<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Moja rodzina

  • Drzewo genealogiczne
  • Ludomir w KL Auschwitz
  • Przemieszczanie się przodków
  • Spis świadków w aktach rodzinnych
  • Zdjęcie z dawnych lat...
  • Taka troszkę retrospektywna wiwsekcja ...
  • Akwarium - młodzieńcza fascynacja i dzień dzisiejszy
  • Akwarium - Rośliny
  • Akwarium - Ryby
  • Tour
  • Akwarium - kwiaty anubiasa i żabienicy - slajdy
  • Moje Pasje - Formuła 1
  • Materializm - słów o nim kilka


  • Taka troszkę retrospektywna wiwisekcja ...
     
     

    Znalazłem w czasie generalnych porządków domowych swoje własne rymy, które pisałem mając troszkę mniej lat, niż teraz. Były to oczywiście pewne nieudolne próby stworzenia pisanej formy uczuć, odczuć, które w tamtym czasie ogarniały moją jaźń...

    Nie wiem czy słusznie robię podając je do publicznej wiadomości, są one bowiem zapisem moich momentów wzruszeń i konieczności wyartykułowania niektórych podniosłych chwil, które „szarpały” moje serce.

    Mam tylko nadzieję, że Czytelnicy nie okrzykną mnie grafomanem – pamiętajcie bowiem o tym, że tak naprawdę pisałem to tylko dla siebie, a odnalazłszy je po wielu latach (taka troszkę retrospektywna wiwisekcja ...) – nie mam już nic do stracenia, a chociaż przynajmniej poczytam je sobie ponownie, ale teraz już przez internet (będę je powoli przepisywał z rękopisów).

    Proszę jednocześnie o  niewykorzystywanie tych poniższych rymów bez mojej zgody...

     

     



    Czy pragniesz ?

     

    Za nami nic ! Przed nami ocean najczystszych pragnień,

    Marmurowy kwiat przecinany żyłkami kolorowych wspomnień.

    Czy chcesz być tam, gdzie zaczyna się gorący strumyk

    Słonecznych, ożywczych nurtów opływających uczucia kamyk?

     

    Jeśli powiesz tak – jesteś już tam, przeniesiona marzeniem

    Moich dążeń, bezpiecznie rozkwitłym, tkliwym spojrzeniem.

    Zabiorę Cię w ogromny wszechświat miłości bez granic.

    Czasu nie pozostanie wiele, smutku – za nic !

     

    Narysuję żywymi kolorami tęczowych progów

    W oczach Twoich gładki szlak kochania, pozbawiony progów,

    Katarakt wystających z błękitnego pulsu morza,

    Falującego wraz z nami w górę, ponad przestworza.

     

    Że obiecuję? Nie! Wiem – właśnie tak być musi!

    Żadna siła ani mnie, ani ciebie, do tego nie skusi.

    Jedynie wszechwładne serce, bijące w twej piersi

    Odpowie – czy pragniesz ? ...

     

    Janusz Stankiewicz

    Warszawa 26.10.1981 r.



    Nie

     

    W sumienie zakradła się nutka niepokoju

    Palącego wnętrze oziębłego, podłego serca.

    Pozbyłaś się ckliwych westchnień, nastroju

    Prowadzącego wstecz od kochania kobierca.

     

    Przeplatane miłymi wspomnieniami moje marzenia

    Strąciłaś na dno pokryte obrzydliwymi robakami,

    Dręczącymi jak deszczowe gąsiennice. Sumienia

    Nie starczyło Ci nawet na chwilę pędzącą skokami.

     

    Życie nauczyło mnie takich doznań,

    Które kończyły się powrotem do realiów,

    Pełzających ciosów, upadków, konań,

    Ostrego reżimu bytu czerwonych Majów

     

    Walczyłem jak oni z obłudą, niewiarą

    Ale Ty stanęłaś na mej żmudnej drodze!

    Ocenić nie zdołałem Cię żadną miarą

    Gdy w tej chwili- miłości ściągnęłaś wodze.

     

    Koniec – to słowo z twych warg ponure

    Wypłynęło, cuchnącą ropą na utrapioną duszę

    Bijącą tylko dla Ciebie. Zasłony szare i bure

    Zaciągnęły się nade mną. Żegnaj. Odejść muszę...

     

     

    Janusz Stankiewicz

    Warszawa 27.10.1981 r.



    ...

     

    Jesteś przy mnie zawsze we śnie i na jawie,

    Wśród smutku i szczęśliwości, jasności i cienia,

    Tęczy kolorów i szarości życia. Dążenia

    Pędzące stadem stworzeń są tuż, tuż prawie

     

    W swej dłoni oplotę ręce spragnione miłości.

    Wzniesiemy je ponad głowy, ku górze

    Do uczucia wykutego w kamiennym marmurze,

    Ożywionego płomieniem gorącej radości.

     

    Popłyniemy na bezmiar morza kochania

    Żadna fala czy szkwał nie rozbije pirogi

    Będącej podstawą długiej dalekiej drogi

    Zmierzającej do celu – miłości pragnienia.

     

    Janusz Stankiewicz

    Warszawa 30.10.1981 r.


     

    ...

    Jesienny deszcz dzień trzeci pada niestrudzenie,

    Przechodzących ulicami ludzi osłaniają parasole.

    A mnie gdzieś w środku, we wnętrzu kole,

    Że stracę Ciebie, mojego serca mienie.

     

    Nie widziałem twych oczy, ust kolory.

    Zadaję sobie pytanie co się w duszy mami

    Co będzie kiedyś – w przyszłości z nami?

    Czy wszystko stracone? Czy jestem tak chory?

     

    Nie! To zazdrość okrutna sprawiła

    Byłaś przy mnie zawsze, w dzień i w nocy,

    Trzymałem ciebie w ramionach. Byłaś w mej mocy.

    A teraz cóż? Zdrada moją miłość spowiła.

     

    Jakże okrutne muszę cierpieć katusze.

    Nigdy nie wrócisz? Chyba to kłamstwo?

    Czy mogłabyś zrobić tak wielkie draństwo?

    A jednak – niestety – uwierzyć w to muszę.

     

    Przysięgam na bogi, że nigdy nie zginiesz

    Pozostaniesz na zawsze w mej duszy pamięci,

    We śnie i na jawie Twój obraz mnie nęci.

    Będziesz w mym sercu choćby i przeminiesz …

     

    Kiedy zaś odejdę w Charona głębiny dalekie

    Wraz z sobą zabiorę uśmiech twój promienisty,

    Słoneczny, jasny, cieplutki, soczysty.

    I zatrzymam przy sobie. Ja dziecko kalekie.

     

    Janusz Stankiewicz

    X. 1980

     


     

     

    ... 

     

    Nie powiem ufaj mi – to kłamstwo.

    Nie powiem kochaj mnie – to obłuda.

    Niczego nie pragnę otrzymać.

    Tak mało możesz mi dać.

    Liczę dni, które odchodzą daleko

    W pokrytą wrzodami przeszłość.

    Spotykam cię zawsze wtedy,

    Gdy nic nas nie łączy.

    Jak zbliżyć się do twych ust,

    Twego serca ściśniętego okowami

    Kamiennej dżungli.

    Czy tak dużo potrzeba do szczęścia?

    Chłodna ponura noc

    Spowiła twoje uczucia kobiety.

    Jesteś wszystkim i niczym.

    Jesteś słońcem i czeluścią piekła.

    Nigdy – czy aby naprawdę? –

    Nie zdołasz przełamać bariery

    Oddzielającej ciebie i mnie?

    Proszę, pozostań ze mną …

     

    Janusz Stankiewicz

    28.01.1982

     

     


     

     

    Lech

     

    Jesienne mgły ścielą się nad kartofliskiem

    Opadając z wypukłych kształtów drzew.

    Nad polami w oddali słychać ptaków śpiew,

    A kolorowe dzikie kaczki krążą koliskiem.

     

    Czubiaste bekasy siedzą w ziemi czarnej

    Dziobiąc niestrudzenie szukają pożywienia.

    Gdzieś tam w oddali stoi człowiek bez mienia,

    Szary, nieczłowieczy, w odzieży podartej.

     

    Walczył w siedemdziesiątym o ustrój upadły,

    Pokonały go jednak wielkie gwiezdne czołgi.

    Trupy przyjaciół rozjechały lśniące czarne wołgi.

    Na nic zdały się płacze, groźby, modły.

     

    Krwią poległych stłumiono bunt przedostatni,

    A w duszy została jeszcze jedna rana.

    Świeża. Zabić czerwonego tyrana!

    Wyleźć wreszcie z tej przeklętej matni.

     

    Ten człowiek chodzi i ziemię błogosławi

    Wypędzony – wróci po dziesięciu latach,

    Odbuduje Ojczyznę, oprze się na braciach,

    Ale jeszcze serce niebezpiecznie krwawi.

     

    Wymazać z pamięci tą krew tak czerwoną.

    Wymazać z lasów świata to państwo na wschodzie,

    Które spokoju nie daje, które okrutnie bodzie.

    I tę władzę męki robotników wielce spragnioną.

     

    Przez jesienne mgły przeciska się promień słońca.

    Jaśnieje niczym wyciągnięty palec boski.

    Może nadeszła chwila wolności dla Polski ?

    Może czas gehenny dobiegł już końca ?

     

     

    Janusz Stankiewicz

    X.1980

     

     


     

     

    Przyśpiewka

    (na melodię"Krakowiaczek ci ja")
     

    W tym pamiętnym roku chłodnym i deszczowym

    Pojawił się od Bałtyku wiaterek odnowy.

    Wiał tak przez rok cały z dołu, aż do góry -

    Ludzie z niej spadali jak nieżywe szczury.

     

    Zostały się jednak same twardogłowy,

    Nic ich nie porusza, nawet rytm odnowy.

    Dumali nad krajem stojącym nad dołem,

    Wymyślili program kręcący się kołem.

     

    W lipcu zjazd się zaczął pełen wątpliwości,

    Zaproszono członków, zagranicznych gości.

    Olszowski i Kania decydują razem

    Jak rozmawiać z ludem – pałką czy też gazem.

     

    Siedzą w fotelach czerwonych, rozmawiają z cicha,

    Czy wystarczy ludziom żytnia i zagrycha.

    Nie starczy, nie starczy, będzie nam za mało,

    jak nie będzie więcej, pójdziem po was śmiało. 

     

    W fotelu resortu siedzi pan Łakomiec

    Mówi nam, że z masłem, chlebem, mięsem – koniec.

    Żeby wszystko jeszcze bardziej nam zagrało

    Podwyższymy ceny, gdy wszystkiego mało.

     

    Teraz już na stole nic się nie znajduje

    Każdy patrzy na to, w brodę sobie pluje,

    Że zawierzył kilku czerwonym łachudrom,

    Bo okradli naród, zostawili gówno.

     

     

    Janusz Stankiewicz

    24.07.1981 r.

     

     


     

     

     ...


    Słońce zeszło z nieba prawie

    Światło świec jaśnieje w nawie.

    Dziś w kościele nastrój wzniosły

    Serca w młodych dziwnie wzrosły.

    Zofia, Czesław przed ołtarzem

    Wielki dzień to dla nich razem.

    Ksiądz udzielił sprawnie śluby,

    -Już mój jesteś drogi luby –

    Rzecze żona w tejże chwili,

    - Już mnie teraz nikt nie zmyli,

    Wykraść mi cię nikt nie zdoła.

    - Oj, ja biedny – młody woła –

    Przyszła na mnie teraz pora!

    Zadygotał wnet jak kora.

    Na to rzecze proboszcz z góry:

    - Wy przejdziecie w życiu mury,

    Ale zważcie moi mili,

    By się goście wam nie spili,

    Bo jak zawsze w naszym kraju,

    Każdy prędko bywa w raju.

    Nic z tych rzeczy – młody powie –

    Trzeba ufać swojej głowie,

    By nie popaść w nałóg wstrętny

    I by rozum nie był mętny.

    Tak to śluby otrzymawszy

    Młodzi szybko obejrzawszy

    Się na ołtarz Matki Bożej

    Wyszli przed się z nogi hożej.

    Nagle spadły nań pieniądze

    Wyzwalając wszelkie żądze.

    Druh i druhna się schylili.

    Oj, nie ładnie postąpili,

    Gdyż obyczaj narodowy

    Każe młodym schylić głowy.

    Potem w auto wsiedli razem

    I ruszyli pełnym gazem,

    A wraz z nimi gości kupa,

    Barwna jak cyrkowa trupa.

    W dom wjechali co się zowie,

    A orkiestra dość po słowie,

    Marsza prędko im zagrała:

    Chwała młodym, chwała, chwała.

    Nie zważając na dzień piękny

    Każdy rusza w dom ponętny.

    Gość przy gościu równo siada,

    Śpiewa, pije i zajada.

    Wódka polska wnet się leje,

    Już niejeden z żaru pieje.

    Gorzko, gorzko każdy gada,

    Młoda temu bardzo rada.

    Niech całusem się obdarzą,

    nowożeńcy o tym marzą.

    Wnet tradycji czynią zadość

    Pobudzając wspólną radość.

    Tak też dwie godzinki z hakiem

    Pili goście, gdy im makiem

    Z czupryn już powiało.

    Nic to jeszcze, wszystkim mało!

    Kiedy już popili zdrowo

    Wtedy słychać – polska mowo!

    Gada jeden przez drugiego

    Nic nie szczędząc i bliźniego.

    W słowach nikt już nie przebiera

    Woła, krzyczy – jasna cholera.

    Milkną wszyscy – cóż u licha

    Na stół wlazła wiejska kicha!

    Jest co pojeść i co popić

    Cóż więc dalej będziem robić?

    Wnet kapela z miłej chęci

    Do tańczenia śmiało nęci.

    Zatem goście chwiejnym krokiem

    Zeszli na dół tuż przed zmrokiem,

    A więc najpierw zgrabne tango,

    Słodkie niby chiński owoc mango.

    Zaraz potem ostra polka,

    co niektórych chwyta kolka.

    Jeszcze walczyk równie plecie,

    Jakże pięknie jest na świecie!

    Inni rumbę tańczą piękną,

    Nagle wszystkim nogi miękną.

    Trza by wypić to i owo,

    Aby tańczyć dalej zdrowo.

    Tak na piciu, żartach, pląsach

    Przeleciała nocka w pąsach,

    A nad ranem cóż innego! –

    Każdy woła – nalej jednego.

    Świt rozjaśnił nocne zorze

    To już koniec – o mój Boże!

    Przyszła chwila rozstań ciężka

    Już do domu? – Jakaż męka!

    Zatem buziak w rączkę, usta,

    Zbliża się godzina szósta.

    Żegnam wszystkie nasze panie

    Czas do domu na śniadanie.

    Jeszcze gość bekając szpetnie

    Młodym tak do ucha szepnie:

    Życie szybko wam przeleci,

    a za roczek – ha, ha, będą dzieci.

    Męskie grono tak w komplecie

    Coś bełkocze, gada, plecie,

    Jakieś waśnie czy przestrogi.

    Krewny wraca w dom ubogi,

    Bo bez forsy i krawata.

    Cóż okazja była warta,

    Aby stracić coś przy sobie,

    No, a potem – człowiek skrobie

    Do wypłaty tak biduje,

    Potem dalej się rujnuje

    Tracąc zdrowie, wdzięk, walory,

    Wlecząc się do domu chory .

    Jeszcze tylko drogi bracie

    Jeden kielich i po gnacie.

    Strzemiennego gdy wypito

    Rzecze jeden: trza kobito

    Wnet do domu wracać dziś,

    Kłaść się spać tak jak miś.

    Gdy wesele się skończyło

    (Było owszem bardzo miło)

    Do chałupki człowiek wraca

    Mlekiem leczyć swego kaca,

    Bo nasz zwyczaj każe srogi,

    By z wesela wracać błogi,

    W stanie różnym od trzeźwego,

    Wręcz pijany – mój kolego!

    I jęzorem każdy miele:

    Dokąd bracie – na wesele,

    A gdy wracasz, cóż mi rzekniesz?

    A z wesela – wolno bekniesz…

     

     

    Janusz Stankiewicz

    X.1980 r.

     

     


     
     

    Do L.

     

    Moja Ty mała białogłowo
    Na cóż mi Twoje czy moje słowo
    Kędy droga jest prosta i przejrzysta
    A nasza miłość jakże oczywista.

     

    Dawać siebie w przebrzmiałych krainach
    Ty i ja rozpoznawaliśmy się po swych minach,
    A serca radosne tęskniły ku sobie
    Całym czas myślał i wspominał po Tobie

     

    Och ptaszku śpiewający w lesistym zakątku
    Nie myślałem wcale o Twoim majątku
    Mój, przecudny i niebiański kwiatuszku
    Miłości mej cichej zaplątanej w wianuszku

    Dałbym z siebie wiele, azali wspaniałości
    Twego i lica i kibici urodziwej światłości
    Cudnym kwieciem. Myślisz, że dość zboża miele
    Młyn naszego życia, mój Aniele ?

     

     

    Janusz Stankiewicz

    Warszawa 3.07.2011 r.

     
     
     


    18 - 21 wrzesień 2005 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005