<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "2"

  • Konstanty Kostka
  • Pierwsi Partyzanci
  • O Lucynie Stankiewicz …
  • Godzina W - AD 2008
  • Kowno i Wileńszczyzna na pocztówkach
  • Olgierd Stankiewicz - Wspomnienia
  • Lot do Wilna
  • A jednak wszystko jest możliwe ...
  • Komorów na mapach cz. 1
  • Komorów na mapach cz. 2
  • Jenike, Starzyński, Puzio
  • Dwanaście złotych pszczół
  • Kresowy życiorys
  • Bożena Dobaczewska - "Przeszłość" ...
  • Henryk Radziszewski
  • Bohater z Marcinkaniec koło Grodna – ppor. Piotr Juralewicz
  • Moje narodziny - wiersze Joanny Piwońskiej
  • Nowogródczyzna - wspomnienia z AK - Olgierd Stankiewicz
  • Tragiczny los Gołogór
  • Rutkowski Tadeusz
  • Zdzisław Małaczyński
  • Wspomnienia Janusza Mischke o ojcu
  • Janina Ziarko - wiersze
  • Wspomnienia Karola Skury - uczestnika bitwy pod Monte Cassino
  • Uwagi dotyczące hasła Skalski herbu Szeliga w książce Wiktora Wittiga - Nieznana szlachta polska
  • Jan Szczepański - Wieś Radzice w okresie okupacji hitlerowskiej
  • Przeżyłam Kazachstan
  • Moja ciocia z Ravensbrück
  • Błagowieszczanka
  • Wspomnienia o moim dziadku Alfredzie Hamburgerze
  • Skawińscy herbu Rawicz
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938


  • Dwanaście złotych pszczół

    opracowanie Janina Danuta Ejgierd van der Horst


     
    Wspomnienia ,  …  zawsze powracające   , jak małe krople , które niepostrzeżenie  wyłaniają się z  zakamarków  naszych myśli .  Wspomnienia  dni smutnych , pełnych pracy i trosk   oraz  dni które były pełne radości i uśmiechu  ...  Spisałam to wszystko  z opowiadań  Mójego taty Romualda Ejgierda , oraz jego siostry  , Mójej cioci Janiny Wojnicz z domu Ejgierd , dzisiaj bardzo wiekowej pani , która bardzo lubi opowiadając o życiu na kresach . Są to barwne  wspomnienia z dzieciństwa Mójego taty Romka , spisane po to , aby nie odeszły  z  ulotnej pamięci  ...               
    Folwark Karolinowo , niedaleko Holszan i niedaleko Trab  , gdzieś na kresach , na Wileńszczyźnie ... Rok 1934
     

    Wiosna

    Tego roku wiosna była  szarawo – błekitna . Po mroźnej zimie  i roztopach , drogi i dróżki zamieniły się w błotniste breje . Spod stopniałego  śniegu wzeszło pierwsze zborze , ukradkiem ukazując zielone  ździebełka . Na roztopiskach w zakolach rzeczki uśmiechały się puszyste  bazie  . Folwark Karolinowo graniczył z dwiema rzeczkami , od północnego wśćhodu z  Holszanka ( Olszanka ) , która wpada do Berezyny , a  od zachodu z rzeczką,  Klewa,  , która jest dopływem Gawii . Daleko w polu było widać lasek i drogę, do wsi Michałowszczyzna  , dalej choć niewidocznie biegła droga na Traby i do Holszan . 


    Holszany i okolice (widok obecnie)

    Przed sosnowym dworkiem strzecha, krytym z lewej strony rosły dwie wiekowe lipy , dając chłodny cień latem , z prawej strony dworku stała studnia , któregoś roku zamieniono żuraw na korbie przy studni  i ot tak wprowadzono  nowoczesność . Dalej była  drewniana  obora  i stodoła . Najbardziej  w obejściu wyróżniał się mały  domek z ociosanych sosnowych  belek , w którym znajdowała się parowa łaźnia . Niektórzy z prosta nazywali łaźnię “Bania “ , ponieważ  była podobna do ruskiej łaźni . Za dworkiem szumiał  stary sąd , a w nim rosły  wiśnie , Czereśnie , jabłonki , śliwy i grusza . Sad  był zarazem przydomowym ogrodem , w którym oprócz kwiatów babcia uprawiała warzywa . Pod śliwą, stały ule z pszczołami , pszczelarstwo było przekazywane od pokoleń w rodzinie ...  W sadzie niedaleko domostwa stała bardzo użyteczna ,  zbita z desek budowla . Z wydrążonym serduszkiem w małych skrzypiących drzwiczkach ,  w środku dwie deski służyły za podest . Tak to jest mowa o wychodku  , niezbędnym w obejściu gospodarskim .

    *

    Pobliskie krajobrazy okolicy  były  dumne i srogie  , a zrazem nieskazitelne .
    Wiosna w Karolinowie budziła  się,  z wolna , leniwie napełniając życiem zaspany dworek .   Piatuch – kogut , wiódł za sobą, dostojnie i z powaga , przystępując z nogi na noge  kury po zielonej murawie . Co rusz  wygrzebując spod darniny i piachu ziarenka … Skowronki rozśpiewały się raźnym chórem , a to jaskółka wzleciała ku niebiosom .W sadzie za dworem w ulach zahuczało pszczelim rojem . Pszczoły udały się na poszukiwanie nektaru , czując wiosenne ciepło … Po długiej i mroźnej zimie , krowy i konie wyszły z obory  na świeże wiosenne  pastwisko . Wygłodniałe   rozbiegły  się po pastwisku , skubiac  ochoćzo  trawę,  . Romek  z gromadki koni upatrzył  młodego  karosza , któremu grzywa połyskiwała czernią,  . Po powrocie ze szkoły Romek  jak zwykłe szedł na pastwisko i tam dosiadał  rumaka ,  na oklep bez siodla (choć siodło wisiało w stodole obok wyprzężonej bryczki ) . Karosz porywał chłopca  i mkną przed siebie niczym wicher  ku holszańskim wzniesieniom , na których majaczyły ponuro  ruiny starego zamczyska … 


    Widok  z góry zamkowej w Holszanach na okolice (obecnie)
     

    Na pobliskim targu dziadek Edek  sprzedawał jednoroczne konie  dla gospodarzy , które wybrał z folwarcznego stada .  Natomiast  wyjątkowe i  piękne rumaki sprzedawał  na przetargu w Wołożynie dla Wojska Polskiego. Był dumny z tego , ze na  karych koniach z jego folwarku będą, jeździć “Nasi Ułani “ jak to mawiał  . Nie raz na przetarg zabierał synów: najstarszego Bronka , Stasia i najmłodszego Romka .


    Targ koński

    Pewnego razu na przetargu w Wołożynie , dziadek Edward  sprzedał karosza dla“ Ułanow” . Koń był tak wspaniałej maści , ze dziadzio wytargował dosyć pokaźną sumę . Jak na tamte czasy Wojsko Polskie zapłaciło  1000 zł  za rumaka ( pamiętać trzeba , ze dobra  krowa żywicielka rodziny kosztowała ok. 250 złotych ). Mój dziadek  hodował konie , jednak nie zawsze w stadzie trafiał się taki rączy karosz …  


    Krajobraz spod Holszan , nad rzeczka Holszanka (obecnie)

    Na wiosnę Romek  dostał  od mamy nowe  tenisówki , które były kupione u żyda za 1zł 20 groszy . Natomiast trzewiki choć o numer za duze , były przeznaczone do szkoły i na świeta .  Romek  w  tym czasie chodził   do podstawówki w Trabach , na skróty dróżkami  przez pola ok .4 kilometrów . W zimie wyglądało to  wszystko inaczej , na nogi zakładał narty , które ojciec Edward sam wystrugał z sosnowych deseczek  , więc jeździł w zimie  na nartach do szkoły (oczywiście okoliczne  dzieciaki tez jeździły na nartach  ) . Romek  już od najmłodszych łat uwielbiał przemierzać na nartach  zaśnieżone drogi  , przyglądając  się, białej  puszczy , zamarzniętym rzekom i ośnieżonej ziemi ...

    *

    Droga do szkoły  w Trabach na wiosnę  prowadziła przez podmokłe poła  , pełna błotnistych kałuż . Lecz nic to ,bo w szkołę  spotykał  się z kolegami , z kuzynem Wackiem Ejgierdem , z Cześkiem Bujko z Trab (trochę młodszym)  i innymi chłopakami z okolicy . Ach Wacek  był młodszym od Romka o rok .  Do szkoły przychodziły dzieci z różnych rodzin , nie tylko katolickich : chodziły dzieci  prawosławne  , dzieci żydowskie , a  nawet jeden Tatarzyn . Do klasy Romka dołączyła dziewczynka , córka osadnika wojskowego , ojciec dziewczynki za zasługi w wojnie z Bolszewikami w 1920 roku , dostał od rządu ziemi z przydziału .


    Traby powiat Iwje widok z góry zamkowej (obecnie)

    W szkole  , jak  to w szkole  , wesołej dzieciarni przychodziły do głowy różne figle i psoty .
    Pewnego razu Czesiu Bujko zaczał się ślizgać po świeżo wypastowanym korytarzu  ,  zabawa była całkiem niewinna , tylko w tym czasie nadszedł kierownik szkoły i złapał chuligana za ucho , mocno nim potrząsając . Czesiu oberwał  , tak ze nigdy po tym  nie figlował w szkole  .

    *

    Najpiękniejszy  był maj , kwitły wtedy Bzy , pachniał jaśmin i czeremcha .  Pewnego niedzielnego popołudnia  ,  po nabożeństwie  Wacek i Romek  postanowili  zabawić się, nad rzeczka Klewa,  , w pobliżu rozłożystej starej olchy  . Właśnie na tym drzewie wisiało kuliste gniazdo os … Olbrzymi kokon z osami , zwisał z gałęzi wprost  nad rzeczka,  . Wacek chciał zaimponować kuzynowi i wdrapał się, na drzewo ,
    - Słuchaj Romek , gdy będę, siedział na gałęzi to podaj  długi kij… Romek posłuchał kuzyna i podał długą tyczkę .
    - Wacek zamachnął się kierując kij prosto w gniazdo os .
    - Romek krzyknął : Uważaj , gałąź na której siedzisz jest spruchniała !
    - Jednak Wacek  wcałe nie słuchał jego ostrzeżeń i dalej wymachiwał kijem , wprawiając osy w złość …
    - Wacku , Wacku , ostrożnie bo spadniesz do rzeczki ! Krzyczał przestraszony Romek .
    - Nie bój się  Romek , zobacz już prawie strąciłem osy…
    Wtem stara gałąź zrobiła tylko trrrach.

     
     A tu taka  przykra niespodzianka ,  rozchuśtany kokon trafił  w  Wacka  , a z niego wyleciały wściekłe osy  i zaczęły żądlić śmiałka. Przerażony Wacek spadł z krzykiem  “ auu  , boli “... prosto  do rzeczki , tym czasem Romek ratował się, ucieczka, . Po kilku godzinach mokry , pożądlony i przestraszony Wacek wrócił do domu ...
    Odświętne ubranie Wacka było porwane i obłocone .
    Matka Wacka ciotka  Anielka od Franciszka , obraziła się na Romka , który według jej mniemania namówił kuzyna na niebezpieczna zabawę . Była również nadąsana na mamę Romka  , Julke ... dlaczego to Julka za to całe zajście nie sprała Romka po siedzeniu paskiem .
    Od tej pory , jedna drugiej wytykały swoje racje , która to niby w czym lepsza od drugiej była . Ot takie tam babskie niesnaski .
     Dwaj psotnicy  Wacek i Romek nic z tego nie czynili , bo pozostali najlepszymi kumplami .
     
    *

    W domu i na obejściu pomagała rodzicom Janka  , starsza siostra Romka (choć przychodziła codziennie ze wsi do pomocy gosposia , młoda dziewczyna  ). Janka bardzo lubiła ręczne robótki , dlatego  na stole zaścielone były lniane bieżniki , ślicznie haftowane w kolorowe kwiaty . Poduchy i kapy na łóżkach były również ręcznie haftowane przez Janke . Zazdroski w oknach były ręcznie wydziergane . Wszystko  było z finezja , delikatnymi rękami Janki ozdobione ...

    Każdego poranka Piatuch - kogut , a był  dokładniejszy od kieszonkowego zegarka dziadka , budził cała rodzinę ze snu . O  świcie z pierwszym promykiem słońca  rozlegało się patetyczne “ku-ku-ryku “ ,  gospodarze ruszali do pracy . Najważniejsze były obory i krowy , stadko trzeba było najpierw wydoić , a następnie wyprowadzić na pastwisko ...   życie na folwarku nabierało tempa . Jedynie kocisko wygrzewało się leniwie  na ganku w porannym słoneczku ...
    W  przydomowym sądzie , a było to w czerwcu ,  babcia Julka  z  nastoletnia, Janka,  zbierały wiśnie na konfitury . Najsmaczniejsze były drożdżówki z wiśniami pieczone  w chlebowym piecu . Babka Julka potrafiła jak wiele tamtejszych gospodyń upiec chleb , piec chlebowy stał w każdym dworku lub chacie na kresąch ... A zapiecek w zimie służył za miejśće gdzie mieszkańcy się wygrzewali (lub spali ). Codziennie jadło się razowy zdrowy chleb , a od święta białe pieczywo . Wszystko było swojskie i zdrowe , mleko , jaja , chleb . Najsmaczniejsze były bliny lub naleśniki z twarogiem lub z  konfitura ... Mój dziadek Edward uwielbiał bliny ze smażonymi jajkami i boczkiem , takie tam kresowe proste i swojskie pożywienie .


     
    Lato

    Lato tego roku  zapowiadało się inaczej  , a  zaczęło się od nieszczęśliwego zdarzenia . Romek siedział na miedzy przy rzeczce Klewie , wpatrując się w jej leniwy nurt , po piaszczystym dnie kroczyły Raki  . Zdjął tenisówki i podwinął nogawki spodni , brodząc w wodzie po kolana i sprawnym ruchem ręki łowił raki , a złapane  wrzucał do blaszanej kanki . Z nich to babcia Julka gotowała nieraz  pyszna zupę  ... Jednak zanim wrócił do domu , to usiadł na miedzy i suszył w słońcu mokre nogi ,  przyglądał  się  pasącym w pobliżu koniom i  krowom  . Niestety Romek nie zauważył  , ze w pobliżu miała swoje gniazdo żmija  . Gad jadowity  ukąsił Romka w łydkę . Wielkie  było zamieszanie i popłoch  rodziców , gdy zobaczyli zsiniała nogę, syna . Do felczera  do Holszan za daleko , czasu niewiele  ( poza tym w tamtych czasach  felczer nie znal antidotum na  jad żmij ).
    - Romek co się stało ? Zawołała matka , patrząc na chwiejny krok syna , który wskazał palcem na opuchniętą i siniejącą łydkę, .
    - Mamo , mamo łapałem Raki w rzeczce , a gdy usiadłem na trawę to ukąsiła mnie  żmija .
    - Julka złapała syna , obejrzała łydkę i  krzyknęła , oj nieszczęście ! Popędziła po pończochę która leżała w kufrze .
    - Gdy wróciła ,  szybko zawiązała pończochę, z całej siły  na nodze Romka , głośno przy tym płacząc  ,  Edward usłyszał  płacz ,  wszedł do domu ,  zobaczył chorego synka .
    - Słuchaj Julka , musimy zawieźć chłopaka do Holszan do felczera ...
    - Tylko Edziu , co on poradzi nam na jad żmij , nic... ,nic nie poradzi ,  dalej zawodziła .
    - W tem Julka powiedziała ,  Edek szybko jedź  po znachorkę  , dawno temu uratowała dziecko  ukoszone przez żmije .
    - Edek  wybiegł z dworku , zaprzęgł bryczkę , wrócił  ze znachorka .       

    A noga była sina i napuchnięta ,   jad  na szczęście ,  nie rozchodził się,  po ciele . Romek był bardzo osłabiony ,  pojawiła się gorączka i dreszcze . Jedyna nadzieja o wyzdrowienie została  tylko w Bogu i ludowej medycynie . Czekano na  znachorkę , stara,  “Babe,” , która mieszkała w pobliskiej chacie i znała się na ziołach i gusłach .
    Lekiem , który uratował życie Mojemu ojcu było dwanaście złotych pszczół ...   złotych ponieważ , to one będąc żywymi , zostały zawinięte w chleb i oddały swoje życie  . Romek  musiał połknąć dwanaście żywych pszczół  , które  jak to wytłumaczyła znachorka kąsały żołądek , wyzwalając przeciw jad . Nieprawdopodobne acz prawdziwe .Mój tato przeżył spotkanie z jadowitą żmiją, . A swoje życie zawdzięcza  pszczołom , małym  i pracowitym stworzeniom, dla których mam wielki szacunek za  ten cud ...


    Pszczoły na plastrze miodu

     
    Po tym zdarzeniu  Romek , dosyć długo dochodził do siebie . Cała rodzina dziękowała Bogu za wyzdrowienie .

    *

    Lato w dworku zaczęło się  w pełni ,  w tym czasie wszyscy pracowali na gospodarstwie od rana do zmroku  . Już minęły pierwsze sianokosy , a tu pszczoły się wyroiły . I lipowy miód zbierać było pilno . Mój dziadek Edward , otwierał ule powoli w zaowalowanym kapeluszu , odymiał , podnosząc ramki z miodem . Sprawnie nożykiem obcinał wosk , a miód spływał do kamionkowego dzbana słodkim i lepkim strumieniem .


    Pszczelarz

    Natomiast  babcia Julka  piekła wtedy  placek “Miodownik”, według własnej starej receptury . Cała kuchnia  pachniała smakowicie miodowym plackiem , który był podobny w smaku do piernika .

    *

    Nadchodziły żniwa czas najważniejszy w życiu gospodarzy , każdy wiedział ze urodzaj oznaczał dobrobyt , a nie urodzaj wróżył głód .Wszyscy mężczyźni w rodzinie szli w pole do pracy w żniwa , nawet Romek poszedł pomagać . Dziadek w tym czasie wynajmował ze wsi ludzi do pomocy , przychodziły kobiety i mężczyźni . Kobiety brały ze sobą dzieci , które sadzały z boku na miedzy . Chłopi kosili zborze kosami , natomiast przesądne kobiety sierpem żęły  zborze , zginając się przy tym aż do ziemi (kobiety były przesądne , używały tylko sierpu w polu ,  stary przesąd głosił , iż tylko śmierć kosi kosą,!). Poustawiane w snopkach zborze , mężczyźni ładowali w pośpiechu na wozy  .Tymczasem  Janka z matka Julką  były  w domu i zajmowały się obejściem , szykując chłodnik z botwiny , chleb i kwas chlebowy do picia dla spracowanych żniwiarzy ... Janka zaniosła pełen kosz pożywienia na pole : W blaszanej kance był chłodnik , we flaszkach kwas chlebowy do picia , chleb , lniane ręczniki i kubki . Każdy jadł kiedy tylko mógł i jak najszybciej wracał do żniw, aby nie wyjść z rytmu i tempa . Pracowano od rana do zmroku . Żniwiarze przy pracy nucili   pieśni , a melodia  niosła się echem po połach i lasach...


    Żniwa w zaścianku
     

    Po zwiezieniu zboża do stodoły zmęczeni ludzie udawali się na odpoczynek . Lecz na tym nie koniec bo zwiezione zborze, od jutra  trzeba było młócić cepami … Oddzielone ziarno od plew , sypano w worki . Ziarno w workach dzielono po równo , jedne  na sprzedaż , inne na nasiona pod kolejny zasiew , a to co zostało było wiezione do młyna w Holszanach . Z  własnej maki babcia wypiekała chleb . Wypieczony bochenek naznaczała świętym znakiem Krzyża , aby w ten sposób podziękować Bogu za urodzaj
     …

       Letnimi wieczorami przed dworkiem siadał dziadek Edek na ławie pod lipami , wyciągał skrzypki i grał melodie , wtedy cisza głęboko zalegała w około . Każdy słuchał w zadumie  lub nucił znajome piosenki .
     
    *

    Niespodziewanie przyjechał z Szapowałow brat babki Julki , Konstanty Koczan i zaprosił do siebie na niedzielny obiad . Powód do zaproszenia był taki  , otóż  przyjechał  z Warszawy kuzyn Dominik Koczan . I jak tu ojciec nie miał się pochwalić synem , przyszłym lekarzem wojskowym  przed rodzina . Tak więc do Szapowałów po niedzielnej mszy , pojechali w bryczce : rodzeństwo  Romek i Janka oraz rodzice Julka i Edek . Na obiad były również  zaproszone dwie  panny szlachcianki z okolicy . Siedziały panny Radziszewskie  jak trusię przy stole , wpatrując się w przystojnego podoficera w mundurze . Służąc w białym fartuszku ,wniosła wazę z rosołem  . Rozmowa przy stole była wesoła i żywa , panny szlachcianki , choć prowincjuszki wypytywały się o życie w Warszawie , o to co modne jest w stolicy … Na drugie  podano kurczaka , ziemniaki , sos i buraczki . Panowie popijali mocne trunki , za to Panie raczyły się delikatnym różanym likierem .
    Dzionek powoli mijał , Janka poprosiła Dominika o pamiątkowe zdjęcie w mundurze . Na odwrocie zdjęcia podpisano , na wieczną pamiątkę drogiej siostrzyczce ,,Dominik  Koczan ,, .
    Wizyta dobiegła końca , rodzina Ejgierdów pożegnała gościnny dworek w Szapowałach .

     
    Nadchodziła jesień w progi karolinowskiego dworku , dni były coraz krótsze , deszczowe i mgliste .


    Na kartoflisku
     
    Na kartoflisku  zaczęły się wykopki . Wiejskie kobiety , które przyszły pracować , chętnie pracowały za worek ziemniaków , (  takie wynagrodzenie było wyżywieniem dla wielodzietnej rodziny ) . Dziadek Edek cześć ziemniaków zakopywał  w kopcu , a cześć w workach składał  w  chłodnym schowku , który był ukryty pod podłogą w folwarcznej sieni .


    Jesień
     
    We wrześniu zaczęła się szkoła . Romek ochoczo zakładał na plecy drewniany  tornister , który  przypominał kuferek . W tornistrze nosił kajety , książki i  drewniany piórnik  .  Nowy rok szkolny okoliczne dzieci witały z radością . Romek   uczyły się  wierszy z podręcznika ,  pamiętał wiersz  “ Kto Ty jestes ? Polak mały . Jaki znak Twój ? Orzeł Biały … “ Na lekcjach śpiewano  “Rotę, “ Marii Konopnickiej .
    W  drodze powrotnej ze szkoły zachodził do pobliskiego lasu , aby nazbierać podgrzybków na pyszna zupę …
    Wieczorami po szkole  , przy  naftowej  lampie  czytał książki , które brat Stach kupił za uzbierane   ,,kieszonkowe ,, . W domowej biblioteczce były   książki napisane przez H. Sienkiewicza , “Lalka ” B. Prusą ,  “Stara Baśń ” Kraszewskiego ,  dzieła A. Mickiewicza , Żeromskiego i inne . Najbardziej przypadła do serca dla Romka  Trylogia .
     
    *

    Na folwarku po żniwach  , zaczęła się orka , a po niej siew . W   polu  pomagali ojcu starsi synowie Bronek i Stach . Przy oraniu  pracowali  tez  wynajęci ludzie  .
    W sadzie jak co roku był urodzaj jabłek i śliwek . Śliwki babcia Julka suszyła , na kompot . Jabłka układała w spiżarni lub na strychu . Cała spiżarnia powoli zapełniała się przed zima zapasami . W dębowych beczkach   stały : kiszona kapusta ,  kiszone ogórki , obok  stały krzemionkowe dzbany pełne miodu ,we  flaszkach był sok malinowy , w wekach konfitury . Na ścianie wisiały suszone grzyby , susz śliwkowy (w lnianym woreczku) … dalej wisiały płaty słoniny , boczku , szynki ze świniobicia .
     
    Do dziadka Edka  przychodził w odwiedziny  kuzyn , Franciszek Ejgierd (ojciec Wacka ). Był on zapalonym miłośnikiem polowań na dzikiego zwierza . Mój dziadek nie  lubił polowań  , dlatego zostawał w domu . Za to urodzonym  myśliwym  , był najstarszy syn  Bronek . Dostał on od ojca na 18 urodziny “  fuzje,” . Wyruszał do Puszczy z Franciszkiem oraz  innymi myśliwymi na polowania , zapuszczając się głęboko w łasy pełne dzikiej zwierzyny . Bronek  przynosił do domu upolowane  , kaczki , sarny , zające  a nawet dziki .  Tak wiec u babci Julki w spiżarni  wsiała   tez  dziczyzna  .



    Myśliwi w puszczy
     
    W listopadzie po zaduszkach było bardzo chłodno , z kufrów wyjmowano  ciepłe ubrania , kożuchy i futra . Dziadek Edek wyciągał ze stajni stare sanie , czyścił i ostrzył płozy.
    Sprawdzał uprzęże dla koni . Drogi do Trab i Holszan pokryły na nowo błotniste kałuże ,  zaczął padać śnieg . Nadchodziła  zima .


    Zima

    Śnieg pokrył  poła , łasy . Okolica folwarku wyglądała sennie  . Miejscowe  dzieci  na drogę , do szkoły zakładały  narty . Romek ubierał się  w ciepłe palto  podbite kożuchem , w zeszłoroczne trzewiki , szalik i czapkę wydziergane przez Janke .  Szusował na nartach polnymi dróżkami do Trab na lekcje . W szkole  przed Świętami organizowano “Bieg narciarski “.  W spartakiadzie uczestniczyli uczniowie z Trab , Holszan i Oszmiany . Oczywiście  Romek zgłosił się na zawody , trasa liczyła 15 km przez lasy i wzgórza do Oszmiany . Wspomnienia  z biegu  narciarskiego miał sympatyczne  , nie był pierwszy , ale również nie był  ostatnim .


    Biegi narciarskie sprzed  II WŚ w Polsce

    Organizowanie biegów narciarskich w Polsce w tamtych czasach było bardzo popularne , zwłaszcza ze  okoliczni ludzie mieli do czynienia z nartami na co dzień .W zimie szusowano  przecież na nartach do szkoły lub po sprawunki do miasta . Ludzie powszechnie używali nart lub sani jako środka lokomocji . Organizowano również kuligi , sanie ciągnęły za sobą doczepione sanki . Dzieciaki miały więc dużo radości gdy spadł śnieg, obficie zasypując okolice .

    *

    Czasami dziadek Edek i babcia Julka  wybierali się z Romkiem  w odwiedziny saniami do rodziny (babka Julka miała dwóch braci ) . Do sań zaprzęgano   konie , brano grube baranie futra do przykrycia , lampę naftową do oświetlania drogi  w szarudze zimowej  . Odwiedzano rodzinę babci Julki  w Krywulach  lub  w  Szapowałach  (dziadek zabierał  załadowana fuzje ,  bał się  wygłodniałych wilków grasujących przy drogach ) . Dworek  Koczanów w Łubnikach (Krywule)  był murowany , wujostwo miało we dworze służbę  . Brat babki Julki był nauczycielem , sam posiadał majątek Krywule , ożenił się z zamożną panną z domu Bochdziewicz , która wniosła w posagu majątek Łubniki z murowanym dworkiem .


    Wizyta u krewnych we dworze
     

    Również krewni odwiedzali  chętnie folwark w Karolinowie ,  najczęściej w niedziele po mszy , przyjeżdżali na ciepły posiłek  i pogaduszki . Dziadek Edward, aby  uprzyjemnić odwiedziny wyciągał skrzypki i grał wesołe melodie .W pokoju gościnnym  na komodzie stał  stary Patefon , nakręcany na korbę . Słuchano także muzyki z patefonu  . Do folwarku zaglądały  często cztery siostry dziadka Edka z pobliskich zaścianków , zaglądała ciotka Salomonowiczowa lub ciotka Dokurno z rodziną , ciotka Santocka i Kołyszko .Tak wiec w dworku było gwarno i wesoło od gości . Nie na darmo mawiano ,, Gość w domu , Bóg w domu ,,…

    *
    Powoli zbliżały się Święta Bożego Narodzenia , jak zwykłe cała rodzina  wybierała się  saniami na pasterkę do Holszan do Kościoła . Ale przedtem postawiono choinke , która przybrano : papierowymi łańcuszkami  i  serduszkami , czubek choinki dekorowano gwiazdka . Zawieszano w koszyczkach orzechy oraz jabłka , zapalano świeczki . Na Wigilie  był karp i barszcz z uszkami , nie zabrakło pierogów z kapustą i grzybami ( i inne potrawy przyrządzane z makiem) , dzielono się opłatkiem składając życzenia  . Bardzo smakował kompot z suszonych śliwek . Dla Romka  Święta były zawsze  radosne , ponieważ  obchodził swoje urodziny . Najbardziej się cieszył , kiedy to dostał w prezencie wydziergany przez siostrę sweter .
    Powoli Stary Rok dobiegał końca …
    Nikt wtedy nie przepuszczał co przyniesie  najbliższa  przyszłość . Bo któż w tak spokojnym zaścianku myślał o polityce i wojnie ? Każdy żył dniem powszednim , wypełnionym troska o chleb i rodzinę .

    *

    Spisane na kanwie  wspomnień Mójej cioci Janiny Wojnicz i według wspomnień Mojego taty Romualda Ejgierd urodzonego w folwarku Karolinowo 25 grudnia 1925 roku .


     

    19 luty 2009 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005