na saniach.

    Po pogrzebie najbliższy krewny zmarłego zatrzymywał się gdzieś na drodze i spraszał wszystkich uczestników do domu lub do karczmy na poczęsne, na tak zwaną konselację. Trwała ona czasem do wieczora i wiele na nią wydawali, zwłaszcza u mieszczan, – było tam wiele płaczu, żalu, niemało perswazji i pocieszania, n. p. pozostałej wdowy lub wdowca, a że wódka każdą uroczystość musiała zbrukać, więc i na tej żałobie nieraz dobrze sobie podpili i nawet pobili się.

    ***

    W stosunku do świata nadprzyrodzonego trzymali się chłopi z dawien dawna gromadnie przeróżnych zabobonów, wierzyli w różne duchy, strachy, czary, gusła i zabobony. Każdy prawie musiał przestrzegać starych przesądów i dawać im wiarę, inaczej mieliby go za człowieka złego i przewrotnego.

    Koło dróg pełno było krzaków i cierni; więc jak ktoś pijany idąc taką drogą przewrócił się i podarł sobie ubranie, a także poranił ciało, to opowiadał, że djabeł tam siedzi, i on go tam wciągnął, – a drudzy już to miejsce z daleka omijali i mieli za prawdę, że djabeł tam siedzi.

    W Dzikowie było kilka miejsc, gdzie miały strachy przebywać, najwięcej miało straszać pod przysiołkiem Podłężem, gdzie po jednej stronie prowadzącej tam ścieżki znajdował się mały lasek, po drugiej łąki moczarowate; po obu stronach tej ścieżki nie brak było cierni, a w poprzek ciągnął się rów głęboki, przez który prowadziła wązka kładka.

    Każdy w tem miejscu coś widział, każdego coś straszyło: jeden widział białe króliki, które były niby bardzo oswojone, a złapać się nie dały, i uciekały tak, żeby goniącego je odciągnąć w pole; inny nic nie widział, ale pies, którego miał przy sobie, szczerzył zęby do czegoś i strasznie warczał; innego coś wodziło tak, że błądził po manowcach, nie mogąc trafić tam, gdzie iść zamierzał. – Wszystko to działo się w nocy, – na dniu zaś w południe straszyły południce.

    Wspomniana kładka przez rów straszną była dla tych, co wracali z miasta w stanie nietrzeźwym, bo łatwo mogli na niej stracić równowagę i wpaść do rowu. Ale jeden z gospodarzy, który często szedł tamtędy pijany, znalazł na to sposób, bo, nadszedłszy na kładkę, siadał na niej jak na konia i tak okrakiem ją przechodził. Inny jednak znalazł tam śmierć, bo wpadł do rowu pijany i nie mógł się z niego wydobyć, a że była właśnie zawieja śnieżna, więc śnieg go całkiem przysypał i znaleźli go zmarzniętego dopiero po kilku dniach w postaci stojącej z podniesioną do góry ręką, która nad śnieg wystawała.

    Wierzyli dawniej, że są ludzie, mający dwa duchy, – że po śmierci takich ludzi jeden duch idzie na tamten świat, a drugi po tym świecie chodzi; – i skoro jeden puścił bajkę, że widział nieboszczyka, to już wszyscy dalej to opowiadali i nie daliby się nikomu przekonać, że to nieprawda. Niejedna wdowa z tego skorzystała, bo gdy została ťprzy nadzieiŤ, to zegnała to na nieboszczyka, że do niej przychodził, – i drudzy temu wierzyli, – i jeden drugiemu to opowiadał.

    O człowieku, któremu się dobrze powodziło, mówili, że ťma djabłaŤ, t. j., że z djabłem trzyma. Tak mówili o przemyślniejszych gospodarzach i rzemieślnikach.

    Kobiecie po połogu, dopóki na wywód nie poszła, nie wolno było wychodzić za próg, a zwłaszcza brać wodę ze studni, bo – jak mówili – w takiej studni lęgną się zaraz robaki. I jeżeli w czyjejś studni były robaki (bo studnia była nieczyszczona), to mówili, że jakaś kobieta brała przed wywodem wodę, uważali to za wielka zemstę i grzech.

    Jeżeli w drzewie użytym na dom były sęki smolne, idące od rdzenia, co nazwali ťświcąŤ, i drzewo takie przy zmianach w powietrzu wydawało trzask czyli strzelało, mówili, że w domu takim nie szczęści się i śmierć ludzi zabiera. Gdy więc w domu jakimś nie było powodzenia, domownicy nie mieli zdrowia i często wymierali, przypisywali to wszystko owej ťświcyŤ w drzewie, radzili szukać za nią, wyskrobać ją, wyrąbać, przebić gwoździem, bo inaczej w domu się nie odmieni. – Dziś nic sobie z tego nie robią, owszem, drzewa takie uważają za dobre, bo jest smolne,, a smolna część najdłużej wytrzymuje.

    Jak kura piała, byli przekonani, że to wróży jakieś nieszczęście w domu. Żeby się od tego uchronić, mieli następujący sposób: łapali kurę, mierzyli nią przestrzeń od stołu do progu i ucinali łeb lub ogon według tego, co na progu wypadło. To w każdym razie wystarczało, ażeby pianie kury uczynić nieszkodliwym. – Ale bywało nieraz, że gospodyni, pragnąc mieć jajka od kury, więc nie chcąc jej zabijać, tak mierzyła, żeby na progu wypadł ogon, – gospodarz zaś, który zazwyczaj kur nie lubił, bo nawóz rozgrzebywały i szkodę w polu robiły, wolał, żeby na progu wypadł łeb, – bo zresztą wtedy jedynie nadarzała się mu sposobność, że mógł mięsa (kurzyny) skosztować.

    Nie wolno było ťigrać z ogniemŤ, wywijać nim, a szczególniej pluć na ogień. Gdy chciało się nim bawić dziecko, to je surowo karcili, mówiąc: ťOgieniaszek nie twój braciszekŤ, to znaczy, nie jest tobie równy.

    Gdy złodziej ukradł coś z domu lub z komory, szli zaraz do pierwszego lepszego wróżą lub wróżki i do kradzieży zawsze jeszcze dopłacali, bo ten wróżył i opisywał złodzieja, jak wygląda, i  na tej podstawie było podejrzenie najczęściej na niewinnego, ale kradzież nigdy się w ten sposób nie wykryła.

    Gdy kto popadł w nieszczęsny nałóg opilstwa, zganiano na ťKtosiaŤ, że to ťuczyniłŤ z zemsty, i kurowano ťuczynienieŤ, ťporadzoneŤ.

    Dziewczyna, która nie mogła wyjść za mąż, szczególnie za tego, kogo sobie upatrzyła, tak samo udawała się ona albo jej matka do guślarki; ta wyłudzała zawsze za to dobrą zapłatę, a raiła najczęściej podać parobczakowi coś do wypicia lub zjedzenia albo po kryjomu włosów uciąć i u siebie przechowywać, ale wszystko to nic nie pomogło, bo parobczak gdzie indziej się ożenił, a gusła dziewczynie nieraz posłużyły na biedę, bo została matką bez męża.

    A już najwięcej w owych czasach była rozpowszechniona wiara w czarownice, które mleko krowom odbierały albo psuły. Która gospodyni lepiej koło krów chodziła, dobrze je żywiła i stąd więcej miała mleka, to już była uważana za czarownicę i znienawidzona od drugich gospodyń; te bały się z nią zachodzić, albo ukradkiem wchodziły z nią w przyjaźń, ażeby im nie szkodziła. Jeżeli na przykład krowa kopała nogą, bo gospodyni nie umiała obchodzić się z nią łagodnie i źle ją doiła, już winną temu była czarownica; jeżeli masło nie dało się prędko zrobić, bo śmietana była licha, zbierana z kilku dni, także winną była czarownica i t. d., – jednem słowem, szczególniej w hodowli krów zabobon jechał na zabobonie.

    Na wiosnę, przy pierwszym wypędzaniu krów na pastwisko, kobiety kładły na progu stajni: siekacz, miotłę, palmę święconą w Palmową Niedzielę, ziela święcone w oktawę Bożego Ciała i na Matkę Boską Zielną. Przez to krowy przepędzały i leżało to aż do powrotu krów, żeby przez to znowu przeszły, wracając z pastwiska. Miało to zabezpieczyć krowy przed czarownicami.

    Kobiety strzegły się czarownic najwięcej w oktawy Bożego Ciała, bo wtedy one najbardziej wojowały.

    Po wsiach, szczególnie na lasach, nie brak było guślarzy i guślarek, dających rady w różnych potrzebach, – a trudnili się tym tacy, którym nie chciało się robić, a lubili wódkę. Najwięcej zaś korzystali z łatwowierności naszych ludzi cygani, którzy podówczas włóczyli się po wsi prawie każdego tygodnia. Gdy do domu weszła cyganka, to nie ustąpiła, aż coś wyłudziła.

    Pamiętam, jak raz przyszła do naszego domu i wróżyła, wiele lat będzie kto żył, jakie ma i będzie miał od ludzi prześladowania i t. d., – za to żądała mleka i masła. Ale babka moja zaczęła się spraszać, że krowy z mlekiem ucięły i mleka w domu niema; a cyganka podchwyciła to, mówiąc, że ona wie o tem dobrze, a tylko tak próbowała, i ciągnęła dalej, że mleko krowom czarownica odjęła, ale ona to naprawi, tylko chce za to czarną kurę, bo kura z innym upierzeniem nie będzie skutkowała. Babka spraszała się, że takiej kury nie ma, – ale cyganka twierdziła uparcie, że jest (bo widziała już wpierw kury, jak szła przez podwórze, a że czarna była największa, dlatego czarną chciała). Babka uwierzyła, że cyganka musi wszystko wiedzieć, skoro wie, nawet o kurze, więc po pewnym jeszcze kłopocie zgodziła się złapać jej tę kurę. Wtedy cyganka upomniała, ażeby kury nie żałowała, boby jej porada nie była tak skuteczną, – a następnie zaprowadziła babkę do stajni, dała okruszynę jakiegoś łoju i kazała wetknąć w ściankę tam, gdzie krowa sięga pośladkiem. Gdy to zostało uczynione, oświadczyła, że już trzeciego dnia przybędzie mleko, i żadna czarownica go już nie odbierze.

    I poszła cyganka, a babka przez trzy dni kury nie żałowała, – ale gdy po trzech dniach i później żadnego skutku nie było, i krowy jak przedtem, tak i później mleka nie dawały, wtedy dopiero poczęła żałować, mówiąc, że cyganka kurę wykusiła, ale już było nierychło, bo kura już dawno była zjedzona.

    Była także w Dzikowie taka guślarka. Wprawdzie miejscowi mało do niej chodzili, bo ją dobrze znali i wiedzieli, co warta, – ale za to z innych wsi ludzie do niej ciągnęli, a nawet furami po nią przyjeżdżali, – a naodwrót, nasi chodzili do guślarzy na obce wsie.

    Co do tej guślarki w Dzikowie, była taka wiara w okolicy, że jest na wszystkiem wyznana: pannom wyrabiała tak, że wychodziły za mąż, za kogo chciały; chorych potrafiła wykurować nawet z takich słabości, z jakich żaden doktór nie potrafił; krowy, które nie dawały mleka, umiała naprawiać; nawet na sędziów mogła wpływać tak, że każdy, kto się do niej zwrócił, miał wygrać proces, – jednem słowem, obiecywała każdemu takie szczęście, jakie tylko mieć sobie życzył, choć sama była chudobna.

    Raz zmówiła się z jednym gospodarzem, który miał proces, i przyrzekła mu, że proces wygra, bo ona potrafi na sędziego odpowiednio wpłynąć, – tylko chciała, żeby jej chłop dawał wszystkiego, czego zażądała. I tak było. Chłop dał najpierw pieniędzy, potem w ciągu procesu przywoził masło, ser, słoninę, kaszę i t. p., co mu kazała, a wszystko to miał sędzia od niej odbierać i zjadać i proces miał się skończyć pomyślnie. Tymczasem chłop ze wszystkim proces przegrał i pokazało się, że sędzia o niczem nie wiedział, bo ona wszystko brała dla siebie i zjadała. Nawet jej nie skarżył, bo nie chciał więcej do niej dołożyć, a ludzie się z niego wyśmiali, – i na tem się skończyło.

    Ale jak mówią, – przyjdzie czas i trafi swój na swego. Przyjechał raz o nią gospodarz ze Stalów, żaląc się, że mu się na obejściu nie wiedzie, i chudoba mu zdycha. Wziął babę ze sobą, ażeby temu zaradziła. Skoro stanęli na miejscu, baba zaczęła obchodzić całe podwórze i wróżyć, jak zwyczajnie guślarka: ťSąsiady – powiada – stoją wam na zdradzie, macie tu zakopaną jakąś padlinę, dobrze ją czuję; dajcie rydla, to ją wyszukam i wykopięŤ.

    Chłop czemprędzej dał rydla, a następnie trop w trop chodził za babą, – bo choć w gusła święcie wierzył, ale chciał naocznie widzieć, co też ona wykopie. Baba zaś chodziła dalej po podwórzu i wąchała, ale gdzie grzebnie rydlem, padliny niema, bo chłop dobrze jej patrzy na ręce. Nareszcie pod stajnią zaczęła kopać większy dołek, aż wykopała do kolan i z rękawa puściła kawałek płuca cielęcego, które przywiozła ze sobą, – ale tym razem jakoś się jej nie udało, bo chłop to spostrzegł. Upuściwszy ten kawałek, tarmosiła go rydlem i nogami, a następnie nibyto wykopała i, pokazując go chłopu, rzecze: ťWidzicie, mówiłam, że macie zakopaną padlinęŤ.

    Ale chłop już temu wiary nie dał, tylko wręcz odparł: ťTo wyście to przecie upuściliŤ; a że baba upierała się przy swoim, więc wszczęła się sprzeczka: chłop mówił swoje, a baba swoje. W końcu chłopa rozzłościło, że baba mu w żywe oczy zaprzecza, złapał pałę, zaparł wrota, i babę tak przetrzepał, że jak się za wrota wydarła, to już nie czekała na wóz, ale piechotą do domu się dowlokła. Później długo na plecy narzekała, mówiąc, ťże się gdzieś potłukłaŤ.

    Powyższe zdarzenie opisałem nie tylko dlatego, że dawniej ludzie byli tacy zabobonni i łatwowierni, ale więcej dla nauki, bo i w dzisiejszych czasach nie brak jeszcze guślarzy i ludzi nieoświeconych, dających się oszukiwać. Niechże nikt w żadne czary i gusła nie wierzy, bo to i niemądrze, i obraza Boska.

    Sam na przykład we własnem gospodarstwie przekonałem się, dlaczego dawniej mleka nie było, a co ongiś było przypisywane czarownicom, że je krowom odbierają. Dopóki się koło krów chodziło po dawnemu i żywiło się je tylko czystą karmą ze zboża, to krowy ledwo żyły i mleka brak było, tak że nieraz cztery krowy tyle mleka nie dały, żeby w domu – jak to mówią – do barszczu wystarczyło. Dzisiaj zaś mam tylko jedną krowę, ale dobrze ją żywię sieczką z otrębami, burakami i ziemniakami, a przytem koniczyną, toteż mam mleka tyle, że w domu go nie pragnę i jeszcze zbywające odsprzedaję.

    ***

    Praktyki religijne były dawniej bardzo ściśle przestrzegane, posty na przykład były tak zachowywane, że cały rok w piątki i soboty nawet z mlekiem nie wolno było jeść, – a gdy nadszedł czas wielkiego postu, od środy Popielcowej do Wielkiej niedzieli nabiału przez cały czas zupełnie nie używali, a strawę maścili tylko olejem. Nawet przed małemi dziećmi chowali serwatkę, żeby się jej nie napiły i postu nie złamały. Kogo by zaś dojrzeli, że w dni postne jadł z nabiałem albo co gorsza z mięsem, ten był wytykany palcami jako heretyk i był znienawidzony.

    Po domach wieczorami i nadedniem rozlegały się pieśni pobożne i godzinki.

    Dawali też nieskąpe ofiary. Jeżeli gospodarz miał od krowy pierwsze cielę, to za żadne pieniądze go nie sprzedał ani sam na swoją potrzebę nie zużył, ale zaniósł do księdza i dał na ofiarę.

    W jesieni po zbiorach jeździł ksiądz z parafji ťpo petycieŤ, zbierał snopki. Z każdego domu dostawał mniej więcej dwa snopki nie młócone; była to ofiara dobrowolna. Osobno jeździł wtedy organista i zbierał snopki dla siebie; a po gminach najbliższych jeździł też braciszek od księży Dominikanów z Tarnobrzega. – Po Bożem Narodzeniu zaś do Gromnic chodził ksiądz z organistą po kolędzie. Gdyby wtedy czyjś dom ominął, nie odwiedził go, uważali to za hańbę dla tego domu, znaczyło to, że mieszka w nim jakiś zatwardziały grzesznik: pijak, złodziej, cudzołożnik i t. p. W niektórych domach przyjmowali księdza przekąską, a w każdym dawali mu jako kolędę mniej więcej reńskiego, albo też  garniec jakiego zboża, kaszę, kiełbasę, jajka i t. p. Tak po petycie, jak po kolędzie jeździli wikarjusze z parafji, i to był ich dochód.

    Prócz tego jeszcze dwa razy w roku obchodził wieś organista: przed Bożym Narodzeniem ťz kolędąŤ czyli opłatkami i przed Wielkanocą ťpo spisnemŤ, t. j., spisywał w każdym domu, ile osób należy do spowiedzi wielkanocnej i zostawiał im kartki, które miały służyć do kontroli, czy wszyscy obowiązani spowiedź wielkanocną odbyli. Tak za opłatki jak za kartki płacono organiście 20–30 cnt. albo też dawano coś z domu, n. p. kaszę, jajka, kiełbasę i t. p.

    Księży miał lud w wielkiem poszanowaniu, uważając ich za wybrańców Bożych, za święte już na tym świecie osoby i zwracał się do nich z zupełnem zaufaniem.

    Dopiero, gdy począł się polityczny ruch ludowy, stosunek ten zmienił się nieco, ale obecnie znowu się poprawia, dzięki gorliwej działalności zwłaszcza młodszego duchowieństwa, podejmującego poza obowiązkami kościelnemi pracę społeczną między ludem.

    Życie religijne mieszkańców Dzikowa skupiało się głównie w pobliskim kościele OO. Dominikanów w Tarnobrzegu, gdzie w wielkim ołtarzu znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Dzikowskiej, koronowany wśród wielkich uroczystości w r. 1904. W klasztorze tarnobrzeskim bywało zawsze za mojej pamięci po 2–3 księży, odbywały się piękne nabożeństwa i uroczystości, i było wielkie przywiązanie wśród okolicznej ludności do kościoła klasztornego. Kościołem parafjalnym dla Dzikowa, podobnie jak dla Tarnobrzega, był kościół w Miechocinie, oddalony o dwa kilometry.

    W ostatnich czasach były starania o utworzenie parafji w Tarnobrzegu i wreszcie po wojnie światowej w r. 1922 na obszarze dotychczasowej wielkiej parafji miechocińskiej utworzone zostały 4 osobne parafje: w Miechocinie, Tarnobrzegu, Chmielowie, Tarnowskiej Woli. Przy dawnej parafji miechocińskiej pozostały wsie: Kajmów, Machów, Ocice, Nagnajów, Siedliszczany. Do parafji tarnobrzeskiej włączono wsie: Dzików, Mokrzyszów, Stale, i parajię tę otrzymali OO. Dominikanie, a pierwszym proboszczem został O. Bruno Janiewski. Parafje w Chmielowie i Tarnowskiej Woli obejmują po 3 wsie i w parafjach tych rozpoczęła się budowa nowych kościołów.

    ***

    Odbywali dawniej dalekie pielgrzymki, bo aż na Kalwarię Zebrzydowską 25 mil, do Częstochowy 30 mil i innych sławnych miejsc odpustowych.

    Wielkie odpusty bywały też w Tarnobrzegu w klasztorze OO. Dominikanów, największe były tu na Zielone Świątki, a zwłaszcza na Siewną, 8 września. Przybywały wtedy do klasztoru liczne kompanje z powiatu naszego, mieleckiego i kolbuszowskiego, a także z Królestwa Polskiego, skąd dużo przechodziło granicę potajemnie ťna ucieczkęŤ. Pątnicy nocowali w klasztorze na korytarzach, w Tarnobrzegu po domach katolickich, w Miechocinie, a najwięcej w Dzikowie, gdzie u każdego gospodarza nocowało przeciętnie po 100 ludzi w stodołach i szopach. Poblizcy przyjeżdżali na dzień odpustu furami.

    Największe jednak odpusty odbywały się w Leżajsku, gdzie jest klasztor OO. Bernardynów z cudownym obrazem Najśw. Marji Panny. Największe bywały tam na św. Antoniego w czerwcu, na św. Franciszka w październiku, na matkę Boską Zielną, Siewną, Różańcową i na Zielone Świątki.

    Ludzie od nas udający się na odpust do Leżajska, odległego stąd o 9 mil, gromadzili się najpierw w oznaczonym dniu w Krządce, gdzie był głośny przewodnik, który prowadził kompanję do Leżajska, zbierały się tam kompanje, wynoszące od 500–600 ludzi, z przewagą kobiet i dziewcząt dorosłych.

    Przewodnik miał nad kompanją cały zarząd, był nad nią lepszym opiekunem, niż wójt w gminie. Przestrzegał porządku w kompanji, żeby się komu co złego nie stało, żeby nie zaginął; – za porządek i całość kompanji odpowiadał przed opinją ogółu.

    W kompanji wszyscy nawzajem nazywali się ťbraćmiŤ i ťsiostramiŤ, a przewodnika zawsze mianowali ťbratemŤ i później, gdziekolwiek się z nim zeszli.

    Jeżeli w kompanji zaszło coś złego, n. p. ktoś zaginął wskutek zabójstwa, uważali to za ciężki grzech i – jak wtedy mówili – cała kompanja szła w rozsypkę i na tułaczkę przez rok i sześć niedziel. Nie wolno było nikomu z takiej kompanji wracać wcześniej do domu, nawet matce do małych dzieci. Taką pokutę naznaczał ksiądz, albo nawet sami dobrowolnie szli na tułaczkę. Pamiętam też, jak jeszcze za życia babki zgłaszali się do nas na nocleg tacy, co opowiadali, że są już na tułaczce już tyle a tyle czasu z powodu jakiegoś wypadku w kompanji odpustowej.

    Przodem przed kompanją szło kilku mężczyzn i z tyłu też, – ci pilnowali, żeby uczestnicy nie wybiegali naprzód i nie zostawali za kompanją, żeby nie było wypadku, żeby kto w drodze nie zaginął.

    Przewodnik zawodził śpiewy nabożne, więc musiał mieć dobry głos. Dobierał do siebie najlepsze śpiewaczki i śpiewaków. Śpiew był przez całą drogę i czynił drogę lekką, jedną strofę śpiewali mężczyźni, drugą kobiety. Pieśni było dużo, były osobne książki z pieśniami ťkantyczkiŤ. Rano wychodząc, śpiewali ťKiedy ranne wstają zorzeŤ, wieczór ťWszystkie nasze dzienne sprawyŤ, w drodze: ťBądź pozdrowiona Panienko MarjoŤ, ťIdźmy, tulmy się jak dziatki, do serca Marji MatkiŤ, ťKto się w opiekęŤ, ťBoże w dobroci nigdy nie przebranyŤ, ťDo Ciebie Panie pokornie wołamyŤ i wiele innych. W ciągu całej drogi i na noclegach nie było przerwy w śpiewie, a coraz były inne. Śpiewali też Różaniec.

    Kompanja szła wolno za traktem, przestrzegali porządku w śpiewie, więc śpiew był ładny i cały pochód był piękny i wdzięczny. Ze wsi wychodzili ludzie, żeby się temu przyjrzeć, przysłuchać pieśniom i spragnionym chętnie podawali wodę i mleko.

    Szło się tak od nas do Leżajska dwa dni, pierwszy nocleg wypadał w Łętowni, gdzie nocowało się u gospodarzy po stodołach. Żywność każdy miał z sobą, do karczem wstęp był wzbroniony, w dni postne przestrzegali najściślej postu.

    Niedaleko Leżajska pod kaplicą przewodnik miał przemowę do kompanji. Przemawiał z pagórka, kompanja otaczała go, słuchali go jak księdza i odmawiali pacierze na intencje naznaczone przez niego.

    Pod samym Leżajskiem, w odległości może jednego kilometra, kompanja zawsze się zatrzymywała, przewodnik zbierał składkę po kilka centów i zanosił ją do klasztoru, – wychodził za to ksiądz, kropił zgromadzonych święconą wodą, miał przemowę i prowadził kompanję uroczyście do kościoła.

    Gromadziły się wtedy w Leżajsku na odpustach ogromne rzesze narodu z Galicji i Królestwa Polskiego. Pątnicy brali udział w nabożeństwach, słuchali kazań, które odbywały się pod gołem niebem, i przystępowali do spowiedzi i komunji św.. Dawali też ofiary na msze św., a szczególnie drobne ofiary do skarbonek kościelnych i jałmużnę dziadom. Toteż wielka skarbonka przed świętym Franciszkiem objętości może 1 korca bywała całkiem wypełniana drobną monetą, dużo pieniędzy leżało na wierzchu.

    Nocleg w Leżajsku był utrudniony. Wielka liczba pątników przepędzała noc w zbitej masie na korytarzach klasztornych, inni nocowali po domach mieszczańskich, na strychach, gdzie nawet słomy nie było i płacili za nocleg 5–10 centów.

    Nazad wracali nie w kompanjach, ale w większych lub mniejszych gromadach. Każdy chciał jak najprędzej stanąć w domu, więc szedł na krótsze drogi, nie trzymając się traktu, za tymi, co znali mniej uczęszczane dróżki i ścieżki przez pola i lasy.

    Na odpustach w Leżajsku bywałem za młodych lat, najpierw pod wspomnianym przewodnikiem z Krządki, następnie sam parokrotnie prowadziłem kompanje z Dzikowa i wsi okolicznych. Kompanje te wychodziły z naszego klasztoru OO. Dominikanów.

    Bywałem też na mniejszych odpustach w Radomyślu nad Sanem na Pocieszenie razem z babką. Babka była tam znana, więc miewaliśmy nocleg wygodny w rynku n-er 11 u jednego murarza, który nas przyjmował jak najbliższych krewnych, za co później wywdzięczaliśmy się, gdy oni przychodzili na odpust do Dzikowa. Znał babkę i proboszcz tamtejszy i witał przy spotkaniu.

    ***

    Co do moralności, to dawniej obok takich wad, jak pijaństwo, były także dobre obyczaje i cnoty, które dziś, niestety, zaginęły. Na przykład kara aresztu była dawniej dla ludzi hańbiącą i bardziej się jej wstydzili niż kary cielesnej. Jak kto siedział w areszcie za jakie przewinienie, to mu to długo wspominali, zwłaszcza przy jakichkolwiek zwadach wołali na niego: ťty hereśtańcie!Ť lub ťty hereśtantko!Ť; a jak kto był aresztem więcej razy karany, to porządniejsi gospodarze i gospodynie mieli to sobie za ujmę honoru wchodzić z takim w koleżeństwo lub nawet mówić z nim, i bratanie się z takim wytykali zaraz palcem.

    Rozpustę w wysokim stopniu potępiali, – a jeżeli się trafiło, że panna lub wdowa powiła nieślubne dziecko, to żeby była nawet gospodarska córka lub gospodyni, nikt ze wsi nie poszedł w kumy, żeby to dziecko ochrzcić, tylko dziadów proszalnych do chrztu z niem wysyłali, a matkę nieślubnego dziecka nazywali ťprzeskoczkąŤ, że przestąpiła przykazanie Boże. I rzadko się trafiło, żeby taka wyszła za mąż; wskazywali ją zawsze palcem i splamiona była do śmierci.

    A dziś wkrada się na wsi w zatrważający sposób rozpusta, której w pierwszym rzędzie ulega młodzież, wyjeżdżająca za zarobkiem i nie mająca poza domem żadnej nad sobą opieki. Nadto szerzy się palenie tytoniu i nie ustaje pijaństwo, niszczące ludzi od dawna i zatruwające krew z pokolenia na pokolenie.

    Nic więc dziwnego, że obecnie ludzie coraz słabsi, nędzniejsi, że coraz mniej odporni na przeróżne choroby i giną przedwcześnie. To jednak najgorsze, że sami się do złego najczęściej nie poczuwają, ale na Pana Boga tylko składają swoje niedomagania, biedy i nieszczęścia. Nie chcą zrozumieć tego, czego uczy religja święta, że nie Pan Bóg winien złemu, jakie się szerzy, bo On wyposażył człowieka do dobrego życia i dał mu wolną wolę, – a ludzie sami przez życie niemoralne, nieoświecanie swoich umysłów i przestępowanie przykazań bożych ściągają na się choroby i różne nieszczęścia.

    Więc najważniejszą i najpilniejszą rzeczą obecnie jest tłumić złe, jakie się krzewi, i poprawiać obyczaje tak, żeby razem z postępem na różnych polach szedł też wzrost moralności u ogółu ludności.

    Najwyższą władzą w gminie przed r. 1867 była cała gromada, która schodziła się na uchwały, wybierała wójta i przysiężnych, a także pełnomocników gromadzkich, czyli deputowanych, słowem – całą starszyznę gromadzką, i miała nadzorować jej czynności.

    Gromadę zwoływał wójt, a to w ten sposób, że zatykał w rozszczepioną laskę, a właściwie w pierwszy lepszy kij jakikolwiek papier i laska ta była szybko podawana od domu do domu, przyczem każdy podający ją w drugim domu mówił: ťMacie się zejść do gromadyŤ – wtedy a wtedy. I tak w krótkim czasie obiegała całą gminę i wracała napowrót do wójta na znak, że już u wszystkich była. Gdyby ją zaś kto u siebie zatrzymał i nie podał dalej, to była za to kara, którą naznaczał wójt zwyczajnie w wysokości paru szóstek, z czego się przed gromadą nie rachował.

    Gromada zbierała się u wójta i to albo w domu, a wtedy ci, co w izbie nie mogli się pomieścić, stali w sieni lub pod oknami, albo – jak było ciepło – obradowała na obejściu. Zwyczajnie jednak nie wszyscy się schodzili, tylko część pewna, a przedewszystkiem starszyzna gromadzka i bogatsi gospodarze.

    Najwięcej zbierali się w celu rozrachowania na każdy dom czyli ťnumerŤ, wydatków gminnych, jakie przypadły. Rachowali ci, co wcześniej przyszli, więc zazwyczaj tylko starszyzna gromadzka i kilku innych roztropniejszych gospodarzy, i to w pamięci, bo wogóle nie były prowadzone żadne zapiski i książki, i pisarza w gminie wówczas wcale nie było. Następnie wójt zebranym ogłaszał, że jest do zapłacenia kwota taka a taka, i ťna numerŤ wychodzi tyle a tyle, i później wszyscy według tego płacili.

    A jeżeli się ktoś na gromadzie odezwał, że ťto jakoś za dużo, że nie powinno na numer tyle wychodzićŤ, to go zaraz wójt czy inny z jego otoczenia zgóry przysiadł, wołając: ťTo trza było wcześniej przyjść; my tu sobie głowy od południa psujemy, a ty, paniczu, wylegujesz się gdzieś w domu i teraz będziesz gadał; masz zapłacić i na tem koniec, bo tak wyrachowaneŤ. Zwyczajnie jednak ci, co rachowali, nie zapominali o sobie i liczyli tak, żeby i dla nich coś na napitek zostało.

    Potem było już po gromadzie, bo ci, co się zaraz nie rozeszli, gwarzyli o rzeczach, które nie należały do porządku dziennego zebrania, – więc zebrania gromady trwały zazwyczaj krótko.

    Jeżeli chodziło o wybór wójta i przysiężnych, to z tych, co się zeszli, występował jeden mający, większy posłuch w gminie i wskazywał, kogo wybrać, – następnie cała gromada szła zwyczajnie za zdaniem tego jednego, wołając: ťZgoda, zgoda!Ť Nie było przytem wcale zapisywania głosów.

    ***

    Wójt i przysiężni wybierani byli przez gromadę na 3 lata.

    Przed domem wójta na znak, gdzie mieszka, wystawiona była na wysokim drągu obręcz o średnicy mniej więcej pół metra, owinięta słomianem powrósłem i podzielona w środku na krzyż kijami, czyli krzyżakiem, również okręconym słomą. Później po r. 1867 zamiast tego znaku były nakazane tablice, ustawiane nie tylko przed domem wójta, ale i na granicach gminy, co się dziś widzi.

    Było też zwyczajem, że wójt chodził zawsze z laską grubą, zgrabnie obrobioną, lub też ze zwyczajną pałą – według tego jak dbał o to. Była ona niejako jego godłem i po niej nawet poznawali go obcy, – mówiąc: ťMusi to być wójt, bo ma laskę grubą i ładnąŤ. Z laską taką szedł do urzędu, na komisje, bił nią przy szarwarku, braniu zastawu, czyli ťfantowaniuŤ, wystawających na drodze, a przy oddawaniu urzędu wręczał ją zwyczajnie z przyjaźni następcy, co jednak nie było obowiązkiem, tylko zwyczajem, bo laska nie była gromadzka, tylko własnością wójta.

    Ale najważniejszą dla wójta była wówczas pieczęć, którą też chował starannie w domu, żeby jej kto nie ukradł i gminie nie szkodził. Mało się nią posługiwał, – podczas gdy teraz musi być ciągle w użyciu, – przybijając ją tylko kiedy niekiedy na testamentach, zapisach, na aktach urzędowych w urzędach lub na komisjach. I na takich aktach bał się ją zawsze przybijać i pomacać za pióro, gdy go podpisywali, choćby rzecz była na korzyść gminy, – lękając się, ťżeby go w czem nie poderwaliŤ. Gromada zaś miała takiego wójta za mądrego i rzetelnego, co pieczęci gdzieś nie dał i nie zgodził się na podpis, bo sądzili, że gdy na coś czasem dał pieczęć i pomacał za pióro a chybił, to mógłby całą gminę zaprzedać.

    ***

    Wójt miał wtedy dość znaczną władzę, większą niż obecnie, bo załatwiał wiele z tych spraw, które dziś należą do sądu i starostwa.

    W gminie bali się go i słuchali, więcej niż obecnie, bo był na miejscu i każdego mógł łatwo dosięgnąć, a przytem był zawsze przy pale. Jeżeli był dobry, rozsądny, nie pijak, to było lepiej niż teraz, bo mógł niejedną sprawę przeprowadzić, nawet gruntową, w krótkiej drodze, bez żadnych kosztów, nie było więc tyle procesów, sądów, adwokatów. Teraz bagatelna sprawa wlecze się w sądach latami, jedna władza przysądza, druga obala, strony ciągną się na adwokatów, dokąd tylko mogą, a jak się już wyniszczą, to się najczęściej pogodzą tak, jak pierwej przy wójcie bez kosztów.

    Wójt w Dzikowie miał do pomocy dwóch ťposłusznychŤ, których sam sobie dobierał i którzy wykonywali jego polecenia. Za te czynności nie brali prawie żadnej pensji, kontentując się tem, co wypili od wójta – najwięcej przy wykupnie zastawów czyli ťfantówŤ, albo co im kto dał na wódkę od przydybanego w szkodzie bydła. Toteż na posłusznych wpraszali się najczęściej tacy, co wódkę lubili.

    Pamiętam, jak raz w gminie wykonana była kara na mężczyźnie i kobiecie, obwinionych o rozpustę i przydybanych na gorącym uczynku, przyczem oboje dopuszczali się wiarołomstwa, bo on był już żonaty i ona też zamężna.

    Wójt kazał sprowadzić oboje obwinionych, winę potwierdzili świadkowie, – osąd był taki, żeby oboje otrzymali karę cielesną publicznie w kilku miejscach, na każdej ulicy we wsi.

    Wykonanie kary odbyło się zaraz. Ona niosła ławkę w jednym końcu, a on w drugim; jeden z posłusznych szedł przodem i bębnił na cebrzyczku, żeby się ludzie schodzili na większą hańbę dla obwinionych. W każdem miejscu musieli się obwinieni sami na ławie położyć, a posłuszni wymierzali karę po kilka kijów, ile wójt przeznaczył, i bili mocno, do krwi. Po odebraniu kary za każdym razem musieli obwinieni wszystkich obecnych, zaczynając od wójta, przeprosić, chwytając nisko za nogi. W końcu wójt kazał zabrać obwinionym fanty; napili na nie ci, którzy brali udział w wykonaniu wyroku czyli egzekucji, i zastawili do wykupienia.

    Wójtem był wtedy Jan Ordyk, a wykonywał tę karę z przysiężnymi, (z których jednym był mój ojciec), z dobraniem deputowanych.

    Prawie wszyscy mieszkańcy pochwalili ten osąd, mówiąc, że gdyby wójt kiepsko za takie przestępstwo karał, toby Pan Bóg spuścił karę na całą gminę, i ludzie lubili, jak wójt był ostry i w krótkiej drodze doraźnie karał, i porządek trzymał.

    Po innych gminach powszechne było zakuwanie winowajców w dyby, a odbywało się to w karczmach. Przestępca, mając nogi w dybach, siedział tak na ławie w karczmie przez parę godzin albo i dłużej, i jeżeli było go na czem patrzeć, to były mu brane fanty, i wójt z pomocnikami odrazu na nie pili, a potem wójt winowajcy krótko oświadczał, ile ma w karczmie zapłacić, i dopiero, gdy to uskutecznił, żyd mu fant wydał, – a w przeciwnym razie winowajca fant tracił.

    Ile razy jechało się gdzieś dalej i wstąpiło na popas do karczmy, zawsze prawie widziało się podobne egzekucje, t. j. winowajcę skutego, siedzącego przy ścianie, i starszyznę gromadzką, przypijającą na koszt jego. W Dzikowie takich egzekucyj nie było, bo karczmy we wsi nie było, jak i dotąd niema.

    Fantowanie wyżej wzmiankowane, odbywało się za różne przewinienia, a w szczególności także za nieposłuch wójtowi, za szkody polne, nie odrobienie powinności albo niezapłacenie należytości gminnych i t. p., – a na fanty brane były pługi, brony, koła od wozu, rzezaki od skrzynki do rznięcia sieczki, siekiery i inne narzędzia gospodarskie, uprząż z koni, poduszki, ubranie. Często zabierali to, co było gospodarzowi najpotrzebniejsze, ażeby go tem zmusić do jak najrychlejszego wykupienia fantu.

    W Dzikowie fanty były składane najczęściej u wójta, a pieniądze, uzyskane z wykupienia ich, szły albo na rzecz gminy, jeżeli chodziło o należytości gminne, albo na napitek dla wójta i jego pomocników, jeżeli były ściągnięte z powodu jakiegoś przewinienia; – w innych zaś gminach fanty takie były zanoszone wprost do karczmy i składane u żyda.

    Jak był kto silny, to oparł się wójtowi i pomocnikom i ukarać się nie dał. Był n. p. w Dzikowie komornik jeden awanturniczego usposobienia, a zresztą niezły chłop, który nie chciał płacić należytości gminnych i fantować się nie dał. Raz sam byłem naocznym świadkiem, jak wójt z dwoma pomocnikami przyszedł do niego na egzekucję, a gdy nic sobie zabrać nie dał, ściągnął mu ukradkiem ze ściany nową baranią czapkę, i z tym fantem wyszli. Ale komornik ów zaraz to zauważył, wybiegł z izby i zaczął z wójtem bitkę, a że był mocniejszy, więc mu fant odebrał. Wójt odpowiadał, że go do sądu zaskarży, ale na drugi dzień oba przypili, i skargi wcale nie było.

    Miałem i ja ze wspomnianym komornikiem kłopot, gdy wójtem zostałem. Gdy raz dałem posłusznym polecenie, ażeby zbierali należytości kwartalne na nauczyciela, on nic nie chciał złożyć i przytem lżył posłusznych, wójta i radę. Nie było innego wyjścia, trzeba go było podać do sądu. Dostał za to trzy dni aresztu, przyczem sędzia ostro go złajał, tłumacząc mu, że się dopuszcza zbrodni, i gdyby się to powtórzyło, to go ostrzej ukarze.

    Niedługo po odsiedzeniu tej kary, ujrzał mnie on na drodze i woła z tyłu: ťWójcie, wójcie, zaczekajcie ino!Ť Sądziłem, że myśli o zaczepce z powodu tego aresztu, a on do mnie w te słowa: ťPrzepraszam was za obrazę, przepraszam, – niech Pan Bóg da wam zdrowie za to, żeście mnie z krótszej drogi zwrócili, – bo że was słowami tylko obraziłem, siedziałem za to trzy dni, – więc jakąbym to karę dostał, gdybym się kiedyś na was tak porwał i tak was bił, jak tamtego wójta! – Bóg zapłać, żeście mnie rozumu nauczyliŤ.

    I odtąd wszelkie należytości do gminy najporządniej składał i poleceń gminnych słuchał, i nie było już z nim żadnego kłopotu.

    Trzeba dodać, że areszt wtedy był twardy, bo aresztant spał na gołych deskach, a dawali mu tylko chleb i wodę, – więc aresztu takiego bał się każdy, kto go raz spróbował, nie tak jak obecnie, co więzienie jest dosyć wygodne, i kto w niem siedział, a straci wstyd, później z takiej kary sobie kpi i do więzienia po prostu się ciągnie.

    ***

    Wójt występował przy poborze rekrutów do wojska. Według tego, co słyszałem od starszych, za dawniejszych czasów odbywał się pobór rekruta w ten sposób, że na każdą gminę stosownie do liczby ludności było przeznaczone, ilu ma dać rocznie żołnierzy. Gmina Dzików n. p. miała dawać półtora żołnierza, t. j. jeżeli w jednym roku wziętych było dwóch żołnierzy, to w drugim brali tylko jednego i t. d.

    Każda gmina musiała swoich rekrutów dostawić przed komisję poborową. Były z tem wielkie korowody, bo który rekrut był zdatny i czuł, że go odstawią, to uciekał i krył się, gdzie tylko mógł. Wójt z pomocnikami chodzili najwięcej w nocy po domach i na spaniu rekrutów łapali, a jak którego złapali, to go już pod wartą trzymali, aby na nowo nie uciekł. Potem wójt dał podwodę (forszpan) i stosowną wartę, a nawet czasem przywiązali rekruta na wozie do drabinki, aby na drodze nie uciekł, i tak pod surową wartą wieźli go do Rzeszowa.

    Gdy rekrut był zdatny i oddali go do wojska czyli ťasenterowaliŤ, to nie puszczali go już do domu, ale odrazu szedł na długie lata do wojska.

    Ucieczka rekruta zależała dużo od wójta, toteż ojciec popisowego zawczasu przyjaźnił się z wójtem, częstował go i prosił, aby syna nie dostawił, – i takiego wójt nie mógł złapać, bo już naprzód wiedział, kiedy i gdzie po niego przyjdą. A że każda gmina musiała oddać przepisaną liczbę żołnierzy, więc na miejsce tych, co ich złapać nie mogli, starał się wójt dostawić drugich, – i nieraz złapali takiego, który był z innej miejscowości, a nawet mógł być poddanym innego państwa, ale się zaplątał w danej wsi, i takiego odstawili do komisji poborowej, tam go ťzaasenterowaliŤ i zapisali na tę gminę, co go dostawiła, – bo rządowi nie chodziło o to, skąd był rekrut, tylko, aby gmina swoją należytość oddała.

    Gdy się zaś trafiło, że stawał przed komisja wojskową taki, co robił w gruncie i utrzymywał rodzinę, to wójt wstawiał się za nim, czasem nawet postawił się ostro przed komisją, szturnął laską w podłogę i mówił, że rekrut nie może iść do wojska, bo nie ma kto robić w domu na utrzymanie rodziny, – i rekrut był uwalniany, a wójt za to był długo w tej familji szanowany.

    Dziadek mój opowiadał, że gdy miała nastąpić zmiana w sposobie rekrutowania i na zabawach lub schadzkach sąsiedzkich wspomniał kto, że ťnadejdą takie czasy, iż ojciec syna sam doprowadzi do wojskaŤ, to drudzy nie chcieli temu dać wiary i powiadali: ťCo pleciecie, to się nie stanie nigdy, żeby ojciec własne dziecko sam dostawiał do wojska, – śmiejcie się z tegoŤ. A tymczasem przyszły czasy, że nie ojciec syna prowadzi, ale ten sam się musi stawić, gdzie i kiedy mu każą.

    Jak ja już zapamiętałem, rekruci sami się już dość regularnie do poboru stawiali, a pobór odbywał się na podstawie losowania, przyczem ten był pierwej przed komisją poborową powoływany, kto miał numer losu niższy, – wójci zaś byli przy tem obecni. Było to na razie przez kilka dziesiątek lat połączone z wielką poniewierką i kosztami tak dla rekrutów, jak i wójtów, bo w czasie poboru wszyscy naraz zjeżdżali się z całego powiatu, i rekrut czekał, aż na niego przyjdzie kolej stawienia się przed komisją, a wójt musiał siedzieć w mieście prawie dwa tygodnie, aż wszyscy rekruci z jego gminy byli wywołani.

    Zmieniło się to dopiero, gdy rząd austrjacki wprowadził takie urządzenie, że wszyscy rekruci z danej gminy mieli się stawić do poboru na oznaczony dzień i w jednym dniu załatwiali się z poborem, czyli ťasenterunkiemŤ.

    Z dawniejszych czasów zachowało się jeszcze za mojej pamięci to, że kto był wzięty do wojska, to go zaraz żołnierz ostrzygł, bo każdy, młody, czy stary, nosił długie włosy. To też, gdy ktoś był odebrany, mówili o nim, że go ťostrzygliŤ, a rekrut jak wrócił do domu, to przedewszystkiem patrzali mu na głowę, czy ma ostrzyżonę i matka nie tyle płakała o syna, jak o te włosy ostrzyżone: ťO, moje włosy złociutkie – mówiła z płaczem – tylem się ich naczesała, napielęgnowała i mi je zabraliŤ.

    ***

    Przez długi czas rekruci szli do wojska bardzo niechętnie i służby wojskowej bali się, jak ognia, bo ci, co z wojska wracali, nie chwalili jej i opowiadali o różnych karach, jakie dawniej w wojsku stosowane były.

    Najcięższa z tych kar była t. zw. ťulicaŤ, mianowicie byli ustawiani żołnierze w dwie strony, a przeznaczony na karę musiał iść między nimi, jakby ulicą, tam i nazad nago tyle razy, jak mu przeznaczono, a każdy żołnierz sieknął go raz prętem tak, że – jak opowiadali – ze skazanego krew się lała i ciało strzępami odpadało. Jednakże ówcześni ludzie potrafili znieść i taką karę, bo znałem jednego z Dzikowa, który, jak sam mówił i świadkowie to potwierdzali – przechodził w wojsku taką straszną ulicę za to, że dezerterował, a przecież, gdy powrócił z wojska, nie było znać na nim tej kary, był silny, czerwony, i kpił sobie, że mu tylko złą krew wypuścili, a zdrowa przyszła. A gdy raz za awantury w mieście został skazany na areszt i 25 kijów, to śmiał się z tego wszystkiego, mówiąc, że mu tylko na tyłku postawili pijawki, żeby zepsutą krew ściągnęły.

    Jak kogo wzięli do wojska, to go trzymali w obcych krajach: w Czechach, na Węgrzech lub w krajach włoskich, należących dawniej do Austrji. Częste też były wojny, w których krew dla obcej sprawy trza było przelewać.

    Żołnierz wracał do domu w ubraniu czyli w mundurze, który nosił w wojsku, i ubierał się weń w niedziele i święta tak długo, aż go zdarł do ostatka. Po wysłużeniu w wojsku mówił źle po polsku, a niektórzy udawali, że nie umieją nic po polsku, i bałwanili coś z niemiecka, z czeska, – słowem, językami wszystkich ludów austrjackich, a tylko nie mówili swoim własnym językiem, w którym się pacierza uczyli i który powinni byli szanować i znać najlepiej.1

    Opowiadali na przykład, jak jeden żołnierz, powróciwszy z wojska, szwargotał tak, że go matka zrozumieć nie mogła. Na ciepły piec mówił: ťCzapli piecŤ, co matka tak rozumiała, że syn chce, aby mu czaplę upiekła, i tłumaczyła się, że nie ma czapli, to mu kurę upiecze. Syn się gniewał, że go matka nie rozumie, i szwargotał coraz gorzej, a matka płakała, że nie może się z synem porozumieć i czemś go ucieszyć. Dopiero sąsiadka doradziła jej, żeby synowi nie podsuwała jedzenia, to on wkońcu pokaże, albo sam sobie weźmie, co mu będzie do smaku. Matka tak zrobiła, – syn nie jadł dzień jeden, drugi, ale skoro widział, że mu matka nic nie podaje, przemówił po polsku, i już odtąd tym językiem mówił, bo nawet innego nie znał.

    Trafiało się to do ostatka za czasów austrjackich, że żołnierz, jak wrócił do domu, gdzie mógł, wtrącał w mowie przekręcone niemieckie słowa, i dość było głupoty między ludźmi, że nie rozumieli, iż dobrze jest znać inny język, ale należy nim mówić tam, gdzie potrzeba, – a Polak z Polakiem i u siebie w domu powinien mówić swoim rodowitym językiem i czysto po polsku.

    Wychowanie w wojsku zmierzało do tego, ażeby u żołnierza zniszczyć świadomość narodową, ogłupić go pod tym względem. Wkońcu więc niejeden nucił z zapałem wojskową śpiewkę: ťMy sobie poloki, dobre austrjoki!!Ť.

    ***

    Prócz wójta i przysiężnych byli jeszcze po gminach t. zw. deputowani, czyli pełnomocnicy gromady, odpowiadający dzisiejszym pełnomocnikom, wyznaczonym przez radę gminną. Deputowani raz wybrani przez gromadę, należeli do wszystkich komisyj, jakie się w gminie trafiły i załatwiali w imieniu gromady wszystkie najważniejsze sprawy; na ich też ręce przychodziły wszelkie pisma w tych sprawach.

    Bywali nimi chłopi starsi i majętniejsi, a przytem tacy, którzy umieli się odezwać i postawić tam, gdzie trzeba było. Mieli też w gromadzie wielkie znaczenie; znaczyli nieraz więcej, niż wójt, i przy wyborze wójta najczęściej któryś z deputowanych wskazywał gromadzie, kogo wybrać.

    W Dzikowie, jak zapamiętałem, deputowanymi byli: Wincenty Stala, Józef Krzyżek i Jan Szczytyński. Oni występowali imieniem gminy w sprawach serwitutów, czyli służebności pastwiskowych i lasowych, które wtedy były regulowane z dworem.

    Jeszcze bowiem w 20 lat po ustaniu pańszczyzny, t. j. do r. 1868, pastwisko dzikowskie należało do dworu, czyli – jak się wtedy mówiło – do państwa dzikowskiego, a chłopi z Dzikowa mieli na obszarze pastwiska tylko serwitut, czyli służebność, mianowicie prawo paszy. Drzewa rosnące na pastwisku, jak jabrzędzie, olszki, topole nadwiślańskie, sosny stanowiły wyłączną własność hrabiego i chłopom nie wolno było ich ścinać. Na pastwisku mogło się paść także bydło dworskie.

    Drzewo opałowe i budowlane brali chłopi w tym czasie z rozległych lasów w Dęby i Żupawie, należących do dóbr dzikowskich. W lasach tych przysługiwała chłopom z Dzikowa, – podobnie jak chłopom z innych wsi, należących do państwa dzikowskiego – służebność, t. j. prawo do poboru drzewa na opał i budowę. Do poboru drzewa opałowego uprawnieni byli wszyscy: kmiecie, zagrodnicy, komornicy, do poboru drzewa budowlanego tylko kmiecie i zagrodnicy.

    Dopiero w kilkanaście lat po ustaniu pańszczyzny regulowane były sprawy służebności pastwiskowych i lasowych, mianowicie dwór odstępował gminom za prawo poboru paszy i drzewa, pewien obszar pastwiska i lasu na własność. Chłopi jednak w owych czasach i ich pełnomocnicy nie byli w tych sprawach należycie uświadomieni; nie umieli ich dopilnowywać i przeprowadzić z korzyścią dla siebie i gmin.

    Kiedy Komisja rządowa prowadziła obliczenia, ile jest koni, bydła rogatego, trzody chlewnej w gminie, starali się podawać zaledwie część tego, co mieli, resztę chowali w domu, wyganiali w krzaki, bo się obawiali, że skoro przedstawią wszystko do obliczenia, i większy dostatek, to rząd nałoży na nich większe podatki czy inne ciężary, albo będzie więcej zabierał w razie wojny dla wojska, byli też przekonani, że gmina dostanie mniej pastwiska na własność, skoro się okaże, że gospodarze dobrze się mają i są zamożni. Tymczasem przeciwnie należało wykazać prawdziwy stan inwentarza żywego, bo – jak się później pokazało – obszar pastwiska przydzielany był stosownie do wykazanej liczby tego inwentarza.

    Kiedy znowu regulowana była sprawa służebności lasowej i Komisja rządowa sporządzała opisy i pomiary typowych budynków mieszkalnych i gospodarskich, starali się pokazać zabudowania najmniejsze i najlichsze, bo mówili, że jakby Komisja stwierdziła, że gospodarze są bogaci i mają zabudowania dobre i duże, to orzeknie, że nie trza im dużo lasu, i mniej lasu dostaną na własność. Tymczasem właśnie obszar lasu przydzielany był na własność stosownie do rzeczywistej, stwierdzonej potrzeby uprawnionych do poboru drzewa.

    Później tego żałowali, skoro się przekonali, że źle zrobili, że mało bydła podawali i najskromniejsze budynki pokazywali, bo gmina otrzymała mniej pastwiska i lasu.

    Nikt jednak wtedy nie oświecał chłopów w tych sprawach, nie było gazet, w którychby to było wyjaśnione, rząd nie prostował błędnych pogłosek, rozchodzących się między chłopami i szedł wtedy we wszystkiem na rękę dworom. Za to właściciele dworów dobrze sprawę rozumieli i starali się wykazać wszystkiego najwięcej.

    W Dzikowie co do pastwiska gmina zawarła z dworem w r. 1867 ugodę, na podstawie której otrzymała na nieograniczoną własność 79 morgów pastwiska zamiast 104 morgów serwitutowych.

    Ugoda była dla gminy stosunkowo korzystna. Inne gminy, które nie chciały się dobrowolnie pogodzić i ustąpić z obszarów serwitutowych, wychodziły na tem gorzej. W takich razach bowiem wyrok wydawała Komisja rządowa, a chłopów w razie oporu usuwało przemocą z pastwiska wojsko, jak było n. p. w Cyganach, przyczem nie obeszło się bez bicia i różnego poniewierania ludźmi.

    Sprawa serwitutu lasowego – jak już pisałem – została załatwiona wyrokiem, na podstawie którego gmina za prawo poboru drzewa opałowego i budowlanego otrzymała na własność 23 morgi lasu w Dęby.

    Gmina czuła się tym wyrokiem pokrzywdzoną i nie chciała przyjąć takiego równoważnika czyli ekwiwalentu za prawo do poboru drzewa opałowego i budowlanego z lasów dworskich, a wójt Wojciech Mróz i pełnomocnik Wincenty Stała uciekli z lasu przy rozgraniczaniu i oddawaniu im tego skrawka lasu. W końcu jednak gmina objęła w posiadanie wyznaczone 23 morgi lasu, skoro okazało się, że w razie nieprzyjęcia go straci jeszcze więcej, bo prawa serwitutowe zostaną spłacone pieniędzmi w kwocie 726 złr.

    Sprawy powyższe przeprowadzała rządowa Komisja w Nisku. Ze strony dworu występował właściciel hr. Jan Tarnowski osobiście, ze strony gminy wymienieni pełnomocnicy włościan. Ugodę względnie wyrok zatwierdziło Namiestnictwo we Lwowie.

    ***

    Co do władzy, stojącej ponad gminami, to jeszcze po ustaniu pańszczyzny na całą okolicę, t. j. w państwie hr. Tarnowskich, był jeden tylko urzędnik zwany mandatarjuszem, a załatwiał wszelkie takie sprawy, które dziś należą do sądu i do starostwa. Nazywał się Andrzej Tinz, – ludzie tytułowali go pospolicie sędzią. Mieszkał on i całe urzędowanie prowadził w budynku dworskim.

    Co do sądownictwa, przeprowadzał sprawy cywilne i karne, jakie się nadarzyły. Jak zasądził, tak zawsze pozostało, – nie słychać było, żeby jego osąd był zmieniony, bo przedewszystkiem nie miał kto pisać rekursów, w okolicy bowiem nie było ani jednego adwokata, i trudno było znaleźć kogo nawet do napisania listu. Więc ten Tinz przeprowadzał nie tylko takie sprawy, które obecnie przydzielone są starostwu i sądowi powiatowemu, – ale można powiedzie栖 znaczył i tyle, co teraz sąd obwodowy i wyższy sąd krajowy, bo od wyroku jego nikt nic rekurował, i chłopi bali się go więcej, niż teraz najwyższych dygnitarzy.

    Jeżeli ktoś czuł się pokrzywdzonym przez władzę miejscową, to tak wtedy, jak i później jeszcze, nie odpowiadał rekursem do władzy wyższej, ale mówił, że ťpójdzie do cesarza, to tam sprawiedliwość znajdzieŤ. Wierzyli, że nikt takiej sprawiedliwości nie wymierzy jak sam cesarz, i mówili, że ťwszędzie zresztą jest tylko przekupstwoŤ.

    W Dzikowie był wysłużony żołnierz austrjacki, Józef Krzyżek, który, prowadząc długi proces o ojcowiznę, wybrał się do Wiednia po sprawiedliwość, i nie było go w domu przez parę miesięcy. Gdy powrócił, opowiadał, że był u cesarza, i ten go upewnił, że sprawa będzie pomyślnie rozstrzygniętą. – ťIdźcie – rzekł – do domu spokojnie, a ono tam za wami przyjdzieŤ; i dał mu 25 złr. na drogę. Naturalnie były to tylko przechwałki, bo grunt pozostał w rękach tego, komu go na miejscu przysądzono.

    Tinz miał do pomocy dwóch policjantów, wysłużonych wojskowych, którzy nawet nie byli umundurowani, bo jeden z nich chłop, nazwiskiem Pacyna, chodził w kamizieli, a drugi żyd, Haskiel, chodził w chałacie. Wystarczyło, że mieli czapki z orzełkiem cesarskim.

    Sprawy załatwiał w krótkiej drodze: na wniesioną skargę posyłał policjanta, ażeby oskarżonego sprowadził do kancelarji, i – w sprawach cywilnych – jeżeli druga strona miała słuszność, – kazał ją zaraz zaspokoić, to czy owo oddać, i proces był skończony.

    Był n. p. zwyczaj, że chłopi z Dzikowa brali w Tarnobrzegu w głównym składzie wódkę na kredyt, a działo się to szczególnie w czasie żniw i zabaw, – a także często na miejscu w mieście ťna borgŤ pili. Otóż co pewien czas, jak już tam każdy był coś winien, żyd przynosił wykaz dłużników mandatarjuszowi, a ten, nie przeprowadzając rozprawy, posyłał na wieś policjanta Haskla, który szedł od domu do domu i w te słowa każdemu ogłaszał wyrok: ťCesarsko-królewski sędzia daje nakaz, żeby do trzech dni borg za wódkę był zapłacony, bo jak nie, to będzie fantowanieŤ. Przytem – choć czytać nie umiał – potrząsał w rękach ze złością papierem, bo chłopi się wtenczas każdego papieru bali, zwłaszcza jak była na nim pieczątka. Po tych odwiedzinach Hasklowych, każdy, bojąc się fantowania, jak mógł starał się należność w terminie uiścić, bo choć wszyscy pili, przecież wstydzili się tego, jak kto był za wódkę fantowany, – zwłaszcza wstydziły się kobiety, gdy brano im za fanty poduszki.

    W sprawach karnych, jeżeli chodziło o mniejszą winę, oskarżony bez wszelkiego protokołu dostawał kilka kijów na ławie, i na tem koniec. Ale trudniejsza była sprawa, gdy obwiniony przeczuwał, że go czeka większa kara; wtenczas już tak łatwo na wezwanie nie szedł, ale uciekał i krył się, gdzie mógł. Jeżeli go zaś policjanci ujęli, a był mocny, to obu nabił i dalej się ukrywał. Za takim była nieraz robiona nagonka, zwłaszcza gdy chodziło o większego winowajcę. Nieraz do pomocy policjantom (ponieważ żandarmów w Tarnobrzegu jeszcze nie było) byli przyzywani strażnicy pograniczni (finanswachy), pełniący służbę nad Wisłą od Królestwa Polskiego. Zdarzało się jednak, że jak się obwiniony dobrze ukrywał, to go nigdy nie mogli złapać, i wkońcu cała sprawa ucichała.

    Najwięcej do czynienia było wówczas ze złodziejami, których po wsiach nie brakowało. W samym Dzikowie byli tylko szkodnicy polni, co wypasali końmi zboże, wykopywali ziemniaki i t. p., ale po innych wsiach, zwłaszcza położonych w lasach, kradli konie i bydło ze stajni i pastwiska, podkopywali się do komór i brali zboże, słoninę, odzież, korale, – po drogach i lasach grasowały całe bandy złodziejów i rabusiów, i złodziejstwo rzadko się wykryło. Dopiero, jak nastali żandarmi, kradzieże i rabunki zaczęły powoli ustawać i dziś po wsiach bardzo rzadko się trafiają.

    Grubsze sprawy cywilne, n. p. gruntowe, przeprowadzał nie mandatarjusz, ale sędzia (justicjarjusz), który urzędował w Nisku, a nazywał się Jan Alss, – ale chłopi do niego mniej spraw miewali.

    ***

    Byłem już sporym chłopakiem, jak skończyło się urzędowanie mandatarjuszów, a w Tarnobrzegu nastał urząd powiatowy, obejmujący dzisiejszy powiat sądowy tarnobrzeski. I ten urząd sprawował te czynności, które obecnie spełnia starostwo i sąd, to znaczy, miał władzę administracyjną i sądowniczą, a było wszystkiego trzech głównych urzędników, mianowicie: Bissachini (Niemiec) był starostą, a dwóch innych: Mokrego (Czecha) i Święcickiego tytułowali sędziami lub komisarzami. I Tinz, były mandatarjusz, był przydzielony do tego urzędu powiatowego i prowadził dział wojskowy aż do samej emerytury.

    Urzędowali oni tu, gdzie obecnie mieści się starostwo, t. j. w klasztorze OO. Dominikanów.

    Nad temi urzędami pozostały z dawna urzędy obwodowe czyli cyrkuły, a powiat tarnobrzeski należał do cyrkułu rzeszowskiego. Nie słyszałem jednak, żeby chłopi ze sprawami tam się udawali, – ja sam byłem w Rzeszowie dopiero wtedy, jak zostałem sędzią przysięgłym.

    Językiem urzędowym był niemiecki, przyczym urzędnicy do polskich ludzi starali się mówić po polsku, (ale niejeden nie umiał się dobrze po polsku rozmówić), protokoły jednak i pisma z urzędu były w języku niemieckim. To też często bywało, że ludzie nie chcieli podpisywać protokołów czy innych kawałków, pisanych po niemiecku, bo się bali, że może napisane co innego, nie to, co sobie życzyli, – i w ogóle narzekali na to urzędowanie niemieckie i nie dowierzali mu.

    Był wtedy w Dzikowie gospodarz Michał Kaput, znający skądś język niemiecki, – więc gdy raz we wsi była komisja w sprawach serwitutowych, starszyzna gminna przyzwała go, żeby się przysłuchiwał, co urzędnicy do siebie po niemiecku będą mówili, czy nie będą się naradzali na jaką szkodę gminy. A gdy chłopi nie mogli się z komisją dogadać, wysunęli Kaputa, żeby się po niemiecku rozmówił, co też nastąpiło. Zdziwili się niemało wówczas urzędnicy, że jest chłop, znający po niemiecku, a jeszcze większy był dla Kaputa podziw w całej gminie; mówili, ťże się ciął z urzędnikami, co ony do niego przepowiedziały, to on do nichŤ, i wszyscy się go wypytywali, o czem wtedy mówił.

    ***

    Urządzenia powyższe dotrwały do r. 1867, a w tym roku nastały te, które istniały do upadku państwa austrjackiego, mianowicie: weszła w życie nowa, obecnie jeszcze obowiązująca ustawa gminna i rady powiatowe2, nastąpiło oddzielenie sądownictwa od administracji, czyli nastały sądy i starostwa, – ustaliła się ostatecznie konstytucja w całym państwie austrjackiem3, – a wreszcie niedługo potem językiem urzędowym w Galicji stał się język polski4. W owym więc czasie nastąpił przełom w stosunkach wewnętrznych Galicji i zaczął się nowy okres w jej życiu5.

    ***

    W gminie po r. 1867 przestała zbierać się cała gromada, a na podstawie nowej ustawy nastały Rady gminne, wybierane z początku na trzy lata, później zaś, jak i obecnie, na sześć.

    Tak przy pierwszych, jak i przy późniejszych wyborach gminnych nikt nie ubiegał się o to, żeby go wybrali na radnego, – a ten, co szedł na wybór, do ostatniej chwili nie wiedział, na kogo da głos i przy głosowaniu wymieniał tych, na których drudzy przed nim głosowali albo którzy mu wleźli na oczy. Dużo też było takich, co zupełnie nie przychodzili na wybór, bo nie chcieli być nigdzie wybranymi, a jeżeli byli wybrani, to się okupywali poczęsnym, ażeby ich zwolnić od tego obowiązku.

    Z początku po nastaniu rad gminnych wójtem w Dzikowie był Wojciech Mróz, gospodarz niepiśmienny, jak wszyscy poprzedni wójtowie. Za niego dopiero nastał pierwszy pisarz gminny w Dzikowie, a był nim Jan Kuraś z Wielowsi6, a potem Tarczyński, który był zarazem pisarzem czyli sekretarzem w gminie tarnobrzeskiej. Mróz, jak dostał jakie pismo, przychodził też radzić się do mnie; ja przeczytałem i dawałem wyjaśnienie, – więc już wtedy zapoznałem się dosyć ze sprawami gminnemi, – a następnie w r. 1873 zostałem na wójta obrany: Mróz zdając mi urzędowanie, wręczył mi pieczęć gminną i skrzynkę drewnianą, w której było kilka papierów, t. j., arkusz majątku gminnego i parę poleceń z rządu, nie mających już wartości, – i na tem koniec.

    Odtąd pieczęć wójtowska długo miała pozostawać w moich rękach, byłem bowiem wójtem z przerwami do r. 1918. Natomiast w Radzie gminnej zasiadam bez przerwy od czasu ich nastania do dnia dzisiejszego.

    Tak Kuraś jak i Tarczyński, który był pisarzem w Dzikowie i za mojego wójtostwa, brali za pisarkę tylko 15 reńskich rocznie. Ja zaś jako wójt przez pierwszy okres, trwający wtedy 3 lata, nie pobierałem żadnej płacy, podobnie jak wszyscy przede mną wójtowie.

    Gdy na drugi okres byłem ponownie wybrany, nie chciałem przyjąć wyboru, ponieważ obowiązki wójtowskie wymagały dość czasu i miałem wskutek tego upadek w gospodarstwie, – a Rada gminna przeciwną była uchwaleniu jakiegokolwiek wynagrodzenia dla wójta i niektórzy mówili, ťżeby to wstydem było dla gminy aż za pieniądze szukać wójtaŤ. Więc byłem w tej sprawie wzywany do starostwa i gdy się tam wytłumaczyłem, dlaczego wyboru przyjąć nie mogę, starosta ówczesny, Stanisław Jakubowicz, osobiście przybył na posiedzenie Rady gminnej i przemawiał za tem, żeby Rada płacę wójtowską uchwaliła. I dopiero wtedy została uchwalona pensja 30 złr. na rok, jak ja wtedy żądałem, i taka pozostała aż do r. 1900.

    ***

    Stosunek między wsią i dworem był w Dzikowie dobry. Ostatnim właścicielem Dzikowa za pańszczyzny był hr. Jan Bogdan Tarnowski, zmarły w r. 1850 w Królestwie Polskim. Mówiono o nim powszechnie, że był to pan dobry, nie pozwolił swoim poddanym najmniejszej krzywdy zrobić, przyjaźnie ich traktował, pierwszy często pozdrawiał.

    I musiał być dla ludzi dobrym, bo wieść o jego śmierci wywołała wielki smutek, a gdy przyszła wiadomość, że zwłoki jego będą sprowadzone do Dzikowa przez Sandomierz, zgromadziły się w oznaczonym dniu na drodze z Dzikowa do Sandomierza tysiączne rzesze ludu włościańskiego ze wszystkich wsi, które do jego państwa należały. Pamiętam, jakie było wzruszenie, gdy zapowiedziano, że zwłoki już prowadzą, że są już w Sandomierzu, bo słychać, jak biją dzwony tamtejsze (i było je słychać, bo dzień był pogodny, cichy). Lud przejęty żalem nie czekał na miejscu, ale szedł naprzeciw ku Sandomierzowi, a jaka ogarnęła ludzi żałość, gdy ujrzeli trumnę, kryjącą zwłoki, wyrazić się to nie da. Opisuję to jako naoczny świadek, bo byłem tam razem z babką.

    Żal był tem większy, że pomiędzy ludem włościańskim utrzymywała się pogłoska, że hrabia nie umarł zwykłą śmiercią, ale został z rozkazu rządu rosyjskiego rozstrzelany za jakąś polityczną działalność. Mówili, że otrzymał wezwanie od tegoż rządu, iż ma się stawić w oznaczonym dniu do usprawiedliwienia się pod zagrożeniem utraty dóbr, jakie posiadał pod panowaniem rosyjskiem. Gdy się zaś tam zgłosił – mówiono – że już więcej żywy nie wrócił. W rzeczywistości – jak w późniejszych czasach mogłem sprawdzi栖 hrabia umarł nagle w drodze powrotnej z majątku swojej żony.

    Żoną jego była Gabrjela z Małachowskich. Tę dobroduszną panią dobrze zaznałem, gdyż, jak umarła, miałem 20 lat. Zatem jej dobroć mogę sam stwierdzić. Odwiedzała chorych szczególnie najbiedniejszych, dawała im wsparcie, chowała swoim kosztem umarłych. Ratowała każdego w najgorszej potrzebie, nikogo nie opuściła, – toteż garnęli się do niej biedni jak pszczoły do ula. Założyła szkółkę dla dzieci chłopskich w Dzikowie.

    Oboje mieli to sobie za zaszczyt i radość, gdy ich rodzina włościańska nawet najbiedniejsza poprosiła za chrzestnych ojców szczególnie pierwszego dziecka w rodzinie. To też nie brakło im chrzestników po wsiach, a następnie dorosły chłopak czy dziewczyna chlubili się tem, że hrabstwo Tarnowskich mieli za chrzestnych rodziców.

    W ogóle chłopi okazywali przywiązanie do dworu tutejszego, w r. 1846 w czasie rabacji gotowali się stanąć w obronie zamku, i z tych to czasów pewnie pochodziła śpiewka ludowa.

    Ni ma ci to ni ma, jak to w tym Dzikowie,
    Są tam polskie panie i polscy panowie.

    Po Bogdanie Tarnowskim odziedziczył dobra dzikowskie syn jego Jan. Był w całem słowa znaczeniu gospodarzem-rolnikiem, dbał nadzwyczajnie o dobrą uprawę gruntu i wzorowe prowadzenie gospodarstwa. Często konno objeżdżał i kontrolował folwarki, sam załatwiał sprawy administracyjne, sam zajmował się uporządkowaniem zawiłych spraw serwitutowych po ustaniu pańszczyzny.

    W miejsce drewnianych, lichych budynków, jakie były po folwarkach z czasów pańszczyźnianych, wznosił murowane tak, że z całą prawdą można o nim powiedzieć, iż ťzastał swoje folwarki drewniane, a zostawił murowaneŤ, i dał przez to różnym rzemieślnikom niemało zarobku. Opowiadali o nim, że gdy w czasie objazdów na niwie świeżo uprawionej zauważył perz, schodził z konia, wyciągał cały perz z roli i przywoził na folwark, a rządca miał wiele wyrzutów, że dopuszcza do zaperzenia gruntu. Gdzie nie dało się narzędziem rolniczym roli wyczyścić, wchodzili ludzie, wyrywali ręcznie każdy chwaścik i mieli zarobki.

    Toteż na dworskich niwach były wtedy ładne urody, aż miło było popatrzeć na nie. Niejeden włościanin, zwłaszcza taki, który miał swój kawałek pola obok pańskiego, musiał się zawstydzić, kiedy widział, że na dworskiem piękny urodzaj, a u niego lichy. Nieraz też była mowa między gospodarzami, że pan ma już takie szczęście na tym świecie, że mu się nawet w polu lepiej rodzi. Ale gdy się przekonali, że lepsze plony daje staranniejsza uprawa gruntu, brali przykład z dworu, ziemię lepiej nawozili i uprawiali i otrzymywali wydajniejsze zbiory, – a dziś kto ma cztery morgi gruntu, to już mu chleba nie brakuje.

    W życiu publicznem brał bardzo znaczny udział. Był prezesem Towarzystwa Rolniczego w Krakowie, Rady powiatowej w Tarnobrzegu, posłem na Sejm, wreszcie marszałkiem krajowym w latach 1886–1890.

    Pragnął żyć z włościanami w sąsiedzkiej zgodzie, być ich przedstawicielem, przytem umiał włościan uszanować. Gdy w r. 1887 obchodził srebrne wesele, zaprosił na tę uroczystość włościan z bliskich i dalszych wsi. Toteż kościół OO. Dominikanów w Tarnobrzegu wypełniony był wówczas ludem włościańskim po brzegi, następnie wszyscy byli proszeni do zamku w Dzikowie, gdzie byli podejmowani w ogrodzie za stołami suto zastawionemi. Hrabiostwo byli ciągle między gośćmi, zajmując się nimi.

    Gdy w r. 1894 przechodził dłuższą słabość i widział się bliskim śmierci, prosił, ażeby go włościanie do grobu nieśli. Toteż na wiadomość o jego zgonie nie brakowało chłopów na pogrzebie i każdy pragnął nieść trumnę, więc się często zmieniali od bramy zamkowej do kościoła OO. Dominikanów, gdzie zwłoki jego spoczęły w grobie fundatorskim.

    Ożeniony był z żyjącą dziś jeszcze Zofją z Zamoyskich, panią wielkiej pobożności i wielce litościwego serca. Ona też po folwarkach w dobrach dzikowskich urządziła ochronki i sprowadziła do nich zakonnice służebniczki, które mają za obowiązek opiekować się dziećmi, gdy ich matki zajęte są pracą poza domem.

    Najlepsze również wspomnienia wśród ludności tutejszej pozostawił po sobie hr. Stanisław Tarnowski, brat Jana i Juljusza, poległego w r. 1863. Mieszkał on wprawdzie stale w Krakowie, gdzie był profesorem uniwersytetu i prezesem Akademji Umiejętności, często jednak przyjeżdżał do rodzinnego Dzikowa i spędzał tu wolne chwile. Chętnie przychodził ludziom z pomocą, nikomu nie odmówił wsparcia, ktokolwiek o nie prosił. Wszelkie dobrodziejstwa jednak świadczył ludziom w cichości, prawdziwie w myśl Pisma świętego: ťNiech nie wie lewica, co daje prawicaŤ. Nieraz jako wójt potwierdziłem przekazy pocztowe tym, którzy od niego wsparcie otrzymywali.

    Zwłaszcza pamiętał zawsze o włościance tutejszej Marji Grębowcowej, która była jego piastunką w latach niemowlęcych. Zapewnił jej spokojne utrzymanie do końca życia, odwiedzał w czasie przyjazdu do Dzikowa, wspierał całą jej rodzinę. Byłem raz świadkiem, jak żegnał się z nią przed jednym z wyjazdów do Krakowa. Grębowcowa była już wtedy ociemniałą staruszką, płakała ze wzruszenia, usłyszawszy głos hr. Stanisława wchodzącego do jej izby. Wypytywał ją o zdrowie, zapowiadał zaspokojenie wszelkich potrzeb, mianował ją matką, a na pożegnanie w rękę pocałował.

    Umarł w r. 1916. Życie jego było nacechowane głęboką pobożnością, wsławione pracą naukową.

    Następcy tych hrabiów wstępowali w ich ślady i starali się w dalszym ciągu utrzymywać dobre stosunki z ludnością włościańską. O dobrych ich czynach wspominam w odpowiednich miejscach ťPamiętnikówŤ.

    ***

    Co do oświaty, to, jak zapamiętałem, w Dzikowie ze starszych ludzi jeden był tylko umiejący czytać i pisać. Nazywał się Franciszek Słomka, mieszkał w przysiołku Podłęże. On tylko potrafił przeczytać pismo, jeżeli je kto z urzędu lub ze świata otrzymał, co zresztą rzadko się wtedy trafiało. Do niego też nieśli ludzie wszelkie pisma i to nie tylko z Dzikowa, ale z całej okolicy; dawał rady we wszystkich sprawach z urzędami, – znaczył też wówczas więcej niż obecnie adwokat, sędzia czy inny urzędnik z wyższymi szkołami.

    On też pierwszy w Dzikowie miewał kalendarze, ale kupował je głównie dlatego, że były w nich przepowiednie pogody na cały rok, bo według tych przepowiedni gospodarował. Opowiadali o nim, że raz, wybierając się w dalszą drogę, namyślał się, jak się ubrać, a że kalendarz przepowiadał pogodę, więc ubrał się w w nowy żółty kożuch. Tymczasem wypadła właśnie niepogoda, i powrócił do domu zupełnie spłukany, za co pomścił się na kalendarzu, bo wyrzucił go z domu na deszcz.

    Ale to wcale nie dziwne, że on wtedy trzymał się tych przepowiedni, bo i dzisiaj jeszcze przeważnie kupują kalendarze nie dlatego, że są w nich różne i pouczające i pożyteczne opisy, ale że są przepowiednie pogody, które nie mają żadnej wartości7.

    Zresztą w żadnym domu chłopskim wówczas nie znalazłby książki czy gazety, a nawet książeczki do nabożeństwa, – chowali tylko różne druki, jak wezwania z urzędu i dokumenty, jak testamenty, dekrety dziedzictwa, arkusze gruntowe, książeczki podatkowe, a ponieważ nie umieli rozróżnić kawałków ważnych od nieważnych, więc zarówno potrzebne dokumenty, jak i świstki bezwartościowe, które dziś porzuca się po pierwszem przeczytaniu, przechowywali jednakowo z największą starannością przez długie lata. Wszystko to, razem zwinięte i okręcone w jakąś szmatę, chowali w skrzyniach zamkniętych na dnie pod ubraniami lub w jakichś kryjówkach, bo bali się zawsze, że może im każą kiedy coś płacić lub robić jakąś powinność, a oni dla swojej obrony nie będą się mieli czem wykazać. Jeżeli zaś komu obcemu przyszło papier jakiś pokazać, to czynili to bardzo ostrożnie, patrzyli mu na ręce, żeby czego nie schował i uważali, żeby sami czego nie uronili.

    W niektórych wsiach, zwłaszcza nadwiślańskich, gdzie chłopi więcej byli chętni do oświaty, były szkoły zimowe, w których dzieci uczyły się przez zimę zwyczajnie od św. Michała do św. Wojciecha. Uczyli w nich najczęściej chłopi, którzy posiadali sztukę czytania i pisania. Godzeni byli przez ludność wsiową, otrzymując po kilkadziesiąt reńskich za zimę i wikt z każdego domu po kolei. Niektórzy z nich chodzili za tym zarobkiem, gdy zima nastawała.

    W Dzikowie – jak już wspomniałem – rozpoczęła pierwszą naukę Pawłowska z poręki hrabiny Tarnowskiej i od tej chwili dopiero ruszyła się oświata w Dzikowie.

    ***

    W Tarnobrzegu w owym czasie była szkółka o jednym nauczycielu. Mieściła się przy ulicy Browarnej w domu wynajętym. W domu tym po jednej stronie znajdowała się sala szkolna, po drugiej mieszkał nauczyciel. Uczył tam za mojej pamięci Karasiński, Fabri, a wkońcu Szewczyk.

    W r. 1864 stanęła w Tarnobrzegu szkoła publiczna w tem miejscu, gdzie jest obecnie, a plac pod nią i ogród podarował śp. hr. Jan Tarnowski; chodziły do niej dzieci z Dzikowa i dosyć z Miechocina. W nowym budynku pierwszy uczył Gorylewicz, a prowadził jeszcze naukę sam jeden, nie mając nikogo do pomocy. Czy brał on jaką pensję rządową, tego nie wiem; pamiętam tylko dobrze, że w Dzikowie zbierało się składkę na nauczyciela, z numeru po 2 złr. na rok, a to 50 ct. kwartalnie. Byłem wtedy wójtem, jak jeszcze Gorylewicz uczył, otóż prawie co drugi dzień zachodził do mnie zawsze z temi słowy: ťWójcie, możeście co zebrali dla mnie, bo nie mam na chlebŤ, – więc co było dawałem i za każdym razem rachowałem się z nim, żeby rachunki były w porządku.

    W r. 1875 nastał śp. Michalik; on już był dyrektorem i nauczycieli było więcej, szkoła za niego zaczęła się prędko podnosić, klas przybywało coraz więcej.

    Posyłanie uczniów na dalszą naukę do szkół średnich, do gimnazjów i seminarjów nauczycielskich, rozpoczęło się dopiero wtedy, gdy za śp. Michalika nastała 4-klasowa szkoła w Tarnobrzegu i pierwsi uczniowie z niej wyszli. Z samego Dzikowa wyszło wtedy w krótkim czasie kilku uczniów i dalsze nauki kończyli w Rzeszowie lub Krakowie. A pierwszym tym uczniom nie tylko z Dzikowa, ale i z okolicy, ułatwiał bardzo kształcenie, wspierając ich materjalnie, hr. Stanisław Tarnowski, profesor uniwersytetu i prezes Akademji Umiejętności w Krakowie, który i później zawsze nie przestawał opiekować się uczącą się młodzieżą z naszych okolic8.

    Obecnie, t. j. w r. 1928, znajduje się w Tarnobrzegu cały szereg szkół. To też w niedziele, w czasie wspólnych nabożeństw szkolnych, kościół OO. Dominikanów wypełniony jest przeważnie młodzieżą szkolną.

    ***

    Co do życia politycznego, to przez długi czas po nastaniu konstytucji nie było znaku takiego życia. Wszelkie wybory: do sejmu czy parlamentu bardzo mało chłopów interesowały, mało kto o tem mówił i chciał coś wiedzieć. A gdy kto czasem o tem coś wspomniał, to drudzy zaraz odpowiadali: ťCo mnie to obchodzi, kto posłem ostanie, – niech ta obiorą, kogo chcą; tam chłop niezdatny, bo nie ma nauki, a pan będzie trzymał z panami i dla chłopów nic tam nie zrobi, więc najlepiej nie zaprzątać sobie tem głowy, bo to nic dobregoŤ.

    Na prawybory w gminie przychodziło zwyczajnie kilku, a najwięcej kilkunastu uprawnionych do głosowania i ci bez żadnego ożywienia dokonywali wyboru, a kiedy znowu miał się odbyć wybór posła, to wyborcy zeszli się w starostwie może w połowie, niejeden zaś powiedział sobie: ťBędę ta szedł i czas tracił, najlepiej siedzieć w domu spokojnieŤ; – żona mu to przychwaliła i wyborca przesiedział wybory w domu. Ci zaś, co ściągnęli do miasta, oddawali głosy na tego, kto był ze starostwa w dniu wyborów wysunięty, – i poseł był wybrany; – a potem we wsi bardzo mało było nawet na tyle ciekawych, żeby się dowiedzieć, kto został posłem i gdy się kogoś przyszło zapytać: ťKto u was posłem?Ť, to nie wiedział i cały okres zeszedł i nie dowiadywał się.

    Na wsi nie znane były zgromadzenia polityczne, jakie obecnie często odbywają się, jedynie w dniu wyborów w powiecie bywały krótkie narady, na których chłopi dowiadywali się, na kogo głosować będą. Poseł nie urządzał nigdy zgromadzeń sprawozdawczych i nikt od niego sprawozdania nie żądał.

    Słowem, poza zebraniami gromadzkiemi i prócz zabaw, wesel i chrzcin nie było we wsi jak i w mieście, żadnego innego życia zbiorowego, nie było żadnych towarzystw i stowarzyszeń.

    Pierwsza walka wyborcza powstała w r. 1877 przy wyborach uzupełniających do Rady Państwa w Wiedniu. Ale i wówczas było jeszcze tak, że wyborcy zjeżdżając się, nie wiedzieli jeszcze, na kogo będą głosowali, tylko na mieście tyle było słychać, żeby wybrać chłopa; – nie było jednak zgody, którego chłopa i co kilkunastu wyborców miało swojego kandydata. W końcu najgłośniej był wymieniany Walenty Bęc, gospodarz z Ostrówka, i chłopi się wzajemnie nawoływali, żeby tylko na niego głosować i głosów nie rozrywać, bo inaczej chłop nie będzie wybrany.

    Gdy przyszło do głosowania w starostwie, chłopi, jak mur, stanęli za Bęcem i on w Tarnobrzegu dostał najwięcej głosów, – ale w innych powiatach: w mieleckim i ropczyckim, stanowiących jeden okrąg wyborczy, nie otrzymał nic. Ponieważ jednak głosy były rozstrzelone na kilku kandydatów i należało się spodziewać wyboru ściślejszego, więc chłopi czekali na ogłoszenie wyniku głosowania i żaden nie ruszył się z miejsca, a gdy wieczór zapadł, posiadali i pokładli się na korytarzach tak, że całe korytarze zajęli i czekali cierpliwie. Gotowi byli noc czekać, – a wtem ukazał się starosta i zawołał: ťPanowie wyborcy, proszę do głosowania! odbędzie się wybór ściślejszy między Bęcem, a Zdankiewiczem, starostą mieleckimŤ.

    Teraz znowu chłopi ławą głosowali na Bęca, a panowie i duchowieństwo, którzy na wynik po kancelarjach czekali, na Zdankiewicza, – a następnie wszyscy rozeszli się i dopiero z gazet stało się wiadomem, że posłem został Bęc.

    Jak się później dowiedziałem, zdobył większość głosów w ten sposób: Gdy po pierwszem głosowaniu poszły telegramy z Tarnobrzega, że dostał najwięcej głosów, chłopi w Ropczycach porzucili pierwszych kandydatów, a krzyczeli: ťBęc, Bęc!Ť – tłumacząc sobie, że musi to być mądry chłop, skoro w swoim powiecie tyle miał głosów, – i wszyscy na Bęca głosowali, więc przeszedł znaczną większością. Był posłem do końca okresu, a ponieważ był nieustępliwy, więc przy następnych wyborach była przeciw niemu ostra walka i upadł9.

    Znałem go bardzo dobrze, bo zasiadałem z nim w Radzie powiatowej i prócz tego często się z nim stykałem. Jako gospodarz pracowity i oszczędny; ale gdzie nie było musu, centa nie wydał, toteż, jak pogorzał, spaliła się mu nawet gotówka, a nie miał nic asekurowane. Sprawie chłopskiej oddany był bardzo i śmiało przytem wypowiadał to, co myślał.

    Ale nie otrząsnął się z tego, co pokutowało w chłopach starej daty, mianowicie: przeciwny był zawsze wydatkom, choćby wypadały na korzyść ludu, n. p. na lepsze szkoły, – i choćby wszyscy powiedzieli, że coś jest potrzebne, a jemu się to nie zdawało, to nie odstąpił od swego zdania i na drugich chłopów się gniewał, że z nim razem nie idą i nie głosują. Nie dał sobie wytłumaczyć, że jeżeli się na coś podatku nie uchwali, to nic się nie da zrobić i wszystko zostanie po dawnemu – będzie dawne zacofanie i bieda.

    Trzymał przytem bardzo stronę rządu austrjackiego, mówiąc, że ťtylko w rządzie widzi cokolwiek sprawiedliwości, a panowie nasi chcą wszędzie chłopa utrącić i dlatego – jak powiadał – na nic nie chciałem się z nimi zgodzić, a chociaż mój głos między wszystkiemi nic nie znaczył, to go im nie dałem, bo moje sumienie na to nie pozwalałoŤ.

    Z czasem i pod tym względem się zmieniło, bo już każdy mniej więcej przeglądał na oczy, że rząd wiedeński niczego z łaski nie dawał i trzeba było wszystko z trudnością zdobywać. Dlatego posłowie polscy w Wiedniu łączyli się razem w jedno Koło, żeby mieć wobec rządu i w państwie większą siłę i prędzej coś wskórać.

    Jak się w późniejszym czasie odbywały wybory, jakie było zainteresowanie niemi i naprężenie wśród ludności, tak między młodymi, jak starymi a nawet między kobietami, to zbytecznem jest spisywać, bo każdy na to patrzył. Dla przykładu wspomnę tylko, że w Dzikowie już w pierwszych wyborach do parlamentu, odbywających się w r. 1907 na podstawie powszechnego prawa głosowania, (kiedy z tutejszego okręgu zostali posłami Krempa i Wiącek), przy pierwszym głosowaniu brakowało tylko dwóch z uprawnionych do głosowania i obecnych w gminie, – a gdy pierwsze głosowanie nie dało wyniku i nastąpiło drugie ponowne, to i ci dwaj się stawili tak, że nikogo nie brakło.

    ***

    Co do uświadomienia narodowego dawniej, jak zapamiętałem, chłopi nazywali się tylko mazurami, a mowę swoją mazurską, żyli tylko sami dla siebie, stanowiąc zupełnie odrębną masę, obojętną zupełnie na sprawy narodowe. Ja n. p. dopiero wtedy, jak zacząłem czytać książki i gazety, poczułem się Polakiem i uważam, że inni włościanie w ten mniej więcej sam sposób dochodzili do poznania swej narodowości.

    Z przeszłych wydarzeń i wypadków znali tylko te, które sami przeżyli i zapamiętali albo o których słyszeli od starszych. Opowiadali najwięcej o pańszczyźnie i strasznie ją malowali, szczególniej polowych i ekonomów i wogóle oficjalistów dworskich, co rozpalało i podtrzymywało ciągle nienawiść do dworów i ťpanówŤ.

    Słyszałem też, jak dziadkowie i inni starsi mówili o Polsce, o królach polskich i rządach jakie były, że Polska przez brak zgody i jedności między panami została rozerwana na trzy części i że ta część, w której mieszkamy, z rozebranej Polski pochodzi i dostała się pod panowanie austrjackie. Pamiętali oni rozbiór Polski albo słyszeli o tem od swoich ojców.

    Z wojen polskich starsi opowiadali najwięcej o t. zw. wojnie sandomierskiej z r. 1809, a nazywali ją sandomierską, bo walka była o Sandomierz i pod Sandomierzem. Mówili, że to była wojna o Polskę, że się biło wojsko polskie z austrjackiem.

    Wojsko austrjackie szło wtedy pod Sandomierz różnym drogami, także i przez Dzików, – a najwięcej wycierpieli wójci, bo wojsko żądało ťforszpanówŤ, a gdy wójt nie mógł wszystkiego prędko znaleźć i dostawić, to go zbili i ledwie żywego puścili. Kiedy zaś było zdobywanie Sandomierza, to od huku strzałów w Dzikowie ziemia drżała, i okna w domach dzwoniły, a Sandomierz stał jakby w ogniu. Ludzie uciekali z domów i kryli się po krzakach nad Wisłą.

    A już ja zapamiętałem, że znajdowała się u nas kula armatnia, o której starsi mówili, że była znaleziona po tej wojnie na polach dzikowskich. Była wielkości głowy cielęcej, z jednego końca grubsza, w drugim cieńsza, a w domu taki był z niej użytek, że ją rozpalali na ogniu i używali przy polewaniu bielizny10.

    Zaraz po tej wojnie nastąpił rozdział Galicji od późniejszego Królestwa Polskiego, przedtem bowiem obie strony były razem połączone, a pod Dzikowem przy t. zw. ťSkalnej górzeŤ był przewóz przez Wisłę. Dziadkowie moi i inni, którzy pamiętali, jak Galicja z Królestwem stanowiła jedną całość, nieraz na ten rozdział narzekali, mówili, że im się zdaje, jakby się świat skrócił, i jakby stanął wielki mur, który jedną stronę od drugiej odgraniczył. Opowiadali, że wprzódy czy z tej, czy z tamtej strony Wisły każdy był jednakowo wolny, złapał byle koryto i mógł przeprawić się przez Wisłę.

    Jeździli też dawniej z jednej strony na drugą swobodnie na odpusty, jarmarki i za innemi sprawami, łączyli się w związki małżeńskie i wzajemnie się pobierali, jakby jedna wielka familja, – a później to wszystko ustało i doszło do tego, że rozerwane były wszelkie związki rodzinne jednej strony z drugą, i nawet bliżsi krewni nie znali się, choć ich dzieliła tylko Wisła. Bo granicy tej bez przepustki czyli ťpaszportuŤ nogą nie wolno było przestąpić, i przepuszczali za Wisłę tylko przez dalekie komory z różnemi trudnościami. Więc też narzekali na wszystko, szczególniej we wsiach nadgranicznych nadwiślańskich i byli za tem, żeby jedną stronę z drugą napowrót połączyć.

    Uświadomienie narodowe szło jednak powoli i do ostatnich czasów dość jeszcze znalazło się takich, co gdy im wspomnieć było o Polsce, to się złościli i klęli, mówiąc, że tylko panowie mogą chcieć Polski, żeby na nich ludzie robili, jak za pańszczyzny, i takim trudno było wytłómaczyć, że czasy pańszczyzny już minęły i powrócić nie mogą. Nie chcieli słyszeć o Polsce, bojąc się, że panowie znowu obejmą rządy i przywrócą pańszczyznę.

    Ale liczba tych malała, a natomiast rósł zastęp ludzi światłych, którzy twardo stali przy swojej narodowości i gotowi byli do wszelkiej jej obrony i rozumieli to, że byłoby lepiej, gdyby wszystkie zabory były połączone i naród sam się gospodarował i miał przestronniej11.

    ***

    Wojna w r. 1809 między Austrją a cesarzem Francuzów Napoleonem, wspieranym wówczas przez armję polską Księstwa Warszawskiego, zaznaczyła się silnie w okolicach Sandomierza. Ze starć orężnych, jakie wówczas zaszły między wojskiem polskiem a austrjackiem, bitwy pod Sandomierzem należą do najważniejszych.

    Najpierw wojsko polskie pod gen. Sokolnickim zdobyło Sandomierz szturmem 18 maja 1809 r. i odebrało go Austrjakom, dzierżącym wówczas prócz Galicji także ziemie między Pilicą a Bugiem. Zaraz jednak Austrjacy rozpoczęli działania celem odzyskania napowrót tej twierdzy, stanowiącej ważną pozycję, niejako klucz do reszty kraju. Stoczono tu wtedy bitwę pod Wrzawami (gdzie dziś wznosi się pomnik ku czci poległych), po której armja polska wycofała się za San, a nieprzyjaciel rozpoczął bombardowanie Sandomierza ze wszystkich stron. Załoga polska odpierała wszystkie ataki walecznie, musiała jednak ulec przeważającej sile i 18 czerwca kapitulowała, uzyskawszy zaszczytne warunki, mianowicie: prawo opuszczenia twierdzy z bronią i sztandarami.

    Sandomierz więc, zdobyty sławnym szturmem przez wojsko polskie 18 maja, po miesiącu został znowu opanowany przez Austrjaków, którzy jednak jeszcze tegoż roku oddali go Księstwu Warszawskiemu, gdy po przegranej ostatecznie wojnie, na mocy pokoju, musieli ostatecznie ustąpić z za Wisły i Sanu….

     

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005