<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "2"

  • Konstanty Kostka
  • Pierwsi Partyzanci
  • O Lucynie Stankiewicz …
  • Godzina W - AD 2008
  • Kowno i Wileńszczyzna na pocztówkach
  • Olgierd Stankiewicz - Wspomnienia
  • Lot do Wilna
  • A jednak wszystko jest możliwe ...
  • Komorów na mapach cz. 1
  • Komorów na mapach cz. 2
  • Jenike, Starzyński, Puzio
  • Dwanaście złotych pszczół
  • Kresowy życiorys
  • Bożena Dobaczewska - "Przeszłość" ...
  • Henryk Radziszewski
  • Bohater z Marcinkaniec koło Grodna – ppor. Piotr Juralewicz
  • Moje narodziny - wiersze Joanny Piwońskiej
  • Nowogródczyzna - wspomnienia z AK - Olgierd Stankiewicz
  • Tragiczny los Gołogór
  • Rutkowski Tadeusz
  • Zdzisław Małaczyński
  • Wspomnienia Janusza Mischke o ojcu
  • Janina Ziarko - wiersze
  • Wspomnienia Karola Skury - uczestnika bitwy pod Monte Cassino
  • Uwagi dotyczące hasła Skalski herbu Szeliga w książce Wiktora Wittiga - Nieznana szlachta polska
  • Jan Szczepański - Wieś Radzice w okresie okupacji hitlerowskiej
  • Przeżyłam Kazachstan
  • Moja ciocia z Ravensbrück
  • Błagowieszczanka
  • Wspomnienia o moim dziadku Alfredzie Hamburgerze
  • Skawińscy herbu Rawicz
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938

  •   Nowogródczyzna - wspomnienia z AK
      Olgierd Stankiewicz

    „Kniaziew” – „Wacek”
             77 pp AK
    Zgrupowanie Nadniemeńskie „Kotwicza”
    I batalion „Zycha”
    II komp. „Bartka”
    II pluton „Wdowczyka”
    II drużyna „Gryszkina”


    Przedruk i kopiowanie tylko za zgodą Autora



    Olgierd Stankiewicz zapisał swoje wspomniena z lat młodości, którą spędził biorąc czynny udział w walkach partyzanckich w okresie II Wojny Światowej.
     
                            
     
                                                       ZA NIEMEN
     


    Mir, sobota – 29 maja 1943 roku. Przyjeżdża rowerem Boguś Różycki i zaprasza mnie na imieniny. Jedziemy rowerami do Malawszczyzny. U Bogusia w osadzie nikogo ze starszych, natomiast pełno młodzieży. Znajomi – Boguś, Tadek Frączkowski z Malawszczyzny i Janek Sosnowski z Mira. Poznaję:
    1. Kazika Szydłowskiego          - z pod Cyryna
    2. Ryśka Modzelewskiego         - z Baranowicz
    3. Zbyszka Kowalewskiego       -       --
    4. Jurka Ćwirko – Godyckiego  -       --
    5. Heńka Ławrynowicza            -       --
    6. Tadka Białosiewicza              -       --
    Tadzio Frączkowski jest ze swoją sympatią. Kochał się w Ziumie Pietkowskiej z Kryszyłowszczyzny ale bez wzajemności. Ziuma jest starsza od Tadzika, uważa go za zbyt smarkatego na sympatię. Ziuma już się maluje. Nasze koleżanki z Mira ani mogą myśleć o tym. Bractwo już pod gazem. Głośno. Siadamy i my do stołu. Jemy, pijemy samogon, czekamy na oficera z Baranowicz. Idziemy pojedynczo do stodoły bo ze wsi Zarzecze i Malawszczyzna widać kolonię p.Różyckich jak na dłoni. Drzewa wymarzły, krzewów mało.
    W stodole prezentacja posiadanej broni – i wielkie rozczarowanie. Tadek Frączkowski ma pistolet Walter – siódemkę, z dwoma magazynkami. Uzbrojenie reszty – jedno PPD bez bębna (magazynka) i kilka naboi.
     
     
     
    Wieczorem przyjechał z Baranowicz kapitan „Józef”. Ustawił nas wokół stołu. Zasłoniliśmy okna, zapaliliśmy świece i złożyliśmy przysięgę na krucyfiks.
    Kpt. „Józef” miał niewielką przemowę. „już czas, polska partyzantka, nasze ziemie”. Widząc u niektórych krawaty, mówi, że w partyzantce będziemy chodzić w zgrzebnych koszulach. Broń, umundurowanie i buty dostaniemy w oddziale ale lepiej byłoby mieć swoje. W końcu krótki instruktarz o obchodzeniu się z bronią: PPD ma bardzo słaby bezpiecznik, trzeba uważać mimo zabezpieczenia. Na dowód tego odciągnął zamek naszego PPD bez bębna, zabezpieczył, i uderzył kolbką w stół –
         B A A A C H !!!~
    Strzał wydał się uderzeniem pioruna w małym pomieszczeniu. Skąd wziął się nabój w komorze nabojowej? Przecież zamek automatu był spuszczony, PPD było bez bębna, przy odciągnięciu zamka nabój powinien być wyrzucony przez pazur. Pierwszy dowód na to, że broń raz w roku strzela sama. Kapitan „Józef” jest skonsternowany. Jakby nie było – kapitan, i tak nieostrożnie obchodzi się z bronią, i to w czasie instruktarzu. Kapitan stara się zbagatelizować incydent powiedzonkiem – „no sami widzicie”.
     
    Jemy jeszcze coś na stojąco, żegnamy się z pozostającymi – kpt. „Józefem” i sympatią Tadzika. Już po ciemku opuszczamy dom p. Różyckich. Jest tylko jeden wóz – Kazika. Niektórzy jadą, reszta idzie w kierunku lasu URWANT. Kazik i ktoś z Baranowicz idą na kolonie koło Urwantu po furmankę. Biorą furmankę i jedziemy teraz wszyscy. Jest nas dziewięciu.
     
    Traktem Horodziej – Mir jedziemy do lasu Pisarowszczyzna, za lasem skręcamy w lewo i polnymi drogami jedziemy do Żuchowicz. Kazik wie, że w Żuchowiczach nie ma Niemców.
    Przejeżdżamy w Żuchowiczach most na rzece USZA i jedziemy dalej w kierunku CYRYNA.
    Krajobraz staje się bardziej urozmaicony, więcej pagórków, lasków, parowów. Jest bardzo ciepło i pogodnie.
     
    Rozwidnia się, kiedy dojeżdżamy do kolonii SZANTYRY. Szantyry to trzy domy – kolonia położona w trójkącie między wsiami (zaściankami): Litarowszczyzna – Soplicowo – Horbatowicze. Zatrzymujemy się w zagrodzie stryja Kazika. Idziemy spać do stodoły. Śpimy do południa. Jest niedziela – 30 czerwca 1943 roku.
     

    Około południa idziemy pojedynczo na obiad. Pojedynczo – żeby ktoś nie zauważył większej grupy. Państwo Szydłowscy rozpytują mnie o rodzinę. Dowiaduję się, że p. Szydłowski to dobry znajomy mego ojca, w albumie u nas jest fotografia p. Szydłowskiego w mundurze wojskowym.
     
    Po południu kilku z nas idzie do czyszczenia przygotowanej dla nas broni. Reszta zaczyna skakać po słomie, robi się głośno. Pan Szydłowski przychodzi i ochrzania nas za to, że zachowujemy się jak smarkacze. Ogląda nasze wyposażenie. Ja zostawiam półbuty, dostaję trzewiki, czapkę i płaszcz.
     
    Zapada zmrok. Kazik powiada, że też idzie do partyzantki razem z bratem Witkiem i jeszcze dwoma kolegami. Wybieramy pseudonimy. Bierzemy broń i amunicję. Wychodzimy ze stodoły i siadamy w krzakach. Czekamy na dwóch kolegów Kazika. Wreszcie są, po ciemku nie bardzo widać kto to. Zaczyna padać deszcz.
     
    Idziemy w nocy w deszczu nieznanymi drogami. Prowadzi Kazik. Przychodzimy do jakiejś chaty gdzie czekają na nas dalsi kandydaci na partyzantów. Członkowie konspiracji wymieniają nasze PPD bez bębna na inne, z bębnem pełnym amunicji. Dowództwo obejmuje teraz podchorąży „Michał”
     
    Grupa nasza składa się teraz z 16 osób:
                                                                                            uzbrojenie:
    1. „Michał”                  - Kazimierz Popkowski             dziesiątka (SWT) i nagan
    2. „Bruzda”                  -    ? Wordaszko                         kb Mosin
    3. „Mucha”   - Leopold Chomicz        dziesiątka i
                                                                                                nagan
    4. „Leśniczy”               -    ?                                            kb Mosin
    5. „Wdowczyk”           - Kazimierz Szydłowski       dziesiątka i nagan
    6. „Feluś”                     - Witold Szydłowski                   kb Mosin
    7. „Staniszewski”         - Józef Czerniawski                   kb Mosin i
                                                                                                  nagan                                   
    8. „Kompani”    - Zdzisław Ladkowski        kb Mosin
    9. „Ryś”                        - Tadeusz Frączkowski       PPD i Walter 7,6
    10.”Żbik”             - Ryszard Modzelewski          kb Mosin
    11.”Gien”                     - Zbigniew Kowalewski                   kb Mosin
    12. „Zin”            -Jerzy Ćwirko-Godycki                       kb Mosin
    13. „Bury”                    - Tadeusz Białosiewicz                       --
    14. „Śledź”                   - Henryk Ławrynowicz                       -- 
    15  „Jur”                    - Jan Sosnowski                            --
    16 „Wacek”                 - Olgierd Stankiewicz                         --
     
    Amunicja – po ok. 20 szt. na kb, więcej na dziesiątkę, ppd – 72 szt.
    Pistolety – chyba po dwa magazynki. Granaty – brak.
     
    Idziemy dalej gęsiego, deszcz, który lał całą noc – ustał, jest mglisto. Dochodzimy do jakiegoś nie wykończonego domu. Tu będziemy „dniować”. „Gien” manipuluje pod ścianą przy karabinie. Nagle strzał w ciszy przedświtu. Chwila konsternacji. „Michał” uważa, że mgła tłumi odgłos strzału i myli kierunek, jest wcześnie, nikt nie zwróci uwagi na wystrzał, w pobliżu nie ma domów. W oddali – może ok. 500 m, majaczą kolonie. 
     
    W budynku okna zabite deskami, leży rozłożony do suszenia len. Układamy się do spania. Posterunek jest jeden – w cieniu wysokiej strzechy nad dołem na kartofle (pohreb). Kładąc się spać myślę, co będzie z moimi zębami. W domu często bolały. Teraz jestem przemoknięty, hulają przeciągi – a tu nie ma miejsca na choroby. (Tu dodam, że w ciągu całego pobytu w partyzantce, ani razu nie bolały mi zęby).
     
    Koło południa stoję na warcie. Mamy dwie lornetki – jedną teatralną ale dużą, drugą wojskową – dobrej jakości. Doskonale widać okoliczne chutory położone w odległości 500 – 700 m. od nas. Rozjaśnia się, okolica bardzo ładna, pagórkowata. Zmienia mnie „Feluś”. Zwraca uwagę, że zanadto wysunąłem się spod strzechy, mogą mnie widzieć. Broń na posterunku chowamy, ale gdyby ktoś obserwował, zorientował by się, że ktoś kręci się w opuszczonym domu. Tylko czy chciałby widzieć? W tych czasach lepiej było nie widzieć i nie wiedzieć za dużo.
     
    Po południu jemy zapasy zebrane przez kolegów z okolic Cyryna. Rozmowy dość zwiędłe, zimno, mokro. Palący kopcą samosiejkę.
     
    Dowiadujemy się, że „Bruzda” – starszy jegomość – 40 – 50 lat – jest porucznikiem. Wystraszony grożącym mu aresztowaniem postanowił pójść do partyzantki. Mało energiczny. Chce jakoś spokojnie przesiedzieć wojnę. Ojciec „Staniszewskiego” – pan Czerniawski – dzierżawi Tuhanowicze – te od Maryli Wereszczakówny.
     

    „Kompaci” jest półsierotą, ma bardzo złą macochę, nie daje mu żyć. „Mucha” jest właścicielem niewielkiego folwarku, ukrywał się. Ma chyba powyżej trzydziestu lat. „Leśniczy” jest leśnikiem z zawodu. Ubrany w mundur leśnika. Wiek ok. 35 lat. Zamknięty w sobie. Pracując w lesie miał kontakty z partyzantką sowiecką. Jest zagrożony z obu stron – Niemców i Ruskich. Bardzo spięty i czujny. Dobrze wyposażył się. Zabrał wszystko co potrzebne w wojsku.
     
    „Michał” – współwłaściciel mająteczku koło Horodyszcza, lat ponad 30, plt. lub sierż. podchorąży kawalerii. Bywał w Mirze, zna gorzelanego z gorzelni mirskiej.
     
    „Wdowczyk”, „Staniszewski”, „Jur” mają chyba po 19 – 20 lat. „Kompaci”, „Bury”, „Feluś” i ja – po 17 – 18 lat, „Ryś”, „Żbik”, „Gien” i „Zin” – po 16, najmłodszy „Śledź” – chyba – 15, może „z hakiem”.
     
    Zmierzcha się, wychodzimy na drogę w zagajniku i czekamy na furmanki po które poszedł „Wdowczyk” z kolegami. Przyprowadzają cztery fury bez furmanów. Ładujemy się i jedziemy. Mamy rozkaz, aby przejeżdżając przez wieś trzymać broń tak, żeby była widoczna z chat. „Staniszewski” mówi, że właśnie mijamy jezioro  ŚWITEŹ,
    ale w nocy nic nie widać. Błoto straszne, zwłaszcza we wsiach, konie ledwie ciągną.
     
     Przed świtem wjeżdżamy do lasów z piaszczystym gruntem. Tu błota nie ma ale piach hamuje jazdę. Świta, pogoda ładna, świeci słońce. Schodzimy z furmanek, zawracamy konie i popędzamy. Ruszają w stronę swych domów. Albo dojdą same aż do domów, albo właściciele dowiedzą się gdzie są, i odbiorą. „Wdowczyk” i „Staniszewski” twierdzą, że konie dojdą aż do domu o ile ktoś nie przejmie ich po drodze.
     
    „Michał” informuje, że niedaleko są tory kolejowe Baranowicze – Lida, gdzieś w okolicy stacji kolejowych DWORZEC – WYGODA. Mamy czekać do nocy i w nocy przejść tory. Proponuje żeby „Śledź” udawał pastuszka który zgubił krowy i szedł drogą a my pójdziemy ścieżką obok drogi. „Śledź” oddaje karabin, zdejmuje buty, i boso, z gałązką w ręku idzie środkiem drogi. Gdyby zobaczył coś, ma dać znak. My idziemy gęsiego wzdłuż drogi.
     

    Po godzinie dochodzimy w pobliże torów, słychać gwizd i odgłos przejeżdżających pociągów. Wchodzimy głębiej w las. „Śledź” już dołączył. Siadamy i cicho czekamy nocy. Upał coraz większy, chce się pić. Zapasy już wypite. „Ryś” idzie na obserwacje torów, pociągów, patroli. Siedzi na obserwacji ze dwie godziny. Pić się chce niesamowicie, las jest zupełnie suchy. Wraca „Ryś”, mówi, że patrole chodzą przed przejazdem pociągu. Potem nikogo nie ma. Las jest wyrąbany na 50 – 100 m. po obu stronach toru. Linia dwutorowa.
     
    Jest około czwartej po południu. „Michał” podejmuje decyzję – przechodzimy tory zaraz po przejściu pociągu. Zbliżamy się do wyrębu. Czekamy na pociąg, chodzą dość często. Wreszcie ruszamy biegiem. Te 200 metrów biegniemy rojem, nie można rozciągać się. Przeskakujemy tory. Nikogo nie widać.
     
    Zbieramy się po drugiej – zachodniej stronie dla złapania oddechów po biegu i z emocji. Idziemy do najbliższej wioski, pierwsze to pić! Kobiety wynoszą mleko, ale to za mało, pijemy wodę, kwaśne mleko, kwas chlebowy, wszystko co mokre. Jemy trochę. Bierzemy znów cztery furmanki i ruszamy na noc.
     
    Pogoda ładna, ciepło. Jedziemy jakimiś bocznymi drogami, mijamy tajemnicze krzyże na rozstajnych drogach. Prowadzi „Michał” z „Wdowczykiem” i „Staniszewskim”. Miejscowego przewodnika nie braliśmy. Mimo nocy i dość zawikłanych dróg jedziemy dość pewnie. Jestem pełen podziwu dla prowadzących. Jak oni orientują się  w tej gmatwaninie dróg, na bezludziu. Przecież żaden z nich nie był w tych stronach. O ile dobrze pamiętam, szosę Nowogródek – Nowojelnia – Zdzięcioł – Słonim przejechaliśmy między Nowojelnią a Zdzięciołem.
     
    Noc krótka, o świcie zatrzymujemy się w małym lasku, zdaje się, że parę kilometrów od wsi o litewskiej nazwie (Jatwież? Pogiry? Jatra przed torami?) Jemy śniadanie, rozprzęgnięte konie pasą się. Śpimy, czekamy, wartujemy na skraju lasku. Pod wieczór ruszamy dalej, na północ w kierunku Niemna.
     
    Jest jeszcze dość ciemno kiedy schodzimy z furmanek, zawracamy konie, popędzamy do domu a sami idziemy wgłąb lasu. Ten las był, zdaje się, w okolicy Zaczepicze – Nahorodowicze.
     

     Zasypiamy na ziemi. Jest sucho i ciepło. Nie wiem nawet czy ktoś czuwa, chyba tak.
    W nocy idziemy do wsi NIESIŁOWCE = NIESIŁÓWKA = położonej w widłach Niemna i  Mołczadzi. To szósta noc od wyjścia z Malawszczyzny, czyli nad ranem jest 4 czerwca 1943 r
     
    We wsi Niesiłowce (Niesiłówka) ma czekać łącznik który poprowadzi nas do Oddziału. Wchodzimy do kilku chat, rozmawiamy po rosyjsku, białorusku i po polsku. Żeby nie zdradzić zagrody w której jest punkt kontaktowy, rozchodzimy się po całej wsi, prosimy o jedzenie. Dostajemy chleb, słoninę, sery. Łącznika nie ma. Gospodarz który jest w konspiracji i zna hasło, ma dać znać do Lidy, że jesteśmy.
     
    Bierzemy żywność i idziemy do szosy nad rzeką Mołczadź. Niedaleko Mołczadź wpada do Niemna. Po drugiej (północnej) stronie Niemna jest miasteczko BIELICA i wieś KRASNA. My jesteśmy na lewym, tu – południowym brzegu Niemna.
     
    W szopie jest trochę starego siana. Wystawiamy dwa posterunki i śpimy. W dzień – czyszczenie broni. Szmaty, pakuły, szczołocz, oliwę, smar – mają tylko „Wdowczyk” i jego koledzy. Pożyczmy, i doprowadzamy broń do porządku. Potem idziemy myć się w Mołczadzi. Nie mamy mydła, ręczników. Mydło pożycza „Leśniczy”, wycieramy się koszulami. Tylko „wdowczyki” mają to co trzeba. W czasie kąpieli za głośno – uspakajają nas.
     
    Zbieramy wszystkie dokumenty – „Michał” przekazuje je gospodarzowi z konspiracji. Ten ma je zakopać w garnku lub słoju. Kiedyś je odbierzemy. (do 1992 r to nie nastąpiło).
     
    Chyba drugiego dnia pobytu w szopie stojący na warcie „Bury” strzela. Wybiegamy okrążając szopę. Na łące jacyś ludzie, ale daleko – 200 – 300 m. Strzelamy w ich kierunku, podnoszą ręce do góry i idą do nas. Okazuje się, że to cywile, mieli tu coś do roboty czy też wybrali się na grzyby.
     
    Puszczamy ich wolno a sami przenosimy się w zarośla parę kilometrów od szopy, niedaleko Niemna. „Michał’ chwali „Wdowczyka” – dobrze się spisał. „Wdowczyk” był w Strzelcu, ma przeszkolenie wojskowe, dobrze strzela, jest odważny.
     

     „Michał” mówi, że woli mieć niedorostków niż starszych. Młodzi mniej myślą o sobie.
     
    Nocą idzie patrol do Niesiłowic. Wyolbrzymiona plotka o incydencie. Cywile określili nasz Oddziałek jako ruską partyzantkę. Byli w niej Żydzi bo rozmawiali po polsku. Prawdopodobnie w Bielicy na posterunku białoruskiej policji – popłoch. Myśleli, że to napad na nich, słyszeli serie z karabinów maszynowych (u nas nie było).
     
    Ponieważ strzelanina była w biały dzień – Oddział był bardzo duży, inaczej nie ośmieliłby się pokazywać pod bokiem policji.
    W Niesiłowcach patrol nasz spotyka uzbrojonych ludzi. Na zapytanie – kto wy? odpowiadają: siemiejnyj otriad. To Żydzi ukrywający się przed Niemcami. „Wdowczyk” ma refleks! Kiedy pytają – kto my, odpowiedział Otriad im. Stalina po asoboj zadaczi, czyli oddział im. Stalina w specjalnej misji. Rozeszli się każdy w swoją stronę.
     
    W dzień opalamy się nad Niemnem, przysmażamy na patykach słoninę. W nocy ulewny deszcz przemoczył nas do nitki. „Michał” decyduje powrót do szopy.
     
    Wreszcie jest łącznik, podoficer Marynarki Wojennej, mieszka w Lidzie, pseudonim „Mewa”. On nas poprowadzi do Oddziału. Konspirator z Niesiłowicz  przeprawia nas przez Niemen łódką. Obraca kilka razy. Idziemy do wsi KRASNA po żywność i furmanki.
     
    Jedziemy całą noc bocznymi drogami unikając wsi. Przejeżdżamy przez most na Lebiodzie, przejeżdżamy wieś BRAŃCE i zatrzymujemy się na dzień w lesie obok miasteczka Żołudek. Niedaleko jest lotnisko polowe (aerodrom) które budowali Rosjanie. Niemcy zbombardowali je rankiem 22.6.41r. teraz jest nieczynne.
     
    Cały dzień siedzimy w lesie. Do Żołudka chyba ze dwa kilometry. „Mewa” opowiada cudy – niewidy o swojej służbie w Marynarce Wojennej a potem Handlowej. Jak w Gdańsku przebił sztyletem drzwi restauracji i plecy SA – mana, jak wyrzucano talerze i sztućce za burtę po jedzeniu, jak przenosił spirytus w portach amerykańskich, itd., itp.
     
     
     
    Niemcy za incydent w Gdańsku szukają „Mewy” a on sobie z tego nic nie robi. Słuchaliśmy z otwartymi gębami. W dzień przychodziło do lasu sporo ludzi. Zatrzymujemy wszystkich. Rodziny idą szukać bliskich, zatrzymujemy i tych. Pod wieczór jest chyba ze 30 osób zatrzymanych. 
     
    Zapada zmrok. Zwalniamy zatrzymanych cywilów i ruszamy w drogę w kierunku SZCZUCZYNA. Przejeżdżamy linię kolejową Lida – Grodno, a potem szosę Lida – Szczuczyn. Miejscowości nie pamiętam, chyba omijaliśmy je. Skręcamy do dużego lasu, robimy kilka zakrętów po leśnych drogach i zatrzymujemy się w gęstwinie.
     
    Można rozpalić ognisko. Drzemiemy, czekając na łącznika ze Szczuczyna. Wreszcie zjawia się młody, b. przystojny chłopak 18 – 20 letni, salutuje i mówi „czołem obywatele!”. Łącznik „Świerk”vel „Niekrasow” zaprowadził nas do leśniczówki TOPIELISZKI.
     
    Śpimy w stodole cały dzień. Pod wieczór przychodzi po nas patrol z Oddziału pod dowództwem „Sołowjowa” – „Słowika”. Zbieramy się na łące. „Słowik” wtajemnicza nas w życie Oddziału. Na buty i mundury nie ma co liczyć. Zupa, za którą tęsknimy, jeszcze nam gardłem wylezie. Broni zapasowej – niewiele, i tylko Mosiny.
     
    Wieczorem ruszamy do Oddziału. „Świerk” idzie z nami, „Mewa” został w Topieliszkach. Na kolonię gdzie stacjonuje Oddział przyszliśmy nad ranem w niedzielę 13 czerwca 1943 r. Poznajemy nowych kolegów. Zaczynają się opowiadania, my o strzelaninie pod Bielicą, oni o akcji sprzed tygodnia gdzie w walce z ruską partyzantką poległ brat „Siniczkina” – „Smirnow”.
     
    Nas nazywają „grupą baranowicką”. „Siniczkin” – „Sęk” potwierdza, że jego brat „Smirnow” – Edmund Siemaszko poległ między 3 i 6 czerwca 1943r a my przyszliśmy tydzień po tym.
     
     Do Oddziału dołączyliśmy na pewno w niedzielę, bo na niedzielę wziął urlop „Bulbow” – o czym dalej. Brat poległego „Smirnowa” – „Siniczkin” jest jeszcze przybity stratą. Odnosimy się z szacunkiem do jego bólu. Ranny w tej akcji był „Korobkin” – leczy się teraz na melinie. „Smirnow” został pochowany w Starych Wasiliszkach.
     
    „Michał” poszedł do dowódcy Oddziału – „Puszczyka” na naradę.
     

    Przewożą broń, trochę amunicji, płaszcze rosyjskie (szynele), czapki rosyjskie – pilotki (łódki, furażerki). Wymieniamy karabiny na lepsze, dostajemy trochę amunicji. Granatów b. mało. Ja biorę szynel długi – służy też za koc, i pilotkę. W stodole śpiewy. Słyszę nie znaną mi dotychczas piosenkę „Do polskiego wojska chłopców zaciągają…”.
     
     Korzystając z wolnego czasu pytam „Niekrasowa” – „Świerka” o nie spotykane „czołem obywatele”. Mówi, że jest grupa chcących naśladować Legiony – tam mówiło się per Obywatelu.
     
    Wyprzedzając zdarzenia – jeszcze raz wprowadzono zwracanie się per „obywatelu” na Szkole Młodszych Dowódców AK w Prudziszczu (maj 1944r). Powiedział mi o tym „Waldemar” – Marian Wilkin.
    Mamy wreszcie na obiad upragnioną zupę. Na drugie kartofle i kawałek mięsa gotowanego w zupie.
     
    U „Puszczyka” jest „Michał”, szef Oddziału „Pietrow” i pisarz Oddziału „Szuryn”. Naradzają się nad nowym podziałem Oddziału.
    My poznajemy kolegów. Pamiętam niektórych:
    1. „Puszkarow” – Dowódca Oddziału, „Puszczyk” – Jan Skorb por.
    2. „Jeżow”         - Z-ca Dcy Oddziału
    3. „Pietrow”        - Szef Oddziału, „Piotr” – Piotr Kapica sierż.
    4. „Kreczetow”   - Lekarz – Stefan Goebel
    5. „Szuryn”         - pisarz w Oddziale
    6. „Longin”         - ze Szczuczyna, pracownik Sądu w Szczuczynie
    7. „Kowalow”     - podoficer policji polskiej – „Kowal”
    8. „Żukow”         - chyba plutonowy – „Żuk”
    9. „Bieły”            - kpr. Karol Szostak – „Jastrząb”
    10. „Sołowiow”    - Jerzy Hajdukiewicz     - „Słowik”
    11. „Gryszkin”     - Józef Sienkiewicz        - „Grysza”
    12. „Siniczkin”     - Tadeusz Siemaszko    - „Sęk”
    13 „Orłow”           - Józef Baranowski       - „Orlik”
    14. „Murawiow”  - Antoni Baranowski     - „Mrówka”
    15. „Bulbow”       - ? ze Szczuczyna          - „Bulba”
    16. „Makarow”    - Leopold Styczyński     - „Cygan”
    17. „Fiedia”          - Witold Fiedosiewicz   - „Fiedia”
    18. „Siwy”            -   ?
    19. „Sokołow”      -   ?
    20. „Winogradow” - ? chyba z Żołudka
    21. Kucharz – pseudonimu nie pamiętam
    Nas dołączyło 16. Razem Oddział liczył około 50 osób, mieściliśmy się w jednej stodole.
     
    Oddział używa ruskich pseudonimów i udaje ruską partyzantkę aby uniknąć odwetu Niemców na ludności Polskiej. Ciekawe, że jednocześnie od 1 maja 1943r Dowódca Oddziału zmienił ruski pseudonim „Puszkarow” na polski – „Puszczyk”. Śmieszne jest, kiedy lekarz „Kreczetow” lub „Kowal” nie umiejący ani słowa po rosyjsku lub po białorusku, usiłują mówić po rosyjsku.
     
    Poza tym nosimy orzełki. My z „grupy baranowickiej” musimy wybrać sobie ruskie pseudonimy. „Ryś” wybiera „Smirnowa” po poległym bracie „Siniczkina”. „Jur” – „Pantiejew”, ja – „Kniaziew” – od nazwiska rosyjskiego jeńca z którym pracowałem na traktorze w Mirze. Innych nie pamiętam.
     
    „Gryszkin” jest moim informatorem, dużo wie, przyszedł do Oddziału – wtedy „Pietrowa” – jeszcze w 1942 r. Mówi, że z ruską partyzantką mieliśmy umówione hasło: Grodno – granata (Grodno – granat). Teraz stosunki się popsuły (wyjście z Rosji Andersa, Katyń?). Ostrzelali nas parę tygodni temu, zabili „Smirnowa”.
     
    Ruscy w swoich oddziałach mają hasła (parole) liczbowe. Jeżeli hasło jest np. 7, zatrzymujący woła: stoj, parol tri. Jako odzew trzeba podać: parol czetyrie tak, żeby razem było siedem. Jeżeli parol jest większą liczbą, trudno zaskoczonemu policzyć, a nie wszyscy są dobrymi matematykami. Wtedy rugają się, i tak rozpoznają swoich.
     
    „Ryś” oddaje swoje PPD „Michałowi” a bierze dziesiątkę – SWT – Samozariadnaja Wintowka Tokariewa. Dziesiątka dlatego – że magazynek mieści 10 nabojów. W zasadzie „dziesiątka’ strzela pojedynczym ogniem tylko przeładowuje automatycznie. W Oddziale podpiłowują bezpiecznik, język spustowy sięga dalej do tyłu i nie zatrzymuje automatyki po każdym strzale. Można strzelać krótkimi seriami. Nasi zaraz przerabiają swoje dziesiątki na strzelanie seriami.
    Po obiedzie zbiórka. Pisarz spisuje nasze pseudonimy i ogłasza nowy podział Oddziału. Powstają dwa plutony po dwie drużyny i „czapka”.
     
    Organizacja Oddziału „Puszczyka” w dniu 13.6.1943r:
     
    Dowódca Oddziału             - por. „Puszczyk”
    Zastępca Dowódcy             - plut. albo sierż. „Jeżow”
    Szef Oddziału                     - sierż. „Pietrow”
    Pisarz                                  -   ?      „Szuryn”
    Lekarz                                 -   ?  „Kreczetow”
    Sanitariusz                          - szer. „Kniaziew”
    Kucharz                              - szer.         ?          (pseudonimu nie pamiętam)
    I pluton                             - Dowódca pchor. „Michał”
         I drużyna – d-ca kpr. „Kowalow”
        II drużyna – d-ca kpr. „Bieły”
    II pluton                           - Dowódca plut.? „Żukow”
       III drużyna – d-ca  ? „Bubnow” ?
       IV drużyna – d-ca  ? „Longin”  ?
     
    Jeszcze w szopie pod Bielicą „Michał” wypytywał nas o miejsce pochodzenia, rodziny itp. Zwierzyłem się, że mój ojciec jest plutonowym sanitariatu z I bat. sanitarnego w Warszawie na Powązkach. Że od Ojca nauczyłem się robić opatrunki, że widziałem jak ojciec sam sobie robi zastrzyki itp.
     
     W czasie nowego podziału dotychczasowy sanitariusz poprosił o przeniesienie do drużyny a na jego miejsce „Michał” wpakował mnie. Wkrótce wiedziałem dlaczego uciekł od lekarza poprzedni sanitariusz. Doktor obarcza sanitariusza całym majdanem, pudłem z narzędziami chirurgicznymi, lekarstwami, opatrunkami a do tego drugą torbą z osobistymi manelami.
     
    Koledzy radzą żeby zameldować się z zażaleniem na lekarza do „Puszczyka”. Rozmawiam z „Michałem”, obiecuje przenieść mnie przy najbliższej okazji – teraz muszę pocierpieć.
     
    Uzbrojenie Oddziału w dniu 13.6.1943r:
     
    3 RKM                - jeden Diegtiarew  -  „Fiedia”
               - jeden „Tankawik”  - „Orłow”
                               - jeden „Tankawik” bez muszki (bocian) – „Sokołow”
    4 PPD                   - Puszczyk, Michał, Pietrow, Żuk
    10 dziesiątek         -Wdowczyk, Smirnow (Ryś), Mucha, Sołowiow,                                        S                              Siniczkin, Kowalow,
                                    Kreczetow, Bieły, Gryszki, Jeżow
    ok. 30 kb Mosin
     

    ok. 20 pistoletów – Nagan, Walter, TT
    ok. 30 granatów
    (tankawik –to RKM wymontowany z czołgu albo samochodu pancernego. Miał grubszy i mniejszej średnicy dysk niż  Diegtiarow).
    PPD – zwane „finką” – Pistolet Pulemiot Diegtiarewa – Rosjanie wyprodukowali po doświadczeniach w wojnie z Finami – stąd – finka.
    Było 2 typy PPD – jeden – starszy – miał dysk z szyjką, nowszy – bez szyjki (dysk w tym nowszym typie wchodził w szczęki – tak, jak w PPSz.
     
    Późne popołudnie, słoneczny dzień. „Pietrow” – szef, zebrał koło ganku kolonii grupkę słuchaczy. Pokazuje wieżę kościoła w Szczuczynie oświetloną już nisko stojącym słońcem (jesteśmy na zachód od Szczuczyna). Odległość, na oko, ok. 5 km. Mówi: na wieży kościelnej jest posterunek niemiecki ale my ich widzimy, a oni nas – nie.
     
     Nagle alarm! W pośpiechu zbieramy się i biegniemy dwoma grupami przez jakieś zarośla. Naszą grupę prowadzi „Pietrow”. Po drodze dowiaduję się, że oddział żydowski aresztował „Bulbowa” który pojechał rowerem na przepustkę do Szczuczyna. „Pietrow” – mężczyzna gruby, sapie, prycha, wreszcie zatrzymuje naszą grupkę, sciąga portki i rżnie kupę. Starsi koledzy mówią, że tak bywa z „Piotrowem”. Dobiegamy do drogi. Żydów już nie ma. Idziemy do wsi.
     
    U gospodarza, żołnierza z września 1939r jesteśmy z doktorem. Gospodarz ma mundur sukienny, dość znoszony – ale polski. Wymieniam swoją marynarkę na ten mundur.
     
    Wracamy na melinę a tam już jest „Bulbow”. W oddziale żydowskim był znajomy ojca „Bulbowa”. Wypuścili więc „Bulbowa”, zabrali mu tylko rower i nagan.
     
    Wieczorem ruszamy w drogę. Idziemy na nową melinę – „garadok” Nr 1 czy 2. Było tych „garadków” kilka. Całą noc leje deszcz. Błoto. Idziemy polnymi drogami. Przemakają płaszcze i buty. Przychodzimy na kolonię, idziemy do stodoły. „Pietrow” daje każdemu po kubeczku samogonu dla zapobieżenia przeziębieniu.
     

    Śpimy na resztkach słomy. Nazajutrz „Kowalow” prowadzi szkolenie w stodole. Czyszczenie, rozbieranie i składanie broni, celowanie „na sucho”. Pouczenia, że bez broni nie wolno nam chodzić pod żadnym pozorem. Nawet w krzaki za swoją potrzebą iść należy z bronią i amunicją. Alarm może być w każdej chwili. Nie będzie czasu na szukanie karabinu i naboi.
     
    Na melinach – „garadkach” nie siedzimy długo, dzień, najwyżej dwa, i przemarsze 20 – 30 kilometrów. Po przemarszach – obowiązkowy kubeczek samogonu wydzielany przez „Pietrowa”. Sam „Pietrow” też lubi wypić.
     
    „Pietrow” jest rubaszny, język ma niewyparzony, nie lubi paniczyków. Jest osadnikiem wojskowym czy też zawodowym podoficerem. Przed wymarszem komenderuje: w prawo zwrot, bałaganem za mną marsz! Wyraża się soczyście i kwieciście. Jego powiedzonka: „kto ze strachu umiera temu bździnami dzwonią”, i podobne.
     
     Albo powodujące wręcz osłupienie: „Panie Jezu, podnieś swoją świętą nogę i kopnij tego … żeby wiedział gdzie ma patrzeć stojąc na warcie”, czy – „a gówno Ojca Świętego, pokrajane w plasterki, sproszkowane i powrotem do Rzymu odesłane”
     
    Wędrujemy między Szczuczynem, Wasiliszkami, Papiernią, Wawiórką do szosy Lida – Grodno. Obiady gotuje kucharz, mało sympatyczny i dość niechlujny, ale kucharzowania nikt inny nie chce się podjąć. Na śniadanie i kolację kawa nie słodzona i to, co kto sobie „zdobył”, wyprosił czy podwędził. Doktor słodzi kawę sacharyną, pytam gdzie dostał. Okazuje się, że można zamówić przez łącznika – kupią. Pieniądze będą z żołdu. Więc dostaniemy żółd!
     
    Po kilku dniach „Michał” mówi naszej grupie, że można napisać krótkie listy do domu. Piszemy na malutkich skrawkach po parę słów. Żadna z naszych rodzin tych listów nie dostała. Podziwiałem organizację, łączność, konspirację w czasie naszego marszu z pod Cyryna do Szczuczyna. Nie wiem dlaczego doręczanie listów stanowiło problem do nie zrealizowania. Pewno ktoś uznał to za mało ważne.
     

    Wkrótce po naszym przybyciu do Oddziału przychodzimy na „garadok” w pobliżu Szczuczyna. Przyjeżdża ze Szczuczyna „Wiesław” – komendant Obwodu Szczuczyn. Wysoki, czarny, choleryk. Zbiórka Oddziału w stodole która jest na razie prawie pusta. „Wiesław” oznajmia, że pójdziemy rozbić posterunek żandarmerii niemieckiej w Szczuczynie. Zostanie tylko ochrona meliny i chorzy. Pyta – kto na ochotnika – występują wszyscy.
     
    Wybiera. „Siniczkin” jest chory, ma wrzód na nodze, nie może chodzić, ma zostać. „Wiesław” każe mu oddać komuś dziesiątkę. „Siniczkin” odmawia. „Wiesław” błyskawicznie wyciąga pistolet, mierzy w „Siniczkina” i plask! Niewypał, ale w stodole jakby grom uderzył. „Puszczyk”, „Jeżow”, „Michał” rzucają się do „Wiesława’, uspokajają.
     
    Nie pamiętam, czy „Siniczkin” oddał swą dziesiątkę, czy nie. Ważniejsze jest wrażenie. To w polskiej partyzantce Polak do Polaka może strzelać z tak błahego powodu? Czemu rozkazu nie wydał „Puszczyk” nasz bezpośredni dowódca? Ten wiedział o tragedii którą niedawno przeżył „Siniczkin”. Jesteśmy wstrząśnięci do głębi, zdenerwowani w najwyższym stopniu.
     
    Wreszcie Oddział wyrusza. Ja zostaję z „Siniczkinem”. Stoimy na warcie całą noc bo jest nas 4 czy 5. „Siniczkin” opowiada o swoim domu gdzieś pod Zdzięciołem, obławie niemieckiej, spaleniu domu, ucieczce do lasu, spotkaniu z ruską partyzantką, pobyt w ruskiej partyzantce i wreszcie o rajdzie we czterech („Siniczkin” z bratem „Smirnowem” i braćmi stryjecznymi „Murawiow” i „Orłow”) z pod Zdzięcioła przez okolice Nowogródka, przeprawie przez Niemen pod Bielicą i odnalezieniu Oddziału Puszczyka.
     
     Wszystko to bez łączności, haseł, pomocy. U ruskich słyszeli tylko, że są polskie oddziały partyzanckie. Ruscy nazywali „biełyje”, „biełopolaki” lub „legioniery”.
     
    Jeden z tych, którzy pozostali na melinie zna Szczuczyn. Opowiada, że żandarmeria mocno chroniona. Prawdopodobnie w Szczuczynie jest blisko 200 Niemców, białoruskiej policji i innych służb. Obok w pałacu – też Niemcy. Lotnicy?
     
    Jeśli w Szczuczynie są takie umocnienia jakie widziałem w Mirze, to szanse naszych są więcej niż nikłe.
     
    Czekamy na odgłosy bitwy, nic nie słychać. Nad ranem Oddział wraca z niczym. Słyszałem, że potem kilka razy przymierzano się do zdobycia Szczuczyna. Wreszcie w maju 1944 r doprowadziło to do tragedii.
     
    Kilka dni po tym „Siniczkin” za poradą „Longina” pisze do Okręgu, do „Borsuka”, zażalenie na „Wiesława”. Podpisujemy się jako świadkowie. „Ryś” odmawia podpisu. Wiesław został przeniesiony do Lidy ale Puszczyk mówił po wojnie, że nie z powodu incydentu z „Siniczkinem”.
     
    Stoimy w „garadku” koło SZEJBAKPOLA. Nazwa taka egzotyczna, że zapamiętałem ją. Przychodzi tu do Oddziału „Blaszkin” (Stanisław Ożyński – Gasztoft). „Pietrow” zalicza go do paniczyków zabiera jeden pistolet, dodaje kilka złośliwości i nadaje mu ten, dość dwuznaczny pseudonim.
     
     Na tej melinie zachorowałem, wymioty, bóle brzucha. Lekarz podejrzewa ślepą kiszkę. Puszczyk zabiera mnie do domu gdzie kwateruje, każe położyć się do łóżka. Z powodu temperatury jak przez sen słyszę rozmowę „Puszczyka” z miejscową panną. Lekarz daje mi jakieś tabletki. Wieczorem ruszamy. „Puszczyk” każe mnie wziąć na wóz którym „Pietrow” wozi swoje dobra, kotły, amunicję, żywność, bimber, jakieś manele no i swoje ciało, bo choć dobry piechur – lubi podjechać.
     
    Znów idziemy w nocy, zatrzymujemy się koło zabudowań w lesie. Przy studni pijemy wodę ze składanego, niemieckiego kubeczka „Gryszkina”. Mamy ukarać donosiciela czy po prostu „za dużo mówiącego”. Mogą go rozstrzelać.
     
    Słychać jęczące prośby, potem łupu, łupu! Bity zaczyna okropnie krzyczeć. Darowano mu życie, ale przestroga jest okrutna, może dlatego, żeby uświadomić winnemu, że to nie przelewki, że to tylko krok od kuli. Z reguły zdrajców, donosicieli, bandytów, rabusiów, karze się śmiercią.
     
    Parę dni potem przyjeżdża „Świerk” (Bolesław Misiuro) z „Gorkinem” – „Górą” (Jerzy Kuligowski).
     
    Przywożą rewolwer Colt, bębenkowiec, wagi ze 2 kilogramy, długości chyba 30 cm, kaliber z 15 mm. Naboje dorabiane z łusek
     

    Mauzera, kule ołowiane. Należał do bandyty znanego w całej okolicy. Zabił on i obrabował wiele osób.
    „Świerk” i „Góra” jechali nocą z „zagranicy”. Granica oddzielała tereny włączone do Rzeszy od Ostlandu. Dziembrów, Ostryna, Nowy Dwór, Skidel – były już za granicą, a spraw do załatwienia w tamtych stronach było dużo. Jadący drzemali, mieli ukryte w słomie 2 PPD.
     
     Nagle koń zatrzymuje się. Poganiają – nie idzie, orientują się, że ktoś trzyma konia za uzdę. Pytają: Kto tam i słyszą – zaraz zobaczysz! Już wiedzą! Ostrożnie odciągają zamki swych PPD. Bandyta trzyma konia za uzdę więc jest z wozu niewidoczny. Ale „Świerk” podnosi PPD – i plask! Niewypał. Bandyta odskakuje od konia a wtedy „Góra” serią kładzie go trupem. Jeśli banda była większa – to zwiała. Jeden – najgroźniejszy - został.
     
    Idziemy do leśniczówki Topieliszki, rozkładamy się w krzakach. „Longin” opowiada o Szczuczynie – jakie to piękne miasto. Przychodzi łącznik, przynosi pieniądze – marki. Dostajemy pierwszy żołd – ja chyba 15 marek. Zamawiamy sacharynę, pastę do butów, mydło itp. Po paru dniach otrzymujemy dostawę.
     
    „Gryszkin” opowiada o zamachu na burmistrza czy zastępcę burmistrza w Lidzie, zaciętego wroga Polaków. Na akcję poszli „Żuk” i „Gryszkin”. Dostali fotografię burmistrza i widzieli go przez okno meliny. Mieli po dwa pistolety – „Gryszkin” TT i Nagan, „Żuk” – Parabellum i Nagan. (Nagany były niezawodne, w razie niewypału nagan samowzwod podawał następny nabój w bębenku bez potrzeby przeładowania).
     
    Ubrani byli po cywilnemu. Burmistrza podeszli kiedy w niedzielę tłum wyszedł z cerkwi. Wmieszani między ludzi podeszli do burmistrza mając w kieszeni wyrok który mieli przypiąć do zabitego. Podeszli na dwa kroki, wyjęli pistolety, „Żuk” strzelił - i chybił! Na dwa kroki! Strzela „Gryszkin” – burmistrz pada. Strzelili jeszcze kilka razy, rzucili wyrok, nerwy nie pozwoliły bawić się w przypinanie. Tłum rzucił się do ucieczki, zamachowcy też. Potem przeszli na cmentarz i wrócili do Oddziału. Wniosek „Gryszkina” – nie strzelać w głowę jak to zrobił „Żuk” – a w tułów.
     
     
     
    „Sołowiow” („Słowik”) opowiada o wyprawie do Rzeszy pod Skidel po krowy. Z niemieckiego majątku zabrali w nocy stado krów i przepędzili przez granicę. Świtało już, wpędzili stado na łąkę i przyłączyli do krów wioskowych.
     
    Pastuszków ostrzegali żeby nic nie mówili. Jeden z naszych partyzantów udawał pastucha, reszta siedziała w krzakach. Niemcy przejeżdżali drogą ale nie przyszło im do głowy, że tak blisko granicy pasie się ich stado. Nocą przepędzono krowy pod Szczuczyn. Na dłuższy czas było mięso dla Oddziału.
     
    „Gryszkin” opowiada o początkach Oddziału. Pierwszym polskim partyzantem był „Pietrow” – Piotr Kapica, z okolic Szczuczyna. Latem 1942 roku zagrożony aresztowaniem – uciekł. Wziął przygotowaną poprzednio broń i rozpoczął partyzanckie życie – a raczej walkę o przetrwanie.
     
    Chodził uzbrojony „po zęby”: na plecach dziesiątka, na szyi PPD, przy pasie – pistolet, za pasem – granaty. Teren znał bardzo dobrze. Wkrótce przyłączyło do niego kilka osób z podobnych powodów. „Gryszkin” dołączył do Oddziału jesienią 1942 roku.
     
    Nieco inaczej przedstawia powstanie polskiej partyzantki „Gorkin”, („Góra”) – Jerzy Kuligowski. Twierdzi, że „Gryszkin” sam jakiś czas przebywał w lesie i nie było go w czasie wigilii w 1942r w Oddziale.
     
    Zgodni byli co do tego, że partyzantkę rozpoczął „Pietrow”,  pierwszymi partyzantami byli „Kozłow”, „Turkuć”, „Fiedia”, „Gryszkin”, „Woroszyłow”, „Michajłow” potem „Gorkin” od 24.12.1942r, „Sołowiow”, „Kuźniecow”, „Puszkarow”, „Jeżow”.
     
    Przypuszczam, że niektórzy na zimę zamelinowali się na przetrwanie, stąd niezgodności. Niektórzy odeszli z Oddziału do innych zadań – „Kozłow”, „Turkuć”, „Gorkin”.
     
    Według „Gryszkina” 11 listopada 1942r Oddziałek zrobił zasadzkę na szosie Lida – Grodno. Ostrzelany samochód był pojazdem cywilnym i wiózł buraki. „Siniczkin” – „Sęk” twierdzi, że kiedy ich grupka złożona z 4 osób („Siniczkin”, „Smirnow”, „Orłow” i „Murawiow”) wiosną 1943r dołączała do Oddziału, ten liczył 11 osób.
     

    Przed wymarszem, kiedy nie ma deszczu, trzeba zrolować płaszcze. Mam długi kawaleryjski szynel rozpinany z tyłu. Aby go zrolować trzeba zapiąć rozcięcie, ułożyć na trawie w prostokąt zakładając poły i rękawy. Potem z pomocą kolegi zwija się ciasną „kiełbasę”. Końce związuje się, najlepiej rzemieniem, i to coś w rodzaju chomąta przewiesza się przez lewe ramię. Wszystko to trzeba zrobić porządnie aby w czasie marszu płaszcz nie rozwinął się a „kiełbasa” była jak najciensza. Czekamy na zapadnięcie zmroku.
     
    „Pietrow” komenderuje – „Makarow” – zaśpiewaj! I „Makarow” ładnym, aksamitnym barytonem śpiewa „Palomę”, Tango –„ bez śladu twa miłość się rozpłynie, jak rozpływa się wieczorna mgła…”. Na malinach śpiewamy – „Do polskiego wojska chłopców zaciągają”. „Ciebie pokocha kto inny, ja innej już nie będę miał”. Wszystkie piosenki raczej sentymentalne lub sierdceszczypatielny. Za to język potoczny – sama „łacina”, im wymyślniejsza tym znajdująca większe uznanie.
     
    Palą tytoń prawie wszyscy. Z naszej grupy nie pali „Smirnow”, „Leśniczy” i ja. „Michał” lubi bardzo mocny tytoń, staramy się całą grupą o takie paliwo. „Michał” śpi razem z nami, kiedy „Puszczyk” proponuje mu nocleg w domu – dziękuje i mówi, że woli zostać w stodole ze swymi chłopakami. To się ceni. Wszyscy staramy się dogodzić czymś „Michałowi”, dobrą brzytwą, tytoniem, mydłem czy też kawałkiem czegoś do zjedzenia.
     
    Do Oddziału ciągle ktoś przybywa. Idę do „Michała” i proszę, żeby mnie wziął do drużyny. Rzeczywiście – mówi – czas. Obiecuje pomóc. Za parę dni zdaję lekarskie „czemodany” następcy i idę do plutonu „Michała”. Ale jak pech, to pech.
     
     Zostaję amunicyjnym „Fiedi”. Trzeba nosić dysk i zapasową amunicję do Dziegtiarowa. Amunicja do RKM jest najlepsza. Idąc z dyskiem słyszy się ciągle grzechot nabojów. Uczę się czyścić, rozbierać i składać RKM, usuwać zacięcia. Potem rozkładać i składać z zamkniętymi oczami. „Fiedia” jest maniakiem czystości.
     
    Jego RKM zawsze lśni. Nie ma takiego zmęczenia które nie pozwoliłoby wyczyścić broni. Ona musi zawsze strzelać i być może ratować życie, to też czyścimy, chuchamy i dmuchamy przy każdej okazji. „Fiedia” uczy mnie strzelać z RKM, ale „na sucho”. W razie potrzeby mam go zastąpić. Broń czyści tylko 1/3 Oddziału.
     

    Zostawiać broni nie wolno pod żadnym pozorem. Podaje się przykłady śmierci, bo broni nie było pod ręką. RKM też nie może być bez opieki, jest przy nim zawsze „Fiedia”, albo ja.
     
    „Ryś” – „Smirnow” zwierza się że Ziuma go nie chciała. Musi zostać oficerem i pokazać jej! Stara się jak może, zgłasza się wszędzie na ochotnika. Dopytuje się o wynagrodzenie oficerów przed wojną. Wymawia trochę po dziecinnemu „gaza” – zamiast „gaża” i dostaje przydomek „Laluś” Pewno uda mu się wybić trzeba tylko okazji.
     
     Tylko czy Ziumie to wystarczy? Zdaje się że ona celuje dużo wyżej.
    „Zin” rozśmiesza towarzystwo śpiewając rosyjskie żulickie piosenki, sam wygląda jak żulik, w przekrzywionej czapce, rozchełstany, wykonujący nieskoordynowane ruchy, robiąc różne miny. „Pietrow” zaraz to zauważył. „Wyglądasz jak łazarz po zmartwychwstaniu”. I tak „Zin” dostał przydomek -„Łazarz”.
     
    Od „Pietrowa” pochodzi również przydomek „Jankiel” nadany „Buremu” i „Śledź” przypięty bardzo młodemu i szczupłemu Heńkowi Ławrynowiczowi. To przezwisko tak przykleiło się do Heńka, że nikt z naszej grupy nie pamięta jego prawdziwego pseudonimu. Zresztą „Śledź” nie obrażał się o to, kiedy dostał się do konnego zwiadu nazwał swego konia śledziem i nahajkę też śledziem. Sam o sobie mówił: Śledź na śledziu jedzie i śledziem pogania.
     
    Idziemy na zasadzkę. Szosą Szczuczyn – Lida ma jechać na kilku furmankach policja białoruska i wieźć broń i amunicję oraz jeszcze coś. To „coś” ma konwojować Polak w białym płaszczu. Trzeba uważać aby do niego nie strzelać. Leżeliśmy do świtu, nikt nie jechał. Jeśli transport „nadał” Polak w białym płaszczu, to musiał wierzyć, że jego płaszcz jest przeciwpancerny. Kto by tam w czasie strzelaniny wypatrywał białego płaszcza?
     
    Idziemy do Wawiórki. Dzień spędzamy na kolonii w pobliżu miasteczka. Tam przychodzi do Oddziału „Muszka”. Jego pseudonim był inny, ale od pierwszego dnia wyśpiewywał białoruską piosenkę „ukusiła muszka sabaczku, u balucza miesca – za sraczku”. Dostał przezwisko „Muszka” i tak zostało.
     
     
     
    Nazywał się Anikiejew, był chyba Białorusinem. W nocy wchodzimy do Wawiórki, aż dziwne, że możemy być w miasteczku. Patrol wyprowadza zatrzymanego i idziemy spowrotem. Nagle aresztowany daje dyla w bok i ucieka w zboże i w krzaki. Trzaska kilka strzałów. Bez rezultatu. Nie wiem kto to był i za co go zatrzymano.
     
    Marsze. W nocy idziemy po obu stronach drogi, dwa szeregi gęsiego, odległość od poprzednika – na odległość wzroku tzn. trzeba iść za poprzednikiem nie dalej niż go widać. W dzień chodzimy rzadko, też dość rozciągnięci. Marsz 50 minut i 10 minut odpoczynku na papierosa, przewinięcie onuc itp.
     
     Zauważyłem u siebie dziwną rzecz. Słońce mi wschodzi nie tam gdzie powinno. W nocy, stojąc na warcie, widzę gwiazdy – Wielką Niedźwiedzicę, Oriona, wiem gdzie jest wschód. W dzień wydaje mi się, że słońce powinno wschodzić gdzie indziej. Nie mogę się pozbyć tego odczucia. Inni nie mieli nigdy takich odczuć.
     
    „Gryszkin” zamienia się z „Białym” na pistolety. Oddaje swój TT a bierze nowy nagan. Obie strony są zadowolone. „Gryszkin” z niezawodności nagana, „Biały” z dostępności amunicji bo do TT pasują naboje do PPD. „Biały” twierdzi, że TT jest ściągnięte z Colta – tak jak nasz VIS, i jeśli jest dobrze utrzymany, to nie ma mowy o zacięciu.
     
    Przychodzi do Oddziału „Sawko” – Kazimierz Dogil ze swoim bratem – chyba Antonim. To znajomy „Puszczyka”. Jest z nim kilku ludzi z pod Skidla. „Sawko” był w Skidlu dowódcą konspiracji. „Sawko” opowiada: Był w Skidlu do ok. 1 lipca 1943 roku. Nastąpiła wpadka. „Sawko” został aresztowany i uwięziony w budynku żandarmerii, skuty kajdankami.
     
    Bity nie przyznawał się do niczego. Wywieziono go do lasu, ustawiono pod drzewem, zawiązano oczy. Niemiec wydaje komendy żandarmom, ładuj broń! Słychać trzask zamków, cel i pal (fojer). Pada salwa, pada i „Sawko” przygotowany na to, że upadnie.
     
    Niemcy wybuchają śmiechem, to był tylko „żart”. Na przerwę obiadową zamknęli „Sawkę” w pokoju na piętrze a nie w piwnicy. Miał ręce skute z przodu. Wiedząc że nie ujdzie z życiem, postanowił próbować ucieczki.
     
    Drzwi były zamknięte na haczyk. Pociągnął za klamkę, haczyk puścił. Korytarz był pusty. W końcu korytarza otwarte okno pod którym było wejście do budynku i stał wartownik. Słysząc kroki na schodach „Sawko” przez okno skoczył na wartownika.
     
    Oszołomiony wartownik poleciał w jedną stronę, „Sawko” w drugą. Zamieszanie w żandarmerii trwało krótko, ale „Sawko” był już daleko. Uciekał na bagno. Przeszedł po kępach kilkadziesiąt metrów, zanurzył się cały w rzadkie błoto, pod kępą uchwycił się korzenia brzózki, nad błotnistą wodą miał tylko oczy i nos. Niemcy do nocy szukali „Sawki” z psami.
     
     Widocznie psy zgubiły ślad a nikt nie wydał zbiega. Dopiero po północy „Sawko” wylazł z błota, poszedł do znajomego kowala który go rozkuł, zabrał broń i z kilkoma kolegami przyszedł do naszego Oddziału. Po kilku dniach z okolic Skidla nadeszło jeszcze ok. 10 osób.
     
    „Sawko” utworzył przy Oddziale „Puszczyka” swój Oddziałek składający się z ok. 15 żołnierzy. Mieli działać na terenie Rzeszy w okolicach Skidla – Ostryny. Losy tego oddziałku opowiedział Sawko, słyszałem to na własne uszy. Grupa „Sawki” ok. 5 – 7 lipca przeszła granicę i długim marszem weszła do dużych lasów koło Ostryny. Zatrzymali się na noc w leśniczówce. Leśnika i całą jego rodzinę pilnowano.
     
     Wystawili posterunki i  zasnęli w stodole kamiennym snem. Leśnikowi, lub komuś z jego rodziny, lub komuś z jego rodziny udało się jednak uciec i powiadomić Niemców. Wartownik słyszał kroki biegnących Niemców, słyszał szelest ich przciwdeszczowych płaszczy  , ale zamiast strzelać lub krzyczeć alarm! – wbiegł do stodoły i zaczął budzić śpiących: panowie Niemcy!
     
    Niemcy tymczasem wbiegli na podwórze, oświetlili rakietami stodołę. „Sawko” miał PPD zawieszone na szyi. Wyskoczył ze stodoły i pociągnął długą serię. Zaskoczyło to Niemców, może zabił lub ranił kogoś z nich. Sam został ciężko ranny. Całe lewe przedramię miał strzaskane serią strzałów. Mając PPD na szyi przedarł się do lasu i wrócił do oddziału „Puszczyka”.
     
     Wróciło też kilku z Oddziału „Sawki”, część bez broni. Nie wiem, czy ustalono wtedy ilość zabitych, rannych i zaginionych.
     
    Tak skończyła się historia grupy „Sawki”. „Gryszkin” – prześmiewca i zjadliwy ironista dokuczał tym, którzy wrócili bez broni: ty! Zamelinowałeś dziesiątkę ? – i dodawał – na sęku w lesie !
     
    Chyba około 15 lipca 1943r „Puszczyk” został odwołany z dowodzenia Oddziałem. Na zbiórce żegnał się z nami z ogromnym żalem. Nie wiedziałem, dlaczego odchodzi, dał do zrozumienia, że zadziałały tu zazdrość, zawiść, głupota. Był szlachetnym człowiekiem, dobrym dowódcą, odważnym żołnierzem.
     
    Zmęczonym, zmokniętym, ociągającym się z pójściem na wartę proponował – no to śpij, ja stanę. Nie do pomyślenia byłoby, gdyby ktoś później nie stanął na warcie, zakrakaliby takiego, nie daliby żyć. Opowiadali, że po objęciu kilkuosobowego Oddziałku, były wypadki, że „Puszczyk” stał na warcie.
     
     Mieliśmy dużo szacunku dla „Puszczyka’, był pierwszym dowódcą polskiego partyzanckiego Oddziału na Nowogródczyźnie. Jego pełne goryczy pożegnanie było wzruszające. Najbardziej plugawe było to, że starano się obmawiać nie tylko „Puszczyka” ale i jego narzeczoną. Myślałem, że „Puszczyk” został usunięty z Oddziału w związku z awanturą „Wiesław” – „Sęk”. Kiedy byłem u „Puszczyka” już po wojnie, wyjaśnił, że bezpośrednim powodem jego odejścia była odmowa polecenia „Wiesława” ataku na Wasiliszki.
     
    „Puszczyk” był przeciwny wszelkim nie przemyślanym akcjom i hojnym szafowaniem życiem swoich żołnierzy… „Wiesław” chciał głośnych zwycięstw. Takich było wielu. Drugim powodem było zrobienie miejsca dla „Lecha” i „Kubusia”. Borsuk załatwił to w Warszawie.
     
     „Puszczyk” po prawie miesięcznej „kwarantannie” – zostal adiutantem „Borsuka”. „Oczkow” widział go jednak w czasie akcji na szosie Lida – Grodno. Widocznie nie chciał tylko urzędować i reprezentować, brał udział w walkach. „Oczkow” widział, jak opanowany, spokojny kierował partyzantami pod ogniem Niemców.
     
    Między odejściem „Puszczyka” a przejęciem Oddziału przez „Lecha” – dowiedzieliśmy się o śmierci gen. Sikorskiego i aresztowaniu D-cy AK. Niewiele orientujemy się w polityce. Nie podano nam tych faktów na zbiórce. Nie ma wielkiej żałoby.
     

    Wiemy, że jesteśmy w polskiej partyzantce, że to można mówić i myśleć po polsku, że naokoło nas są Polacy. A to dużo! Wielkich słów nie słyszymy, i chyba nie są potrzebne. Mogło być więcej informacji.
     
    Parę dni po odejściu „Puszczyka” dowództwo Oddziału objął por. „Lech” i jego zastępca – p.por „Kubuś”. U „Puszczyka” była partyzantka, u „Lecha” zaczęło się wojsko – z plusami i minusami.
     
    Por. „Lech” – szczupły, z niedużym wąsikiem, w oficerkach, dobrym polskim mundurze, pozował wyraźnie na Anglika. Słowa cedził przez zęby, nie krzyczał, uzbrojony był tylko w pistolet, pod pachą nosił leszczynowy pręcik. Kiedy koledzy opowiadali o początkach Oddziału i uzbrojeniu po zęby z dziesiątką przez plecy, PPD na szyi, pistoletami, granatami – wycedził: „tak uzbrojeni chodzą bandyci, żołnierz ma swoją broń która strzela.
     
    Dowódca ma dowodzić a nie strzelać. Pistolet jest mu potrzebny do obrony i wymuszenia wykonania rozkazu, a nie do walki. PPor. „Kubuś” – warszawiak, krępy, energiczny, wesoły. Często golił się. Dla niego Kresy – to była egzotyka. Chciał poznać środowisko, często siadał między nami. Opowiadał sam i słuchał. Wstrząsająco mówił o zagładzie  getta w Warszawie. Był uzbrojony też tylko w pistolet.
     
    Obejmując dowództwo „Lech’ zapowiedział, że pogoni nas ostro, zrobi z nas wojsko, weźmie do galopu, itd. W pierwszym rzędzie kazał zmienić rosyjskie pseudonimy na polskie. Niektórzy jednak tak zmienili, że zostało po staremu. Np. „Gryszkin” był teraz „Gryszką”, „Fiedia” – „Fiedzią”, część utworzyła pseudonimy pochodzące od ruskich – np. „Kowalow” został „Kowalem”, „Murawiow” – „Mrówką”. My wróciliśmy do tych z pod Cyryna.
     
    Następnym krokiem „Lecha” było jednolite umundurowanie Oddziału. Zdobyto lniane płótno, ofarbowano na jadowicie zielony kolor, uszyto mundury. Spodnie zostały różne. Ci, którzy mieli porządniejsze mundury khaki, za Boga nie chcieli włożyć tych lnianych. Ale przeważającą część ubrano po nowemu.
     
    Ja wziąłem tak obszerny, że włożyłem go na mój sukienny, byłem szczupły, nie było widać, że mam dwa mundury. Czapki różne: polówki, furażerki, łódeczki, cywilne, narciarki itp.
     

     Kolor naszych mundurów był podobny do niemieckich. Kiedyś w dzień podchodziliśmy do wsi, ta opustoszała. Wzięto nas za Niemców.
    Po deszczu okazało się, że mundury malują na zielono wszystko, bieliznę, skórę. Widać było zielonoszyich. Wyciągnęły się tak, że najgorszy łach wyglądał lepiej od takiego munduru. To też wkrótce znikły.
     
    Najbardziej krytycznie do rządów „Lecha” był nastawiony chyba „Pietrow” – teraz „Piotr” – szef Oddziału. Uważał, że partyzantka ma sens dla tych, którzy muszą się ukrywać, nie mają innego wyjścia. Gdy nasza grupa „Baranowicza” przyszła do Oddziału, wypytywał o powody pójścia do lasu „Michała”, „Bruzdę”, „Leśniczego”, „Muchę” zaakceptował, bo musieli. Do reszty zwrócił się z pytaniem „a wy tu czego?”. Osłupieliśmy.
     
    Stan Oddziału rósł teraz lawinowo. Wrócił wyleczony „Korobkin” – teraz „Korobko”. Przyszedł pchor.„Czertwan”, kilku podoficerów – „Bartek”, „Sosna”, „Szary”, „Gryf”, „Smok”.
     
    Pewnego dnia przybiegł „Oczkow” z obłędem w oczach. Tylko w koszuli, lichych spodniach i boso. Niemcy podjechali pod jego dom. „Oczkow” zdążył chwycić swego Visa, wyskoczyć przez okno w bieliźnie i ukryć się w krzakach bzu. Niemcy wyprowadzili jego młodą żonę i 4 letnią córeczkę, i na oczach „Oczkowa” – rozstrzelali.
     
     „Oczkow’ był nieprzytomny z bólu i rozpaczy, głodny, bosy. Dałem mu swój dawny płaszcz – jeszcze z Cyryna, stare trzewiki. Opiekowałem się nim jak mogłem. Był mi za to przyjacielem do końca. Jakiś czas byliśmy w jednej drużynie. „Oczkow” był właścicielem mająteczku, zdaje się – Makasiowszczyzna, w Szczuczyńskim, ale teraz za granicą – w Reichu. Kilkanaście razy był tam, szukał grobu swoich najbliższych. Nie odnalazł. Niemcy zakopali matkę z córeczką gdzieś w lesie.
     
    „Ryś” jeszcze w Baranowiczach lubił grać w karty. Znalazł w Oddziale towarzystwo do proferansa. Wkrótce przegrał wszystko, co mógł. Zastawił swój pistolet Walter 7,6. Kiedy „Lech” zobaczył leżący w puli pistolet, zgromił graczy. Broń zdobywa się za cenę krwi a nawet życia. Zabrał pistolet i oddał go „Bartkowi”.
     

    Dotychczas szkoliliśmy się raczej praktycznie. Poznawanie broni, nauka strzelania, omawianie błędów w sytuacjach, jakie się zdarzyły, np. wartownik „Sawki”. Tajemnica Oddziału – nie mówić kto, co, dlaczego. Broń zawsze przy sobie. Żadnych notatek. W sytuacji bez wyjścia lepiej zastrzelić się lub rozerwać granatem niż wpaść w ręce Niemców. Opowiadano przerażające rzeczy o torturach niemieckich.
     
    „Lech” zarządził musztrę, salutowanie, zwroty całymi oddziałami. Mieliśmy na szczęście dobrego instruktora – wtedy kpr. „Szarego”. On umiał uczyć bez krzyku, zbytecznego gadania, naigrywania się. Sam pokazał jak trzeba robić. Szybko nauczył musztry, padania, czołgania się, zajmowania stanowisk, tyraliery – a w niej kierunkowego, odstępów, linii. Po wojnie „Sawko” i „Wilk” spotkali Szarego jako kapitana UB. „Wdowczyk” twierdzi że kpt. WP.
     
    Dochodzi nas wiadomość o rozbrojeniu przez ruską partyzantkę Oddziału „Kmicica”. „Kmicica” rozstrzelano, kto nie poszedł do ruskich, też został zastrzelony. Nie omawiano tego na zbiórce. A więc to tak?! Gdzie był ten Oddział „Kmicica” – wtedy nie wiedziałem. „Gryszkin” przy tej okazji pyta, czy wiemy co to PPR. Nie wiemy. Informuje, że to Polska Partia Robotnicza trzymająca z czerwonymi.
     
    Chyba na początku sierpnia („Wilk” utrzymuje, że było to 7 lipca) „Lech” zarządza przejście przez Niemen. Z okolic Szczuczyna do Żołądka ma prowadzić „Makarow” – „Cygan”. Mamy wystąpić oficjalnie jako Wojsko Polskie. Zostawiamy zbędne rzeczy, mamy tylko jedną dwukołową biedkę która jedzie „Piotr”. Wiezie amunicję, kotły, mięso. Dawny kucharz został spławiony, gotuje kto inny.
     
    Jest nas teraz pełne trzy plutony. Naszym dowodzi „Czertwan”. „Michał” został adiutantem „Lecha”. „Bartek”, „Sosna”, „Gryf” – dowodzą jeszcze drużynami. Całość naszego Oddziału to 100 – 120 ludzi. Idziemy nocą. Ubezpieczenie – 1 drużyna, szperacze. Przed szosą a później torem kolejowym Lida – Grodno, skupiamy się, żeby przejście było krótkie.
     
     Wchodzimy do Żołudka od Farnego Końca. Przechodzimy po moście koło młyna. Buty dudnią po moście potem po bruku. Biedka grzmi obręczami. W majątki Żołądek jest bunkier a w nim Niemcy i
     

    policja białoruska. Nas nie zaczepiają, siedzą w swoim bunkrze – twierdzy. Ściany bunkra z bierwion, wewnątrz podwójnych ścian ziemia i kamienie. Wysokość ścian ok. 3 m.
     
    Mijamy Żołudek, dochodzimy do wsi Jasielewicze. Tam zatrzymujemy się na „dniowanie”. Przyjeżdża łącznik z Żołudka. Tam popłoch. Przechodził w nocy olbrzymi oddział partyzancki – chyba z tysiąc ludzi. Mieli armaty! Policja pochowała się.
     
    (Rozciągnięta kolumna na odległość wzroku tj. 3 - 4 kroki, po 50 – 60 ludzi z obu stron ulicy, była długości ok. 200 metrów. Nasza biedka awansowała na armatę!). W Jasiulewiczach przyszedł do Oddziału „Wilk” – Marian Lebiedzki z Żołudka.
     
    Nie mam służby, „Fredzia” poleżuje przy Diegtiarowie, kręcę się po wsi w pobliżu kwatery „Lecha”. Przyjeżdża na koniach 3 osobowy patrol, najstarszy, w okularach – chyba st. sierż.
    Śmiesznie trzyma się na koniu. Od Michała „Chytrego” – który przybył z tym patrolem dowiadujemy się, że ten w okularach – to „Ragner”. Ma swoją kompanię gdzieś w okolicach Bielicy. Teraz stoją za Lebiodą. Kompania „Ragnera” to ok. 100 ludzi. „Lech” obejmuje zwierzchnictwo też nad kompanią „Ragnera”. Dlatego przyjechali zameldować się.
     
    Nazajutrz w dzień, chyba to niedziela, ruszamy czwórkami ze śpiewem przez wieś. W biały dzień ! Jest wprawdzie ubezpieczenie, ale kolumną czwórkową idziemy wzdłuż Niemna na zachód. Zatrzymujemy się w Orli, dużej wsi albo małym miasteczku. Chyba stąd pochodzi „Bartek”. Most na Niemnie spalony przez ruską partyzantkę.
     
    Wyruszamy dalej, na obiad zatrzymujemy się w jakiejś kolonii. Drużyna zajmuje jeden dom. Przy naszym domu na warcie stoi „Ryś”. Nie zdążyliśmy zacząć jedzenia gdy rozległy się obok strzały i serie z RKM. Wyskakujemy z chaty.
     
     RKM strzela od cmentarza, pojedyncze strzały z cmentarza i jego lewej strony. „Lech” i „Kubuś” rozwijają tyralierę od drogi przy cmentarzu w lewo. Nasza tyraliera strzela. „Słowik” z kolegami na cmentarzu. „Piotr” jedzie biedką obok cmentarza i strzela ze swego PPD. Wpadamy na pole lnu. „Lech” i „Kubuś”  z pistoletami pędzą
     
    przed nami. Płaszcze mają na biedce i tylko pistolety, im dobrze. „Lech” krzyczy – RKM ognia ! Ale jak tu ognia kiedy właśnie „Lech” i „Kubuś” są  przed nami i zasłaniają nieprzyjaciela. Postawić RKM-u w lnie na nóżkach nie można, bo nic nie widać. Dogonić „Lecha” nie sposób, len jest mocny, pęta nogi. Do tego nasze oblężenie RKM, dyski, zapasowa amunicja, płaszcze, chlebaki, mój karabin.
     
    Do „Siwego” mierzy ktoś leżący w zbożu z odległości paru kroków. „Siwy” błyskawicznie pada, kula idzie ponad nim. Nasi zabijają tamtego. Podobnie, do „Wilka” mierzy ze Sztajera nieprzyjaciel. Wykańcza go z dziesiątki „Słowik” ratując życie „Wilkowi”.
     
    Napastnicy wycofują się, trzech ucieka do stojących w lesie domów. Trzech z napastników jest zabitych. Atakowała nas banda „Griszki” – 6 osób. „Griszka” był w ruskiej partyzantce. Zgwałcił dziewczynę. Miał być sądzony. Uciekł i zorganizował własną bandę.
     
     Przeszukujemy zabudowania w lesie ale bez rezultatu. Ten „Griszka” miał piekielne szczęście. Ścigali go i Niemcy, i my, i ruscy. Uciekł z okrążonej podpalonej chaty. Nie pamiętam, czy w końcu ktoś go dopadł.
     
    Już wczesny wieczór, wszyscy zmęczeni, głodni – bo bez obiadu. „Kubuś” formuje kolumnę czwórkową, każe śpiewać przy wejściu do wsi. Nikomu się nie chce. „Kubuś” wścieka się. Zawraca kompanię za wieś i mówi, że będziemy tak długo chodzić, aż porządnie zaśpiewamy. Oczywiście śpiewamy jak trzeba, idziemy jeść i spać.
     
    Nazajutrz omówienie akcji. „Lech” pyta, dlaczego RKM „Fiedi” nie strzelał? „Fiedia” odpala, to przecież pan porucznik uczył nas, że dowódca dowodzi a nie strzela. Wczoraj zasłonił pan pole mego ostrzału razem z por. „Kubusiem”. Kogo trzeba ochrzanić? „Lech” tylko uśmiecha się pod wąsem. Obaj zachowali się dzielnie, akcja udana, strat własnych nie było a w krytyce „Fiedi” była też i pochwała odwagi. Nie było więcej gadki na ten temat.
     
    Idziemy dalej prawym brzegiem Niemna. Dochodzimy aż do Perekopu. Przelatują obserwacyjne samoloty, kryjemy się. Prawdopodobnie w Puszczy Nalibockiej obława na partyzantów. Na postoju ktoś uczy śpiewac’ „Madelon” Nauczył, ale piosenka nie przyjmuje się.
     
    Wracamy do Jasielewicz, przechodzimy w Mociewczukach Lebiodę i chyba w Buciłach spotykamy się z kompanią „Ragnera”. Mają tyle ludzi co i my – około setki. Opowiadają o swoich akcjach. Nie jedzą z kotła, tak jak my, a u ludzi w chatach. Wymieniamy między kompaniami niesfornych. Ci od „Ragnera” jednak szybko od nas znów odchodzą.
     
    Obława I. Idziemy nocą do okolicy Marcinkaniec. Wieści o obławie w Puszczy Nalibockiej pewniejsze. Mieli i nas przyprzeć do Niemna ale przeszliśmy wcześniej pod Szczuczyn. Po południu alarm. Chyba nas wymacali. Idziemy na północ aż do Puszczy Rudnickiej. Wychodzimy ok. 4 po południu.
     
     Po drodze zabieramy z niemieckiego majątku co się da. Jest dwóch Niemców i policja białoruska. Jeden z Niemców ucieka, z drugim „Sęk” toczy pojedynek w ogrodzie, między główkami kapusty. Niemiec ginie. Konie, krowy, świnie zostawiamy na melinach. Będą służyć Oddziałowi. Zabieramy tylko jedną biedkę. Idziemy bardzo długo. Był to najdłuższy marsz w czasie mojego pobytu w partyzantce. Mówiono, że przeszliśmy około 70 kilometrów.
     
    Byliśmy nieludzko zmordowani. Warty zasypiały na stojąco, sprawdzali nas często. Na posterunkach rozstawiono RKM-y. Pamiętam, jak się śpi z otwartymi oczami stojąc. Nagle w oczach robi się ciemno i człowiek śpi.. Ale zaraz nogi uginają się, czasem się pada. Nie można oprzeć się na karabinie, wtedy zaśnie się na amen. Nie można się dobudzić wartowników na drugą zmianę. Nogi poobcierane, nie ma czego jeść. Byliśmy w Puszczy Rudnickiej parę dni. Wsie bardzo biedne, grunt piaszczysty, albo błota, zarośla (rojsty).
     
    Wracamy znów nad Niemen. Kwaterujemy we wsi niedaleko majątku Lipiczno. W nieczynnej gorzelni stacjonują Niemcy i białoruska policja. Stoimy na warcie z „Rysiem” koło krzyża w końcu wsi. Nagle widzimy, że od Lipiczna jedzie rowerami trzech policjantów. „Ryś” prosi żeby dać mu strzelać pierwszemu. Strzela i pudłuje. Policjanci uciekają. „Ryś” skwaszony, zrobił tylko alarm dla całej kompanii.
     
    W terenie Szczuczyna tworzy się nowy Oddział. Odchodzą od nas związani z tym terenem „Fiedia”, „Piotr”, „Kowal” i inni. RKM „Fiedi” zostaje. Erkaemistą zostaje kpr. „Młot”, brał odział w wojnie 1939r ale jakiś rozlazły, bez ikry.
     
    Obława II.
     Połowa września 1943r.
    Mówią, że szykuje się obława i mają nas przyprzeć do Niemna. Łączymy się z kompanią „Ragnera” i razem idziemy na północ. Dochodzimy do dużej wsi Pielasa. Spotykamy tu jeszcze jedną kompanię „Krysi” – mnie wydaje się, że jest mniej – więcej taka jak nasza i „Ragnera”, inni twierdzą dzisiaj, że była mniejsza. W każdym razie jest trzy kampanie, cały batalion.
     
     Pielasę zamieszkują Litwini niechętnie ustosunkowani do nas. Zamożni. W kościele ksiądz – Litwin odprawia nabożeństwo. Prawdopodobnie nie chciał zaintonować „Boże coś Polskę” ale zaintonował po nastraszeniu.
     
    Na wsi pustki, mieszkania otwarte, przygotowane obiady, spiżarnie pełne kiełbas, wędlin, kindziuków. Jemy sami. Mówią, że Litwini wyszli w pole, żeby nie patrzeć na nas, nie spotykamy nawet dzieci i starców.
     
    Ktoś z mieszkańców wsi Pielasa, zawiadomił Niemców, że we wsi są polscy partyzanci. Niemcy przysłali z Lidy samolot który zbombardował i ostrzelał wieś. Były straty wśród ludności cywilnej, bo nas już we wsi nie było.
     
    Około 10 września 1943. Wychodzimy z Pielasy z „Ragnerem”. „Krysia” idzie inną drogą. Wkraczamy w lasy. Idziemy silnie ubezpieczeni szperaczami bocznymi. „Sosna” – wtedy mój drużynowy, wyznacza mnie na szperacza. Dziwne, że „Sosna” – przedwojenny kapral, odrywa amunicyjnego od RKM-u. W razie potrzeby RKM zostanie bez amunicji.
     
     Kiedyś bym się odgryzał, teraz dyscyplina wojskowa, idę. Wychodzimy na dużą polanę w środku której położona jest wieś. „Oskar” – Wiktor Noskowski, mieszkaniec tamtych stron i żołnierz V bat. twierdzi, że to były BRAŻELCE.
     
    Mnie się wydaje, że byliśmy we wsi POSÓL lub POSOLCZE. W każdym bądź razie, nie przekroczyliśmy rzeki Solcza a było to na skraju Puszczy Rudnickiej.
     

    Brażelce – już teraz, na mapie, wydają mi się za bliskie Bieniakoń, a Posól od Bieniakoń dzieli ponad 15 km.
    Czyż byśmy mieli w czasie obławy kwaterować w Brażelcach – 3 km od Bieniakoń? Wydaje się to mało prawdopodobne. Przyszliśmy po południu. Lokujemy się w stodołach pełnych zboża. Na polach ścierniska. Rozciełamy snopy na klepiski, zasieki pełne, aż po dach.
     
    Nocujemy. Z rana na apel i modlitwę idziemy bez broni! Kto to zarządził? Kiedyś nie do pomyślenia! Może różnica między partyzantką a wojskiem polega i na tym, że broń zostaje w stodole?
     
    Stoimy na górce gdy padaja pierwsze serie. Pędzimy po broń. Wybiegamy za stodoły. „Młot” ustawia RKM. Biegnie „Kubuś”, widocznie golił się, bo ma mydło na twarzy. Nagle słyszymy huk nie słyszany dotąd. Armatki? Niemcy nas przyhaczyli? Strzały sypią się od zabudowań za wsią. Po chwili odpowiadamy silnym ogniem.
     
    „Młot” stawia RKM – pyk – i zacięcie, jeszcze raz – pyk – i znów zacięcie. Rzucam szarpiącego się z zamkiem „Młota” i biegnę z innymi do natarcia. Wybuchy granatów, krzyki. „Kubuś” jest o jakieś trzy kroki od widocznego już dobrze ruskiego. Krzyczy – ręce do góry! Ten podnosi, ale z odbezpieczonym granatem. Rozrywa siebie i ciężko rani „Kubusia” który wykręcił się tyłem i ma okropną ranę w okolicy nerek.
     
     Pijany „Ponton” – Witold Burdziej z Żołudka, wali ruskiego kolbą. Ten eksploduje granat, ginie sam i śmiertelnie rani „Pontona”. Kilku napastników widać widać jeszcze za kolczastym płotem, nasze strzały już ich nie dosięgają. Nie organizujemy pogoni. Widzę „Ragnera” – ma pistolet- „Hiszpan”, krzyczy: zaciął mi się sk… Cała akcja trwała 20 – 30 minut. Zaatakowali nas ruscy „paraszuciści” – skoczkowi spadochronowi – komandosi.
     
     Nie pamiętam, czy to stwierdzono na podstawie papierów znalezionych przy zabitych, czy z informacji miejscowej ludności. Zaatakowali nas mając dużo broni maszynowej i PTR (protiwotankowoje rżujo). Była to pięciostrzałowa rusznica przeciwpancerna, zacięła się im i oddali tylko dwa strzały. Oceniam, że paraszucistów było ok. 30 –stu. Ośmiu zostało zabitych.
     
    Zdobyliśmy jedną rusznicę ppanc z kilkunastu nabojami, dwa rkm Diegtiarowa, kilka PPSz – które pierwszy raz widziałem – jeden
     
    dostał „Michał”, pistolety, granaty. U nas spore straty, trzech poległo, ciężko ranny „Kubuś”, kilku lżej rannych. Dlaczego nas napadli? Słyszałem, że z dokumentów znalezionych przy zabitych spadochroniarzy wyczytano, że mieli rozkaz atakować Polaków, bo to sowiecka ziemia. Nie widziałem tych papierów, ale z furii z jaką nas zaatakowali można sądzić, że tak było.
     
     Do spadochroniarzy byli dobierani najbardziej fanatyczni i dobrze wyszkoleni. Mieliśmy już sami dowód, potwierdzający wieści o Oddziale „Kmicica”, że czerwona partyzantka ma nas za wroga, którego należy tępić.
     
    Nasi zabici zostali – według twierdzenia „Oskara” z V bat – pochowani w WOJDAGACH przy kapliczce legionowej i cmentarzyku powstańców z 1864r. „Oskar” brał udział w pogrzebie i widział wtedy „Lecha”. „Wdowczyk” nie potwierdza tego. Ja nie brałem udziału w pogrzebie.
     
    Rannego „Kubusia”powiózł na wozie nasz patrol do Lidy. Dowódcą patrolu był „Słowik”. „Wircz” – Modest Bobowicz mówił mi, że był w tym patrolu i twierdził, że „Kubusia” przywieźli do szpitala w Lidzie.
     
     Słyszałem jeszcze dwie wersje. Pierwsza: nasz patrol przed Lidą kazał chłopu zawieść „Kubusia” do szpitala. Ten podjechał pod szpital, rzucił konia i wóz z rannym „Kubusiem” – i uciekł. Druga: nasz patrol zostawił  „Kubusia” na melinie koło Lidy. Konspiracja miała go przewieźć do szpitala w Lidzie ale „Kubuś” zmarł na tej melinie. Ostatnia wersja jest najbardziej prawdopodobna.
     
    Zaraz po akcji zaczęło się dochodzenie, czemu nasz RKM nie strzelał. Okazało się, że RKM był brudny! Niesłychane! „Młota” ukarano, nie miał u nas życia i gdzieś go przeniesiono. „RKM” objął „Muszka”.
     
    Wracamy nad Niemen. Pojawiają się wszy, najpierw u niektórych, potem u wszystkich. Tną niemiłosiernie, nie dają spać. Prażymy mundury w piecach chlebowych, bieliznę gotujemy w kotłach. Nie zawsze są warunki do tego rodzaju zabiegów ale walczymy uporczywie.
     
    Odchodzi od nas „Leśniczy” z powodu zdrowia i stanu nerwów. Jest na melinie w Żołudku, nie wiem z czego utrzymywał się.
     
     Przy jakiejś okazji spotkaliśmy się. Pracował chyba w konspiracji. Niedługo potem zginął. Kąpiąc się skoczył z przepustu do stawu, uderzył głową w podwodny pal i zabił się. Pochowany w Żołudku.
     
    Idziemy nocą do majątku Dzikuszki koło Żołudka. Mamy tam rozbroić Niemca i policję białoruską. Niemiec zabarykadował się w pałacu i broni się, policjanci wstępują do naszego Oddziału. Zjawia się „Lew” i obejmuje pluton złożony prawie w całości z byłych policjantów białoruskich i jak się okazuje pracujących w naszej konspiracji.
     
    Kiedy to było? O ile dobrze pamiętam, akcja w której był ranny „Kubuś” miała miejsce ok. 15 września 1943r. „Lew” przyszedł do nas już po śmierci „Kubusia”.
     
    Obława III. Jest wiadomość z Lidy, że szykuje się obława na nas. Mają obsadzić szosę i tory Lida – Grodno i Lida – Baranowicze na odcinku od Lidy do stacji kol. Niemen. Trzeci bok trójkąta – to rzeka Niemen a za nim czerwoni. Ruszamy my i „Ragner’. Nocą, koło Bielicy i między stacjami kolejowymi Minojty i Honczary przechodzimy tory kolejowe i drogę Lida – Baranowicze. Skręcamy na północ przechodzimy tory i szosę Lida – Mołodeczno.
     
     Idziemy gdzieś pod Lipniszki, Gieranony, Dziewieniszki, aż po Bieniakonie. Mówią, że mamy iść aż gdzieś w okolice Oszmiany lub od wschodu łukiem do Puszczy Rudnickiej. „Lew” przechodzi tory Lida – Wilno i pod Bieniakoniami koło Lubart stacza potyczkę i Szaulisami.
     
    Droga do Puszczy Rudnickiej od tej strony jest niebezpieczna. Siedzimy w lasach koło Bieniakoń parę dni. Jest wiadomość, że Niemcy zorientowali się iż uciekliśmy z saka. Zwinęli, a być może wcale nie rozwijali obławy. Wracamy nad Niemen, pod Bielicę i Żołudek. Nocą przechodzimy drogę Trokiele – Lipniszki i lasem zbliżamy się do torów Lida – Mołodeczno chyba w okolicy wsi Tokary.
     
     Mamy sporo wozów, musimy przechodzić przez przejazd kolejowy. Przejazdu strzeże bunkier, czy o nim wiedziało nasze dowództwo – nie wiem. „Lew” z plutonem i rusznicą Ppanc idzie na rozpoznanie. My leżymy w lesie przy drodze w pobliżu torów. Cisza trwa dość długo.
     
     Wreszcie słyszymy głośne BAACH! – to nasza rusznica Ppanc. Bunkier milczy, może nie obsadzony? Wreszcie ruszamy biegiem. Jadą wozy grzmią okutymi kołami po przejeździe. Bunkier złowrogo milczy. Jesteśmy już ok. 50 m za torami kiedy rozpętuje się piekielny ogień z bunkra. Strzela wszystko co może. Skręcamy na prawo w las, moździerze okładają go pociskami.
     
    Konie stają dęba oślepione i ogłuszone rwącymi się pociskami. „Zin” który jest od niedawna w konnym zwiadzie, zsiadł z konia. Oszalały koń wyrywa mu się i znika. Ciężko ranny jest „Popiołek”, ma zerwany odłamkiem kawałek czaszki. Oddalamy się, ogień milknie. Zatrzymujemy się na skraju lasu.
     
    Dowództwo nakrywa się pałatkami, zapala latarki, rozkłada mapy. Coś postanawiają. Ruszamy. Po przejściu ok. 2 km. zbliżamy się do szosy Lida – Lipniszki i dalej do Mołodeczna. Przy skrzyżowaniu szosy z polną drogą, którą idziemy – zabudowania. Nagle zza płotu i zza szosy dostajemy ogień. Zza płotu Niemcy rzucają granaty. Jeden rozerwał się blisko mnie. Silny blask i jestem zupełnie ogłuszony. Od zabudowań w prawo rozwijają się nasze kompanie.
     
    Za chwilę potężny ogień przydusza Niemców. My mamy chyba 10 erkaemów i sporo innej broni maszynowej. „Ragner” drugie tyle. Widać serie zapalających kul, jak kolorowe paciorki. Rozkaz – naprzód! podrywa oba Oddziały, dobiegamy do szosy. Tam już nikogo nie ma. Nie ma też czasu na przeszukiwania zabudowań. Przebiegamy szosę, przejeżdżają wozy. Idziemy gdzieś w okolicę Dokudowa. Zatrzymujemy się w jakimś wątłym lasku czy zagajniku.
     
    Dnieje. Odkrywam w nodze kilka malutkich odłamków blaszki, to od granatu. Doktor dłubie ale to boli bardziej niż malutkie ranki. Ciekawe, że nic przedtem nie czułem. Jest jeszcze kilku lekko rannych. Doktor macha na mnie ręką – nic ci nie będzie.
     
    Wkrada się niepokój, będą nas Niemcy gonić, czy nie. Atmosfera psuje się jeszcze bardziej gdy okazuje się, że „Lech” gdzieś zaginął. Dowództwo obejmuje „Ragner”. „Lech” pod wieczór odnalazł się. „Ragner” idzie pod Bielicę, my w Szczuczyńskie. Było to w początkach października.
     
    Październik. Z naszej kompanii odchodzi „Czertwan”. Idzie w Szczuczyńskie, skąd pochodzi.
     
     Pierwszy pluton obejmuje „Bartek” – wtedy już chyba sierżant. Jest nas  cztery plutony, wtedy właśnie „Lew” otrzymuje Pluton Wydzielony. Jesteśmy koło Wasiliszek. Do oddziału przychodzi „Czantor”, wysoki, czarny. Chce dostać się do konnego zwiadu, ma żylaki i po każdym marszu cierpi niesamowicie. Pierwsze kroki w Oddziale są zazwyczaj trudne dla przybywających pojedynczo.
     
    Zaprzyjaźniam się z nim. Jesteśmy z „Muszką” i „Czantorem” w plutonie „Bartka” – drużynie „Sosny”. Przychodzi zza Niemna „Zaniemeńczyk” z bratem. Przynoszą RKM. Byli w ruskiej partyzantce. Uciekli do nas. Są z rejonu Mostów. Odbierają im RKM. Na razie są pod obserwacją.
     
    Dochodzi nas wiadomość o rozbrojeniu polskiej partyzantki przez czerwonych – w Puszczy Nalibockiej. Kto chciał żyć, musiał wstąpić do ruskiej, kto nie chciał – zabity. To już trzeci wypadek. „Kmicic”, my w Posolu, teraz Puszcza Nalibocka.
     
    Obława IV ? Jest druga połowa października 1943r. Kwaterujemy w rejonie Wasiliszek.
     
    Przychodzi kompania „Ragnera”. Mamy iść na północ. Czy to znów obława? Jestem z „Muszką”, „Czartorem”, „Rysiem” w plutonie „Bartka, drużynie „Sosny”. Plutonu „Lwa” nie ma z nami. Idziemy prosto na północ w kierunku Dubicz. Przechodzimy kilka razy szosę – żwirówkę, dość wąską, chyba ze 4 metry.
     
    ] W dzień ktoś – nie pamiętam, czy to nasz pluton – ale nie „Bartka’, czy pluton „Ragnera”, robi zasadzkę na szosie. Zatrzymują osobowy samochód. W samochodzie trzech urzędników, litewskich czy białoruskich, i jedna kobieta, która podaje się za tłumaczkę niemiecką ale mówi dobrze po polsku. Prowadzimy tę czwórkę jakiś czas. Nie wiem, co w końcu z nią zrobiono, chyba zwolniono.
     
    Przechodzimy koło nie wykończonego domu – bez okien i drzwi. Ragnerowcy opowiadają, że tutaj został okrążony miejscowy bandyta. Rabował właśnie domy przysiółka, nasi byli niedaleko, ktoś dał znać. Przybiegła drużyna – około 10 osób z RKM.
     
     Bandyta porzucił wóz ze zrabowanym mieniem i ukrył się w tym nie wykończonym domu stojącym w pewnym oddaleniu od reszty zabudowań.
     
     Został okrążony. Broni miał dużo, lekki RKM, automat, granaty. Nasi, nie chcąc ryzykować okrążyli dom z trzech stron (aby nie postrzelać siebie), i zaczęli go ostrzeliwać czekając, aż bandyta wyczerpie amunicję i wyrzuci granaty. Ten ostrzeliwał się i rzucał przez okna granaty.
     
    W pewnej chwili rzucił dwa granaty i siejąc z automatu wyskoczył boso z domu i uciekł do lasu oddalonego ok. 100 m od domu. Strzelało do niego 10 żołnierzy, cały dom posiekany kulami które przechodziły na wylot przez drewno, a bandyta nie został nawet ranny, ani w domu, ani w czasie ucieczki. Kolejne opowiadanie o niebywałym szczęściu bandyty.
     
    Okolica przez którą idziemy staje się dość dzika. W lesie przechodzimy koło opuszczonego domu krytego dachówką, bardzo ładnego. Bez okien, bez drzwi. Tajemniczy i przygnębiający widok. Gdzie mieszkańcy? Uciekli? Zabici? Kim byli?
     
    Jesteśmy na terenie olbrzymich błot w okolicy Dubicz. Jakaś wioska. Tam dowiadujemy się, że w okolicy jest banda rabująca mieszkańców. Niedawno zabili mieszkańca tej wsi, naszego konspiratora. Mamy zlikwidować tę bandę. Rankiem wyruszamy. Prowadzi nas przewodnik. Wpierw droga jest możliwa chociaż zagradzają ją powalone, zmurszałe drzewa, których chyba z powodu niedostępności terenu nie można wywieźć.
     
    Potem idziemy już po drągach zatopionych w bagnie porośniętym kępami karłowatych brzózek. Przewodnik długim kijem cały czas ustala położenie drągów. Czasem drągi kończą się i trzeba kijem wymacać gdzie leżą następne, niewidoczne drągi. Niekiedy trzeba zrobić krok w lewo lub w prawo aby trafić na nowe drągi. Brodzimy do pół łydki w błocie, gęsiego. Trudno utrzymać równowagę, czasem noga ześlizguje się i wpada się w bagno po pachwine.
     
    Dochodzimy do bardziej suchego miejsca porośniętego lasem. Odkrywamy obozowisko. Kilka szałasów pełnych szmat, garnków, różnych rupieci. Nikogo nie ma. Ktoś odkrywa dalsze drągowe przejście z obozowiska. Brniemy dalej. Po kilkudziesięciu metrach sucho, widać jakieś postacie migające w lesie. Otwieramy ogień. Poddaje się jeden mężczyzna w cywilu i cztery kobiety, Żydówki, Reszta znika w podmokłym i trudnym do przebycia lesie. „Lech” każe przerwać pościg. Mężczyzna jest chyba Polakiem albo
     
    Białorusinem. Jest przesłuchiwany, zabieramy go z sobą. Cztery Żydówki zostają rozstrzelane. Niedaleko trafiamy na kolonie w lesie. Tam odkrywamy ukrywającego się Żyda. Ten jednak korzystając z nieuwagi pilnujących ucieka do lasu który jest o krok od zabudowań. Strzały są bezskuteczne.Nie organizuje się pogoni.
     
    Idziemy bardziej suchymi drogami do Dubicz. Na pagórku cmentarnym przed Dubiczami robimy zasadzkę na mogących przejeżdżać tędy Niemców. Przez Dubicze prowadzi odnoga traktu Grodno – Wilno (przez Ostrynę, Nowy Dwór, Zabłoć, Raduń Ejszyszki). Nikt nie jedzie, pod wieczór idziemy do Dubicz.
     
     Dubicze, duża wieś, ale błoto okropne. „Michał” siedzi na ławeczce przed chatą. Skupiamy się przy nim. Mówi, że PPSz-a zdobyte w Posolu jest okropnie brudne. Nie może doczyścić się lufy.
    We wsi jest kościół. Kto chce, może iść do spowiedzi. Mały ryneczek, na nim skromny pomnik powstańcom Narbutta z 1863r. Napisu dokładnie nie pamiętam. Tu - pod Dubiczami, zginął w 1863 r Narbutt.
     
    „Ryś”, „Słowik”, „Zośka” – nie idą do spowiedzi i drwią z tych, co poszli. Trochę to dziwne, bo przyjęło się sądzić, że co Polak, to wierzący. Ci niewierzący albo niedowiarkowie, to przeważnie „warszawiacy”, ludzie z miast lub bardziej wykształceni.
    Nocujemy w Dubiczach a w dzień przechodzimy na kolonię Pasieki lub Pasieki Gudzińskie.
     
    Domy kolonii rozrzucone są wzdłuż zaczynających się tu wielkich błot. My – pluton „Bartka” – kwaterujemy w pierwszej od lasu, nie wykończonej chacie. Chata jest pod dachem, obok zrąb stodoły czy obory i drewno na dalszą budowę. W dalszych budynkach są nasze plutony, a jeszcze dalej – „Ragnera”
     
    Posterunki w nocy są wzmocnione. Żeby nie być ciągle budzonym na wartę – stoimy po 4 godziny, potem 8 godzin wolnych, można się wyspać. Od 10 wieczorem, do 2 w nocy stoję z „Muszką” na warcie.
     
    Na posterunku mamy RKM. Drugi posterunek jest za zrębem. Słychać z daleka jakby szum motorów, trudno rozróżnić, co to jest. Trwa to dość długo. „Muszka” zastanawia się, czy nie przerwać słodkiego snu naszym sztabowcom i nie wysłać serii w kierunku pobliskiego lasku. Ale może tam są nasze czujki?
     
     Strzały obudziłyby czujność – ale czy uzasadnioną? Przekazujemy swoje uwagi rozprowadzającemu i zmiennikom. Nie budzi to zainteresowania. „Żbik” stojący na warcie od 2-giej do 6-tej słyszy na ranem daleki strzał. Melduje o tym, wychodzi patrol, nie dochodzi jednak do drogi i wraca. Nic nie zauważył.
     
    Po śniadaniu idziemy z „Muszką” czyścić RKM. Rozkładamy się w lasku już za linią wartowników. RKM już wyczyszczony i złożony. Rozbieramy dysk. Nagle słyszymy nawałę ognia. Nieoczekiwane strzały w lesie robią piorunujące wrażenie. Echo pomnaża huk. Wkładamy zapasowy dysk, rozłożony dysk zostaje w dołku.
     
     „Muszka” w biegu puszcza serię po lesie potem na leśnej ścieżce stawia RKM na nóżki i puszcza parę serii. Potem biegniemy razem z plutonem strzelając gęsto. Wybiegamy na skraj lasku. Jest tam rów który służy nam za okop. Na polanie Niemcy. Pluton nasz, za przykładem „Bartka” wyskoczył przez okna i natychmiast rozpoczął silny ogień. Mieliśmy w plutonie 3 RKM, parę PPD i kilka dziesiątek.
     
     Niemcy chyba nie spodziewali się tak silnego i natychmiastowego odporu. „Żbik” widział ich czerwoną rakietę. Zaczęli uciekać przez lasek na polanę i do lasku za polaną. Podeszli nas jednak na najbliższą odległość, zabili obu wartowników naszego plutonu – „Stiopkę” i „Kozłowskiego”.
     
    Zalegamy na skraju lasu i strzelamy do Niemców którzy już są po drugiej stronie polany. Tu „Muszka” popełnia - moim zdaniem – błąd. Nie czekając na rozkaz do natarcia wyskakuje krzycząc urra! i biegnie bruzdą. Biegnę za nim jak cień. Po kilkunastu krokach „Muszka” wypuszcza RKM i pada do tyłu. Padam i ja. „Muszka” jęczy, jest ranny. Niemiecki RKM pruje rolę nad naszymi głowami, zdaje się, że to parę centymetrów nad głową ziemia podnosi się i kurzy. Nie mogę sięgnąć po RKM bo upadł do przodu a „Muszka” do tyłu. Niemiecki RKM nie pozwala podnieść głowy.
     
     Rusza nasze natarcie. RKM bierze „Zaniemeńczyk” który był erkaemistą u ruskich, mówię mu, że odniosę „Muszkę” i zabiorę rozebrany dysk. Biegną wszyscy na drugą stronę polany. Ja i jeszcze dwóch kolegów niesiemy „Muszkę” do naszej chaty, tam jest punkt opatrunkowy. Jedna noga „Muszki” jest w kostce prawie odcięta serią, druga w okolicy kostki przebita jedną kulą. W chacie jest ranny „Gałązka”.
     
     Przestrzelili mu płuca przez ścianę. Biegnę po zostawiony rozebrany dysk. Wrzucam wszystko do chlebaka, nie ma czasu składać. Znajduję „Zaniemeńczyka” teraz trzymam się jego. Pada rozkaz wycofania  się z polany. Zajmujemy pozycje w lasku, skąd ruszyliśmy do natarcia. Strzelanina stabilizuje się. Niemcy są po jednej stronie polany, my po drugiej. Odległość 200 – 250 m. Pada rozkaz ewakuacji rannych. My jeszcze trzymamy linię, reszta przygotowuje nosze. „Ryś” niesie karabin, pas, chlebak i chyba buty rannego Ślązaka. Prosił „Rysia” po polsku, żeby go nie dobijał.
     
    Był radiotelegrafistą. „Ryś” rozbił radio, zabrał co chciał a rannego zostawił. Dał mi karabin, ładownice z amunicją i spodnie, sam zabrał chlebak, buty i może pistolet. Cofamy się do chaty gdzie ranni już są gotowi do ewakuacji. „Słowik” ściągnął zabitemu buty. Rzuca swoje. Biorę je, bo są lepsze od moich trzewików. Ja z „Zaniemeńczykiem” nie niesiemy rannych.
     
    RKM, amunicja, dyski, dwa karabiny, jest co dźwigać. Ruszamy na bagno, nogi zapadają się po pachwiny, łapiemy się za jakieś krzaczki, kępy. Niemcy chyba nie ruszyli bo strzelanina ucichła. Największy wysiłek dają niosący rannych. Czasem czterech nie może unieść rannego, nogi zapadają się, w cholewach butów – błoto. Ktoś alarmuje, że grupa w niemieckich mundurach otacza nas idąc na bagna. Lornetki – i ulga. To „Ragnerowcy” w niemieckich mundurach.
     
    W odległości ok. 500 m od zabudowań trafiamy na suchy ląd wśród bagien. Jest to jakby piaszczysta wysepka zarośnięta krzakami. Na tę wysepkę prowadzi dróżka przy której zajmujemy z „Zaniemeńczykiem” stanowisko. Tu można odetchnąć. Składam i ładuję dysk. Na szczęście niczego nie brakuje. Oba dyski pełne ale zapasowej amunicji już nie ma.
     
    Oddaję komuś swoją dziesiątkę którą wymieniłem z nowo przybyłym na karabin. Zacinała mu się. Dopiero po zupełnym rozebraniu okazało się, że ma zatkany kanał gazowy w lufie. Strzelała potem dość dobrze, ale wolałem karabinek, który dał mi „Ryś”. Jest to karabinek czeski – napis: Ceskoslovensko Zbrojovka Brno. Tylko nabojów mało – 30 szt. „Ryś” mówi, że ten Niemiec –Ślązak prosił go o zmiłowanie po polsku bo Niemcy wiedzieli, że idą na Polaków. Do Werrmachtu mieli go zabrać przymusowo. Nie strzelał – lufa czysta.
     
     Idzie patrol „Ragnerowców” po rannego Michała którego zostawiono w gęstych krzakach. Po godzinie wracają. Niosą Michała „Chytrego”, bardzo ciężko rannego serią w nogę. On pochodzi spod Niecieczy. Patrol mówi, że Niemców nie ma. Czy jednak nie jesteśmy okrążeni na tych bagnach – nie wiadomo.
     
    Zmienia nas na placówce inny RKM. „Sosna” opowiada, że w dole na kartofle ukrył się Niemiec z automatem. „Słowik”, „Żbik” i inni ostrzeliwali Niemca, a „Sosna” podczołgał się i wrzucił do dołu granat. Nie wybuchł. Niemiec, który dotąd strzelał seriami – teraz strzelał już tylko pojedynczo. „Sosna” rzucił drugi granat – znów nie wybuchł. Trzeciego nie miał – a Niemiec miał szczęście.
     
     „Żbik” z kolegami zabrał porzucone przez Niemców sześć karabinów. Nieśli też zabitego „Jasiulewicza” ale potem na rozkaz „Bartka” zostawili go. Widziałem zabitego „Jasiulewicza” w lesie, w dole. Ktoś go jednak tam doniósł. Siostra „Jasiulewicza” odważna dziewczyna, pojechała potem do Dubicz, przywiozła ciało brata – do Jasiulewicz, i tam go pochowała. „Wircz” twierdzi, że nazajutrz Niemcy przyjechali do Pasiek Gudzińskich, spalili je a ciało „Stiopki” i „Kozłowskiego” wrzucili do ognia. Ale czemu nie spalili „Jasiulewicza”? jeśli to prawda.
     
    Wieczorem ruszamy na bagna. Prowadzi ten jeniec z bandy, zna doskonale tutejsze tereny. Przechodzimy po pas w wodzie, jakieś rowy melioracyjne, rzeczki, błota. A jest już koniec października, w nocy przymrozki. Zatrzymujemy się w jakimś lesie. Cały dzień leżymy na stanowiskach w obronie okrężnej. Ten jeniec który nas wyprowadził i któremu dano karabin, po doprowadzeniu nas do tego lasu – znikł.
     
    Leżymy mokrzy w lesie cały dzień. Nie ma nic do jedzenia. Z manierki „Czantoria” wyskrobujemy patyczkiem miód, który przyniósł jeszcze z domu. Nie ma wody. Wreszcie o zmierzchu – zbiórka. Mocno ubezpieczeni idziemy do wsi. Wysłany patrol melduje, że czysto. Niemców tu nie było i nie ma. Wchodzimy do domów i jemy. Jak smakuje kasza kartoflana ze skwarkami i kwaśnym mlekiem!
     
    Bierzemy furmanki dla rannych. Patrole odwożą ich gdzieś na meliny na terenach „Krysi”, my idziemy w Szczuczyńskie. „Ragner” chyba w okolice Bielicy. Idziemy całą noc, wchodzimy do niewielkiej
     
    wioseczki (Zofia Kobylańska – „Zosia” podaje, że to Sawiczki). Ubezpieczenie przeszło spokojnie, my byliśmy na wiejskiej ulicy. Jadący na końcu kolumny „Bulbow” zaczął skręcać na podwórze domu i nagle padł strzał. Pierwsza myśl – Niemcy. Okazało się jednak, że to UBK, Uderzeniowy Batalion Kadrowy, który przyszedł zza Niemna. Krzyki po polsku z obu stron wstrzymywały wymianę ognia. Był tylko ten jeden strzał. „Bulbow” – „Bulba” został śmiertelnie ranny. „Bulbowa” zabił „Bratek” który był potem szefem w kompanii „Lwa”.
     
    Wystraszone obławami za Niemnem UBK myślało, że przejdziemy przez wieś i nie ruszało kolumny. Czy nie słyszeli, że rozmawiamy po polsku? Bardzo niefortunne spotkanie. Byliśmy oburzeni zachowaniem UBK. Strzelali bez słowa. Przyprowadził ich „Sawko”. Wiedzieli, że w okolicy są polskie oddziały. Przykro dla obu stron. Kompania UBK „Szczęsnego” szła jakiś czas z nami. Opowiadali o ciężkich walkach i dużych stratach w białostockim. Była z nimi dziewczyna – sanitariuszka. Pierwsza widziana kobieta w oddziale partyzanckim.
     
    Nasz lekarz „Kreczetow” miał chyba w UBK znajomych, bo przeszdł do nich. To UBK było bardzo różne od nas w zapatrywaniach i zachowaniu się. Uważali się za elitę, wyszczekani, chwalipięty i zadufki. Ale bojowi. I już do przesady obnoszący się ze swoją pobożnością.
     
    Straty naszej kompanii pod Dubiczami – pamiętam 3 zabitych („Stiopka”, „Kozłowski”, „Jasielewicz”) i chyba 5 rannych (pamiętam tylko „Muszkę” i „Gałązkę”). Strat „Ragnera” nie znam – widziałem tylko rannego Michała – „Chytrego”. Potem opowiadano, że Niemcy po tej akcji przywieźli do Lidy 40 rannych i kilkunastu zabitych. Myślę, że to przesadzone.
     
     Dużo odwagi i rozwagi wykazał „Bartek” pociągając za sobą innych. Wyróżnili się „Sosna”, „Modest”, „Słowik”, „Żbik” „Ryś” na pewno i inni z naszego plutonu. O pozostałych nic nie mogę powiedzieć, inne plutony i „Ragner” nie byli w polu mego widzenia.
     
    Zaraz po walce pod Dubiczami przyszło do nas z Warszawy kilku kolegów, - m.in. „Zośka” – Jerzy Kenig. Reszty nie pamiętam, oprócz „Zbója” bo prędko przeszli do UBK, „Lwa”, „Dęba”.
     

     Jeden z nich opowiadał mi, że po przyjeździe z Warszawy do Lidy skierowano ich pieszo, czy furmankami do jakiejś miejscowości na zachód od Lidy. Grupa ta zatrzymana została przez ochronę niemiecką jakiegoś majątku obok którego przechodzili. Niemcy zatrudnili ich przy pracach polowych chyba do wyjaśnienia sprawy. Wkrótce konspiracja wprowadziła ich do Oddziału.
     
    „Mewa” – ten, który przyprowadził nas z nad Niemna pod Szczuczyn znał chyba dobrze niemiecki. Kręcił się po stacji kolejowej w Lidzie przez którą przejeżdżały transporty wojskowe z zachodu na wschód i odwrotnie. Rozmawiał z żołnierzami niemieckimi wśród których było dużo Ślązaków, Wielkopolan i Kujawian.
     
    Zwerbował do naszej kompanii jakiegoś wermachtowca który pochodził z Warszawy – a więc folksdojcza z wyboru. Chyba nasze dowództwo przesłuchało go i sprawdziło, bo nie odebrano mu nic z uzbrojenia i wyposażenia. Udawał chojraka, grał paznokciami na zębach, gadał jak nakręcony. Miał pseudonim – o ile dobrze pamiętam „Niuśka”, albo „Szczerbaty”.
     
    Na 11 listopada przeprawiliśmy się za Niemen w Mociewiczach. UBK w Piaskowicach a „Ragner” gdzieś pod Bielicą. Chodziło o zademonstrowanie naszego prawa do ziemi zaniemeńskiej. Z okazji święta narodowego były przemówienia. Przeprawiliśmy się łódkami na lewy, południowy brzeg Niemna i idziemy do Puszczy Zaniemeńskiej zwanej też Lipiczańską.
     
    Tereny biedniejsze niż na północy, jest tu dużo ruskiej partyzantki. Zatrzymujemy się w jakiejś większej wsi, jest tu cerkiew prawosławna. Warty wzmocnione RKM-ami. Nocą z „Zaniemeńczykiem” byliśmy na placówce w pobliżu cerkwi. Około północy słyszymy strzał, a potem serię z RKM. Nic więcej się nie działo. Nie było alarmu. Okazało się potem, że nasza placówka zatrzymała okrzykiem jeźdźca. Ten zawrócił konia i zaczął uciekać. Stąd ta krótka strzelanina – bez rezultatu.
     
    Rankiem, na zbiórce, dowiedzieliśmy się bardzo przykrej rzeczy. „Słowik” i „Zośka” zgwałcili młodą mężatkę w zaawansowanej ciąży i to w obecności męża. Ten rankiem poskarżył się „Lechowi”. „Lech” wściekł się – ładnie zademonstrowaliście polskość.
     

     Jesteście na schwał chłopakami, musieliście to robić tu? Na naszych terenach chyba rzadko która wam odmówi. Zapowiedział ukaranie po powrocie za Niemen, ale skończyło się na przeniesieniu „Zośki” i „Słowika” do Plutonu Wydzielonego „Lwa”. Wkrótce obaj zginęli.
     
    Po powrocie zza Niemna utworzone zostało Zgrupowanie Nadniemeńskie pod dowództwem por. lub od 11.11.43 – kapitana „Lecha”. Było wtedy dużo awansów. Zgrupowanie składało się z naszej kompanii, Plutonu Wydzielonego „Lwa”, Kompanii UBK, kompanii „Ragnera”. Wszystkie te kompanie miały większe stany niż kompania etatowa. Były zwiady konne, jakieś służby itp.
     
    Dowództwo naszej kompanii, po odejściu „Lecha” na dowódcę Zgrupowania Nadniemeńskiego, objął porucznik „Zych I”. Prawie nikt nie wspomina o tym dowódcy. Był to niewysoki, szczupły szatyn. Pracował gdzieś w konspiracji, ale jego marzeniem była partyzantka. „Zych I” był nadzwyczaj ludzki, starał się poznać wszystkich podwładnych, obchodził plutony, drużyny.
     
    „Lech” utworzył sztab Zgrupowania. „Michał” został adiutantem „Lecha”. Sztab stacjonował w maj. Hołdowo. W czasie wyprawy za Niemen „Michał” zagadnął mnie. Wypytywał jak znoszę ciężkie warunki, w ogóle wykazał dużo troski i serdeczności. Teraz miał piękny mundur i nowy kawaleryjski płaszcz. Wyglądał wspaniale.
     
    W ostatnich dniach listopada lub pierwszych dniach grudnia 1943r kwaterujemy w Mociewiczach. Połowę wsi zajmowała nasza kompania, drugą połowę – UBK. Część plutonu „Sosny” kwaterowała za wąwozem schodzącym do Niemna i dzielącym wieś.
     
    Około godziny 10 rano zaczyna padać bardzo gęsty, lepki śnieg. Świata bożego nie widać na parę kroków. Nagle na północy słychać strzelaninę. Alarm! Rozwijamy się w tyralierę i idziemy na północ. Strzelanina szybko ucichła. Przeszliśmy około pół kilometra, cicho, w gęstym śniegu nic nie widać. Wracamy, ale alarm nie odwołany.
     
    Siedzimy w chatach. Nagle wybucha krótka strzelanina w rejonie postoju UBK, i tuż zaraz w wąwozie obok którego stoimy. Wybiegamy i widzimy w wąwozie wozy i różnie ubranych ludzi. Czerwoni! „Zaniemeńczyk” wali przez chróściany płot serię RKM na wąwóz, tamci gdzieś znikają.
     
    Teraz zajmujemy pozycję za budynkiem i ostrzeliwujemy wjazd do wąwozu. Widać nieruchomiejące postacie. Dwóch z naszej drużyny pilnuje nas od wąwozu, reszta ostrzeliwuje wjazd. Strzelanina tak gęsta, że nieprzyjaciół wydaje się bardzo dużo. Słychać wybuchy. Granatniki? granaty? rusznice ppanc? Atakowana jest wieś od wąwozu do stanowisk UBK t.j. lasku czy cmentarza. „Wdowczyk” widział, że szli kilku liniami tyraliery.
     
    Zaczynamy oszczędzać amunicję. Tamci mają widocznie dość amunicji, biją bez opamiętania albo w desperacji. Przycisnęli nas do Niemna, zza Niemna też rozlegają się strzały. Widocznie akcja jest uzgodniona. Duży atak idzie na małą grupkę „Sosny”, „Sosna” wycofuje się. Śnieg przestał padać. Mamy teraz ogień z trzech stron: od pól, od strony wąwozu i nieskuteczny – zza Niemna.
     
    Przybiega goniec – wycofujemy się. My, lewoskrzydłowi, schodzimy pierwsi. Kiedy ostatni mija broniących odwrotu, oni zwijają obronę. Przebiegamy obok stanowisk UBK, mają CKM Maxi  i skutecznie blokują ataki. Zbiegamy nad Niemen, zziajani zatrzymujemy się.
     
    „Zych I” siedzi na ziemi blady, łyka śnieg. Okazuje się, że jest ciężko chory na serce. UBK też już wycofało się. Porządkujemy szeregi. Nie ma „Sosny” z drużyną czy półplutonem. Nie ma „Niuśki” – „Szczerbatego”. Nikt go nie widział, chyba w ogóle nie wybiegł z chaty po alarmie. Mieszkańcy Mociewicz mówili, że ruscy partyzanci złapali go, rozebrali i zabili. „Bartek” to skomentował: był Polakiem, potem folksdojczem, potem znów Polakiem a nigdzie nie chciał się bić. Rannych nie ma. W UBK jest kilku rannych.
     
    Strzały w okolicy postoju UBK to potyczka z kilkuosobowym patrolem konnym czerwonych. Wjechali nie zauważeni lub wzięci za swoich obsypani śniegiem. Dopiero we wsi ostrzelano ich. Zdobyto granatnik 50 mm i kilka pocisków do niego. Odchodzimy ok. 3 po południu. Już zapada zmrok. Odchodzimy 8 – 10 km na wschód.
     
    Wczesnym wieczorem – chyba o 6-tej 7-mej, słychać z rejonu Mociewicz znów potężną strzelaninę, widać rakiety. Wzmagamy czujność. Po godzinie wszystko kończy się.
     
    Dopiero po pewnym czasie dowiadujemy się, co to było, i jak było. Piszę to co słyszałem. Jakiś większy oddział, czy kilka oddziałów ruskiej partyzantki przebijało się z Puszczy Grodzieńskiej (Ruskiej)
     
     przed zimą za Niemen. Liczebność szacowano różnie: 500 – 1000 osób. Mieli dużo taborów, kobiet, rannych. Przechodząc przez tory Lida – Grodno. Mieli rozkręcić szyny na odcinku kilometra. Przechodząc koło Żołudka postawili na nogi Niemców. Policję i naszą konspirację. Przed Mociewiczami zahaczyli skrzydłem o Pluton „Lwa”. Tę strzelaninę słyszeliśmy w Mociewiczach. Nad samym Niemnem natknęli się na nas i na UBK.
     
     „Sosna” trafił najgorzej. Z drużyną, czy też z częścią plutonu został odcięty od kompanii. Wycofywał się pod bardzo silnym ogniem do pobliskiego lasu. „Wdowczyk” który był z „Sosną” mówi, że rozwadze, odwadze i opanowaniu „Sosny” ta grupka wyszła ze stosunkowo małą stratą. Mieli tylko jednego zabitego. Dla nas - „baranowickich” była to strata bolesna. Zginął „Kompaci”.
     
     „Sosna” twierdził że zginął przez własną nierozwagę. Zamiast uciekać pod przykryciem zarośli, skarpy, domów „Kompani” wybiegł na skarpę i został zabity. Nazajutrz po walce, grupka „Sosny” odnalazła ciało „Kompaciego”. Był chyba ranny, dobity w okrutny sposób, rozebrany do naga. Pochowany został w Buciłach. „Wdowczyk”, który był na pogrzebie twierdzi, że „Kompaciego” pochowano w Czechowszczyźnie.
    ]
    „Lew” mi opowiadał, że pośpieszył na pomoc „Sośnie” i ocalił tą interwencją życie całej grupki. „Sosna” chciał mu za to całować ręce. „Wdowczyk” – który był z „Sosną” z oburzeniem temu zaprzecza. Nikt „Sośnie” i jego grupce nie pomógł. Co słyszałem to powtarzam. Antoni Kwiatkowski - „Błyskawica” od „Lwa” też nie pamięta aby „Lew” ratował „Sosnę”. Wysłał tylko gońca do „Ragnera”.
     
    Nocna strzelanina wynikła z interwencji „Ragnera”. Słysząc odgłosy walki pospieszył nam na pomoc, ale dotarł już po bitwie. Partyzanci ruscy byli w trakcie przeprawy. Łódkami, na drzwiach od stodół, przeprawiali swoje mienie. Widocznie nie zabezpieczyli się za dobrze bo „Ragner” wszedł do wsi, oświetlił rakietami rzekę i ostrzelał przeprawę. U ruskich wybuchła panika. Nie wiem ilu ich zginęło, czy „Ragner” miał jakąś zdobycz.
     
    Pewne jest jedno. Na wiosnę 1944 mieszkańcy Mociewicz wyławiali z wody zatopione worki z mąką zamienioną w ciasto, worki ze zbożem i coś jeszcze o czym nie mówili wiele. Z wyłowionej mąki i
     

    zboża pędzono samogon. To słyszałem od mieszkańca Mociewicz na wiosnę 1944r.
     
    W grudniu 1943r odszedł z kompanii „Zych I”, a objął dowództwo „Zych II” – Władysław Żogło, który przyszedł do nas z UBK. Przekazanie Oddziału odbyło się bez udziału „Zycha I”        - widocznie byłoby to dla niego zbyt ciężkie przeżycie. „Zych II” objął dowództwo dwukompanijnego batalionu – naszej kompanii, której dowódcą został „Bartek” awansowany na podporucznika i dwuplutonowej kompanii „Lwa” chyba też w tym czasie awansowanym na ppor.
     
     „Zych” utworzył sztab batalionu do którego wziął por. „Bruzdę”, „Rogalę”, por. „Sawkę” jako adiutanta, „Oczkowa” jako oficera oświatowego, „Żuka”, „Blaszkina”, „Longina” – którzy pełnili tam jakieś funkcje. Być może sztab „Zycha” powstał nieco później, na przełomie stycznia – lutego 1944 r, kiedy utworzono III kompanię „Dęba”. „Zych” – kpt. Żogło, dość wysoki, mocno zbudowany, lat ok.35 był dowódcą bez wyrazu.
    Lubił wypić. Jego kwatermistrz – por. „Bruzda” też nie wylewał za kołnierz.
     
    W połowie grudnia 1943r przyjechał do naszej kompanii kwaterującej chyba w Szawdziniach – ppor. czy por. „Bartek” zwany „Grubym Bartkiem” lub podpułkownikiem. Miał coś w rodzaju pogadanki politycznej. Nie mówił tego wyraźnie ale nawiązywał do konferencji w Teheranie w pierwszych dniach grudnia.
     
    Widocznie coś przesączyło się z tej konferencji o losach Polski a zwłaszcza Kresach. „Gruby Bartek” coś mówił o linii Curzona, polskości Kresów, konieczności ich obrony. Było to jakieś mało wyraźne. „Wdowczyk” wręcz zapytał, co będzie z naszymi ziemiami. „Bartek - Gruby” był pewien, że Zachód nas obroni.
     
    Przed świętami Bożego Narodzenia dostajemy niemieckie trzewiki z gwoździami, spodnie z brunatnych koców i białe peleryny z lnianego płótna. Spodnie są ze spinaczami na trzewiki. Nareszcie coś wojskowego. Ubrani w peleryny wyglądamy w nocy jak duchy. Bardzo przydały się dobre wojskowe buty, z tym zawsze był kłopot. Prawdopodobnie dostarczyła to Warszawa.
     

    Wigilię ma świętować całe zgrupowanie koło Niecieczy. Tylko „Lew” zostaje gdzieś nad Niemnem. My kwaterujemy w Cackach, UBK w Klukowiczach, „Ragner” w Niecieczy, niedaleko gdzieś „Lech” ze sztabem. Przejeżdżając przez Nieciecz dostajemy ciastka, papierosy, kiełbasy. To świąteczne smakołyki od społeczeństwa.
     
     W Cackach spotykamy Michała „Chytrego” – rannego pod Dubiczami. Wygląda jak z krzyża zdjęty. Chłop jak dąb, teraz wysechł na trzaskę, mówi cicho. Jedzie do Niecieczy – do swoich na wigilię. Zasiadamy do wigilii w jakimś większym domu. Zebrała się razem prawie cała nasza grupa baranowicka.
     
    Wigilia niewymyślna ale obfita. Opłatek, barszcz, kapusta z grzybami, sporo samogonu. Dzielą się opłatkiem „Zych” i „Bartek”. Pod koniec kolacji przyjeżdża „Lech” z „Michałem”i kilkoma oficerami ze sztabu. Nawet nie siadają. „Lech” składa życzenia, naszego zwycięstwa, zachowania życia i zdrowia, rychłego zakończenia wojny, wolnej Polski. „Michał” nas zauważył, prezentuje „baranowickich” „Lechowi”: to mój, to mój, to mój…
     
    Przyjemnie, że nas pamięta. Wspominamy nieżyjących – „Leśniczego” i „Kompaciami”. Idziemy na pasterkę do kościoła w Niecieczy. Kościół pełen ludzi. Wielu mocno pod gazem. Kazanie bardzo patriotyczne. Rano rozjeżdżamy się w trybie alarmowym. „Ryś” nie wraca z nami, załatwił sobie przeniesienie do „Ragnera”. Tu widzi większe możliwości wybicia się.
     
    Po drodze do Mociewczuk dowództwo pozwala zorganizować zabawę. Jest harmonia, bęben, wszyscy świętują – wieś albo zaścianek katolicki. Schodzi się młodzież. Muzykanci rżną polkę. Scisk, kurz, pisk, tłok. Wesoło, bo takie zabawy były w one lata.
     
    Nowy Rok 1944 spotykamy w Mociewczukach nad Lebiodą. O północy nad Żołudkiem rakiety, paciorki pocisków świetlnych. To Niemcy i policja witają nowy 1944r. Nad Niemnem też słychać strzały, pewno ruska partyzantka i może któryś z naszych oddziałów stojący dalej od sztabu. U nas cicho.
     
    Chyba w Nowy Rok albo krótko po nim uciekł z UBK „Men” z całym plutonem i bronią. Przyszedł do Lwa.  Lew” ma teraz pełne trzy plutony ale jest szum. Załatwiają to jakoś, bez konsekwencji dla „Mena”.
     
    W połowie stycznia są prawosławne święta Bożego Narodzenia. Korzystamy z tego aby wprosić się na lepsze jedzenie. Podstawowym świątecznym daniem jest makaron z mlekiem i kisiel owsiany.
     
    Chyba w styczniu przychodzi wieść że „Słowik” i „Zośka” zginęli w czasie zamachu na Rippera. Ripper wyżył. Niemcy go wyleczyli.
     
    W połowie lutego drużyna pod dowództwem „Sosny” ma stawić się w sztabie „Lecha” w Hołdowie. Mamy zabrać 4 furmanki bez furmanów. Przyjeżdżamy. „Sosna” idzie po rozkazy, z nami rozmawia „Michał”. Mamy otrzymać broń od Niemców. Więcej nikt niczego nie tłumaczy.
     
     Nazajutrz, po południu wyjeżdżamy w okolicę mostu kolejowego na rzece Dzitwie. Na miejscu mamy być przed zmrokiem. Przyjeżdżamy w pobliżu przejazdu na torze kolejowym Lida – Grodno. Jest trochę emocji. Ale „Sosna” jest spokojny, umie trochę po niemiecku. Obok przejazdu, przy drodze jest zadbana mogiła niemieckiego żołnierza. Z napisu wynika, że poległ w czasie I Wojny Światowej. Nikogo nie ma, ani na przejeździe, ani w pobliżu.
     
    Niedaleko jest bunkier niemiecki który strzeże mostu na Dzitwie. „Sosna” idzie tam na zwiady. Jak opowiadał, zaskoczenie załogi bunkra było całkowite. Można byłoby ich rozbroić. To byłaby zdobycz ! W bunkrze nic o niczym nie wiedzieli. „Sosna” wrócił, czekamy z pół godziny, zapada zmrok.
     
     Wreszcie po drugiej stronie przejazdu ukazały się dwa samochody ciężarowe. Z jednego wyładowano na drogę za przejazdem CKM Maxi, skrzynki z taśmami do CKM-u i jeszcze kilka skrzyń. Wszystko to piorunem. Co było w drugim samochodzie pod plandeką – nie wiadomo – może żołnierze. Samochody odjechały. Załadowaliśmy CKM i skrzynie na swoje furmanki i pojechaliśmy do Hołdowa.
     
     W skrzyniach nie było broni tylko amunicja ruska i granaty, okrągłe – jajkowate, mówiono, że to francuskie. Dostaliśmy ten CKM dla naszej Kompanii. Nakradliśmy trochę granatów. Amunicję też nam przydzielono.
     
    Organizuje się w naszym batalionie III kompanię pod dowództwem pchor. „Dęba” – Jerzego Dąbrowskiego. Odchodzą do niej „Gien”, „Bury” – vel „Jankiel”. „Żbik” jest u „Lwa”. „Śledź” chce do konnego zwiadu. „Ryś” u „Ragnera”.
     
    Zimowe przemarznięcia dają się we znaki. Wielu dostaje wrzodów, m.in. ja. Bolesne te czyraki na szyi, na d…., na łokciach. Dają nam tabletki – zdaje się Prontosil. Zabarwiają mocz na czerwono co ładnie wygląda na śniegu a pomagają jak umarłemu kadzidło.
     
    Pod Sucharami nasz patrol miał potyczkę z ruskimi. „Śledź” jest ranny w dolną szczękę. Leży w szpitalu w Niecieczy. Po wyleczeniu ma trochę zniekształconą twarz.
     
    Mamy kilka potyczek z ruską partyzantką na terenach Orla – Suchary, szczegółów nie pamiętam, nie we wszystkich brałem udział.
     
    Koniec lutego. Już dawno na Holendra Petera, niemieckiego administratora majątku „Żołudek” a potem majątku Lipiczno, został wydany wyrok śmierci za osobiste zastrzelenie we wsi Starzynki koło Lipiczna całej rodziny mieszkańca Starzynek. Zasadzki na Petera nie udawały się.
     
    Wreszcie „Bartek” dowiedział się, że raniutko następnego dnia Peter z drugim Holendrem – Johannem mają jechać przez wieś Długa na stację kolejową Różanka. Wezwał „Wilka” który dobrze znał Petera i polecił zorganizować zasadzkę. Johanna pod żadnym pozorem nie można zabić, można tylko rozbroić.
     
     „Wilk” dobrał sobie „Pawia”, „Graba”, „Janczyka” i „Kłosa”. Przebrali się po cywilnemu i rozmawiając po rosyjsku i białorusku – udając partyzantów ruskich, zrobili zasadzkę w Długiej koło pierwszego domu od Lipiczna. Za węgłem ustawili RKM.
     
    Nadjeżdżających bryczką Holendrów ostrzegła przed niebezpieczeństwem gospodyni domu otwierając niewidoczne dla leżących w zasadzce okno i dając rozpaczliwe znaki. Holendrzy wyskoczyli z bryczki wreszcie jednak Peter został zabity a ranny Johann doczołgał się powrotem do Lipiczna. „Wilk” dostał czternastostrzałowy zdobyczny pistolet Petera.
     
    W marcu, leżał jeszcze płatami śnieg, jesteśmy gdzieś w okolicach Orli. Przybiega do nas bez ducha jeden z konspiratorów z Orli „Urban”. Ma krótki karabinek kawaleryjski.
     
    Do Orli przez Niemen przeprawili się czerwoni. Ktoś zdradził naszego konspiratora i ruscy postanowili go rozstrzelać. Jeden z ruskich, potężne chłopisko, poprowadził Polaka za miasteczko. Nasz konspirator „Urban” też nie ułomek, postanowił bronić się.
     
    Wykorzystał załamanie płotu i śliskość ścieżki. Kiedy był już za załonem a Rosjanin jeszcze na śliskiej ścieżce z wysuniętym karabinem, błyskawicznie chwycił karabin za lufę i wyrwał z rąk sowieta. Karabin upadł a oni chwycili się za bary. Szła walka na śmierć i życie. Wreszcie Polakowi udało się chwycić tamtego za gardło i poddusić, a gdy zwiotczał – zastrzelić z porzuconego karabinu.
     
     Pobiegliśmy do Orli. Ruskich już nie było. Zabity leżał pod płotem, śnieg wokół był wydarty do zielonej trawy i czarnej ziemi. Trzeba zimnej krwi, odwagi, błyskawicznego refleksu i ogromnej siły żeby wygrać taką walkę.
     
    W marcu dowiedzieliśmy się, że „Lech” był sądzony, sądu pilnowała kompania UBK. Było to gdzieś aż za Szczuczynem. Odwołało go ze stanowiska Dowódcy Zgrupowania Nadniemeńskiego. Dowództwo Zgrupowania objął po „Lechu” major „Kotwicz”. Ani powód oskarżenia, ani wyrok nie był nam znany.
     
    W pierwszych dniach kwietnia jedziemy w jakiejś sprawie do Niecieczy. Tam mówia, że pod Dokudowem była duża walka z czerwonymi, zostało zabitych siedmiu czy ośmiu „Ragnerowców”, kilku rannych. Zabity został „Ryś” – trzeci z naszej baranowickiej grupy. Trafiliśmy właśnie na pogrzeb. Kilka prostych trumien, wykopane w lasku mogiły. Przemawia „Ragner”. Salwa honorowa. My siadamy na wozy i jedziemy do Mociewczuk.
     
    Po paru dniach obserwujemy z Przecimia ewakuację Niemców i polcji  białoruskiej z majątku Lipiczno. Przyjechało kilka samochodów z Niemcami. W naszym kierunku ustawili działko i karabiny maszynowe. My też zajęliśmy pozycje. Po załadowaniu bambetli oddają z armatki strzał w naszym kierunku i odjeżdżają. Idziemy zobaczyć co tam było. Koszary w nieczynnej gorzelni b. dobrze umocnione, można długo bronić się. Nowoczesny pałac w parku spalony w 1939r.
     

    Nowa reorganizacja. „Sosna” zostaje dowódcą batalionowej żandarmerii. Pluton po „Sośnie” obejmuje „Wdowczyk”. Ja jestem w plutonie „Wdowczyka”. I Drużyną dowodzi „Staniszewski”, II – „Gryszkin”, III – „Mrówka”.
     
    „Kotwicz” inspekcjonuje sztab „Zycha” , potem przegląd naszej kompanii. Ogląda wszystkich, z niektórymy zamienia parę słów. Nie podobał mu się „Małyszko” – jest za mało żołnierski. Rzeczywiście – „Małyszko” jest niski, gruby, brzuchaty. Ledwie go „Bartek” wybronił za dzielne stawanie w jakiejś potyczce. Potem na cmentarzu każe „Wdowczykowi” rozwiązać zadanie ustawienia CKM.
     
    Wielkanoc 1944r. 9 kwietnia. Jesteśmy w Długiej, w południe idziemy do Mociewczuk. Na kwaterach są gazetki, rozważania nad przyszłym losem Polski, reformą rolną, sprawiedliwością, prawami mniejszości. Spotykam „Oczkowa”. Jest teraz w sztabie „Zycha” oficerem oświatowym bez stopnia.
     
    „Oczkow” – Józef Cholewa – używał jednak wtedy imienia Mietek, był przed wojną studentem prawa na Uniwersytecie Wileńskim. Z przekonań – narodowiec, mądry, krytyczny wobec religii. Często z nim rozmawiam i dużo korzystam z tych rozmów. Z powodu przekonań politycznych przeniósł się na jakiś czas do UBK, jednak nie wytrzymał tam długo. Wolał wrócić do swoich chłopców.
     
    Niedawno był w Szczucińskim. Dowiedział się, że rozstrzelany przez swoich został „Pietrow” – Piotr – dawny szef Oddziału „Puszczyka” i „Lecha”. Oficjalnie podano, że miał kontakty z PPR czy też sam należał. „Oczkow” sądzi, że powodem było zabranie jego PPD i stosunek do „paniczyków” z którym się nie krył.
     
    A w Szczuczyńskim parodia szlachetczyzny. Ktoś kogoś czymś obraził, ten wysłał sekundantów i wyzwał na pojedynek. Akcja jak z operetki, a ci naprawdę chcą się strzelać. Załadowano im pistolety papierem. Pojedynek odbył się, nikt nie poniósł szkody, honor uratowany. Pogodzili się. Takie zabawy w czasie wojny! Czas na to?
     
    „Sosna” wyposażył swoją żandarmerię bardzo dobrze. Porządne umundurowanie, duża ilość automatów (PPD, PPSz), pistolety. Plutony mają to za złe. Czy rzeczywiście żandarmerii potrzebne jest tyle broni automatycznej? A linia.
     
     Żandarmeria działa. Rozstrzeliwują różne osoby, chyba jest rozeznanie za co. Ale są i wątpliwości. Np. w Zblanach zostało rozstrzelanych kilka rodzin – w tym i kobiety, za to że ich synowie poszli do partyzantki sowieckiej. Czy terror pomoże? Wątpliwe. Raczej można spodziewać się odwetu. „Oczkow” – którego żonę i córeczkę rozstrzelali Niemcy za jego działalność, bardzo krytycznie ocenia takie postępowanie.
     
    Dochodzi wiadomość, że koło Żołudka „Lew” rozstrzelał kilku dezerterów z jego kompanii. Tylko jeden, który zjawił się u „Bartka” uszedł  cało. Mówi, że zamierzali wszyscy przejść do „Bartka” ale dlaczego o to nie prosili służbowo? Dlaczego nie przyszli prosto do „Bartka” a zatrzymali się w swoich domach w Żołudku gdzie wysłany przez „Lwa” patrol ich wyłapał?
     
    Kiedy do „Lwa” przeszedł „Men” ze swoim plutonem i bronią z UBK (co też było chyba rodzajem dezercji), sprawę zatuszowano. „Lew” - jak mówią, był za to sądzony przez sąd przy sztabie „Kotwicza” i uniewinniony.
     
    Dostajemy niejasne relacje, że nasze rodziny w okolicach Baranowicz zostały rozstrzelane. Nie mamy z rodzinami od roku żadnego kontaktu, sprawa nabiera rozgłosu. Organizowane jest zebranie na które przyjeżdża też ktoś ze sztabu „Kotwicza”.
     
    Przychodzi też jakiś oddział w którym są żołnierze z białostockiego – też mają takie problemy. Wyjaśniaja nam, że trzeba utrzymywać tajemnicę, że nawiązywanie kontaktów może pogorszyć sprawę rodzin, że wieści są nie sprawdzone itp. Nie bardzo to przekonuje.
     
    Miejscowi stadami chodzą do domów na przepustki, do oddziałów przyjeżdżają żony partyzantów w odwiedziny i to nie same a z koleżankami. Czy nie dość możliwości do poznania naszych tajemnic? Fotografuje się kto chce, z kim chce. Dlaczego tylko nas – mających rodziny daleko obowiązują takie rygory? Nic nie zyskujemy. Później mamy wiadomość, że została rozstrzelana rodzina por. „Michała” i to prawda.
     
    Pod koniec kwietnia Niemcy i białoruska policja wyniosła się z Żołudka. Jesteśmy gdzieś blisko, idziemy patrzeć na bunkier w majątku „Żołudek”. Drewniane ściany już miejscowa ludność częściowo rozebrała. Przyda się – tyle zmarnowanego drewna.
     
    Trzeci maj. Koło domu młynarza w Mociewczukach jest coś w rodzaju amfiteatru. Scenka umajona brzózkami, przemówienia a potem występy samorodnych aktorów i piosenkarzy. Popisuje się „Smok” z „Bąkiem” swoim – „tam na błoniu…” na jakąś wymyślną melodię. Wieczorem idziemy do Żołudka. W szkole przygotowała dla nas Lucia Wilkinówna występy dzieci. Wiersze, tańce, piosenki.
     
    Parę dni potem nadchodzi wiadomość o tragicznym zakończeniu akcji w Szczuczynie. „Fiedia” prawdopodobnie ranny. „Gorkin” - ranny. Dużo zabitych i dobitych. Masakra. Komentarze nieprzychylne takim akcjom. Czy zasadzki na szosach nie przyniosą więcej korzyści? Oprócz rozgłosu niewiele można zyskać na zdobyciu miasta.
     
    W połowie maja stoimy w Mociewczukach. Pod wieczór wiadomość: „Lew” bił się z Niemcami pod Sucharami, właśnie idą. Wybiegamy, wozy z rannymi i zabitymi. Żołnierze „Lwa” jeszcze w gorączce pobitewnej. Opowiadają o przebiegu walki, pokazują zdobyczną broń. Pić, jeść! Zdobyczy jest wiele, ale i straty znaczne.
     
     Ośmiu zabitych, 10 rannych. Wkrótce „Lew” odchodzi, chyba transportują rannych do Niecieczy, tam też mają pochować zabitych na partyzanckim cmentarzu. Nazajutrz z rana przyjeżdża jeszcze jedna grupka „Lwa”, nie pamiętam, czy byli w straży bocznej, czy odłączyli się w czasie walki. Znów opowiadania, prezentowanie zdobycznej broni, znów pić i jeść.
     
    Spotykam „Waligórę” – Janka Wasilewskiego. Skarży się na „Sosnę”. Za pójście do domu, do Żołudka (ale chyba bez pozwolenia) i „Sosna” ukarał go 25 szampołami na goły tyłek w obecności kolegów. Taki wstyd i hańba. Znam całą rodzinę p. Wasilewskich, byłem u nich w domu. Brat „Waligóry” – Witek, siostry Hela i małoletnia Jadzia przychodzą często do Mociewczuk.
     
     Dom p. Wasilewskich to przechowalnia materiałów wojskowych, szpitalik, gdzie leczą się ranni, przechowują spaleni, miejsce zbiórek młodzieży, bo dom bardzo gościnny. Bywały tam nasze władze, leczył się „Sawko”. A może „Waligóra” ufny w znajomości na wyższym szczeblu pozwala sobie za dużo? Znów nieprzyjemna sprawa, byłem kiedyś  z „Waligórą” w jednej drużynie, teraz nie byliśmy zbyt blisko. Jeśli przyszedł do mnie poskarżyć się, to może
    odsunęli się od niego ci, na których liczył?
     

    W parę dni po walce „Lwa” pod Sucharami śpię na kwaterze. Budzą – wstawaj, Ripper przyjechał! Kwaterujemy w Mociewczukach niedaleko domu w którym jest sztab „Zycha”. Nie mogę uwierzyć. Niedawno „Słowik” i „Zośka” zginęli w zamachu na Rippera a teraz on tu? Za chwilę otwierają się drzwi, wchodzi „Żuk” a za nim trzech niemieckich żandarmów, młodych, wysokich, wypasionych, czystych, wesołych. Rozsiadają się przy stole pod obrazami – „na pokuci” jak to się mówi na Białorusi, czyli na honorowym miejscu.
     
    „Żuk” siada z nimi, nie pozwala nam opuszczać kwatery, zna parę słów niemieckich, prosi u Niemców naboi do swojej dziewiątki. Wszyscy żandarmi są uzbrojeni w szmajsery i pistolety. Jeden wyciąga z kabury Waltera – dziewiątkę i wyłuskuje „Żukowi” wszystkie naboje. „Żuk” mruga do nas – przydadzą nam się te naboje na was – mówi do Niemców, ci rechoczą. Rozumieją co mówi po polsku, czy nie?
     
     Siedzą u nas chyba z godzinę. Wychodzą potem z „Żukiem” i odjeżdżają. Wychodzimy. Podniecenie, komentarze. Ci którzy widzieli Rippera twierdzą, że ma twarz zniekształconą po strzałach „Zośki” i „Słowika”. Czego przyjeżdżał?
     
    Prawdopodobnie interweniować w sprawie ataku „Lwa” na ekspedycję pod Sucharami. Ktoś twierdzi, że „Lew” oberwał już za to od „Kotwicza” Pewno jest w tym jakaś prawda bo nazajutrz „Lew” „dezerteruje” od nas, przechodzi do VII batalionu „Ponurego”.
     
    Przyjeżdża z Niecieczy dowódca drużyny z ochrony sztabu „Ragnera”  i przywozi hiobową wieść. „Michał” został zabity podczas wyprawy za Niemen. Zginął również dowódca jednej z kompanii „Ragnera” por. „Lotnik”. Jest około 40 zabitych, wielu rannych. Nie wszystkich zabrano zza Niemna. Według opowiadania tego drużynowego – był on naocznym świadkiem śmierci por. „Michała”.
     
    Po przeprawieniu się przez Niemen gdzieś pod Dokudowem, „Michał” i cała straż przednia wpadła w wąwozie w zasadzkę. Ruscy mieli masę broni maszynowej, „Michał” jadący na koniu został trafiony pierwszymi seriami. Minął  akurat rok od czasu, kiedy pod Cyrynem, „Michał” objął nad nami dowództwo. Ale dlaczego będąc
     
    adiutantem „Kotwicza” brał udział w wyprawie za Niemen? Dlaczego jechał w awangardzie? Czyżby szukał śmierci dowiedziawszy się o zdradzie i śmierci swojej rodziny?
     
    Około 25 maja gruchnęła wiadomość, że ruska partyzantka wysadziła w powietrze młyn w Żołudku. W sercu naszego terenu gdzie czuliśmy się panami. „Oczkow” ułożył zjadliwą piosenkę, na melodię „jak długo Wisła wody…”:
                                                                    Jak długo Lebiodka wody
                                                                    Do Niemna będzie słać,
                                                                    Tak długo w Mociewczukach
                                                                    Sztab „Zycha” będzie stać.
     
                                                                     I przyjdą bolszewicy
                                                                     W Żołudku młyny rwać
                                                                     A w pięknych Mociewczukach
                                                                     Sztab „Zycha” będzie stać.
                                                                    
                                                                     Nie trzeba rybek łowić
                                                                     Ani się bawić chcieć,
                                                                     Żeby w Żołudzkim młynie
                                                                     Polską pszeniczkę mleć
                                                                    
                                                                     I przyjdą bolszewicy…
     
    Nie minęło wiele czasu kiedy poraziła nas nowa wiadomość. Za wysadzenie młyna w Żołudku został rozstrzelany po osądzeniu w Prudziszczu „Waligóra” – Jan Wasilewski i jeszcze dwóch jego kolegów z Żołudka . Uszkodzenia młyna nie były wielkie i zdaje się, po paru dniach został uruchomiony.
     
     Myślę, że jeżeli nawet to prawda, że „Waligóra” ten młyn wysadził, to zasługi całej rodziny p. Wasilewskich powinny były pozwolić „Waligórze” na rehabilitację, tak, jak pozwolano na to „Lechowi”.
     
    Pod koniec maja, może nawet 29 maja 1944r. odczytano przed frontem kompanii rozkaz, przyznający mi – na podstawie rozkazu Naczelnego Wodza, z dnia 3 maja 1944r. Krzyż Walecznych.
     
    Mniej więcej w tym czasie „Sawko” był na „pieregaworach’ z ruską partyzantką. Nie wiem jak długo trwały, co ustalono, bo i później „Sawko” tego nie powiedział.
     
     Widziałem tylko zdjęcia z tych pieregaworów. W jakichś trzcinach czy oczeretach siedzi kilku wyższych  oficerów w płaszczach z naramiennikami, w czapkach papachach na głowie. Te zdjęcia pokazywał nam „Sawko”, sam je robił.
     
    Rozchodzą się wiadomości, że wkrótce mamy iść pod Wilno. Jeżeli to miała być tajemnica – to wiedzieli o niej nie tylko żołnierze, ale i cywile. Zaangażowani w działalności na rzecz polskie partyzantki i konspiracji przejawiali wielki niepokój. Jak odejdziecie, zaraz tu będą ruscy i wystrzelają nas.
     
    Dostajemy znów nowe buty, niemieckie, podbite gwoździami. Jest ich tak dużo, że można wybierać, przebierać, dopasowywać do nogi. I ja dobieram sobie nowe buty, staram się je „obchodzić” czyli chodzić dużo aby nowe buty dopasowały się do nogi. Jeszcze raz przypominają zasady długich marszów. Wypić przed wymarszem jak najwięcej wody.
     
     W czasie marszu nie pić pomimo pragnienia. Mieć w ustach dwie fasolki lub kamyki a obracać nimi tak, żeby powodować wydzielanie śliny. Onuce przewijać na każdym postoju – co godzinę. Po marszu wymoczyć nogi w zimnej wodzie i natrzeć skórką od słoniny (to zastępowało krem). Wyprać onuce.
     
    W niedziele, od dłuższego czasu chodzimy do Żołudka, do kościoła. Teraz stacjonujemy w Żołudku kilka dni. Robimy zakupy przed wyprawą na Wilno. Spotykam „Giena” który jest teraz u „Dęba”. Awansował błyskawicznie, jest plutonowym gdy tymczasem nasz dowódca plutonu – „Wdowczyk” – tylko kapralem. A może „Bartek” za mało dba o awans podwładnych.
     
    Przed samym wyjściem pod Wilno dochodzi wiadomość o śmierci „Ponurego”. Po zdobyciu bunkra na granicy „Ponury” z adiutantem chodzili wewnątrz umocnień i nie wykryty Niemiec zastrzelił obu serią z automatu.
     
    W noc przed wymarszem pod Wilno nasz pluton stoi w Brańcach, reszta w Mociewczukach. W nocy nad Puszczą Zaniemeńską sowieckie samoloty zawieszają olbrzymie race na spadochronach. U nas – w odległości ok. 10 kilometrów, jest widno jak w dzień. Samoloty rzucają swoim partyzantom broń i zaopatrzenie. Nam nigdy nic nie zrzucono. Odwrotnie.
     
     Podpisaliśmy oświadczenia, że nie będziemy pobierać żołdu a przeznaczymy te pieniądze na dozbrojenie nas.
     
    Gruby „Bartek” – pułkownik, ułożył na melodię I Brygady piosenkę którą teraz często śpiewamy:
                   Rzuciliśmy, swe własne domy, rzuciliśmy najbliższych       nam,
                   Nie po to by pisano tomy, lub żeby zdobyć serca dam.
                   Myśmy partyzanci, polscy rebelianci,
                   Poszliśmy dzisiaj w las, bo nadszedł czas, bo nadszedł czas……….
     
    Również dopiero teraz dotarła do nas pieśń „O Panie, któryś jest na niebie…” Śpiewamy ją wieczorem po modlitwie.
     
    Rankiem, chyba 20 czerwca 1944r zbieramy się w Mociewczukach. Jest sztab „Zycha”, Kompania „Bartka”, Kompania „Dęba”. Robią nam zdjęcia . Dołączyło kilkunastu żołnierzy, nie pamiętam, czy z rozkazu mobilizacyjnego czy z obawy przed pozostaniem na tych terenach.
     
    Żegnamy znajomych znajomych i przez most na Lebiodzie idziemy do Bielicy. Przychodzimy pod wieczór, rozkładamy się na nocleg. Rankiem zbiera się całe zgrupowanie w składzie którego mamy iść. Nam przydzielają drużynę moździeżystów z 80 mm moździerzem. Jest dużo kawalerii. Chyba w Bielicy był też batalion VIII. „Sosna” swoich żandarmów wyposażył w rowery.
     
    Wyruszamy na wschód. Tory kolejowe Lida – Baranowicze przechodzimy bez przeszkód między Honczarami i Minojtami. Mijamy równoległą do torów drogę. Idziemy do Dokudowa. Nasz II pluton „Wdowczyka” idzie w awangardzie z wysuniętą drużyną.
     
    Jestem łącznikiem. Dostaję konia. Przed Dokudowem podejrzany ruch. „Wdowczyk” każe zameldować o tym „Kotwiczowi” i otrzymać decyzję. Oddaję konia do potrzymania jakiemuś koledze i idę do grupy oficerów. Tylu oficerów na raz niegdzie jeszcze nigdzie nie widziałem. Stoją grupkami.
     
     Melduję się i pytam o majora. Nie wiedzą. W drugiej grupce - też nie. Wreszcie znajduję. Melduję o sytuacji, proszę o decyzję. Major odpowiada krótko – maszerować dalej, ale zatrzymuje mnie i udziela
     

    lekcji. Widocznie widział moje poszukiwania, bo mówi: „goniec nie dopytuje się o majora, podnosi rękę i woła – „goniec do majora „Kotwicza” – a wszyscy – tu zwraca się do oficerów – wskazują ręką – TAM! Bardzo mądrze. Jest to lekcja jak się zdaje. I dla oficerów, no bo jeśli wiedzieli o tym, to czemu nie zrobili tak jak trzeba?
     
    Przekazuję „Wdowczykowi” rozkaz majora. Przechodzimy całe Dokudowo i zatrzymujemy się koło ostatnich domów za niewielkim zakrętem ulicy. Wtem pojawia się samotny jeździec na białym koniu.
     
    To major „Kotwicz”. „Wdowczyk” melduje się. Major zsiada i wdaje się z nami w pogawędkę. Zdejmuje z szyi pistolet maszynowy, nie widzieliśmy dotąd takiego. To „Suomi” – fiński PM na którym wzorowano PPD. Kaliber – 9, ciężki, magazynek prosty 3 rzędowy (naboje w 3 rzędy). Major zdobył ten PM pod Żołudkiem. Osobiście zatrzymał niemiecki samochód i rozbroił zaskoczonych Niemców.
     
    Wreszcie wiesza pistolet na płocie i rozmawia dalej. Wsiada na konia i odjeżdża. A pistolet został na płocie! „Wdowczyk” chwyta go, dogania za zakrętem majora i oddaje mu automat. Zażenowany major mówi – dobrze chłopcy, pamiętajcie zawsze o swoim dowódcy.
     
    Przechodzimy wbród dość szeroką ale nie głęboką rzekę Gawię. Trwa to dość długo bo wleczemy potężny tabor. Konny zwiad pojechał do Morynia. Jak opowiadają, natknęli się tam na ruskich partyzantów.
     
    Część Oddziału zostaje na nocleg w Gawii, my idziemy do Morynia. Wieczorem przychodzi z odprawy „Wdowczyk”, odwołuje mnie i powiadamia że idziemy w moje strony pod Stołpce i Mir. Tam mamy połączyć się ze stołpeckimi oddziałami.
     
    Z rana formujemy się i idziemy drogą prowadzącą do Iwja. Droga idzie lasem. Nagle w kolumnie gdzieś niedaleko – baach! Jakiś bałwan bawił się spustem niesionego na pasie karabina i wystrzelił. Małe zamieszanie, ochrzanianie sprawcy przez kolegów.
     
     Ale oto zjawia się pieszo major „Kotwicz”. „Któremu tam się wypsnęło” pyta wesoło. Nastrój odrazu zmienia się, no bo jak major
     
    tak na wesoło… Podchodzimy do rozwidlenia dróg. Na rozwidleniu stoi krzyż. Droga w lewo prowadzi gdzieś do Iwja, my skręcamy w prawo, w las. Dochodzimy do niewielkich zabudowań, leśniczówki, czy folwarczku Mostki. Widzimy, że sztab rozlokowuje się koło zabudowań, poją konie.
     
    Nas odsyłają do lasu. Lokujemy się na jakimś łysawym wzgórzu, sosny rosną rzadko, żadnego poszycia. Nie jest tu nam dobrze, nie wiadomo skąd wkrada się niepokój. Drużyna CKM idzie ubezpieczać chyba od drogi Iwje – Zbójsk.
     
    Od drogi którą przyszliśmy słychać pierwsze, rzadkie strzały. Nasza drużyna „Gryszkina” biegnie tam na rozkaz „Wdowczyka”. W naszej drużynie nie ma RKM-u, chodzić lżej, strzela się krótkimi seriami z paru dziesiątek które mamy. Przed lasem, na skraju którego zatrzymujemy się widać daleko – ok. 400m, sylwetki strzelających.
     
     Jest ich niewielu, 20 – 30, nie słychać broni maszynowej. Strzelamy do nich na stojąco kryjąc się za drzewa, bo na leżąco nic nie widać. Tamci padają, i dość niemrawo strzelają dalej. Nagle z tyłu, od drogi z Iwja do Niemna słychać potężny ogień z broni maszynowej.
     
    Zostawiamy dwóch na obserwację tych w zbożu i biegniemy w stronę większej strzelaniny. Wskakuję w dół po wywróconym drzewie. Dobre stanowisko. Niedaleko por.„Bartek” z erkaemistą „Sadym” który wali długimi seriami. Leśną drogą pędzi na białym koniu „Kotwicz” doskonale widoczny w rzadkim lesie. Biją wszystkie nasze erkaemy. Nie słychać CKM –u.
     
    Trwa to może pół godziny. Dostajemy rozkaz wycofania się. „Gryszkin” zbiera drużynę. Jesteśmy jedni z ostatnich. „Bartek” kieruje nas na dróżkę w zaroślach przy której stoi porzucony CKM. Każe nam zabrać to żelastwo zamontowane na kółkach. A gdzie cekaemiści – rzucili skurczybyki swój skarb.
     
     Dróżka wąska, dookoła krzaki, a tu dwaj muszą nieść za kółka, trzeci za pałąk – dyszelek. Dróżka wzdłuż Niemna prowadzi do Morynia. Wreszcie ktoś nas zmienia, chyba znaleźli się cekaemiści ze swymi skrzynkami i taśmami do Maxima. Może pogonili ich spowrotem jak przyszli bez broni.
     
     
     
     Z lewego brzegu Niemna zaczynają ostrzeliwać nas ruscy. Strzelają rozrywającymi się kulami, które po uderzeniu nawet w gałązkę rozrywają się z trzaskiem przypominającym strzał z pistoletu. Na początku myśleliśmy, że to ktoś z krzaków do nas strzela. Wreszcie ogień cichnie, dochodzimy do Morynia z którego rankiem wychodziliśmy w pogodnym nastroju.
     
    Zbiórka, liczymy straty. Mamy 7 zabitych – pamiętam tylko „Gryfa” i „Różę”. Brakuje jednej drużyny ale ta wkrótce nadchodzi. Wychodzi „Kotwicz” z obandażowanym prawym przedramieniem na temblaku. Zgorączkowany. Mówi, że na wojnie jak na wojnie, raz na wozie, raz pod wozem. Podtrzymuje na duchu.
     
    Rozchodzimy się i czekamy zmroku. Mówią, że „Kotwicz” chciał w odwecie uderzyć natychmiast na Iwje ale odwiedziono go od tego zamiaru. CKM – iści nie doszli nawet na wyznaczoną placówkę, stąd zaskoczenie. Mówi się, że nasi dowódcy odzwyczaili się od niebezpieczeństwa. Od postoju sztabu patrole sięgały 50 km, był doskonały wywiad, masa informatorów, dobra łączność. Tu, na nowym terenie trzeba innego postępowania.
     
    Z Morynia wychodzimy wieczorem na północ. Major pała chęcią odwetu. Nazajutrz idzie silny patrol na zasadzkę na szosie z Lidy do Mołodeczna. Po godzinie słychać silną strzelaninę, biegniemy w tamtym kierunku. Rozkaz majora po linii: głośno krzyczeć hurra!
     
    Strzelanina ustaje. Z patrolu jest kilku rannych, m.in. nasz cekaemista, chłopak z Lidy. Trafili na silny konwój i dostali taki ogień, że ledwie zabrali CKM. Konwoje na pewno są uprzedzane, że w lasach są partyzanci, jadą z palcem na spuście a broni i amunicji mają pod dostatkiem.
     
    Jeszcze jedna potyczka z wycofującymi się Niemcami w okolicy Subotnik – tym razem wygrana. Stoimy na skraju Puszczy Nalibockiej, czy Baksztańskiej. Są tu niemieckie okopy z 1941 r. Okrążonych w Puszczy Rosjan bombardowały bez przerwy samoloty, podpaliły las, brakło wody i żywności. Prawdopodobnie poddało się tu ok.100 tys. ludzi i olbrzymie masy wszelkiego dobra, sprzętu, broni.
     
     Nie pamiętam z jakim zadaniem byłem w miasteczku Dziewieniszki, były tam jakieś oddziały wileńskie.
     
    Oni mają Brygady – coś w rodzaju naszego batalionu. Mają dużo niemieckiej broni. Wymieniłem na sacharynę i latarkę 20 nabojów do mego mauzera. Dostajemy uzupełnienie amunicji – na karabin ruski – 100 szt., na inną broń – więcej. Każdy dostaje 2 granaty.
     
    Około 1 lipca 1944 r łączymy się z UBK koło miasteczka Traby. Mamy rozbić wycofujący się oddział niemiecki. Z naszego batalionu jest tylko nasza kompania i moździeżyści. Okrążamy Traby lasami, zajmujemy stanowiska. Widać działko ustawione przy drodze w naszym kierunku. Traby leżą w dolinie okrążonej pagórkami.
     
    Tylko w kierunku wypływającej rzeczki jest płasko. W naszym rejonie moździerzyści ustawiają moździerz, robią jakieś pomiary. Nasza drużyna „Gryszkina” została odesłana na ubezpieczenie przy drodze z kierunku wschodniego. Umieściliśmy obserwatora na dachu przydrożnego domu. Wieczorem Niemcy zabrali działko z drogi. Atak rozpoczął się około 3 nad ranem skoro poszarzało. Nasz moździerz pierwszym pociskiem rozbił CKM Niemców wystawiony w kierunku UBK. Stwierdzili to moździerzyści po walce.
     
     Biją wszystkie cekaemy i erkaemy. „Żuk” sieje z PPD po ścianach budynków. „Zaniemeńczyk” toczy pojedynek ogniowy z erkaemistą z bunkra. UBK poszło jak burza. Oni wdarli się do Trab i rozgromili garnizon. Nasza kompania dostała resztki. Po rozjaśnieniu się, widzieliśmy ze swego stanowiska wycofujących się kilkunastu Niemców. Uciekli, czy ktoś ich przejął - nie wiem.
     
     Ze wzgórza porośniętego lasem przy drodze którą obserwujemy, wychodzi jakiś oddział. Mundury niemieckie. Za chwilę w lornetce widać rogatywki. Jakiś wysunięty oddział osłonowy. UBK ma masę zdobyczy, broni amunicji, działko, samochody, nam nie dają nic! Potem okazuje się, że i nasi mają coś ze zdobyczy, tylko nie przyznają się, czekają podziału tego co zdobyło UBK.
     
    Ciekawe, bo przecież chwalenie się zdobyczą należy do rytuału po bitwie. Nie pamiętam, co inni pochowali, ale „Zaniemeńczyk” ma schowany maleńki francuski pistolet maszynowy – siódemkę. Tak mały, że może udawać większy pistolet. Dwa magazynki i niewiele naboi.
     
    „Zaniemeńczyk” pokazuje mi w sekrecie a widząc mój zachwyt ofiarowuje mnie.
     
    Zaraz zawijam do płaszcza żeby naczalstwo nie odebrało. „Zaniemeńczyk” jako erkaemista ma pistolet, PM mu jest nie potrzebny. Szukam nabojów – mają w UBK. Dostaję na dwa pełne magazynki – zdaje się po 25 szt. Co oddaję nie pamiętam, chyba znalezione, ładne skórzane rękawiczki. Noszę jeszcze cały dzień schowany PM a gdy emocje już opadły i ruszyliśmy w drogę inne sprawy tak absorbują otoczenie, że nikt nie zajmuje się sprawą mojej zdobyczy. Oddaję swój karabin komuś z drużyny, może „Kłosowi” i wyciągam swój PM.
     
    Niektórzy poodbierali jeńcom portfele, pokazują zdjęcia pornograficzne. Jeńcy pętają się parę dni przy kuchni, nikt ich specjalnie nie pilnuje, zdaje się, że w końcu uciekli.
     
    Wychodzimy z lasów spod Trab. Teraz mówi się jawnie, że idziemy zdobywać Wilno. Ale Wilno to nie Traby, wielu, zwłaszcza uczestników wojny w 1939r twierdzi, że naszymi siłami można szarpać Niemców ale nie zdobywać tak wielkiego miasta. Krążą różne pogłoski, np. słyszę, że mamy iść przez Litwę aż do morza, tam mają czekać okręty angielskie i zabiorą nas do Anglii. To stąd, że ruskim nikt nie wierzy a coraz więcej wiadomości o zbliżaniu się frontu i chce się być od nich jak najdalej. Słyszy się o bezhołowiu.
     
    Sytuacja jest chyba nie najlepsza – widać brak jasnej koncepcji.
     
    Idziemy kiedyś całą nas i dzień, i przychodzimy do tej samej miejscowości skąd wyszliśmy. Uczestnicy wojny w 1939r głośno mówią, że to samo było w 1939r i że to dowód tracenia głowy przez dowództwo.
     
    Zaczynają się dezercje. Po nocy brakuje w naszej kompanii 2 ludzi, jeden podoficer i jeden szeregowiec z tej samej miejscowości. Uciekli z bronią. Widocznie dezercji było więcej, bo „Kotwicz” z amputowaną ręką przemawia w duchu patriotycznym, że w trudnym okresie plewy odlatują a zostaje czyste ziarno, że musimy wypełnić obywatelski obowiązek, jesteśmy ochotnikami itd.
     
    „Sosna” ma trudności z obsadzeniem żandarmerii. Nie wiem, czy odeszli od niego do linii, czy uciekli, dość, że mimo proponowania uzbrojenia w PPD czy PPSz, nie ma chętnych.
     
     
     
    Maszerujemy całymi dniami, jest bardzo gorąco. Mundury przeważnie sukienne, a tu lipiec i upały. Spotykam „Czantora” z kawalerii, pyta co u mnie. Mówię, że lepiej dał by konia przejechać kawałek, bo nogi odpadają. Daje. Jadę kilka kilometrów – i to dobre. „Czantora” widziałem wtedy ostatni raz.
     
    Raniutko przechodzimy koło kościółka przy skrzyżowaniu dróg, przez otwarte drzwi widać ołtarz, palące się świece, słychać śpiew księdza.
     
    Pojawiają się samoloty śledzące nas. Chowamy się w lasach. Wchodzimy na jakieś opustoszałe zupełnie tereny. Spalone wsie, wąwozy, dziko, nie ma ludzi, nieprzyjemnie.
     
    Przechodzimy wreszcie zaludnioną wieś i wchodzimy do majątku Szwajcary. Jest 6 lipca 1944r. Mówią, że do Wilna jest stąd 13 kilometrów. Duży dom stoi na niewielkiej polance w lesie na otaczających polankę wzniesieniach. Odpoczywamy w tym lesie. W domu oficerowie mają odprawę.
     
    Wyruszamy ze Szwajcar wieczorem, jest zupełnie ciemno. Idziemy najpierw drogą, potem jakimiś wąwozami. Zatrzymujemy się w takim wąwozie, zbierają nas do kupy. Mówią, że będziemy atakowali Wilno. Ktoś znający te okolice – może „Rogala” albo „Oczkow” informuje, że jesteśmy już na terenie Wilna od strony cmentarza na Rossie. Byłem na tym cmentarzu na wycieczce w 1937 roku.
     
    Wąską drogą schodzimy do jakiejś dolinki. Zejście strome, niewiele jeszcze widać. Przy drodze stoją kobiety, dają nam papierosy i słodycze. Papierosy oddaję, cukierki jem chyba pierwszy raz od paru lat.
     
    Dolina jest obszerna, ledwo widać jakieś zabudowania, łąka zarośnięta rzadkimi łozami. Majaczą wzgórza. Rozwijamy tyralierę, podejście dość strome, posuwamy się w lewo wskos. Zaczyna się strzelanina. Niemcy już nas zauważyli, słychać wybuchy granatów. Niewiele jeszcze widać ale z lewej strony od tyłu nasila się ogień.
     
    Ktoś krzyczy, że „Kogut” – dowódca jednego z naszych plutonów – zdobył bunkier. Słychać wybuchy granatów. Przed nami u góry widać już błyski wystrzałów. Dostajemy też ogień z tyłu od lewej. Rzucić granatu nie można bo pod górę, spadnie powrotem.
     

    Strzelamy. Wreszcie naprzód, podrywamy się, i pochyleni jak tylko można drapiemy się pod górę. Czuję jakby mocne uderzenie kijem  w lewy bok Zakręciło mnie, padam. Obok „Kłos” z mojej drużyny nieludzkim głosem krzyczy „moje nogi, moje nogi”!!! Wołam - ale czy głośno? „Zaniemeńczyk”, ja ranny! Ogień z góry piekielny.
     
    Poruszyłem się, i lecę w dół z tego chyba dość stromego pagórka. Spadłem do płytkiego strumyka i straciłem przytomność. Nie wiem ile tam leżałem. Strumyk mały i płytki, woda otrzeźwia. Myśl – „to już koniec, trzeba zastrzelić się, jakby brali do niewoli” i już mi nic nie trzeba i nic się nie chce. Nie cieszy już mój PM, ale nie rzucam.
     
    Zawieszam pasek broni na szyję i pełznę ze strumyka na małe wzniesienie nad wąwozem. Tam siadam. W wąwozie moździerzyści. Niemcy sieją kulami tak gęsto, że nikt mnie nie ściąga. Wołają – złaś do nas! To dziwne że nie rozsiekli mnie kulami.
     
    Jakiś oficer każe dwóm żołnierzom odprowadzić mnie na punkt opatrunkowy. Zakładają moje ręce sobie na szyję i tak mnie prowadzą, a raczej ciągną przez łączkę. Łączka jest pod obstrzałem, padają więc co chwila. Ja nie mam na to siły – stoję, mam jeszcze automat na szyi, całe oporządzenie i granaty w chlebaku. Oglądają gdzie mam ranę, wlot koło szyi, wylot na plecach.
     
    Podprowadzają mnie pod mały domek. Wychodzi mimo strzelaniny staruszka, babcia, załamuje ręce – „Boże, Boże”. Dają mi wody i kładą na ławeczce przy domu, ale dostaję strasznych kurczy żołądka, aż skręca mnie we dwoje. Zabierają mnie od Babci i prowadzą dalej.
     
    Po drodze, jakiś młody chłopak z Wilna, widzi mnie rannego, błaga o broń. Rwie się do boju. Oddaję mu bez żalu tak wymarzony automat, chlebak z amunicją, granatami, ręcznikiem i jedzeniem. Jest tak ucieszony, że nie wie jak dziękować. Nie pyta nawet, jak to co ma strzela – potrafię! - i znika. Jest jeszcze więcej takich czekających na rannych z bronią.
     
    W stodole gdzie jest punkt opatrunkowy robią mi opatrunek. Zdejmuję mundur, koszulę. Jest dużo rannych. Niewiele pamiętam, bo tracę co chwila świadomość.
     

    Strzela chyba artyleria, samoloty pikują z przeraźliwym wyciem. Nagle panika. Pożar? Pali się nasza stodoła czy coś innego? Pamiętam to jak przez mgłę. Dzielne kobiety – sanitariuszki ładują nas na wozy. Skąd te wozy? Trafiam w wozie na dół, na mnie leżą inni. Nie mogę oddychać ani krzyczeć o wyciągnięcie. Słyszę krzyk kobiet: „Żuk” pomóżcie wypchać wozy: Chłopcy pomóżcie! Ale nikt nie pomaga.
     
    Potem ci, co leżeli na wierzchu opowiadali, że te słabe kobiety i woźnice – cywile, wypychali każdy wóz pod stromą górkę. Nie pozostawiły nikogo! Na całej drodze do Szwajcar gdzie był szpital polowy (ok. 13 km od Wilna), ostrzeliwują nas samoloty. Naszego wozu nie trafili.
     
    Brak słów na opisanie odwagi i oddania sprawie naszych sanitariuszek. Nie opuściły nas, nie zostawiły nikogo, szły przy wozach mimo ciągłych ataków samolotowych. To samo można powiedzieć o cywilach – woźnicach, nie uciekli, nie porzucili, dowieźli. A droga do Szwajcar to chyba 2 godziny jazdy.
     
    Droga do Szwajcar była dla mnie niesamowicie ciężka Przyduszony innymi rannymi nie mogę oddychać a ranny jestem w płuco. Tracę przytomność, proszę o pomoc ale każdy coś krzyczy, woła, wyją samoloty. Są chyba ranni po raz drugi z ostrzału samolotowego. Zostało wrażenie potwornej męki.
     
    Wreszcie rozładowują nas w Szwajcarach. Mnie wnoszą od razu do sali operacyjnej i kładą na kozetce. Doktor „Hel” rzucił okiem – nie trzeba operacji – zostawić. Zajął się potrzebującymi zabiegów.
     
    Jestem półprzytomny, ale słyszę jak przez mgłę polecenia doktora, krzyki, przekleństwa, jęki operowanych. Jakieś potworne odgłosy – chyba piłowanie kości, zapach eteru. Wzywanie Boga, matki, płacz. Trwało to do późnego popołudnia.
     
    Wreszcie operacje skończone, zmordowany doktor „Hel” i siostry operacyjne siadają. Cicho. Pokój pełen zakrwawionej waty, bandaży. Ktoś przychodzi sprzątać. Doktor zauważył mnie w kącie. Podchodzi, mówi kilka ciepłych słów, pyta czemu nie jestem rozebrany – miałem spodnie i buty na nogach. Kazał mi dać wina z jakichś zdobycznych zapasów. To wino smakowało mi bardzo, cały dzień nie piłem. Głodu nie czułem.
     

    Przeniesiono mnie do pokoju obok, i nie wiem dlaczego, położono na szerokim łóżku chociaż inni leżeli na podłodze. Było mi dobrze, tylko dusił dym tytoniowy. Palili ranni w ręce i nogi. Lekarz stwierdził, że mam przestrzelony obojczyk, ale gipsu nie zakładał.
     
    Na sali ze znajomych leżał tylko „Orlik” erkaemista z „tankawikiem”. Przyszedł do Oddziału „Puszczyka” razem z „Sękiem” i „Mrówką”. Nazywał się Józef Baranowski. Ranny został w rękę powyżej łokcia. Rękę mu amputowano. Na trzeci dzień „Orlik” zmarł z zakażenia. Pochowany w Szwajcarach.
     
    W Szwajcarach słychać dobrze odgłosy walki o Wilno, artylerię, bombardowania, nieustający huk. Okolice szpitala też są bombardowane. Słychać niedalekie wybuchy. Z pobliskiej okolicy zwozili i znosili rannych cywilów. Ze mną leżał młody chłopak z sąsiedniej wsi, ranny w rękę podczas bombardowania.
     
     Na trzeci dzień przywieziono do szpitala młodego Tatara, sowieckiego żołnierza. Znaleźli go cywile. Miał pogruchotane obie nogi po których przejechało działko. Był on w oddziale dywersyjnym. Samochód z kilkunastoma żołnierzami dobrze uzbrojonymi, przyczepione działko. Starali się nocą przedostać na tereny zajęte przez Niemców i silnym ogniem szerzyć panikę. Ten Tatar zdrzemnął się nocą na ogonie działka, i spadł pod koła. Nikt tego nie zauważył.
     
     Doktor „Hel” poskładał mu nogi leżał obok mnie z szeroko rozstawionymi, zagipsowanymi nogami. Kiedy obudził się z narkozy zaczął wołać – patynki, gdie mai patynki. Nikt nie wiedział o co chodzi, potem domyślono się że chodzi o batinki (buty trzewiki). Przyniesiono mu te buty, zaraz położył je pod głowę i nie rozstawał się z nimi. Były to czerwone amerykańskie trzewiki, prawdopodobnie nie przemakające.
     
    Ciekawe, że i mnie nic nie zginęło. Przed transportem do Wilna oddano mi mundur, dokumenty, fotografie, tylko czapki i płaszcza nie było. Komu w zamieszaniu bitewnym chciało się troszczyć o te żebrackie mienie i wieźć z pod Wilna do Szwajcar? A przywieźli.
     
    Któregoś dnia – alarm. Niemcy! Rannym w ręce, w nogi – dają po szklance wódki, rannym w brzuch, piersi – morfinę.
     

     Dostaję morfinę, bardzo przyjemne uczucie, człowiek robi się lekki, odważny, spokojny. Znika ból. Drugie ukłucie już jest nie wyczuwalne. Ładują nas na wozy, wiozą do lasu. Ale zaraz wracamy. Ktoś rozbroił Niemców, nie słychać nawet było strzelaniny.
     
    Krępujące jest cewnikowanie. Po szoku prawie nikt nie może oddać moczu. Siostry rozdają butelki po winie, namawiają do wysiłków we własnym zakresie. Po dłuższym czasie -  udaje się.
     
    Walki ustają. Przyjeżdża jakiś pułkownik, Rosjanin, chyba lekarz. Zabiera wszystkich rannych sowieckich żołnierzy. Dziękuje „Helowi” za opiekę. Mówią, że daje mu na pamiątkę niemiecki pistolet, czy PM i order odpięty ze swego munduru.
     
    Chyba 14 lipca 1944r zabierają nas do Wilna. Jedziemy bardzo wygodnie, na każdym wozie tylko jeden ranny. Furmanki wymoszczone słomą, zasłane dzieruhami. Jest bardzo ładny, pogodny dzień. Na zakręcie oglądam się, jest chyba kilkadziesiąt furmanek, olbrzymi tabor. Dowożą nas do Kolonii Urzędniczej w Kolonii Wileńskiej.
     
    Tu jest zwyczajny szpital. Są łóżka, prześcieradła, poduszki, koce. Dostajemy nowe koszule i kalesony. Na Sali do której mnie wnoszą, leżą ranni z naszego batalionu. Ktoś rozdziela rannych według jednostek. Łóżek chyba 12. Jest „Sawko” ranny w drugą rękę, ale tym razem tylko jedną kulą. „Żuraw” nasz kucharz, ranny w obie ręce, jedną ma amputowaną, cekaemista ranny pod Subotnikami, innych nie pamiętam. Na innej sali leży ranny w nogę „Zaniemeńczyk”. „Kogut” zginął przy zdobywaniu bunkra.
     
    Przyjeżdża na koniu „Oczkow” obchodzi rannych, rozmawia. Proszę go żeby zawiadomił „Wdowczyka” że jestem ranny. Obiecuje.
     
    Na drugi dzień, pod wieczór, wchodzi na salę bardzo przystojna, elegancka panienka. Nie wiem o co chodzi, bo pokazuje na niektórych ręką i mówi: ten, ten, ten. Wskazuje i mnie. Każą ubierać się, pomagają. Kto może chodzić, schodzi sam, mnie wynoszą.
     
    Konsternacja. Na podwórzu stoi ruska karetka z czerwonym krzyżem. Panienka uspakaja. Mnie i jeszcze kogoś wsuwają na
     
    noszach, reszta siada na ławeczce bo karetka jest duża. Panna siada przy szoferze, dwóch oficerów sowieckich z nami. Jedziemy nie przez Wilno a jakimiś okrężnymi drogami. Leżąc widzę drzewa, jedziemy przez las.
     
    Dojeżdżamy do kolonii magistrackiej położonej na przedłużeniu ulicy Antokolskiej, w lasach, przy szosie prowadzącej do Niemenczyna. Niedaleko przepływa Wilia. Dojeżdżamy do dużej, drewnianej jeszcze nie zupełnie wykończonej willi doktor Straszyńskiej. Ładna panna, która nas zabierała z Kolonii Wileńskiej, to kuzynka pani Doktor.
     
    Wnoszą nas na piętro, umieszczają w dużym pokoju – 7 łóżek. Dwa duże okna, drzwi na taras. W kilku innych pokojach leżą ranni z różnych oddziałów. Oddzielny pokoik ma tylko pani, sanitariuszka, bardzo ciężko ranna, raz w boju a drugi raz kilkakrotnie z samolotu.
     
    Jest z wileńskiej brygady. Na parterze mieszkają lekarze sowieci z jednostki która stacjonuje w lesie, tuż za płotem posesji pani Doktor. To oni dali karetkę do przewiezienia nas, poproszeni przez nasze panny. Do nas nie mają pretensji – partyzany – charaszo.
     
    Pani Doktor Straszyńska ma ok. 35 lat ale już siwe pasemka włosów. Jej córka – Halinka -13 – 14 letnia już bierze udział w opatrywaniu rannych. Deklamuje nam przejmujący wiersz Słonimskiego „Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy…” Słyszę to pierwszy raz.
     
    Jest kilka panien z sąsiedztwa które gotują, sprzątają, roznoszą jedzenie i pomagają we wszystkich pracach. Pan Tadeusz – chyba krewny p.Doktor jest z Warszawy. Ma ponad 30 lat. Chyba pełni jakieś funkcje w konspiracji, ale jes t dość małomówny, dobrotliwie – ironicznie uśmiechnięty. Kuzynka p.Doktor, ta która nas tu przywiozła, mieszka niedaleko.
     
    Nazajutrz, lub drugiego dnia naszego pobytu wiadomość, że „Wilk” – dowódca całej operacji i wszyscy oficerowie zostali aresztowani a żołnierze rozbrojeni w Puszczy Rudnickiej prowadzeni są do Miednik. Przychodzi ktoś z wileńskiej konspiracji, mamy zadeklarować dalszą działalność. Deklarujemy wszyscy wierność przysiędze. Dostajemy dokumenty – ja otrzymuję kenkartę Ryszarda Cydzika urodzonego w 1928 r. w Wilnie, zamieszkałego na
     
    Pohulance. Robią nam zdjęcia. Dokumenty są już z naszymi zdjęciami i ostemplowane jakimiś pieczęciami o rejestracji u władz sowieckich. Czy te pieczęcie i wpisy były podrobione, czy prawdziwe nie wiem. Prawdopodobnie działały jeszcze sprawnie wszystkie służby konspiracyjne AK.
     
    Którejś nocy jest nalot niemiecki na Wilno. Bombardują rejon dworca kolejowego. Oświetlają miasto racami na spadochronach. Świecą reflektory sowieckie. Bije artyleria przeciwlotnicza. Jest jej tak dużo, że całe niebo usiane jest paciorkami zapalających i świetlnych pocisków. Bije wszystko, od cekaemów do dział wielkiego kalibru. U nas już po za miastem, odłamki sieką po gałęziach drzew jak grad – cach, cach, cach, cach!
     
    Kilku warszawiaków wybiera się do domu. Jeden z nich bierze moje trzewiki a mnie zostawia b. dobre, niemieckie buty z cholewami. Nasz cekaemista z Lidy, ranny pod Subotnikami ma chyba znajomych czy krewnych w Wilnie. Zabierają go i mają odtransportować do domu. NKWD dokonuje aresztowań, poszukuje partyzantów, zabierają nawet rannych.
     
     Lekarze rosyjscy wyjeżdżają, ale wprowadzają się nowi, z jednostki zapasowej. Koło naszej willi kręci się dużo żołnierzy sowieckich, są to ordynansi lekarzy, gońcy, sanitariusze, aptekarze, koledzy lekarzy, więc dom jest jakby po za zainteresowaniem NKWD, a może nie ma ono wstępu na tereny wojskowe gdzie działa wojskowa służba bezpieczeństwa?
     
    Odwiedzający nas lekarze i członkowie konspiracji wileńskiej przynoszą wiadomość, że w Miednikach zebrano kilka tysięcy polskich partyzantów. Przyjechali oficerowie z Armii Berlinga namawiać do wstępowania do tej Armii, był z nimi Putrament znany w Wilnie przed wojną. Pierwszy raz słyszę to nazwisko. Na apele nasi odpowiadają okrzykami – my chcemy „Wilka”. Opornych wywożą do Rosji – może na Sybir.
     
    Wiadomość o wybuchu Powstania Warszawskiego. Komentarze różne. Od – tam dopiero pokażą, do – ostatnia zbrodnicza głupota. Warszawiacy są optymistami. Podleczeni wychodzą wszyscy. Śpieszą do Warszawy. Codziennie ktoś ubywa. Któregoś dnia alarm! Chowają nas w kryjówce w podwójnej ścianie działowej i na stryszku.
     

     Siedzimy tam krótko. Było NKWD ale w jakiejś innej sprawie, odeszli szybko. A może to tylko zwiad przed właściwą akcją? Ewakuacja willi narasta. Zostaje nas tylko czterech. Wileńczuk ranny w łydkę koło Krawczun, 30 letni ułan od Łupaszki (Żydowicz) ranny w kolano mający sztywną nogę, mój rówieśnik z 24 Brygady Brasławskiej ranny w łokieć – ma usztywnioną w łokciu rękę pod kątem prostym, i ja.
     
    „Sawko” dowiedział się, że oficerowie z Okr. Nowogródzkiego nie zostali aresztowani z „Wilkiem”. Rusza na zwiady. Mieszkamy teraz w pokoiku na poddaszu z możliwością ukrycia się. Nowa „wizyta” NKWD. Palą mój mundur, legitymację, fotografię, chyba innych też. Dostaję jakąś lichą koszulinę i samodziałowe spodnie które wypuszczam na buty. Wileńczuk z łydką odchodzi. Któregoś dnia – chyba w niedzielę, idziemy nad Wilię koło naszego cmentarzyka. Stały tu „Katiusze” ostrzeliwujące Wilno.
     
    Mój obojczyk już zrósł się, ranka z przodu zagoiła się, tylko ta na plecach ciągle ropieje. Zapadam na zapalenie płuc, mam też coś z nerkami. Przychodzi na konsultację koleżanka p.Doktór. Zastrzyki, leki. Polepsza się. Obie panie Doktór prowadzą mnie – a raczej konwojują, do szpitala na Antokolu gdzie robią prześwietlenia płuc. Coś jest źle. Dostaję zastrzyki wapna i glukozę.
     
    Zostaję sam. Moich kolegów gdzieś rozlokowano, może poszli do domów? Z walki o Wilno słyszę przerażające wieści. Niemcy nie pozwalali zabrać z przedpola naszych rannych. Nie pozwalali nawet podać wody. Konali długo wołając o pomoc. Wrzucali granaty do piwnic z cywilną ludnością. Czy ci sadyści są jeszcze ludźmi jeśli cierpienie sprawia im przyjemność?
     
    Był zamach na Hitlera, niestety nieudany – czy rzeczywiście nad tą bestią czuwa opatrzność?
    Powstanie w Warszawie trwa ale są też wiadomości o niebywałym okrucieństwie Niemców. Czy nie boją się Boga ani odwetu. Przecież przegrywają wojnę – to jasne.
     
    Nowa porażająca wiadomość – mjr „Kotwicz” zabity. Zwołał naradę na polanie, ktoś zdradził, zostali wybici do nogi. Ktoś przynosi wiadomość o „Zaniemeńczyku” – nazywają go „Niemen” ale z opisu postaci – to „Zaniemeńczyk”. Był ranny w nogę, chodził o szczudłach. Na melinę przyszło NKWD. Zatrzymali wszystkich.
     
    „Zaniemeńczyk” poprosił o skorzystanie z ustępu na korytarzu. Pozwolili widząc całkowitego inwalidę, a „Zaniemeńczyk” zostawił szczudła na korytarzu i znikł. Nikt nie wie jakie są dalsze jego losy.
     
    Rana na plecach wciąż nie goi się. Halinka teraz robi mi opatrunki, długo moczy przyschnięty bandaż, delikatnie odrywa, ciągle pyta czy boli. Inni się nie patyczkują. Ciach, ach, i po wszystkim.
     
    Byłem w odwiedzinach u żony oficera. Zabrała mnie od p.Doktór, ugościła. Nienawidzi bolszewików, jej mąż zginął w Katyniu. Za parę dni p.Doktór mówi, że ta żona oficera dowiedziała się o grożącym jej aresztowaniu. W nocy powiesiła swoją suczkę, żeby nie poniewierała się, a sama uciekła. Rano NKWD znalazło tylko trupa psa.
     
    Zjawił się „Sawko”. Byłem na terenie posesji gdy wyszedł z zarośli. Witam go zdziwiony – pan porucznik! Cicho – ostrzega mnie. Opowiada jak wyjeżdżał z Wilna. Miał jeszcze swój automat i pistolet. Przez posterunek miała przenieść broń w zawiniątku jakaś pani. „Sawko” szedł za nią „czysty”. Tę panią z bronią zatrzymano i aresztowano. „Sawko” zwiał.
     
     Jakoś przedostał się w swoje strony. Opowiada, że „Smok” z „Bąkiem” miał do niedawna swój oddziałek koło Ostryny. Popijali. „Oczkow” ich odwiedzał i radził ukrywać się pojedynczo lub przedostać się do Polski. Nie usłuchali. Ktoś ich wydał i zginęli wszyscy. O „Kotwiczu” wie niewiele. Jest pewne, że zginął. Wieczorem konferuje z p.Doktór i p.Tadeuszem. Nazajutrz znika.
     
    Od wczesnego rana dokoła maszerują żołnierze z pułku zapasowego śpiewając ciągle – „idiot wajna narodnaja, świaszczennaja wajna!”. Zapasowy pułk składa przysięgę na granicy posesji p.Doktor. Przyglądam się. Każdy podpisuje tekst przysięgi. Zaczepia mnie jakiś żołnierz. Jest spod Mińska. Katolik,  pokazuje krzyżyk na szyi. Jest bardzo przygnębiony. Mówi, że dowództwo nie szczędzi żołnierzy, czeka go śmierć, w najlepszym przypadku rana. Pocieszam go jak mogę. Dziękuje, ale odchodzi przygnębiony, jak na szafot.
     
     
     
    Znów NKWD – na szczęście nie ma mnie w domu. Coprawda nie słyszę ani złego słowa, ani nawet aluzji, że jestem uciążliwym lokatorem, ale czuję sam, że trzeba uwolnić gościnny dom p.Doktor.
     
    O organizacji, oddziałach, coraz gorsze wiadomości, masowe areszty, coraz większy strach. Za czasów okupacji niemieckiej wykryto w ciągu paru lat dwie nasze radiostacje. Teraz w ciągu 2 miesięcy zlikwidowano wszystkie. Na ulicy patrole zatrzymują ludzi, okazane dokumenty rwą i rzucają a zatrzymanego aresztują.
     
    Siostra zakonna „Genowefa”, szarytka, znajduje mi nowe miejsce przy ul.Leśnej – w pobliżu ul.Borowej, u p.Snopków. Niedaleko domu wzgórza Antokolu i las. Uliczka Leśna jest wąska, nie brukowana. Jest to właściwie droga leśna. Rodzina p.Snopków składa się z 5 osób. Pan Snopko ok.40 letni, pani Snopkowa, syn w moim wieku Staś, trochę młodsza Danusia i najmłodsza, 12 letnia Hanka.
     
    Staś był w oddziale niedługo, miesiąc czy półtora Pracuje tylko pan Snopko. Ma warsztat ślusarski w centrum Wilna, codziennie raniutko idzie do pracy, wraca wieczorem. Reszta obrabia dość spory ogródek, pasie krowę.
     
    Jestem u p.Snopków chyba od 15 września. Do sąsiadów p.Snopków przyjeżdża ktoś z Warszawy. Opowiada przerażające rzeczy o powstaniu. Niemcy wybijają ludność cywilną, kobiety, dzieci. Palą, niszczą, mordują. Pani Snopkowa bardzo krytycznie ocenia powstanie. Nie dość było doświadczenia w Wilnie? Kto pyta cywilów, czy chcą umierać całymi rodzinami. Zbrodnicza głupota. Zabrania też kategorycznie jakiejkolwiek działalności mogącej narazić jej dom.
     
    Chodzę do sióstr Szarytek na zastrzyki, mają one swój dom przy ul.Kanoniczej nad Wilią, tuż obok kościoła św.Piotra i Pawła. Zastrzyki robi siostra Genowefa. Rodzina p.Snopków jest bardzo religijna. W październiku odmawiamy w domu różaniec. Chodzimy do kościoła Trynitarzy (Paca).
     
    Staś Snopko ze swoim młodszym kolegą – Marianem Malakiem bawią się niebezpiecznie. Kiedyś zaciągnęli mnie w Góry Antokolskie. W okopach niemieckich znajdują granaty, spłonki itp. Cała gromada chłopców po 12 – 15 lat.
     
    Proszę Stasia, aby to zostawił, zabawa z dziećmi – do tego niebezpieczna. Daje mi granat żebym rzucił. Odmawiam. Rzuca sam. A wkoło pełno wojska. Ani mnie ani matki Staś nie słucha. Grożę że powiem matce. Nie boi się – taką świnią nie będziesz. Prowadzi jeszcze do starych fortów gdzie leżą zapasowe lufy do CKM i jeszcze jakieś żelastwo. Mówię, że więcej z nim  nigdzie nie pójdę.
     
    Widzę, że moja obecność ciąży p.Snopkom coraz bardziej. Jedzenie bardzo skromne, niedojadam, ale cała rodzina też. Przyjeżdża ze wsi siostra p.Snopkowej. Opowiada, że na wsi sto razy gorzej. Jakieś oddziały przychodzą, nie wiadomo kto. Istrebitieli podają się za akowców, potem aresztują. Osobiste porachunki, grabież, aresztowania, zabójstwa, piekło. Siostra p.Snopkowej zostaje u p. Snopków. Nie ma miejsca dla tylu osób.
     
    Proszę siostrę Genowefę o skontaktowanie z kimś kto decyduje jak postępować, co robić. Mówi, że wszystko aresztowane, reszta zakonspirowana tak, że trudno do kogoś kompetentnego dotrzeć. Co robią inni? Jedni ukrywają się i czekają, drudzy idą do Armii Berlinga, gdzieś prawdopodobnie są nasze oddziały partyzanckie, ale nie wiadomo gdzie, tropione, wybijane. Mówi się już o wyjeździe wszystkich Polaków do Polski – za Bug. Obiecuje coś znaleźć dla mnie.
     
    Koło połowy października poszliśmy z siostrą Genowefą ul.Holendernia – Krzywe Koło nad Wilenkę. Przeszliśmy przez kładkę i doszliśmy do posesji przy ul. Markucie 16. Właściciel, pan Olechnowicz, zgodził się wziąć mnie do siebie. Siostra wystarała się dla mnie o dość dobry półkożuszek.
     
    Nazajutrz pożegnałem się z p.Snopkami, podziękowałem za gościnę, przeprosiłem za narażanie ich rodziny na niebezpieczeństwo i poszedłem do państwa Olechnowiczów. W czasie rozmowy ustaliliśmy, że jestem z Wilna, mieszkam na Pohulance, nie mam rodziców więc zatrudnił mnie p. Olechnowicz abym miał z czego żyć. Na noc chodzę do domu na Pohulance, ale gdy jest dużo pracy, wcześnie zapada zmrok, nocuję u niego.
     
    Dom p.Olechnowiczów leżał na dużej pochyłości od ul. Markucie do Wilenki. Droga od bramy do domu szła łukiem, drzewa zasłaniały dom całkowicie. Państwo Olechnowiczowie rozpytują mnie skąd
     
    pochodzę, wyciągają mapę Wileńszczyzny i Nowogródczyzny. Siostra Genowefa poinformowała o stanie mego zdrowia. Zatrudnionym w gospodarstwie mam mówić jak najmniej. Moje imię – Rysiek, Ryszard – wymawiają jak Ryszka, albo Ryśka. Opowiadają o tragicznym natarciu naszych oddziałów na Zarzecze. Z ich obejścia było doskonale widoczne.
     
    Natarcie szło od Francuskiego Młyna doliną Wilenki na Zarzecze mając na prawo górę Belmont obsadzoną przez Niemców. Kiedy rozwidniło się, Niemcy mieli partyzantów jak na dłoni. Według opowiadania p.Olechnowiczów, zaczęła się rzeź oddziałów. Mówili o kilkudziesięciu zabitych i rannych. Ocenili ten atak jako straceńczy. Nie mogli odżałować chłopców. Ze zgrozą opowiadali o rannych, którym nie można było pomóc. Skonali na oczach obserwatorów, bezsilnych, niemych świadków.
     
    W domu mieszkał pan Olechnowicz ok.75 letni, ale czerstwy, jego żona – ok. 60 letnia i Staś – zwany tu Staśka, półsierota, syn sąsiadów p.Olechnowiczów, nieco młodszy ode mnie. Powoził koniem. Państwo Olechnowiczowie mieszkali w pokoju, my w pomieszczeniu które było połową domu i służyło jako kuchnia, jadalnia, śpiżarnia i sypialnia moja i Staśki.
     
     Przechowywano tu cebulę w wiankach, czosnek, jabłka. Pan Olechnowicz był ogrodnikiem ale miał też konia, 2 krowy, 2 świnie, kury, kaczki. Państwa Olechnowiczów nazywaliśmy gospodarzem i gospodynią. Działka zaczynała się przy ulicy Markucie i sięgała do Wilenki. Miała chyba 5 ha. Były dwa stawki, jeden przy domu, drugi nad Wilenką.
     
    U gospodarza pracowała tylko młodzież. Starszych nie lubił zatrudniać, bo mieli już swoje narowy. Gospodarze wiedzą o moim nie najlepszym zdrowiu ale tu wszyscy mają po 15 – 16 lat. Zasadą jest system niemiecki – powoli ale porządnie. Nie rwać, nie łamać, wszystko można zrobić sposobem. Staśka jeździ z gospodarzem na targ, ja z Kaziukiem wywozimy taczkami ziemię na pryzmę z inspektów. Dziewczęta grzebią coś w cieplarni i na grzędach.
     
    Wstajemy około 6-tej i po umyciu się, zaraz do roboty. Staśka karmi, poi i czyści konia, ja obrządzam krowy i świnie. Gospodyni doi krowy. Wszyscy zajęci do 8-mej bo na śniadanie trzeba zarobić.
     

    Gospodarz lubił wypić, chociaż w domu nigdy nie widziałem go pijanego. Po „bani” łaźni ruskiej, sam wypijał szklankę samogonu, nam dawał też – dla rozgrzania wnętrza. Pewnego dnia, chyba już pod koniec listopada, ktoś wieczorem dał znać Gospodyni, że pijany Gospodarz leży przy drodze niedaleko domu.
     
     Gospodyni wysłala mnie i Staśka, żebyśmy przyprowadzili Gospodarza do domu. Gospodarz rzeczywiście leżał przy drodze w krzaczkach, pijany „w drobiazgi”. Podnieśliśmy go, ale nie mógł iść, więc ciągnęliśmy założywszy jego ręce sobie na szyje. Wyczuliśmy smród, chyba narobił w spodnie.
     
    Przekazaliśmy pijanego w ręce gospodyni złej jak osa.
    Nazajutrz przy śniadaniu, wobec nas wszystkich, Gospodyni zaczęła wstydzić męża. „Jak tobie nie stydno napić się tak! Sąsiedzi widzieli, Staśka i Ryśka przyciągnęli ciebie jak kłoda do domu, jeszcze speckawszy się!”
     
    Gospodarz wcale nie speszony ani zażenowany, zaśpiewał:
                                       Pani moja pani,
                                           pomyj moje sztani /z ros. Spodnie/
                                               ja nie będa myci */
                                                   bo w nich napeckano!
                                                       ja nie będą prosić
                                                           benda z gównem nosić!!!
    Mało nie pospadaliśmy z ławek ze śmiechu, tylko gospodyni, zła jak chmura gradowa, nie uśmiechnęła się nawet. Może już nieraz słyszała tę piosenkę. * /na wileńszczyźnie i nowogródczyźnie bieliznę myło się a nie prało/
     
    Śniadanie obfite, misa kaszy manny którą robotnicy kradną z Francuskiego Młyna, zacierki lub innej mlecznej zupy. Chleba – ile się chce. Około 11-tej drugie śniadanie przynosi gospodyni do pracy, 2 pajdy chleba ze smalcem, miodem, serem. Obiad około 2 po południu, zupa i kasza, kluski, rzadko mięso. Ale dużo. Podwieczorek – znów przy pracy – kromka chleba z czymś ok. 5-tej. Kolacja o 7-8, mleko, czasem masło, ser. Przed pójściem do łóżek możemy jeszcze zjeść podkurek. Chleb leży na stole – cebula w wianku.
     
    Od kolacji do spania – gra w karty. Obrzydziło mi to karty na całe życie. W sobotę po południu – bania – zainstalowana w schronie
     
    przeciwlotniczym, parowanie, chwostanie brzozowymi miotełkami – wienikami. Jeszcze moje płuca nie wytrzymują pary. Gospodarz każe mi oddychać nad miednicą zimnej wody. Zmiana bielizny. Po bani gospodarz nalewa każdemu po pół szklanki samogonu – to na rozgrzanie wnętrzności po bani. Potem wypłata zarobków. Ja dostaję najmniej i z reguły wytyk – że pracuję najgorzej.
     
     Robię odpowiednią minę, reszta broni mnie – on żeż ź miasta, ale są zadowoleni, że mają swego ofermę. Do tego mówię nie tak jak trzeba – na dół, zamiast na doł, słońce jest gorące zamiast sonce jest gorońce itp.
     
    Przez podwórko żołnierze sowieccy przeciągnęli linie telefoniczne – gdzieś od ul. Subocz na Belmont. Przechodzą nikogo nie pytając, piorą w stawku nie odzywając się do nikogo, ale też nic ich nie obchodzi, co dzieje się wokół.
     
    Gospodarz kontaktuje mnie z kimś z konspiracji – ok. trzydziestoletnim podchorążym. Ten twierdzi, że koło Niemenczyna jest polska partyzantka ale z moim zdrowiem nie kwalifikuję się do oddziału. Na zimę przewiduje się przejście na meliny, ślady uniemożliwią przetrwanie. Zaraz potem wiadomość – oddział rozbity. Urywa się kontakt. Idę do siostry Genowefy – aresztowana, reszta sióstr w popłochu, każą natychmiast uciekać, ich dom jest pod obserwacją NKWD.
     
    W niedzielę, za pozwoleniem gospodarza idę odwiedzić p. Snopków. Przez Widenkę dostaję się na Belmont i wzgórzami Antokolskimi na Leśną. Tu spokojniej, ale oczy mam z przodu i z tyłu. U  państwa Snopków tragedia.
     
     Staś ze swoim kolegą Marianem Malakiem – aresztowani. Znaleźli jakieś żelastwa wojskowe i nieśli gdzieś. Zatrzymała ich obsługa dział przeciwlotniczych. Zamknęli obu w więzieniu na Łukiszkach.
     
    Pani Snopkowa oskarża mnie za to co się stało. Nie wiem czy moje tłumaczenia skutkują – nie byłem przecież już u nich przez dłuższy czas. Nie wiem czy przekonałem, odchodzę przybity. Już po wojnie dowiedziałem się, że Staś wziął winę na siebie i Mariana jako małoletniego po miesiącu zwolniono. W domu go nie poznali, na głowie miał „czapkę” ze zbitych włosów, wszy, ropy i krwi.
     

    Staś Snopko został wywieziony na Syberię. Pracował tam w dużym mieście w kanalizacji. Po powrocie wstąpił do Zakonu.
     
    Chyba na początku grudnia powietrzem wstrząsnął potężny wybuch a koło wileńskiego dworca podniósł się grzyb wybuchu. Wyleciał w powietrze cały transport amunicji. Koła wagonów znajdowano na dachach odległych domów. Poległo wielu wojskowych, kolejarzy i cywilów.
     
    Parę dni przed wigilią 1944r przyszło trzech młodych oficerów sowieckich z olbrzymymi tobołami. Zamiast w Wilnie, wysiedli w Kolonii Wileńskiej i ktoś skierował ich do naszego gospodarza.
     
    Jechali ze szkoły oficerskiej – na froncie byli podoficerami. Zostali bardzo dobrze wyposażeni. Dostali po dwie pary mundurów, dwie pary butów, walonki, fufajki i watowane spodnie, półkożuszki, rękawice itp. Rozłożyli się na słomie na nocleg, zażądali samogonu i nie ruszyli się, aż przepili wszystko. Zostawili po jednym mundurze, płaszczu i butach.
     
    Zostali na wigilię, zaproszeni na wigilijną kolację opowiadali, że do szkoły oficerskiej poszli po to, żeby na kilka miesięcy uniknąć frontu. Teraz będąc młodszymi lejtnantami byli jeszcze bardziej narażeni na śmierć. Dowódca plutonu na froncie po miesiącu był albo ranny albo zabity. Dlatego przepijają wszystko. Nie boją się niczego – dalej, jak na front, nie poszlą, a tam snajper już czeka.
     
    Najbardziej podobał się im opłatek i puste nakrycie dla tego, kto może nadejść w czasie wigilii. Nic nie wiedzieli ani o religii, ani o tradycjach. Zachowywali się kulturalnie. Poszli po świętach Bożego Narodzenia.
     
    Już nie pamiętam dlaczego, nocowaliśmy ze Staśką u jego babci która była stróżem domu nr 3 albo 5 przy ul. Subocz. Około drugiej w nocy łomot do bramy i krzyki – otkrywaj!
     
    Babcia nas wysłała do piwnic a sama zaczęła bić w kawałek szyny zawieszonej zamiast dzwonu, i krzyczeć ALER! ALER! Według niej miał to być ALARM. Tamci zza bramy zaczęli krzyczeć – babuszka, niet triewogi, ale babcia swoje, póki nie zeszliśmy do piwnicy.
     
     
     
    Potem otworzyła bramę i udając głuchawą HA?! SZTO?! – pozbyła się natrętów. Może to nie było NKWD, a może widząc, że babcia postawiła na nogi cały dom – dali spokój.
     
     15 stycznia 1945r robiłem coś w stodole. Około pierwszej po południu przybiegła blada jak śnieg gospodyni i szepnęła – chowaj się, przyszli po ciebie, po czym szybko poszła powrotem. Wlazłem pod stóg liści zebranych na podściółkę. Braliśmy liście więc na śniegu było dużo śladów. Leżałem tam parę godzin dosłownie sparaliżowany niespodzianką.
     
     Wreszcie zebrałem trochę myśli i zacząłem zastanawiać się, co robić dalej. Nie wiedziałem czy jest już noc, bałem się poruszyć, a tylko w nocy mogłem uciekać. Leżeć mógłbym i parę dni jeśli założyli kocioł na dłużej. Szkoda mi było gospodarzy, mogą ich aresztować a z więzień NKWD tak jak kiedyś z niemieckich, były przerażające wiadomości.
     
    Może przyjdzie Staśka, chyba pozwolą karmić żywiołę. Ale może przyjść „z tymi”. Słyszę wreszcie ciche głosy gospodarzy – Ryśka, Ryśka! Czekam jeszcze, ale szukają dalej, mówią wyłaź poszli.
     
    Idziemy do domu. Tam zastrachany Staśka. Wysyłają Stasia do roboty i opowiadają jak było. Przyszło trzech enkawudzistów, pytali o mnie. Gospodarz powiedział, tak jak było umówione, że mieszkam w Wilnie na Pohulance. Jestem sierotą. Z litości przyjął mnie do pracy. Dzisiaj nie przyszedłem.
     
     A czemu mam tu posłanie? Bo noc zapada szybko i nie zdążę wrócić do domu przed godziną policyjną, więc muszę tu spać. Na szczęście nie pytano o nic Stasia. Jeden enkawudzista stanął w drzwiach i nikogo nie wypuszczał. Zapowiedzieli, że będą na mnie czekać. Gospodarze wiedzieli, że na drugą przyjdę na obiad.
     
    Najodważniejsza i najrozważniejsza okazała się gospodyni. Powiedziała, że musi wyjść do cielącej się krowy. Nielzia! Wtedy narobiła krzyku, to krowa może zdechnąć dlatego, że szukacie jakiegoś małoletniego (w dokumentach byłem z 1928r – wtedy 15 letni).
     
    Muszę iść! Odepchnęła stojącego w drzwiach enkawudzistę i wybiegła. Zaskoczyła chyba ich pewnością siebie, tupetem,
     
    krzykiem. Wróciła za chwilę – spokojniejsza. Czy enkawudziści zorientowali się co mogło zajść, czy im się nie chciało dłużej czekać, czy myśleli, że naprawdę nie przyszedłem – nie wiadomo. O zmroku zwinęli kocioł i kazali mi przyjść do nich, jak tylko się zjawię, nie czekając, aż przyjdą drugi raz. Nie wiadomo też, czy szukali mnie przy ul. Pohulanka.
     
    Ustaliliśmy, że jedynym wyjściem jest wojsko – Armia Berlinga. Wszystkie kontakty pozrywane. Nikt nie chce ryzykować życiem i mieniem swojej rodziny dla sprawy która budzi coraz więcej zastrzeżeń. Z największym szacunkiem wspominam bohaterów cichych. Siostrę Szarytkę Genowefę, Rodzinę pani Doktor Straszyńskiej, państwa Snopków, państwa Olechnowiczów a takich było tysiące.
     
    Nie rozbierając się przedrzemaliśmy do świtu, czuwając, nadsłuchując czy psy nie podnoszą alarmu. Zjadłem śniadanie. Nie zabierałem żadnej torby, walizki, plecaka. Wziąłem tylko coś do kieszeni i zarobione pieniądze, które prawdę mówiąc, były raczej kamuflażem dla innych, niż wynagrodzeniem, bo utrzymanie mnie kosztowało więcej niż wartość mojej pracy.
     
    Gospodarz zauważył jeżdżąc do miasta, że patrole często legitymują idących, rzadko jadących. Pożegnałem się, gorąco podziękowałem za opiekę i wyszedłem na drogę. Dopiero któryś z kolei „dziadźko” podwiózł mnie do miasta. Dotarłem na Zygmuntowską, gdzie był punkt rejestracji do Armii Berlinga.
     
    Przysłuchuję się rozmowom stojąc w kolejce. Mówią, że zamiast do wojska wiozą już do pracy w kopalniach Donbasu. Że dokumenty nie stanowią żadnej ochrony przed zatrzymaniem. Wreszcie staję przed stołem sierżanta – rejestratora. Spojrzał na dokument – rocznik 1928 nie podlega poborowi, następny!
     
    Wychodzę, zastanawiam się, pożyczam nóż, wyskrobuję z ósemki brzuszki, powstaje coś w rodzaju „S”. Poprawiam ołówkiem na „5”. Zamazuję, idę do drugiego rejestratora i bez kłopotów jestem zarejestrowany jako rocznik 1925, mam zgłosić się za 2 tygodnie.
     
    Gdzie przeczekać 2 tygodnie? Wracać nie ma po co. Włażę w gruzy ale zimno, mróz z 15 stopni. Pętam się tak do wieczora. Nagle widzę kolumnę cywilów z workami, walizkami maszerującą czwórkami.
     
    Dołączam na końcu i pytam gdzie idą. Na dworzec – wyjeżdżają dzisiaj do Polski jako ochotnicy do Armii Berlinga. To ja z wami! A idź!
     
    Na dworcu zapędzają nas w jakiś kąt, każą czekać. Ciepło, widno. Kręcę się, rozglądam, słucham. Wreszcie wybieram któregoś z Wilna i pytam, czy tu nie ma jakiegoś starszego stopniem Polaka, bo konwojuje nas ruski kapitan. Jest – podchorąży Lange.
     
    Proszę, aby powiadomił tego Langego, że chcę z nim pomówić na osobności. Za chwilę Lange kiwa na mnie ręką, prowadzi w jakiś zakątek, pyta o co chodzi. Mówię, że muszę uciekać i proszę o pomoc. Bierze ode mnie dokument, uzgadnia z paru chłopcami że załaduję się do ich wagonu. Mówi, że o ile na granicy będzie czytał listę, to wyczyta i moje nazwisko. Chyba nie zorientują się, że jedzie nie 160 a 161 ludzi. Najlepiej, żeby granicę można było przekraczać w nocy.
     
    Ogromna ulga po godzinach napięcia. Czekamy niedługo, ładujemy się do bydlęcych wagonów z żelaznymi piecykami, ruszamy w kierunku Lidy. Nie wtajemniczeni zaczynają mnie wypytywać. Czemu nie w swoim wagonie, jak się nazywam, gdzie mieszkałem.
     
    Mówię, że na Wielkiej Pohulance 21. I od razu wpadka. Ktoś mieszkał w sąsiedztwie i nie zna mnie. Pytają o numer mieszkania – wymieniam 45 czy 68. A tam nie było tylu mieszkań. Wreszcie ktoś uspokaja: dajcie spokój, mieszkał gdzieś w oficynie to wstydzi się przyznać. Odczepili się gdy powiedziałem, że byłem długo na wsi koło Wilna w czasie wojny.
     
    Dojeżdżamy do Lidy, tu przesiadka do Grodna. Jedziemy przez nasze partyzanckie tereny, Skrzybowce koło Żołudka, Różankę koło Szczuczyna. Grodno było bombardowane, spalono jakieś magazyny, może są uszkodzone tory. Czekamy cały dzień, wieczorem ładujemy się do wagonów. Chwała Ci Panie, granicę będziemy przekraczać w nocy.
     
    Jedziemy niezbyt długo. Granica. Wysiadać! Grupą stoimy kilkanaście kroków od wagonów, dookoła żołnierze – chyba NKWD. Wyczytuje z listy ruski kapitan, przełożony naszej grupy. Lange jest wprawdzie w pobliżu ale niewiele może zrobić. Niepewność, co robić, iść na czyjeś nazwisko, czekać do końca?
     

     Nagle gdzieś z tyłu transportu wybucha wymyślanie. Robi się zamieszanie, przerywają wyczytywanie, pada komenda – pa wagonam! Wsiadamy i ruszamy natychmiast. Za kilkanaście minut nasz transport zatrzymuje się na bocznicy. Noc, nic nie widać, jesteśmy chyba już w Polsce.
     
    Lange robi zbiórkę dla kapitana: samogon, chleb, słonina. Stoimy dość długo. Okazuje się, że za nami jechał jakiś transport z amunicją, paliwem czy bronią. Te transporty mają pierwszeństwo a my chyba tarasowaliśmy drogę. Stąd to ruganie i rezygnacja ze sprawdzania listy. Rankiem ruszamy do Białegostoku.
     
    W Białymstoku jesteśmy w południe. Wprowadzają nas na plac ogrodzony drutem kolczastym i tam zaczyna się zdawanie przywiezionych komisji z 5 Pułku Zapasowego. Znów kapitan czyta listę. Wyczytani przechodzą i ustawiają się w grupie pod komendą podoficera. Znów niepokój. Tu dzień, druty, nigdzie nie można się ukryć. Po przeczytaniu całej listy zostaje nas, nie wyczytanych, około dwudziestu. Podnosi się rwetes. Jak to? Na granicy czytali, a teraz nas nie ma na liście? Co się stało?
     
    Kapitan naradza się z Komisją, zbliżamy się, słychać co mówią. Kapitan twierdzi, że jakby zabrakło – to dopiero byłaby bieda. A że przywiózł więcej? W czym rzecz? To jeszcze lepiej. Postanawiają wreszcie spisać pozostałych. Teraz mógłbym podać swoje prawdziwe nazwisko ale Lange ma mój dokument, koledzy już znają mnie jako Ryszarda Cydzika – trudno ujawniać się w tej chwili. Uważam, że można wpaść już na samym początku i postanawiam zostać nadal Ryszardem Hydzikiem ylko datę urodzenia podaję właściwą – 27-10-1925r.
     
    Podchorąży Lange opowiadał mi, że w czasie postoju transportu po przekroczeniu granicy zebrał dużo samogonu i upił kapitana. Wyciągnął mu z torby listę przewożonych i wyrwał jedną kartkę. Stąd w Białymstoku była nadwyżka nie jednego a 20 ludzi.
     
    Nazywamy sami siebie „ochotnikami z ostatniej obławy”. Dają nam kwaterę w nie ogrzewanym pomieszczeniu. Pozwalają brać ze stogu słomę na legowiska. Zaczyna się rozciąganie słomy, bałagan. Jakiś podoficer, chyba szef, dobrze zorientowany w sytuacji, zawstydza nas. „Nie dość, że będziecie spali spokojnie nie bojąc się obławy,
     
    aresztowania, wywiezienia, to jeszcze zachowujecie się jak dzikusy!” Pomaga.
     
    Nazajutrz ponowna rejestracja i komisja lekarska. Można pisać listy, najlepiej krótkie, szybciej dojdą bo cenzura szybciej przeczyta. Na początek 2-3 zdania. Piszę do p.Olechnowiczów. List składa się w trójkącik, poczta bezpłatna.
     
    Przy rejestracji pisarz, jakiś przedwojenny podoficer, przyczepił się do mnie, abym mu oddał swoje buty, bo i tak zabiorą przy mundurowaniu. Nie dałem. Za chwilę przyszedł jego kolega kapral, czy plutonowy, wywołał mnie i wziął w obroty ni z tego ni z owego. Widząc, że to sitwa a bojąc się dodatkowo grzebania w mojej biografii, oddałem buty.
     
     Dostałem stare trzewiki, bochenek chleba, dwie cebule i starą torbę, bo nic ze sobą nie miałem. Komisja lekarska bada nagusów pobieżnie, płuca, serce, poruszyć rękami i nogami. Mimo to, kilku kolegów kwalifikują do służby nieliniowej.
     
    Na obiad dostajemy niewiele, ale bardzo smacznego makaronu ze „świnoj tuszonkoj”. Koło polowej kuchni stos puszek po tej tuszonce. Służa za menażki. Łyżkę zrobiłem z kawałka blaszki. Jakiś przechodzący starszy żołnierz widząc moją łyżkę, zatrzymuje się i poucza. Pamiętaj, żołnierz może rzucić karabin, ale nigdy łyżki i menażki.
     
    Niespodziewanie natykam się na kolegę z 24 Brygady Brasławskiej, który leczył się ze mną u Doktor Straszyńskiej. Jest tu około miesiąca, czeka na ostateczną decyzję komisji lekarskiej. Ma rękę usztywnioną w łokciu, ramię z przedramieniem tworzy kąt 90°, nie daje się rozprostować. Był w domu, z powodu ciągłych obław musiał iść do wojska.
     
    Nazajutrz zaczęli wzywać nas do Informacji (wojskowe UB) na „spowiedź”. Jeżeli koledzy w wagonie zadając parę pytań, zaczęli coś podejrzewać, to dla specjalisty rozgryzienie mnie stanowiłoby pestkę. Nie poszedłem. Zgłosiłem się natomiast do „kupca” który wybierał sobie żołnierzy do jednostki liniowej – do artylerii. Chciałem jaknajprędzej być w linii, byle dalej od „badaczy”.
     
     
     
    Oficer, rudy Rosjanin, nie zakwalifikował mnie do artylerii – za słaby. Ale po zakończeniu naboru do obsługi dział i do zwiadu zebrał chyba cały zapasowy pułk, ustawił w literę „C”, stanął pośrodku i ogłosił: kto się zna na radiu – wystąp! Wystąpiłem pierwszy. Przywołał mnie do siebie i spytał po rosyjsku skąd znam radio.
     
    Odpowiedziałem że pracowałem w radiostacji Baranowicze. Ucieszył się – wot nam takich nada. Nie nasunął mu wątpliwości ani mój wiek, ani fakt, że radiostację w Baranowiczach wysadzili w powietrze Rosjanie cofając się przed Niemcami w 1941 roku.
     
    Ponieważ odpowiedziałem po rosyjsku z białoruska, spytał czy umiem czytać i pisać po rosyjsku. Odpowiedziałem twierdząco, przez 2 lata uczyłem się w białoruskiej szkole gdzie wykładano też język rosyjski (1939-41r.)
     
    Rudy oficer, kapitan Rak, dał mi zeszyt i kazał zapisywać zwerbowanych po polsku i obok –po rosyjsku. Kiedy dowiedział się, że jestem z Wilna, powiedział: namawiaj kolegów do mojej jednostki. To ciężka artyleria, stoi daleko za frontem, będziecie zadowoleni ze służby.
     
     Nie powiedział, że ta jednostka ma jeszcze jeden walor, służy w niej syn dowódcy całej artylerii polskiej – generała Czerniawskiego. Ojciec nie chciał narażać synka, i Brygada pętała się za frontem, za to stała w Niemczech po wojnie aż do sierpnia, zwożąc oficerskie „torfieje”.
     
    Porozmawiałem z kolegami z naszego transportu. Zgłosiło się wielu, paru telegrafistów z poczty czy kolei, technik radiowy z prawdziwego zdarzenia. Po naborze do radia, kapitan zaczął nabierać kandydatów na topografów. Pokazywał kompas – „znajesz szto eto?” Jeśli otrzymał odpowiedź – znaju, brał do topografii.
     
    Do Informacji mimo rozkazów przekazywanych przez kolegów – nie zgłosiłem się. Dlaczego nie doprowadził mnie podoficer – szef, który był opiekunem naszej grupy – nie wiem.
     
    Kapitan Rak wybrał około stu ludzi. Wydano nam prowiant na kilka dni, po parę bochenków chleba i koncentrat zupy grochowej. Załadowano do wagonów i ruszyliśmy przez Włodawę do Izbicy
     
    gdzie kwaterowała 10 brygada Artylerii Ciężkiej – 36 dział kalibru 152 mm.
     
    W wagonie zaczęto mnie wypytywać co ja za radzista. Powiedziałem, że o radiu wiem tylko tyle, że jest na świecie. Nie słyszeli, co mówiłem kapitanowi w Białymstoku. Zaczęli mnie straszyć co to będzie jak spytają, przeegzaminują. Nie bałem się tego zupełnie. Przecież nie odeślą mnie powrotem do Białegostoku, coś tam zrobią.
     
     A zresztą, zagadnąłem radiotechnika, zamiast straszyć, możesz mnie pouczyć trochę, przecież i tak nie ma nic do roboty. Jechaliśmy tak długo, zostawiali nasze wagony czasem na parę dni, na bocznicach, a czasem w szczerym polu. Radiotechnik z nudów uczył mnie co to bateria, akumulator, lampa, opornik, kondensator, cewka, fala. Rysował. Tylko pokazać tych detali nie mógł.
     
    W Brygadzie egzaminował nas szef łączności kapitan Sołowiow. Na pierwszy ogień poszedł radiotechnik. Zaskoczył kapitana wiadomościami. Radio nie miało dla niego tajemnic. Zadziwił się Sołowiow – to u was wsie takije orły? Okazało się, że nie wszyscy.
     
    Kiedy kolej przyszła na mnie – nie wypadłem najgorzej. Ponieważ poziom był bardzo zróżnicowany, od geniusza do zupełnego nieuka, postanowiono uczyć wszystkich od początku. Dawałem sobie radę zupełnie dobrze.











     
     
                                              W  Wojsku Polskim
                                     
                                       1.     W Polsce i Niemczech
     
    Brygada artylerii w której znalazłem się, miała 36 armato-haubic kalibru 152 mm. Działo ważyło 8 ton, pocisk ok. 40 kg. Armat było 36, trzy dywizjony po 12 armat, w dywizjonie 3 baterie po 4 działa. Strzelać można było na odległość 17 km, ale zazwyczaj na kilka. Do brygady był przydzielony Samodzielny Dywizjon Pomiarowy, grupujący zwiadowców, topografów, podsłuch radiowy itp.
     
    Dowódcą brygady był pułkownik Klinkowski – ruski Polak. Mówiono, że rzeczywiście, jego przodkami byli Polacy, dokumentów nie widziałem. Mówił po polsku, ale bardzo źle, natomiast chodził w polskim mundurze. Miał młodziutką żonę Polkę która była w sztabie brygady radzistką czy maszynistką.
     
     Swoją pierwszą żonę - Rosjankę, zabił, ze swoim chałujem / ordynansem/ przewrócili na trupa samochód udając wypadek. Rzecz się jednak wydała, pułkownika pozbawiono szarży i medali, skierowano do oficerskiego karnego batalionu. Tam trzeba było zmazać winy krwią. Karne oddziały kierowano na najbardziej groźne odcinki frontu, a tam – albo zabity, albo ranny. Jednostki cudem wychodziły z tego cało.
     
    Widziałem pułkownika w spodenkach. Potężny mężczyzna, na barku i pośladku miał wyrwane kawałki mięsa wielkości pięści. Wyszedł prawie cało, ale nie awansował. Jego kolega płk Kurp z takiej samej jak nasza brygady, został generałem, nasz wyjechał do Rosji będąc nadal pułkownikiem.
     
    Kadra oficerska brygady była rosyjska, jedyny oficer liniowy – porucznik Cyhylik był  Polakiem. Polakami byli oficerowie polityczni. Aha, jeszcze dowódcą szkoły podoficerskiej był polski Żyd, kapitan Bezdezowski, strasznie wymagający.
     
    Szkolenie radiowców było bardzo intensywne. Cały dzień od śniadania do kolacji ćwiczenia: budowa radiostacji nadawczo-odbiorczej, łączność fonią i morsem. W morsie nie wolno było używać kresek i kropek, trzeba było zapamiętać melodię znaków. Radiostacji było tylko dwie, morsa uczyło się parami na prymitywnym urządzeniu klucza i słuchawek.
     
    Godzinę dziennie mieliśmy  „spacer”, po to by odetchnąć świeżym powietrzem.
    Śpiewaliśmy w kółko tylko dwie idiotyczne piosenki które obrzydły nam do imentu.”Pod Krakowem brama malowana” i „ Szliśmy górami, szliśmy lasami”. Przy malowanej bramie siedzi luba zapłakana, siedzi, siedzi, rączki załamuje itd. w podobnym stylu.
     
    A jak doszliśmy – to padł mój kolega, upadł na ziemię nieżywy, ale jak w operze, umiera, ale jeszcze godzinę wydziera się, u nas: tylko – nieżywy, ale jeszcze ostatnie wyrzekł te słowa- napisz do mojej dziewczyny. Napisz do ojca, napisz do matki, napisz do całej rodziny, że ostra kula pierś mi przebiła o wpół do drugiej godziny.
     

    Również inne służby, na czele z obsługą dział ćwiczono od rana do wieczora. Ci byli dobierani, ośmiu żołnierzy musiało sobie radzić z 8 tonowym kolosem.
     
    Nazwy żołnierzy różniły się od innych wojsk. W piechocie – szeregowiec, w artylerii – kanonier. W piechocie – sierżant, w artylerii – ogniomistrz. Reszta, taka sama.
     
    Karmiono nas marnie, wielu prosiło o repetę. Kucharz Hafiruk, gdzieś z rumuńskiej Bukowiny, wrzeszczał: Idy, idy diadu, Ameryka zupy ne daje’! Amerykańska była t.zw. świnaja tuszonka, mięso wraz z tłuszczem zmielone i doprawione solą, pieprzem i liściem laurowym. Okradano żołnierzy potężnie.
     
    Wreszcie dostaliśmy radiostacje, po odbiór wysłano nas kilku i kanadyjski ciągnik artyleryjski  na gąsienicach, z przyczepą. Starszym był kolega z warsztatu. Uprzedzono, że z radiostacją trzeba obchodzić się jak z dziewczyną, najlepiej trzymać  ją na kolanach. Tak, ale nas czterech a radiostacji kilkanaście, brakuje kolan. Zajechaliśmy po drodze na wieś po słomę, nikt nie ma, a czas płynie. Odbieramy sprzęt, ładujemy na przyczepę, tam też pakujemy siebie i jazda panie gazda. Ciągnik kanadyjski wyciągał do 50 km, niby niewiele, ale wtedy drogi były złe i bardzo wąskie.
     
    Na zakręcie ciągnik tak zawinął przyczepą, że ta zerwała się zaczepu i przewróciła  do rowu razem z nami i radiostacjami. Na szczęście tylko na bok i nie przydusiła nikogo. Dowódca grupy i kierowca zbledli, jak nic karna kompania. Przewracamy na koła przyczepę, sprawdzamy każdą radiostację. Lampy powypadały z gniazd, włożyliśmy, niektóre obudowy powyginane, ale niewiele.
     
    Postanawiamy twardo trzymać się wersji „takie nam dali’. A jak nie chcieliśmy brać, to powiedzieli „nie chcecie, to nie bierzcie” i wzięliśmy. Kapitan Sołowiow tylko zaklął- ot woszi tyłowyje / ot wszy zafrontowe/. Dostałem radiostację przygiętą, ale działała dobrze.
     
    Jak pisałem, w naszej brygadzie był syn dowódcy polskiej artylerii, generała Czerniawskiego, taki, może 20-22-letni smarkacz, podporucznik. Ale generał zadbał o bezpieczeństwo syna i brygada w zasadzie przybyła do Niemiec po torfieje czyli po zdobycz.
     
    Czytałem wspomnienia Niemców, Anglików, Amerykanów – wszyscy brali! Amerykański żołnierz Malarkey opowiada: Porucznik Speirs był największym łupieżcą, jakiego znałem. Facet nie mógł zasnąć, póki nie sprawdził, że w całym domu nie uchował się jakiś pierścionek, czy naszyjnik. Wszystkie łupy wysyłał do Londynu pocztą – dla swojej żony. Ta potrzebowała każdej sumy którą Speirs mógł zdobyć. Wszyscy żołnierze amerykańscy parali się szabrem. Kulminacją było chapnięcie na lewo,2 ciężarówek ze złotem banku niemieckiego ukrytego w Bawarii. Winnych nie znaleziono. Ocenia się, że z transportu załadowanego w USA, na front docierało ok. 20%.
     
    Przy przekraczaniu byłej polskiej granicy z Niemcami stały olbrzymie tablice z napisami po rosyjsku : Wot ona proklataja Giermanija /oto one przeklęte Niemcy/,
     

    Dierży orużje w pogotowie, ty na wrażej tieritorii /trzymaj broń w pogotowiu, ty na wrogim terytorium/. Dobjom Gitlera w jego łogowie /dobijemy Hitlera w jego legowisku/. I jeszcze inne.
     
    Byliśmy już blisko Elby /Łaba/ kiedy raptem cofnięto naszą brygadę w okolice Berlina.
    Okazało się, że kilku żołnierzy uciekło do Amerykanów, m.inn. kolega, który ukończył technikum radiowe w Wilnie. Żeby z tym kończyć: przed ucieczką kazał mi odbierać jego listy i niszczyć, bo on jest delegowany na jakiś kurs. W Toruniu po wojnie, spotkałem jego rodzinę. Oni już wiedzieli jak to się stało. Syn, przez kogoś, kto wracał do Polski, przesłał im list. W technikum uczył się francuskiego. Przebrał się w cywilne ubranie i zapytał grupę Francuzów, czy może z nimi iść do Amerykanów. Ci mieli dokumenty na całą grupę więc bez problemów przekroczył Łabę. Osiedlił się we Francji, ma już pracę w swojej specjalności.
     
    Koniec wojny zastał nas w małym miasteczku na północny-zachód od Berlina. Z rana, 9 maja, zebrano wszystkich i ogłoszono koniec wojny. Dostaliśmy po 100 gramów wódki. Zaczęła się bezładna strzelanina z osobistej broni. Ale dopiero wieczorem wojska sowieckie dały koncert . Oni strzelali ze wszystkiego, z armat przeciwlotniczych i karabinów maszynowych, rakiety różnobarwne. Paciorki serii karabinów maszynowych przecinały niebo we wszystkich kierunkach /co trzeci pocisk był świetlny lub zapalający/. Podobne do otwarcia olimpiady w Pekinie.
     
    Niesamowity widok był w miasteczkach niemieckich przez które przechodziliśmy. W każdym domu wywieszona biała chorągiew i ani jednego człowieka na ulicy. Wymarłe miejscowości. W jakimś lasku zatrzymaliśmy się w celu – panowie w prawo, panie w lewo. Niedaleko drogi natknęliśmy się na trupa nagiej kobiety. To już dzieło Armii Czerwonej.
     
    Przejeżdżamy dalej na wschód, olbrzymie jezioro nad którym biwakujemy. Na jeziorze wyspa. Zaraz znaleźli się ochotnicy i ponton dla wyprawy na wyspę. Tam znaleziono m.inn. dwa samochody. Jeden mercedes a drugi cudo jakiegoś wysokiego dygnitarza. Wóz sportowy, 8 cylindrowy silnik, chrom, tapicerka czerwona, siedzenie 2 osobowe a z tyłu duża klapa, która po przekręceniu daje jeszcze jeden, dość ciasny fotelik. Dla pasażera obok kierowcy uchwyt dla lewej ręki tak, że stojący w samochodzie mógł  twardo stać. Oba samochody dostał nasz pułkownik. Zaraz skorzystał z cuda i na rannym apelu całej brygady przejeżdżał stojąc i salutując.
     
    Nad tym jeziorem zdarzył się tragiczny wypadek. Ośmiu żołnierzy wsiadło na pontom i popłynęli głuszyć ryby. Zamiast zabrać np. granaty z którymi umieli obchodzić się, znaleźli potężną niemiecką minę i lont. Przypuszało się, że ten lont był błyskawiczny. Połów obserwowało z brzegu szereg osób. Natychmiast po podpaleniu lontu i uniesienia miny nad głową nastąpił potężny wybuch. Ośmiu ludzi rozniosło na szczątki - w parę dni po zakończeniu wojny! Wypłynęli inni, sieciami wyłapali co było można i te reszki, bez różnicowania kto jest kto, rozdzielono na 8 trumien i pochowano z honorami wojskowymi.
     
    Były i jeszcze inne wypadki z głupoty. Mieliśmy oprócz broni etatowej zdobyczną niemiecką. Nieetatowy podoficer polityczny nosił niemiecki pistolet, też nie etatowy.
     

    W lesie ktoś zastrzelił oficera, nie z naszej jednostki, podobno był to urodzony sadysta. Alarm, i kazali oddać do magazynu całą nieetatową broń. Ten podoficer też oddał, ale do kabury pistoletu włożył niemiecką niewielką rakietnicę, kto nie wiedział, myślał, że to pistolet. Na nieszczęście znalazł w lesie, pełnym niemieckiej amunicji i sprzętu, naboje pasujące do jego rakietnicy – i strzelił. Okazało się, że był to nabój do moździerza. Rozerwało rakietnice i stracił rękę. Były jeszcze inne wypadki z bronią.
     
    Przenosząc się dalej na wschód, z paroma kolegami weszliśmy do jakiegoś majątku. Były tam wybudowane domki dla służby, parterowe bliźniaki. Nikogo nie było. Postanowiliśmy spenetrować, a nuż coś się znajdzie. Wchodzę do jednego domku, strome schody na strych, a na strychu wygląda ktoś przez okienko stojąc plecami do mnie. Daję znak kolegom, wybiegają, i po dachówce puszczają serię. Zrobiło się widniej, a ten ktoś w okienku zakołysał się. Wygląda na to, że powiesił się.
     
    Włażę ostrożnie i widzę, że to mundur lotniczy – niebiesko szary, powieszony elegancko na wieszaku. Obok na belce w największym porządku plecak, manierka, menażka, pistolet maszynowy czapka sztylecik i pas z pistoletem. Brak tylko butów.
    Niemiec prawdopodobnie przebrał się w ubranie cywilne, ale ordnung muss sein, więc zostawił ordnung /porządek/.
     
    Zabrałem to wszystko, mundur miałem jeszcze w Toruniu. Automat i pistolet musiałem oddać po zabójstwie oficera.
     
    Tak na marginesie, dało się zauważyć, że z chwilą wyjazdu na front zmiękli i oficerowie i groźni podoficerowie.
     
    Przenieśliśmy się wreszcie na dłuższy czas do lasu w pobliżu miasteczka Gusow, to obok linii kolejowej Berlin – Kostrzyn. W Gusow stanął sztab  5 Dywizji Artylerii, w pobliżu lasu, we wsi, sztab naszej brygady. My w lesie musieliśmy pokopać sobie ziemianki. Na szczęście ani razu nie padał deszcz.
     
    Mieliśmy trochę trofiejów /zdobyczy, czy szabru/. Żołnierze marne, jeden tylko Ciereszko z pod Wilna, wyszabrował futro damskie. On miał piękną żonę niedawno poślubioną, pokazywał jej fotografię i opowiadał, jak się żona ucieszy z takiego prezentu. Ja miałem aparat radiowy ukradziony u ruskich którzy zgromadzili do wywiezienia chyba za 200 sztuk i jeszcze jakieś niewiele warte manele.
     
    Któregoś dnia ogłoszono alarm, niedobitki Niemców pojawiły się w pobliży. Tylko z bronią osobistą, pognali nas biegiem jakieś 7-8 kilometrów i na skraju lasu kazali zająć pozycje. Było to zaraz po śniadaniu. Leżymy do obiadu, nic się nie dzieje, nikogo nie widać. Niema wody, chce się pić. Pod wieczór wreszcie odwołanie alarmu i powrót. I tu szok. Dopiero teraz widzimy, po co był alarm.
     
    Wszystkie sienniki wybebeszone, wszystko przewrócone do góry nogami, a wiele zdobyczy wyparowało. Oficjalnie, było to poszukiwanie nie zdanej, nielegalnej broni i amunicji, ale naprawdę to wzbogacenie się na marnych żołnierskich trofiejach. Jeden Ciereszko zdołał ukryć futro. Znalazł niemiecką żołnierska trumnę. Był to papierowy
     
     
     
    worek z kilku warstw mocnego papieru rozcięty wzdłuż i zapinany nie na guziki a na kołeczki drewniane. Ciereszko schował do tego worka futro i zakopał pod swoim siennikiem  kiedy nikogo nie było.
     
    U mnie zginęło radio i sztylecik, szmat nie ruszono.
     
    Oficerowie mieli prawo mieć „zdobyczne” samochody i kilka takich samochodów mieli nasi ruscy oficerowie. Paliwa nie brakowało, brygada była w całości zmotoryzowana. Ciągniki artyleryjskie miały silniki Diesla ale było dużo samochodów z silnikami
    benzynowymi. Mało że mieli, ale uważali, że po terenie ziemianek położonych przy przesiece leśnej, można im jeździć w dzień i w nocy po capstrzyku, trąbić, hałasować silnikami i w ogóle zakłócać spokój nocny. Wreszcie dowódca brygady kazał założyć szlabany i po godz. 22 nie wpuszczać nikogo. Przy szlabanach ustawiono posterunki.
     
    Oczywiście posiadacze pojazdów ani myśleli tego przestrzegać. Pierwszej nocy jeden z oficerów zażądał od wartownika podniesienia szlabanu a gdy ten oświadczył,
    że nie może łamać rozkazu pułkownika, zaczął objeżdżać zaporę lasem. Wartownik puścił mu serię po kołach i masce. Oficer wyskoczył z pistoletem ale przypomniał chyba, że wartownik nawet generała może położyć na ziemię, ponadto już biegła z wartowni zaalarmowana cała warta.
     
    Nazajutrz przeczytano przed frontem brygady pochwałę wartownikowi za dobre pełnienie służby. Czy i jak oficer został ukarany, nie wiadomo.
     
    Nazajutrz w nocy wartę przy działach pełnił były kucharz Hafiruk, zdaje się porządnie kopnięty. Słyszał historię z poprzedniej nocy. Późnym wieczorem, już po capstrzyku, dowódca brygady podjechał samochodem z zapalonymi światłami pod wartownię. Hafiruk nie namyślając się walnął serię po samochodzie. Na szczęście odległość była za duża na celny rezultat, ale kulki zagwizdały koło pułkownika. Znów afera na radość brygady.
     
    Tenże Hafiruk był bohaterem przy inspekcji politycznej ze sztabu Wojsk Polskich. Roześmiana gęba Hafiruka, naszego Szwejka, tak podobała się kontrolującemu, że do niego skierował pytanie, co to jest demokracja. Hafiruk wstał i wrzasnął : Wojski Polski! Gruchnął śmiech a kontrolujący nie wiedział, śmiać się czy płakać. Nasi polityczni znali Hafiruka i wiedzieli, że na każde, niezrozumiałe mu pytanie, tak odpowie.
     
    Dyscyplina wojska zupełnie upadła. Salutowano tylko majorom i pułkownikowi. Zajęcia niby były, ale wyprowadzano nas grupkami w ustronne miejsce, gdzie każdy robił co chciał. Zabierałem radiostację i słuchaliśmy audycji BBC, bum bum bum bum. Jakoś nikt nie doniósł o tym tam „gdzie trzeba”.
     
    Pułkownik, zapalony sportowiec, zaraz na początku ustawił całą brygadę do biegu. Mieliśmy zdobyczne spodenki gimnastyczne, właśnie wtedy widziałem dowódcę rozebranego i jego blizny. Po biegu na jakieś 300-400 metrów, każdy musiał zgłosić
     

    się do jakiejś dyscypliny sportowej, piłkarzy, siatkarzy, bokserów itp. Zupełnych nieudaczników, takich jak ja, zapisano do sekcji gimnastycznej. I co powiecie, po pewnym czasie już uzyskałem  minimum. Mogłem zawisnąć na drążku na palcach nóg, zrobić kilka nieskomplikowanych wyimek, skok przez konia, coś na równoważni no i oczywiście jakieś parterowe wygibasy samotnie lub grupowo.
     
    Którejś niedzieli zapowiedziano występy artystyczne w wykonaniu miejscowych sił. Wszyscy jak jeden mąż, zamiast szwendać się po lesie przyszli na obiad i występy. W czasie obiadu w lesie ktoś spowodował piekielny wybuch. ZADRŻAŁA ZIEMIA. Z lasu podniósł się olbrzymi grzyb dymu i ognia, zupełnie podobny do oglądanego w kinie wybuchu bomby atomowej. Nikt nie zginął ani został ranny. Winnego nie wykryto.
     
    Wysadzony został usytuowany w lesie pod gołym niebem, niemiecki magazyn kilkunastu sztapli pancerfaustów i innego dziadostwa.
     
    Występy odbyły się, jakby nic się nie stało, pożar lasu ugaszono.
     
    Przywieziono wreszcie listy. Pełna ciężarówka wyładowana workami z korespondencją. Wysypane na kupę listy utworzyły kopiec mało mniejszy od kopca Wandy w Krakowie. Trzeba było przejrzeć tysiące, żeby trafić na swój. Ja napisałem do Wilna, do państwa Olechnowiczów i na kilka adresów na Białorusi. Nikt nie odpowiedział, albo listy zarekwirowano.
     
                                                      Koniec 1




                                              2.  W Toruniu
     
    Chyba przy końcu czerwca lub początku lipca oznajmiono mi, że z grupą 20 żołnierzy mam jechać do Torunia. Tam mamy stanowić grupę ochrony koszar, w których ma stacjonować nasza brygada, i mieszkania naszego pułkownika. Dowódcą grupy będzie podporucznik Wiśniewski, Polak świeżo przybyły z kilkoma innymi do brygady po podchorążówce.
     
    Zdaję radiostację i jedziemy jednym ciężarowym samochodem. Most na Odrze i straż rosyjska. Zatrzymują nas. Na pertraktacje idzie podporucznik. Wraca i mówi: chłopaki, zbieramy okup, bo inaczej nie puszczą. Krzyki i przekleństwa nic nie pomagają, zbieramy po sztuce od każdego, Wiśniewski niesie, targuje się zawzięcie, bo okup za mały, wreszcie widząc, że niewiele mamy, przepuszczają. Za mostem prawy brzeg Odry i Polska.
     
    Zaraz za Odrą myjemy się, kto już się golił, to się ogolił /ja jeszcze nie/, i przebieramy się w jakieś zdobyczne umundurowanie. Nasze służbowe jest sprane, zniszczone, połatane a chcemy jakoś w Polsce wyglądać. Miałem fotografię tego oddziałku w umundurowaniu Hitlerjugend, formacji Todta, i innych formacji, nawet w kanadyjskie bluzy. Niestety zaginęła. Oczywiście swastyki na niemieckich klamrach i napisem Gott mit uns, zostały zastąpione orzełkami. Ja przebrałem się w mundur lotniczy, odprułem oczywiście wszystkie naszywki niemieckie. Tylko czapki rogatywki, zwane wtedy konfederatkami, mieliśmy służbowe. Mundury polskie w dobrym stanie mieli – porucznik, dwaj podoficerowie i paru żołnierzy mających chody w kwatermistrzostwie.
     
    Kiedy już ciemniało, skręciliśmy do jakiegoś osiedla, żeby przenocować. W oknach widać było nikłe światełka świeczek czy lampek naftowych. Porucznik kazał znaleźć jakiś większy dom, żeby pomieścić razem całą grupę. Do takiego domu wchodzę pierwszy, przy lampce kilka osób. Nie zdążyłem powiedzieć słowa, kiedy zrywa się kobieta i rzuca mi się na szyję z okrzykiem Willi, Willi. Zdębiałem. Weszli inni i wyjaśniło się, że jestem podobny do syna tej Niemki. Niemiecki mundur jeszcze przybliżył to podobieństwo. Rozczarowanie Niemców było widoczne. Daliśmy swój suchy prowiant i zgotowali nam kolację. Ja oczywiście zostałem na jakiś czas Willym.
     
    Nazajutrz byliśmy już w Toruniu na przedmieściu Rudak, po lewej stronie Wisły. Do miasta trzeba było jechać przez most ochraniany przez sowietów. Koszary duże a teren należący do koszar i strzelnica, to obszar ok. 1000 na 600 metrów. Masa baraków, budynków, schronów.
     
    Była tu jakaś szkolna niemiecka jednostka przeciwpancerna. Na wszystkich drzwiach garaży, na ścianach baraków, namalowane czołgi z każdej pozycji, z przodu, boku, tyłu, widziane od dołu z okopu. Na strzelnicy czołg z cegieł i z armatą z drąga, ale pomalowany tak, jak żywy, wjeżdżający pod górę. Masa broni  przeciwpancernej, automatyczne działko przeciwlotnicze.
     
    Jak tu chronić taki obszar w dwudziestu. Po naradzie postanowiono zająć tylko niewielki budynek, po zmierzchu urządzić strzelaninę, tak, żeby wszyscy słyszeli, że tu groźna jednostka. Wieczorem urządzaliśmy strzelanie z rzucaniem granatów, barykadowaliśmy się, trzech pełniło na zmianę wartę przez krótką wtedy noc, reszta
     
    spała. Cywile rzeczywiście bali się chyba, ale przejeżdżające radzieckie wojsko miałoby się bać? Zresztą pociągi nadciągały i w nocy, po naszej strzelaninie.
     
    Jedliśmy w przydworcowej stołówce sowieckiej dla przejeżdżającego wojska. Z rana robiliśmy obchód terenu. I z reguły stwierdzaliśmy, że jakiś budynek się pali, ale jakoś nieznacznie. Rosjanie, a może Kałmucy, Mongoły czy inne wschodnie narodowości, rozpalały na podłodze budynków ogniska. I to przeważnie na piętrze. Czemu nie robili tego na korytarzach wyłożonych płytkami ceramicznymi – nie wiadomo. Podłoga się przepalała, ogień przedostawał się do stropu tam tliło się, zagasić taki pożar trudno, trzeba zrywać podłogę.
     
    Za kilka dni przyjechał samochód ciężarowy z przyczepą. Ładunki obciągnięte plandekami. W szoferce pani pułkownikowa. Nasz porucznik widocznie miał spis ochrony mieszkania pułkownika, wywołał jednego podoficera i czterech żołnierzy. W tej grupie byłem i ja. Jak nas dobrano?  Widocznie wzięto takich, co nie kradną.
     
    Pojechaliśmy do miasta. Okazało się, że mieszkanie pułkownika to duża willa, zdaje się 12 pokojów, dwie łazienki, kuchnia, i zupełna pustka. Okazało się, że willę wybudował przed wojną jakiś wysoki urzędnik województwa. Gdy wkroczyli Niemcy, całą jego rodzinę rozstrzelano, ocalał tylko dziadek z wnuczką 5-6 letnią, bo wyszli wtedy na spacer a sąsiedzi ostrzegli ich przed Niemcami. Jak i gdzie przeżyli wojnę, nie wiem.
     
    Willę z całym wyposażeniem zajął jakiś bonza hitlerowski. Kiedy front zbliżył się do Torunia – uciekł, ale zabrał wszystko, co w willi było. Dziadek z wnuczką wprowadził się do swego domu, ale nie mieli nic. Właśnie od dziadka wynajął całą willę nasz pułkownik. Dziadek z wnuczką zajmowali tylko jeden pokój.
     
    Zaczęliśmy wyładunek. Pani pułkownikowa przywiozła dla dziadka i jego wnuczki łóżka z pościelą, ubrania, obuwie,  nawet zabawki dla wnuczki. Nadźwigaliśmy się porządnie, dywan grubości z 10 centymetrów, ledwo wnieśliśmy na piętro, fortepian daliśmy radę wnieść tylko na parter.
     
    Pani pułkownikowa powiedziała nam, że żadnej warty nie trzeba. Zamykajcie się tylko na klucz, a w razie napadu telefonujcie na wartę garnizonową, i na polską i na sowiecką. W Toruniu była  elektryczność, działały wodociągi i telefony. Zostawiła nam produkty, okazało się, że jeden z nas, starszy gość, jest kucharzem z hotelu Żorża we Lwowie. Gotował nam i dziadkowi z wnuczką wspaniałości. Mówił, że na praktykę był wysyłany do Włoch i Francji.
     
    Mieliśmy labę, pracowaliśmy tylko wtedy, gdy przyjeżdżała pułkownikowa z nowym ładunkiem. Dodatkowo kazała jeszcze przestawić szafę tu, lustro tam, łóżka jeszcze gdzie indziej.
     
    Mieliśmy tylko jeden przykry wypadek. Siedziałem późnym wieczorem na ławce przed domem, kiedy wrócił z kina nasz podoficer, mocno pijany. Pogadał trochę ze mną i poszedł spać. Nazajutrz przychodzi do mnie i mówi – oddaj pistolet. Zarzekam
     
     
     
    się, że nie brałem jego pistoletu. Zaczął mi grozić, to się wkurzyłem i powiedziałem, że jak będziesz się rzucać, to powiem, że sprzedałeś  pistolet bandytom, zobaczysz wtedy jak będziesz wyglądał. A przyszedłeś pijany już bez pistoletu.
     
    Zmiękł, powiedział, że był pijany i nie czuł jak mu w kinie wyciągnęli pistolet z kabury.
    Już nie groził a prosił o pomoc. Ustaliliśmy, że najlepiej kupić pistolet od ruskich jadących na Japonię, ale on musi zdobyć pieniądze na wódkę najlepszą walutę u sowietów.
     
    Skąd wziął pieniądze nie wiem, chyba opylił coś z tego, co przywiozła pułkownikowa. Nie pamiętam ile kupiliśmy półlitrówek, załadowaliśmy pełny plecak. Poszliśmy na stację i doczekaliśmy się eszelonu ruskich, jadących z Niemiec. Zagadnęliśmy o pistolet – proszę bardzo, do wyboru do koloru, ale niemieckie. A my chcieliśmy rosyjskie TT. Po dłuższych naradach, zgodzili się sprzedać, ale zażądali potrójnej ceny, widząc, że jesteśmy przyparci do ściany. Do plecaka wódki musieliśmy dołożyć zegarek podoficera. Ale pistolet był nasz. Rusznikarz przebił tylko numer, i szafa grała.
     
    Po jakimś czasie wróciliśmy do koszar, u pułkownika został tylko kucharz. Było to na początku sierpnia, bo 7 czy 8 sierpnia Rosjanie z pociągu powiadomili nas o bombie atomowej rzuconej na Hiroszimę.
     
     Do koszar, w czasie naszej nieobecności przyjechało kilkudziesięciu żołnierzy, fachowców, stolarzy, cieśli itp. żeby wyposażyć izby w nary, bo sale były puste. Część żołnierzy naszej brygady – rolnicy, dostała poniemieckie gospodarstwa rolne jako osadnicy wojskowi. Osiedlili się w okolicach Landsbergu /Gorzów Wielkopolski/, wsie Wysoka, Racławice i inne. Nie byli jeszcze zdemobilizowani, w wykazach określani jako odkomenderowani na osadnictwo.
     
    Nasz porucznik dostał polecenie, aby zorganizować ekipę żniwną na pomoc w majątku niedaleko Torunia. Do tej ekipy trafiłem i ja. Zamieszkaliśmy w nieczynnej szkole, mieszkała tam również żona nauczyciela pani Sobczakowa, też nauczycielka, i jej dwie córki – 19 letnia Irka i 16 letnia Krysia. Oczywiście, o  ich względy, starali się wszyscy, ale to one mogły wybierać. Panią Sobczakową oblegało dwu naszych podoficerów, dużo starszych od całej hałastry.
     
    Irka wybrała odpowiedniego wiekiem kolegę, a Krysia MNIE ! Odstawieni, jak mogli, tak utrudniali nam kontakty, podglądali, obgadywali, urządzali różne psikusy. Wkrótce jednak dali nam spokój. Okazało się, że we wsi niema ani jednego mężczyzny czy chłopca. Zostali tylko starcy, kobiety, dzieci i oczywiście – dziewczęta.
    Tak więc i inni znaleźli sobie sympatie w naszej lub sąsiednich wsiach.
     
    Pytaliśmy o przyczynę takiej dziwnej sytuacji. Pani Sobczakowi twierdziła, że Niemcy całą okoliczna ludność zaliczyli przymusowo do folksdojczów i mężczyzn przymusowo wcielili do Wermachtu. To możliwe, bo w naszej brygadzie był Ślązak, też jako folksdojcz wcielony do niemieckiego wojska,  zorientował się, że naprzeciw walczą Polacy i zdezerterował do nas. Mąż pani Sobczakowej też był w niemieckiej armii, nie wiedziała, jakie są jego losy.
     

    Rządca majątku zaraz kazał zaszlachtować wieprza i cielaka, napiec chleba, a pani Sobczakowa gotowała. Okazało się, że zboże już zostało skoszone snopowiązałkami, trzeba tylko wykosić ręcznie dolinki niedostępne dla maszyn, zwieźć snopy do stodoły i niewielkie ilości wymłócić młocarnią. Znaleźli się wśród nas kosiarze, wykosili co trzeba, piorunem zwieźliśmy naszym samochodem plony do stodoły i wymłóciliśmy  co trzeba.
     
    Ponieważ przy młocce nikt nas nie kontrolował, kilkanaście worków pszenicy zawieźliśmy do prywatnego młyna. Dostaliśmy za to kilka worków mąki pszennej. Część oddaliśmy pani Sobczakowej, część została sprzedana a pieniądze przeznaczono na wódkę. Tak więc mieliśmy wszystko co żołnierzowi potrzeba.
     
    Obok naszego majątku były jeszcze dwa, w jednym pracowali jeńcy niemieccy, w drugim Włosi czekający na repatriację do ojczyzny. Niemców pilnowali Rosjanie, czasem przechodzili koło nas w szeregach. Śpiewali smutno „Już nie mamy ojczyzny”. Tłumaczyła nam Irka, bo i ona i pani Sobczkowa mówiły dobrze po niemiecku. Krysia gorzej.
     
    Włochami opiekował się tylko jeden rosyjski kapitan. Oni też pracowali w polu, ale ich praca to tylko cyrk. Jeden nachyla się, żeby podnieść snop, drugi kopie go w tyłek, potem cała grupa z krzykiem i śmiechem przewraca się na tych dwóch. Wreszcie wszyscy biorą ten jeden snop i ze śpiewem odnoszą  na wóz. Wracają po drugi i zabawa zaczyna się na nowo.
     
    Pytaliśmy kapitana, jak on pozwala na to. Mówił, że otrzymał polecenie odnosić się z całym szacunkiem do Włochów. I co ja mam z tą hałastrą robić? Za to co wieczór była u nich zabawa. Chodziliśmy tam często ze swymi dziewczynami, bo wśród Włochów była tylko jedna dziewczyna Włoszka, chuda, czarna i brzydka jak noc. Nikt nie zapraszał jej do tańca, ani Włosi, ani nasi. Żal mi się jej zrobiło i poprosiłem ją do tańca. Żadnej satysfakcji,  a naraziłem się tylko na drwiny kolegów.
     
    Natomiast Włosi, ci umieli uwodzić nasze dziewczęta. Ani a ani be po polsku a czarować umieli. Koledzy już chcieli sprawić im manto, ale kapitan prosił, żeby nie urządzać draki, bo poskarżą się wyżej i on będzie miał duże nieprzyjemności. Zaczęli nawet przychodzić do naszej wsi, ale parę strzałów nad głowami odebrało im te chęci.
     
    A jak było z naszymi sympatiami? Już wzięcie za rączkę to było niebo, a pocałunki rajem. Do niczego więcej nie doszło.
     
    Wróciliśmy do Torunia, za parę dni przybyła cała brygada. Jedzenie było coraz gorsze, zupę gotowano z brykietów znalezionych w niemieckim obozie. Brykiety były robione z głąbów kapusty, liści buraków cukrowych i tzw. wysłodków buraczanych /to pokrajane specjalną krajalnicą buraki cukrowe z których odciągnięto cukier, służyły za paszę dla bydła/.
     
    Wreszcie bractwo zbuntowało się i zastrajkowało. Na stołówce zamiast jeść wylano miski z taka zupą na stoły. Okrzyki: złodzieje! sami jedzcie to gówno!
     
    Zbiegło się całe dowództwo, oficerowie polityczni, informacja /takie wojskowe UB/. Zaczęli zaraz straszyć, ale skandal już był za duży a karać wszystkich przecież nie mogli. Sprawę zatuszowano, jedzenie poprawiło się, dostaliśmy śledzie, których nie jedliśmy od przed wojny.
     
    Był to taki rarytas, że niektórzy, m.in. mój przyjaciel Jurek Lipski, syn adwokata, zjadał śledzia z głową. Po tygodniu już nikt nie mógł potrzeć na ten rarytas.
     
    Gruchnęła wieść, że kapitan Bezdezowski znów organizuje szkołę podoficerską. Ochotników nie było, więc wyznaczać zaczęli przymusowo. Wyznaczyli i mnie.
     
    Budynek szkoły usytuowany był  tuż przy drodze między koszarami a torami kolejowymi. Od drogi oddzielony był tylko płotem. Szkoła dostała nowe mundury, mówiono, że są z pokrzywy, ale nowe i czyste. Mój niemiecki mundur ktoś ukradł, kiedy byliśmy na żniwach a manele zostały w koszarach.
     
    Któregoś dnia wieczorem wołają mnie, Rysiek, podejdź do płota, ktoś ciebie szuka. Biegnę, i oczom nie wierzę. Irka z Krysią! Chodź do nas, wołają. Niby nie wolno wychodzić bez przepustki, ale któż zwraca uwagę na to przy takiej siurpryzie. Skaczę przez płot i idziemy bocznymi ścieżkami nad Wisłę.
     
    Okazuje się, że państwo Sobczakowie mieli w Toruniu małą willę, zajętą w czasie okupacji przez Niemców. Teraz odzyskana i cała rodzina ma przeprowadzić się do Torunia. Dziewczęta przyjechały na razie same, potem ma przyjechać mama.
     
    Dochodzimy do mostu, ochrona sowiecka nie reaguje, więc idziemy dalej. Wreszcie trzeba mi wracać, ale Irka namawia, chodź, pokażemy ci nasz dom. Kto by odmówił?
    Udało się przejść parkiem unikając patroli. W domu jeszcze dość pusto, ale znalazło się coś do jedzenia. Irka umożliwiła nam króciutkie sam na san z Krysią. Późną nocą jakoś przeszwarcowałem się powrotem do koszar. Miałem już w Toruniu przytulisko.
     
    Niedługo po rozpoczęciu zajęć, zachorował jej dowódca, kapitan Bezdezowski. Zapomniałem napisać, że przed wyjazdem na front, on też zachorował, ale ponieważ był to Żyd, od razu przypisano mu tchórzostwo. Dowództwo szkoły objął porucznik Czerniawski, syn generała. Wkrótce awansował na kapitana.
     
    Bezdezowski trzymał szkołę twardą ręką, przy Czerniawskim nastąpił generalny chaos. Rządzić zaczęli podoficerowie z szefem na czele. Potrafili tak omotać porucznika, że właściwie nie miał nic do powiedzenia. Zjawiał się tylko na apel poranny, podpisywał papierki i znikał na cały dzień.
     
    Pisarz szkoły też nie chciał być gorszy, jak i inni oficerowie i podoficerowie-wykładowcy. Pisałem ładnie, więc wziął mnie do kancelarii, poduczył wojskowej pisaniny i znikał. Czerniawski widział mnie w kancelarii, przynosiłem mu do podpisu dokumenty, ale nigdy nie zapytał, gdzie jest etatowy pisarz.
     
    O sytuacji w szkole ktoś napisał kapitanowi Bezdezowskiemu do sanatorium. Pewnej nocy słyszymy na korytarzu krzyk służbowych: ALARM!!!
     

    Jaki alarm, nikt już od wieków nie robił alarmów i nikt się z łóżka nie rusza. Ale wyskakujemy jak z procy na drugą komendę: BEZDEZOWSKI !!!
    Ubieramy się piorunem, ale okazuje się, że klucz od broni ma niewiadomo kto i nie możemy jej pobrać. Wreszcie ktoś przecina łańcuch.
     
    Alarm zamiast 10 minut trwa pół godziny. Ustawiamy się wreszcie przed budynkiem. Wpieniony kapitan wydaje komendę: rozejść się, rozbierać i spać.  Ale nie dla nas taka gadka, znamy Bezdezowskiego jak zły szeląg. Kładziemy się pod koce, ale ubrani. Niektórzy nawet butów nie zdejmują.
     
    Bezdezowski też nas zna. Zamiast ogłaszać nowy alarm, chodzi z podoficerami po salach i sprawdza, czy ubrania ułożone są w kostki, wykrywa śpiących w butach, w płaszczach i bronią pod pachą.
     
    Rozbieramy się, tak jak trzeba, sprawdzają jeszcze raz, i następny alarm. Jeszcze źle. Nie pamiętam, który z kolei wypadł jako-tako, wiem, że już było dość widno, jak się skończyły. Podoficerowie i szef zostali zrugani i zmieszani z błotem.
     
    Kiedy na poranny apel zjawił się Czerniawski, szef szkoły i wszyscy podoficerowie przedstawili mu horrendum które odbyło się w nocy, jednocześnie wyjaśniając, że Bezdezowski nie miał prawa tego robić. Przecież oficjalnie zdał szkołę panu porucznikowi, więc jakim prawem rządzi się tu jak szara gęś.
     
    Odpowiednio nastawiony Czerniawski poszedł ze skargą na Bezdezowskiego do dowódcy brygady, chyba odpowiednio malując sytuację. Pułkownik Klinkowski wiedział dobrze czyją stronę trzymać. Wezwano Bezdezowskiego do sztabu. Nie wiem, co tam się działo, ale w kancelarii szkoły zjawił się po jakimś czasie.  Szary na twarzy, trzęsła mu się lewa ręka, miał coś też z lewą nogą, bo utykał. Czerniawskiego nie było.
     
    Gabinecik dowódcy szkoły był obok  i wchodziło się do niego przez kancelarię. Co robił tam Bezdezowski, nie wiem. Przypuszczam, że „dochodził do siebie” żeby nie pokazywać się, w jakim jest stanie. Wychodząc spytał mnie, co tu robię i dlaczego nie ma pisarza. Powiedziałem, że kazali pisać, to piszę, a dlaczego nie ma pisarza – nie wiem.
     
    Sprawa rozprężenia w szkole na tym się jednak nie skończyła. Minęło trochę czasu, i o dziwo, przyjechał wyleczony Bezdezowski i przejął szkołę od Czerniawskiego. Czerniawski objął jakąś funkcję w  3 dywizjonie. A Bezdezowski zaczął likwidować szkołę. Kursantów przeniesiono do dywizjonów, zostali tylko szef, magazynier, paru żołnierzy i ja. To była decyzja Bezdezowskiego.
     
    Trzeba było rozliczyć się z magazynu Szkoły. Porównanie stanu faktycznego z księgowym wykazało duże braki. Dlaczego Bezdezowski przyjął szkołę wiedząc w jakim jest stanie – nie wiem, chyba nie chciał nadal prowadzić walki z Czerniawskim.
     
    Brakowało dużo, koców, prześcieradeł, butów, koszul itp. Kierownikiem magazynów brygady był jednak Żyd, i to pomogło rozliczyć się dość gładko, chociaż trwało długo.
     

    Chodziłem pisać nawet do mieszkania kapitana i poznałem jego żonę, młodą Polkę. Ożenił się z nią jeszcze na terenie ZSRR.
     
    Jak radziliśmy z brakami. Wg spisu mieliśmy na przykład zdać 100 koszul a w rzeczywistości było 70. No to część rwaliśmy na połowę układaliśmy pięknie złożone, wiązaliśmy, a przy zdawaniu nie sprawdzali każdej sztuki, tylko brzeg każdej paczki. To samo z prześcieradłami. Gorzej było z butami. Wysyłani byli na wieś żołnierze z parą nowych trzewików. Tam wymieniano je na ledwo żywe. Jedną parę za 3, 4 a nawet 5 starych. I te stare zdawaliśmy do magazynu.
     
    Magazynierzy z magazynów brygady robili protokół zniszczenia i przekazywali szmaty Np.  do czyszczenia dział, a ile starych koszul trzeba, żeby wyczyścić armatę, ciągnik czy samochód ciężarowy, i kto zwracał uwagę na to, czy dostał całe prześcieradło, czy połowę. Stare buty oddawano szewcom jako materiał do naprawy.
     
    Po zakończeniu prac nad likwidacją Szkoły, Bezdezowski powiedział, że zabiera mnie do swojej jednostki. Został dowódcą czwartej baterii  2 dywizjonu.  
     
    Za kilka dni, wieczorem, przychodzi do nas goniec 3-go dywizjony i mówi, że wzywa mnie dowódca tego dywizjonu, major Pawełek. Wchodzę do kancelarii 3-go dywizjonu, a tam jest major, już kapitan -  Czerniawski i jeszcze jeden oficer. Melduję się, major zadaje parę nic nie znaczących pytań i mówi, że przenoszą mnie do 3-go dywizjonu na pisarza. Nikt nie pytał mnie o zgodę. Major Pawełek był przedwojennym oficerem a wojnę przeżył w oflagu niemieckim. Po wyzwoleniu wrócił do Krakowa skąd pochodził, i ożenił się z młodą panią.
     
    Nazajutrz melduje o tym Bezdezowskiemu. Ten od razu zrozumiał, że to sprawka Czerniawskiego, był zły jak pieprz. Za parę dni przyszedł rozkaz brygady o moim przeniesieniu.
     
    Odchodzący pisarz kilka dni wprowadzał mnie w sprawy służbowe, sam odchodził na instruktora do nowo organizowanej Szkoły Podoficerskiej, nie lubił papierkowej roboty. Major Pawełek przydzielił mnie i magazynierowi oddzielny pokoik na poddaszu bloku koszarowego. Luksus i ulga po ciągłym przebywaniu w dużych grupach.
     
    Szefem sztabu dywizjonu, któremu podlegałem, był kapitan Szewczuk, Białorusin, oficer radziecki. Był zadowolony, że znam język rosyjski i potrafię napisać po polsku to, co on powie po rosyjsku. Major Pawełek niedługo był w naszej jednostki, zachorował na płuca i wystarał się o przeniesienie do Zakopanego. Nigdy nie widziałem gór, prosiłem majora, żeby zabrał mnie ze sobą jako konwojenta. Zgodził się. On z żoną pojechał osobowym pociągiem, a ja w wagonie towarowym z jego rzeczami.  Wreszcie zobaczyłem Tatry.
     
    Na dowódcę dywizjonu przyszedł Rosjanin, kapitan Kossorukow, rodowity moskwicz.
    Dopiero wtedy Szef Sztabu pokazał, kim jest. Kancelaria dywizjonu była dobrze wyposażona w przywiezione z Niemiec urządzenia i meble. Były trzy maszyny do pisania, kilka zwykłych biurek i jedno piękne z jakiegoś czerwonego drzewa, bogato zdobione. Duży szafkowy zegar, kilka budzików.  I Kossorukow i Szewczuk chodzili w polskich mundurach. Byli jednak tacy Rosjanie,co nie wkładali polskiego munduru. Zaraz po wojnie odesłano takich do ZSRR.
     
    Oficjalnie należało się zwracać do przełożonych per obywatelu. Robiono to tylko w czasie równie oficjalnych okazjach, albo w większych grupach, bo wtedy nie wiadomo, czy któremuś nie podoba się pan. Na co dzień mówiło się per pan i nawet Rosjanie nie protestowali. Na wieczornym capstrzyku odmawialiśmy krótka modlitwę i śpiewaliśmy Rotę. Do kościoła prowadzono czwórkami, tych, co chcieli. Indywidualne pójście do kościoła było nieregulaminowe, ale nikt z tego powodu nie był karany.
     
    Odchodzący pisarz uprzedził mnie, że szef sztabu lubi wypić a w mieście ma trzy”meliny” z kobietami. Gdy będziesz dawał kartę urlopową, nie zapomnij powiedzieć, że dla ciebie ma przywieźć pół litra i jakąś zagrychę. Pisarz niby niewielka szycha, ale zaszkodzić potrafi, i to jeszcze jak.
     
    I oto przychodzi Szewczuk i mówi: wiesz, ten stojący zegar to nie jest własność dywizjonu, to mój. Nie było spisu majątku kancelarii, więc mówię, może lepiej zabrać go stąd. Masz rację mówi Szewczuk i wkrótce zegar znikł a z nim jedna maszyna do
    pisania. Znikło wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.
     
    Wódkę i zakąskę trzymałem w swoim biurku. Na poranny apel miałem codziennie przygotowany raport stanu,  wykaz, ile żołnierzy jest według ewidencji, ile chorych, ile na osadnictwie itd. Ten raport prezentował szef sztabu dowódcy dywizjonu na apelu porannym. Z powodu hulanek, spóźniał się jednak często i raport oddawałem w kancelarii dowódcy. Widocznie dostawał za to nagany, bo wręczył mi klucze od swego mieszkania na terenie koszar, i kazał się budzić na apel. Przychodził zaspany i zaraz pytał, no, co u ciebie jest. Nalewał trzy czwarte szklanki, wypijał, i dopiero szedł na rozprowadzenie.  Wracał po apelu i mówił: Nu ty sdieś diejstwuj, a ja uchażu w gorod. /No, ty tutaj rządź, a ja wychodzę do miasta/.
     
    Ale bywało, że sztab brygady lub nawet sam pułkownik, telefonował do nas i kazał, żeby Szewczuk zameldował się tam. Mówiłem, że w tej chwili go nie ma, ale zaraz poszukamy i zawiadomimy. Wysyłałem gońca lub kilka gońców na poszukiwania, ale do miasta było daleko i nie wiadomo było gdzie jest. Poszukiwania trwały godzinę lub więcej, i za to zmywano mu głowę. On twierdził, że to wina pisarza, był na terenie koszar a pisarz nie mógł go odnaleźć.
     
    Wreszcie na kolejne takie tłumaczenie, pułkownik powiedział: przyprowadź do mnie tego swego pisarza. Poszliśmy, stanęliśmy na baczność, Szewczuk melduje, że to jest pisarz trzeciego dywizjonu. Pułkownik, ogromna figura, wstał, przyjrzał mi się, podniósł rękę i opuszczając jak szablę, zagrzmiał: PIAT’ SUTOK !!! / Pięć dób – oczywiście aresztu/.
     
    Areszt był pod w piwnicy pod budynkiem sztabu. Zjawił się profos /dowódca aresztu/ i poprowadził mnie do paki. Zabrał pas i zamknął w celi z narami bez siennika. Za jakieś pół godziny wchodzi profos i mówi: dzwonił Szewczuk, że jesteś mu koniecznie potrzebny. Idź, ale tak, żeby stary cię nie widział. Do aresztu już nie wróciłem, a książkę pochwał i kar sam prowadziłem.
     
    Mało tego, było dużo dokumentów, wymagających podpisu szefa sztabu, a jego niema. Melduję o tym, i słyszę, podpisuj za mnie sam.
     
    Być może w archiwach zachowały się dokumenty z podpisem: Szef Sztabu--- za—kapral Ryszard Cydzik. Póki w kancelarii Brygady był Rosjanin, uchodziło to na sucho. Ale gdy objął to stanowisko przedwojenny oficer, zrobiła się awantura. Szewczuk jednak znalazł wyjście. Patrz jak ja podpisuję, naucz się i mego podpisu, i podpisuj P/Piotr/ Szewczuk. Podpisywałem, i wszyscy byli zadowoleni.
     
    Czytam to, co napisałem, i nawet mnie wydaje się to niewiarygodne. A jednak tak było. Nawet w parę lat po wyjściu z wojska, próbując pióro, pisałem podpis Szewczuka.
     
    Do obowiązków Szewczuka należało pisanie, co jakiś czas, opinii o wszystkich oficerach Dywizjonu. Była to praca i trudna i odpowiedzialna, przecież od tych opinii zależała i kariera i byt ocenianego. Praca trudna, ale nie dla Szewczuka
     
     Kiedyś mówi do mnie: będziemy pisać opinie o oficerach. Mówię mu, że to są sprawy tajne i mnie nie wolno ani pisać, ani mieć wglądu do takich akt. A Szewczuk – nie będziesz miał wglądu ani nie poznasz żadnych tajemnic. Zrobiłem głupia minę, jak tego można dokonać?
     
    Zobaczysz. Biorę papier, maszynę do pisania i zamykamy się w wolnym gabinecie dowódcy.  Okazuje się, że będziemy pisać cztery rodzaje opinii bez wpisywania nazwisk. Pierwsza – piątkowa, oficer to wzór, druga - czwórkowa, oficer dobry, ale ma niewielkie wady, trzecia – trójkowa, oficer ma dużo wad, czwarta – dwójkowa, oficer pije, bije żonę, nic nie umie i nie nadaje się na zajmowane stanowisko. U góry zostawia się miejsce na wpisanie nazwiska.
     
    Odbijam na maszynie, pod kalkę po kilkanaście egzemplarzy każdego rodzaju opinii, żeby było „na zaś”. Nazwiska oczywiście wpisze Szewczuk , ja nie będę wiedział jaką komu wpiął do teczki.  I opinie pisałem, i tajemnica została zachowana. Patrz i ucz się, mówi zadowolony Szewczuk widząc moją minę. I rzeczywiście, trzeba sowieckiej przodującej nauki, żeby wymyślić coś takiego. Dziwne tylko to, że np. zły oficer musi być koniecznie pijakiem i bić żonę.
     
    Takie opinie na pewno zachowały się w teczkach personalnych oficerów naszego dywizjonu. Może i inni stosowali podobny sposób. Zdaje się, że teczki personalne oficerów mają klauzulę – chronić wiecznie. Ciekawe, jak do takich opinii, pisanych pod kalkę, z wpisanym ręcznie nazwiskiem podchodzili ci, którzy oceniali oficera przed awansowaniem.
     
    W 1946 roku naszą brygadę przemianowano na 71 Pułk Artylerii Polowej RND /Rezerwy Naczelnego Dowództwa/. Pułkownik Klinkowski wyjechał do Rosji, dowódca pułku został major Bień, Polak, potem podpułkownik Kozłowski.
     
    W dywizjonie oprócz trzech baterii był Pluton Dowodzenia. W nim byli telefoniści, radziści,  gońcy, magazynier, topografowie, zwiadowcy, ordynansi oficerów, inna zbieranina i ja. Całe to bractwo, jak mogło, wykręcało się od wszelkich obowiązków, ale i nudziło się. W Toruniu wychodziła lokalna gazeta w której było dużo ogłoszeń matrymonialnych, przeważnie ze strony dziewcząt, bo dużo chłopców zginęło na wojnie i kandydatów do małżeństwa brakowało.
     
    Kilka osób, pod kierownictwem Kozłowskiego - /w pułku było, znanych mi trzech Kozłowskich, podpułkownik, porucznik i kolega o którym piszę/ - założyło spółkę, którą nazywaliśmy SWAT. Wyłapywali w ogłoszeniach oferty panien ze wsi, najlepiej, jak to była panna z dzieckiem, bo te były najmniej wybredne i było im najtrudniej znaleźć chłopaka. Przedstawiali się jako sieroty ze wschodu. Rodzina wymordowana, nie mają nikogo bliskiego, tęsknią za rodzinnym ciepłem. Pisali listy przedstawiając się z reguły innym imieniem i nazwiskiem, ale podając właściwy adres jednostki.
     
    Z reguły przychodziło zaproszenie dla zaznajomienia się. No to do mnie, daj przepustkę na niedzielę. Dam, ale macie i mnie coś przywieźć. Jechali przeważnie we dwóch. Tam przedstawiali swoją sytuację w tak czarnych barwach, że czasem, jak opowiadali, płakano. W wojsku byli tak głodni, że o niczym oprócz jedzenia nie mogli myśleć. Wyposażano więc biedaków obficie, tereny toruńskie nie były zniszczone. Następne wizyty zależały od okoliczności.
     
    Kiedy panna była bardzo szpetna, albo zaszły inne okoliczności, pisali, że z powodu służby nie mogą przyjechać i proszą pannę o odwiedziny. Niech zgłosi się na warownię przed koszarami, to oni wyjdą. Telefon do kancelarii – narzeczona do takiego i takiego, niech wyjdzie. Ale taki i taki przychodził do kancelarii i prosił, weź lornetkę i zobacz, kto to. Widzę, że spaceruje jakaś z paczką. Taki i taki prosi o lornetkę, poznaje, która to, i albo wychodzi, albo mówi. Zadzwoń na warownie i powiedz, że jestem na warcie i niema mnie w koszarach. Niech zostawi paczkę i wraca do domu. Nie było to godne pochwały, ale tak było.
     
    Z Torunia wysłałem chyba 10 listów na Białoruś i parę do Wilna, z informacją, że spotkałem Olgierda Stankiewicza, przeżył wojnę, chociaż był ranny. Teraz jedzie na nowe miejsce, nie wie gdzie będzie, proszę kierować odpowiedzi na mój adres. Te listy doszły, ale z 10 tylko jedna osoba, Żenia Szachowska, zawiadomiła o tym moją mamę. Twoja mama Alu twierdzi, że napisała na podany adres, jednak ja żadnego
    listu od nikogo nie otrzymałem. Wziąłem urlop i pojechałem do Łodzi, gdzie było główne archiwum repatriantów. Nikt mi tam nie pomógł i znalazłem tylko, o dziwo, adres rodziny mego kolegi z partyzantki – państwa Czerniawskich. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że wujek Edward Szyprowski, Twój dziadek, pochodząc z Łowicza, najprędzej tam się osiedli i w starostwie powinni mieć spis repatriantów.
    Znalazłbym rodzinę prędzej.
     
     Następny urlop dostałem dopiero we wrześniu 1946r. Pojechałem do wsi Smolarnia, koło Trzcianki Lubuskiej. Ci skierowali mnie do znajomych w Krzyżu, Tam dali adres pana Żabika, w Pobiedziskach pod Poznaniem. On był z moim wujem Janem Dawidowskim w wojsku i odwiedzał wuja w Górze Śląskiej, tam gdzie i do dzisiaj mieszkam. U niego dowiedziałem się, gdzie jest Góra a adres znajdę w PURze –
    -Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym.
     
    Do Góry dotarłem późnym wieczorem. Przenocowałem na stacji, adresu wuja dowiedziałem się w miejscowym PURze. I wreszcie witałem wuja, jego żonę i córkę, jego szwagierkę -  Alę, moją siostrę Wandę, mamę i ciocię Idalkę, która wróciła z Archangielskiego obwodu. Ojciec został aresztowany i wywieziony na Syberię. Nie ma z nim kontaktu. O mężu cioci Idali wiedzieliśmy, że poszedł do Andersa.
     
    W wojsku już miałem być zdemobilizowany, zatrzymano jednak nie żonatych do wyborów w styczniu 1947 r.
     
    Zdemobilizowany zostałem dopiero 3 marca 1947 roku i przyjechałem do Góry.
     
    Dzisiaj, kiedy opluwa się wszystko, co nie jest proweniencji solidarnościowej, wojsko z tamtego okresu określa się, jako Ludowe, lub Polskojęzyczne. Na pieczęciach dokumentów , które mam z tamtego okresu, jest tylko Wojsko Polskie.
     
                                                         Koniec 2






     
                                             3.  W Górze Śląskiej
     
    W Polsce jest wiele miejscowości o nazwie Góra, może nawet kilkanaście, dlatego zaraz po wojnie, dla uniknięcia nieporozumień i kłopotów miasteczko niemieckie Guhrau nazwano Górą Śląską. Na przedwojennej mapie Polski, obejmującej część Niemiec, nie ma miasteczka Guhrau, tylko Góra.
     
    W wydanej na 600 lecie miasteczka monografii – rok 1900, niemiecki historyk Alfred Ziółkowski, tak, tak! Ziółkowski, pisany przez o z kreską, pisze, że nazwa Guhrau pochodzi od polskiego słowa Góra, co znaczy Berg.
     
    Około roku 1953, specjaliści od nazewnictwa, kazali przywrócić miasteczku historyczną nazwę Góra. I zaczęła się kołomyjka. Wagony adresowane do naszej Góry trafiały do Góry koło Białegostoku, z innych Gór poczta i wagony przychodziły do nas.
     
    Aby uniknąć tego galimatiasu ustalono, że miasteczko nazywa się Góra, a stacja kolejowa i poczta – Góra Śląska. Też idiotyzm, ale trwa do dziś. Nasz kod pocztowy to 56-200 Góra Śląska.
     
    Dodam jeszcze ciekawostkę:   obrazy w kościele i w kapliczkach drogi krzyżowej
    na cmentarzu, malował w roku 1896 Peter Stankiewicz.
     
    W  marcu 1947 roku jestem w Górze Śląskiej.  Akurat jest ogłoszona amnestia – po wyborach styczniowych, i możliwość zmiany nazwiska. Ja mam jeszcze opory, ale cała rodzina zgodnym chórem twierdzi, że pozostanie przy nazwisku Cydzik, to nonsens. Obok mieszkają sąsiedzi którzy znali mnie od dziecka, jak im wytłumaczyć tego Cydzika. Zresztą dość się już nakonspirowałeś i nawojowałeś, żeby ponownie mieć kłopoty.
     
    Jadę więc do Wrocławia by tam się ujawnić. Myślę naiwnie, że jak się ujawnię we Wrocławiu, to w Górze o tym nie będą wiedzieli. W Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa kupa ludzi. Trafiam do jakiegoś młodego porucznika, który na wieść, że jestem z Góry Śląskiej, aż podskoczył. A gdzie mieszkasz, pyta. Mówię, że na przedmieściu Kajęcin pod numerem 47.
     
    Jaki zbieg okoliczności, on jeszcze niedawno tam kwaterował i pamięta, że w tym domku osiedliły się dwie kobiety z córkami. To była moja mama z Wandzią i ciocia Marysia Dawidowska z córką Czesią. Opowiadały, że były bardzo zadowolone z obecności polskich żołnierzy, bo chroniło to przed częstymi napadami żołnierzy radzieckich.
     
    Po odejściu wojskowych, całe noce z siekierkami w ręku wartowały przy oknach, bo były próby sforsowania płotu, na szczęście napastnicy w obu wypadkach byli przez kogoś spłoszeni. A wkrótce wrócił z wojska wuj Jan Dawidowski, ojciec Czesi, i wrócił spokój.
     
    Opowiedziałem porucznikowi o dalszych losach repatriantek i wróciliśmy do ujawnienia. Kiedy dowiedział się, że chodzi tylko o zmianę nazwiska, machnął ręką i powiedział, pisz nie rozwodząc się.
     
    Napisałem tylko, że byłem w oddziale Bartka nie precyzując, gdzie ten oddział był, o zranieniu pod Wilnem i wypożyczeniu dokumentu od Cydzika dlatego, że innego nie miałem, a bez dokumentu byłbym od razu aresztowany. Podkreśliłem, że zaraz po wyleczeniu wstąpiłem do Wojska Polskiego aby dalej bić Niemca. Porucznik odebrał moje oświadczenie i kazał iść do jakiegoś pokoju. Tam zrobiono mi na poczekaniu zdjęcie.
     
    Czekaliśmy teraz na wydanie zaświadczeń o ujawnieniu. Po dłuższym czasie wyszedł kapitan, Rosjanin, wręczył nam zaświadczenia i spytał, czy mamy jakieś życzenia i prośby. Wszyscy poprosili o darmowe bilety na powrót. Ja dodatkowo o umożliwienie mi pracy i nauki w Dzierżoniowie. Tam była wytwórnia odbiorników radiowych Eltra i jednocześnie szkoła przyzakładowa.
     
    Ci, co mieli jakieś życzenia czy prośby, byli przez tego kapitana wzywani na rozmowy indywidualne. Bilety wynieśli na korytarz.
     
    Kiedy powiedziałem kapitanowi o co chodzi, dał mi do zrozumienia, że zakład w Dzierżoniowie jest specjalnie chroniony, pracownicy sprawdzani i on nie może dać mi skierowania. Trzeba starać się indywidualnie, ale z dalszej rozmowy wynikało, że szanse są niewielkie, a właściwie żadne.
     
    Należało jeszcze wymienić książeczkę wojskową. Pojechałem więc do Nowej Soli, bo tam mieściła się nasza Komenda Wojskowa. Książeczkę na nowe nazwisko wystawiono bez kłopotu, ale gdy pisarz zaniósł ją do komendanta, majora Draka, do podpisu, ten zechciał mnie obejrzeć. To już mnie wkurzyło, co to ja jestem małpa, żeby mnie oglądać ? Pisarz powiedział, że jestem tu pierwszy, który odsłużył wojsko pod cudzym nazwiskiem.
     
    Poszedłem, ale już nastawiony na ostro. Wchodzę i mówię głośno, dzieńdoooobry paaanie majorze. A ten aż podskoczył, jak wy się zachowujecie!  To WY już mnie dobiło. Prosiłem zawsze przełożonych, żeby zwracali się do mnie przez TY. Gdy ktoś, oczywiście taki, który się rozumiał na żartach, mówił mi WY, otwierałem drzwi na korytarz i mówiłem,  ten drugi uciekł, jestem sam.
     
    Powiedziałem, że zachowuję się tak jak cywil którym jestem od miesiąca, wyczułem że to podkreślone paaanie tak go ruszyło. Jeszcze coś tam zrzędził ale książeczkę podpisał. Pożegnałem go przeciągłym, dziękuję i dowidzeeenia paaanie majorze. Jeszcze pisarze chcieli mnie wymienić zaświadczenia na medale, ale powiedziałem im, że mam ich medale w du…żym poważaniu i wyszedłem.
     
    Od pana Żabika w Pobiedziskach dostałem adres mego kolegi z Mira Edka Siewruka. Napisałem do niego m.inn.  o swoich kłopotach z dostaniem się do pracy i szkoły radiowej. Odpisał zaraz, przyjeżdżaj do Gdańska, załatwię ci i prace i szkołę.
    Pojechałem, Edzio mieszkał w Sopocie z matką i siostrą, ojciec był na Syberii. Pracował w Szwedzkiej Misji Czerwonego Krzyża w Gdańsku. U niego jadłem nie widziane od przed wojny pomarańcze i pierwszy raz w życiu – banany.
     

    Edzio był urodzonym biznesmenem. W Mirze pracował w magazynach niemieckich gromadzących dostawy obowiązkowe ze wsi. Był ode mnie młodszy o rok, ale pod względem sprytu życiowego nie dorastałem mu do pięt. Na imieniny naszej koleżanki Reni Balickiej przynieśliśmy jakieś marniutkie kwiatki, a Edzio – zegarek. Wtedy taki prezent był równy dzisiejszemu komputerowi.
     
    W Gdańsku też radził sobie wspaniale.  Elegancki granatowy garnitur, krawat, modne buty,  zegarek, płaszcz. Ja wprawdzie wychodząc z wojska , oprócz munduru dostałem ubranie cywilne i półbuty, ale marnej jakości, zegarka nie miałem. Pierwszy dzień zszedł nam na rozmowach, wizycie u jego dziewczyny która mieszkała z siostrą. Tam Edzio trzymał zapasy alkoholu.
     
    Zjawił się też jakiś jego kolega. Poszliśmy z dziewczynami do kina, ale film przespałem, bo całą noc jechałem stojąc w przepełnionym wagonie, a u dziewcząt nie wypadało spać. No i alkohol. Odprowadziliśmy dziewczęta i idziemy do mieszkania Edzia. Wchodzimy do obszernej kuchni, mama Edzia szyje na maszynie, a w kącie siedzi trzech facetów. Wszedłem pierwszy, i myśląc, że to koledzy Edzia, wykrzyknąłem: cześć chłopaki.
     
    Ale chłopaki okazali się chłopakami z UB – Urzędu Bezpieczeństwa. Postawili nas do kąta i zaczęli rewizję mieszkania. Nas, o ile dobrze pamiętam , nie rewidowano, obmacali tylko kieszenie, okolice pasa i pod pachami.
     
    Rewizja była zupełnie pobieżna, zachowywali się kulturalnie. Aresztowali nas trzech, wyprowadzili na podwórze, kazali naszej trójce iść przed sobą, ale uprzedzili, że w razie próby ucieczki będą strzelać. Na skrzyżowaniach i zakrętach mówili gdzie mamy iść. Było już późno i ruch na ulicach niewielki.
     
    Po wprowadzeniu do gmachu UB, rozdzielono nas. Mnie wprowadzono do pokoju, w którym było trzech mężczyzn w ubraniach cywilnych. Kazano opróżnić kieszenie. Nie miałem wiele. Nie zjedzoną kanapkę i chustkę do nosa oddali, zatrzymali scyzoryk i dokumenty.  Kazali usiąść na taborecie postawionym daleko od biurka, przy którym siedzieli.
     
    Pytali, po co przyjechałem, powiedziałem, że w poszukiwaniu pracy i szkoły. Czy mam list od Edzia z zaproszeniem? Miałem go w tylnej kieszeni spodni i wpierw nie oddałem. Przeglądnęli ten list, zatrzymali, a mnie kazali służbowemu odprowadzić do aresztu.  Tam już był kolega Edzia aresztowany razem z nami, i kilka innych aresztowanych.
     
    W celi były nary, gołe deski. Okienko wielkości jednej cegły. Cela była w piwnicy. Pytałem kolegę Edzia, czy wie, za co nas aresztowali. Nic nie wiedział. Mimo niewygodnego łoża przespałem noc jak zabity. Zmęczenie, alkohol i przeżycia zrobiły swoje.
     
    Nazajutrz przynieśli do celi śniadanie, chyba czarna zbożowa kawa i kawałek chleba. Około 11 wywołano kolegę Edzia. Już nie wrócił do celi. Po godzinie wywołano mnie.
     
     
     
    Wprowadzono do małego pokoiku gdzie siedział jakiś młodziak. Na stole miał moje papiery i scyzoryk. Co niedobrze przyjeżdżać w taką gościnę, zagaił. Odburknąłem, że nie do nich w gości przyjechałem i na tym rozmowa się zakończyła. Oddał mi wszystko i wystawił przepustkę, którą miałem oddać w bramie. Wychodząc powiedziałem – nie mówię do widzenia.
     
    Zaszedłem do pani Siewrukowej. Był już u niej kolega, z którym siedziałem w celi. Pani Siewrukowa też nie miała pojęcia, dlaczego aresztowano Edzia, ale przyszli do niej po pistolet. Kryjówkę w jakiejś komórce wskazał im Edzio. Wsiadłem do pociągu i wróciłem do Góry. Nie udało się dostać do szkoły radiowej ani tu, ani tam.
     
    Trzeba było iść do pracy, pracowały mama i ciocia Idala. Ponieważ mieliśmy na poddaszu tylko jeden niewielki pokoik , a nas było czworo /parter zajmował wuj Dawidowski z rodziną/, uchwaliliśmy, że najlepiej starać się o pracę w Magistracie, bo on przydziela mieszkania.
     
    Pomógł mi brat koleżanki mojej siostry, pracownik Magistratu. Dostałem posadę w  Wydziale Podatkowym. Kierownikiem Wydziału był pan Wincenty Urbanowicz. Kiedy zapoznałem go z moimi kłopotami mieszkaniowymi, powiedział, że w domu w którym mieszka, niedługo będzie wolne mieszkanie. Jakiś lokator ma przeprowadzić się do innego miasta. Złożyłem podanie o przydział mieszkania. Było lato, wuj pozwolił mi spać u niego na parterze więc nie było tak tragicznie.
     
    W lipcu przyjechał z Anglii wuj Stanisław Łaskarzewski. Przywiózł sporo podarunków, ja dostałem angielskie ubranie, jasne spodnie z brązową marynarką. Nie pamiętam, co otrzymali inni. Tylko wojskowy płaszcz nosiłem jeszcze długo. Zrobiło się ciasno.
     
    Sąsiadem wuja był pan Frączkowski z Malawszczyzny a na wsi niedaleko Góry objął gospodarstwo pan Różycki, też Malawszczyzny. Kilometr od Góry, na wsi, zamieszkali państwo Ćwirko-Godyccy z Mira, używający teraz tylko nazwiska Ćwirko.
    SAMI SWOI.
     
    Chyba w sierpniu 1945 roku otrzymałem mieszkanie, te, o którym mówił mój szef, pan Urbanowicz.  Zostaliśmy sąsiadami, a potem nawet spokrewnili, bo syn pana Urbanowicza – Mirek, ożenił się z moją siostrą Wandą. Wuj Staś też poszedł do pracy a mama została w domu, gospodarzyć. Na jesieni postanowiłem iść do miejscowej szkoły wieczorowej, żeby uzyskać chociaż maturę.  Boguś  Różycki  też miał taki zamiar.
     
    Pewnego dnia, do pokoju gdzie pracowałem wraz z szefem, przyszedł jakiś niewysoki pan, z wadą oka. Znajomy szefa, bo prowadzili rozmowę na jakieś ogólne tematy. Byłem zajęty swoją pracą i nie zwracałem na nich uwagi. Nagle ten pan zwraca się do mnie i mówi – a jak WAM tu się pracuje. Aż mi kolnęło pod sercem. To WY. Nie chciałem robić przykrości szefowi, bo inaczej posłałbym go do wszystkich diabłów, więc cos odburknąłem. A ten – widzę, że nie chcecie ze mną rozmawiać, to po pracy zgłoście się do mnie do urzędu. Pytam, – do jakiego urzędu. Do Urzędu Bezpieczeństwa. Okazuje się, że to był ubowiec Smaza.
     
     
     
    Po pracy idę do UB, dyżurny otwiera kratę, wchodzę na piętro i pytam o Smazę. Pokazują drzwi. Poprosił usiąść i zaczął  swoją gadkę. Wiedział już o tym, że ujawniłem się, że miałem przeprawę w Gdańsku, wiedział o wuju z Anglii, ale z tego jeszcze nic nie wynikało. Wypytywał o pracę, o kolegów, o zamiary na przyszłość. Wreszcie zwolnił, ale zapowiedział, że jeszcze porozmawiamy. W domu powiedziałem, że musiałem zostać w pracy po godzinach z uwagi na pilność spraw.
     
    We wrześniu wstąpiliśmy z Bogusiem do Prywatnego Wieczorowego Gimnazjum o Ustroju Semestralnym, z prawami państwowych szkół średnich. W ciągu roku przerabialiśmy dwa lata normalnej szkoły. Do matury mieliśmy dwa lata nauki. Tak więc, od 7 do 15 praca, od 16 do 20 albo 21 nauka. Na odrabianie zadań domowych niewiele czasu codziennie, i cała niedziela.
     
    A przecież chciało się jeszcze i na zabawę, i do kina, i na jakąś prywatkę. Gdyby nie Smaza, byłoby znośnie, ten zaczął zatruwać mi życie. Nie mogłem rozgryźć, o co mu chodzi, jednak wyraźnie chciał mnie zmiękczyć. Telefon do pracy: przyjdźcie dziś do urzędu. Wpuszczają, idę na piętro i pytam, do kogo mam się zgłosić. Siadajcie i czekajcie, zawołają was. Czekam 15 minut, czekam pół godziny, otwieram wreszcie pierwsze lepsze drzwi i dopytuję się o wzywającego. Ta sama odpowiedź, ten kto wezwał, powiadomi. Wreszcie po godzinie ktoś mówi: możecie iść do domu. O tych wizytach nie wolno nikomu mówić. W domu jest tyle kłopotów, że nie chcę dodawać swego.
     
    W lutym 1948 roku mama oznajmia, że jej znajoma ma się wyprowadzić do Wrocławia i mama chciałaby tam zamieszkać. Mieszkanie trzypokojowe z kuchnią i łazienką, obok budynek gospodarczy, duży ogród przy domu. Na poddaszu jeszcze jeden pokoik. Idę do burmistrza z prośbą. Namawia, żeby raczej wziąć domek jednorodzinny który niedługo będzie wolny.  Idziemy oglądać, mama nie, nie i nie. Za mały. Ona chce tamto i koniec. Nawet to, że dom dwurodzinny, na piętrze sąsiedzi, nie wiadomo, jacy. Znajoma mówiła, że to bardzo mili i cisi starsi ludzie.
     
    Po wielu ceregielach dostaje wreszcie to mieszkanie, na początku marca przeprowadzamy się.
     
    Po Wielkanocy, pod koniec kwietnia 1948 roku wrócił z Syberii tata, wkrótce poszedł do pracy w Czerwonym Krzyżu, a ponieważ praca była i w terenie, dostał talon na rower. Mamusia była w domu a czworo pracowało. Kupiliśmy prosiaka, kilka kur, kaczki. Kartki zostały zniesione. Chodziliśmy jeszcze po pracy do gospodarza, pana Wirhanowicza, żeby zarobić zboża na śrutę dla świni.
     
    Z okazji powrotu całej rodziny, na wigilię 1948 roku zaprosiliśmy wujostwo Szyprowskich. Czy była wtedy z nimi Władzia i Wandzia, nie pamiętam. Nie pamiętam też, w którym roku byliśmy z siostrą na weselu Twojej mamy w Gogolinie.
    Chyba w 1950 albo w 51, bo jeszcze jesienią 1949 roku, wracając z Warszawy, wysiadłem w Bednarach i odwiedziłem Twoją mamę w Kompinie. Była tam nauczycielką, ale jeszcze panną.
     
    Smaza nie dawał mi spokoju, zarzucał, że byłem w AK, że jestem wrogo nastawiony do dzisiejszej rzeczywistości itp. Przyniosłem mu opinię o mnie, wydaną przez
     
    Dowództwo pułku, dość pochlebną. Wtedy zaczął z innej beczki, jeżeli jesteście tak demokratycznych przekonań, to musicie z nami współpracować. Broniłem się tak i siak, ale on ciągle nastawał.
     
    Szczęściem, na weselu kolegi siedziałem po sąsiedzku z jego krewnym – prawnikiem. Zwierzyłem się z moich kłopotów. Powiedział: nie zgadzaj się w żadnym przypadku. Broni ciebie uchwała o amnestii, nic ci nie mogą zrobić. Natomiast jakbyś podpisał, to byłbyś przegrany. Wciągają tak, albo do partii, albo do współpracy, a potem aresztują, jako wroga, który postępem wkradł się w szeregi. Znam przypadek, zapisał się do partii, i już siedzi, dostał 5 lat.
     
    Powiedziałem Smazie, że stanowczo odmawiam. Ten, żebym napisał, że odmawiam ze względów politycznych, czy coś w tym rodzaju. Powiedziałem, że tego nie napiszę. Napisałem tylko, że odmawiam , bez komentarzy.
     
    Spotkałem kiedyś kolegę, który w podobnej sytuacji powiedział. Wiecie, że ja lubię wypić i pochwalić się, gdzie pracuję, ile zarabiam i co tam się dzieje. Zrezygnowali z takiego pracownika. Mnie to nie przyszło do głowy.
     
    Po ukończeniu nauki okazało się, że naszej szkole wieczorowej odebrano prawa szkoły państwowej i musieliśmy zdawać maturę ze wszystkich przedmiotów jako eksterniści, i to nie na miejscu, a we Wrocławiu i Legnicy, wobec obcych nauczycieli. To była męka, zdawaliśmy częściami, po kilka przedmiotów, przez długi okres.
     
    W związku z tymi egzaminami przypomniało mi się zdarzenie ilustrujące wartość ubrania w tamtych czasach.
     
    Po pierwsze – na ubrania przydzielano w miejscu pracy, talony na zakup t.zw. kuponu, odcinka materiału długości 3 metrów. Kiedy przyszła, pierwsza po wojnie dostawa, w przeddzień otwarcia sklepu dowiedziano się, że tylko 3 kupony  są granatowe, reszta, około setki – brązowa w paseczki. Po te trzy granatowe kolejka ustawiła się już wieczorem, a potem cała Góra wyglądała jak Chińczycy Mao,  ubrani na brązowo.
     
    Drugie – ubrania były tak lichego gatunku, że po zmoczeniu robiły się szmatą. Buty miały części wewnętrzne z tektury, zmoczone rozpadały się. Miałem jechać służbowo do Legnicy w poniedziałek. W niedzielę urządzono zabawę w miejscu pracy. Pociąg odchodził o czwartej rano. Postanowiłem nie spać, z zabawy do domu, a stamtąd na pociąg.
     
    Wychodzę żeby pójść do domu, a tu deszcz jak z cebra. Plastyków wtedy nie było, dostałem od woźnego worek od cukru, b. mocny – z trzech warstw papieru. Załadowałem ubranie i buty do worka, i tylko w spodenkach, boso biegłem z workiem na plecach przez całe miasteczko.
     
    Z powodu deszczu i wczesnej godziny, ludzi na ulicy prawie nie było. Ci, co mnie widzieli, myśleli chyba, złodziej, czy wariat. 
     
     
     
    Wreszcie zmarł Stalin. Odczuliśmy ulgę, UB spuściło nosy. Wolna Europa nadawała rewelacje Światły, wysokiego urzędnika UB, który uciekł na Zachód.
     
    Dalszego ciągu nie będzie ku  mojej i Waszej uldze.      
     
                                                    Koniec 3 i ostatniej
     
     
     
     
     
     
     

     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     



     




     



    7 wrzesień 2010 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005