<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "2"

  • Konstanty Kostka
  • Pierwsi Partyzanci
  • O Lucynie Stankiewicz …
  • Godzina W - AD 2008
  • Kowno i Wileńszczyzna na pocztówkach
  • Olgierd Stankiewicz - Wspomnienia
  • Lot do Wilna
  • A jednak wszystko jest możliwe ...
  • Komorów na mapach cz. 1
  • Komorów na mapach cz. 2
  • Jenike, Starzyński, Puzio
  • Dwanaście złotych pszczół
  • Kresowy życiorys
  • Bożena Dobaczewska - "Przeszłość" ...
  • Henryk Radziszewski
  • Bohater z Marcinkaniec koło Grodna – ppor. Piotr Juralewicz
  • Moje narodziny - wiersze Joanny Piwońskiej
  • Nowogródczyzna - wspomnienia z AK - Olgierd Stankiewicz
  • Tragiczny los Gołogór
  • Rutkowski Tadeusz
  • Zdzisław Małaczyński
  • Wspomnienia Janusza Mischke o ojcu
  • Janina Ziarko - wiersze
  • Wspomnienia Karola Skury - uczestnika bitwy pod Monte Cassino
  • Uwagi dotyczące hasła Skalski herbu Szeliga w książce Wiktora Wittiga - Nieznana szlachta polska
  • Jan Szczepański - Wieś Radzice w okresie okupacji hitlerowskiej
  • Przeżyłam Kazachstan
  • Moja ciocia z Ravensbrück
  • Błagowieszczanka
  • Wspomnienia o moim dziadku Alfredzie Hamburgerze
  • Skawińscy herbu Rawicz
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938


  • Olgierd Stankiewicz - Wspomnienia


    Wszelkie prawa do publikacji - zastrzeżone

     
     
     
                                              W  Wojsku Polskim

                                      
                                       1.     W Polsce i Niemczech
     
    Brygada artylerii w której znalazłem się, miała 36 armato-haubic kalibru 152 mm. Działo ważyło 8 ton, pocisk ok. 40 kg. Armat było 36, trzy dywizjony po 12 armat, w dywizjonie 3 baterie po 4 działa. Strzelać można było na odległość 17 km, ale zazwyczaj na kilka. Do brygady był przydzielony Samodzielny Dywizjon Pomiarowy, grupujący zwiadowców, topografów, podsłuch radiowy itp.
     
    Dowódcą brygady był pułkownik Klinkowski – ruski Polak. Mówiono, że rzeczywiście, jego przodkami byli Polacy, dokumentów nie widziałem. Mówił po polsku, ale bardzo źle, natomiast chodził w polskim mundurze. Miał młodziutką żonę Polkę która była w sztabie brygady radzistką czy maszynistką.
     
     Swoją pierwszą żonę - Rosjankę, zabił, ze swoim chałujem / ordynansem/ przewrócili na trupa samochód udając wypadek. Rzecz się jednak wydała, pułkownika pozbawiono szarży i medali, skierowano do oficerskiego karnego batalionu. Tam trzeba było zmazać winy krwią. Karne oddziały kierowano na najbardziej groźne odcinki frontu, a tam – albo zabity, albo ranny. Jednostki cudem wychodziły z tego cało.
     
    Widziałem pułkownika w spodenkach. Potężny mężczyzna, na barku i pośladku miał wyrwane kawałki mięsa wielkości pięści. Wyszedł prawie cało, ale nie awansował. Jego kolega płk Kurp z takiej samej jak nasza brygady, został generałem, nasz wyjechał do Rosji będąc nadal pułkownikiem.
     
    Kadra oficerska brygady była rosyjska, jedyny oficer liniowy – porucznik Cyhylik był  Polakiem. Polakami byli oficerowie polityczni. Aha, jeszcze dowódcą szkoły podoficerskiej był polski Żyd, kapitan Bezdezowski, strasznie wymagający.
     
    Szkolenie radiowców było bardzo intensywne. Cały dzień od śniadania do kolacji ćwiczenia: budowa radiostacji nadawczo-odbiorczej, łączność fonią i morsem. W morsie nie wolno było używać kresek i kropek, trzeba było zapamiętać melodię znaków. Radiostacji było tylko dwie, morsa uczyło się parami na prymitywnym urządzeniu klucza i słuchawek.
     
    Godzinę dziennie mieliśmy  „spacer”, po to by odetchnąć świeżym powietrzem.
    Śpiewaliśmy w kółko tylko dwie idiotyczne piosenki które obrzydły nam do imentu.”Pod Krakowem brama malowana” i „ Szliśmy górami, szliśmy lasami”. Przy malowanej bramie siedzi luba zapłakana, siedzi, siedzi, rączki załamuje itd. w podobnym stylu.
     
    A jak doszliśmy – to padł mój kolega, upadł na ziemię nieżywy, ale jak w operze, umiera, ale jeszcze godzinę wydziera się, u nas: tylko – nieżywy, ale jeszcze ostatnie wyrzekł te słowa- napisz do mojej dziewczyny. Napisz do ojca, napisz do matki, napisz do całej rodziny, że ostra kula pierś mi przebiła o wpół do drugiej godziny.
     

    Również inne służby, na czele z obsługą dział ćwiczono od rana do wieczora. Ci byli dobierani, ośmiu żołnierzy musiało sobie radzić z 8 tonowym kolosem.
     
    Nazwy żołnierzy różniły się od innych wojsk. W piechocie – szeregowiec, w artylerii – kanonier. W piechocie – sierżant, w artylerii – ogniomistrz. Reszta, taka sama.
     
    Karmiono nas marnie, wielu prosiło o repetę. Kucharz Hafiruk, gdzieś z rumuńskiej Bukowiny, wrzeszczał: Idy, idy diadu, Ameryka zupy ne daje’! Amerykańska była t.zw. świnaja tuszonka, mięso wraz z tłuszczem zmielone i doprawione solą, pieprzem i liściem laurowym. Okradano żołnierzy potężnie.
     
    Wreszcie dostaliśmy radiostacje, po odbiór wysłano nas kilku i kanadyjski ciągnik artyleryjski  na gąsienicach, z przyczepą. Starszym był kolega z warsztatu. Uprzedzono, że z radiostacją trzeba obchodzić się jak z dziewczyną, najlepiej trzymać  ją na kolanach. Tak, ale nas czterech a radiostacji kilkanaście, brakuje kolan. Zajechaliśmy po drodze na wieś po słomę, nikt nie ma, a czas płynie. Odbieramy sprzęt, ładujemy na przyczepę, tam też pakujemy siebie i jazda panie gazda. Ciągnik kanadyjski wyciągał do 50 km, niby niewiele, ale wtedy drogi były złe i bardzo wąskie.
     
    Na zakręcie ciągnik tak zawinął przyczepą, że ta zerwała się zaczepu i przewróciła  do rowu razem z nami i radiostacjami. Na szczęście tylko na bok i nie przydusiła nikogo. Dowódca grupy i kierowca zbledli, jak nic karna kompania. Przewracamy na koła przyczepę, sprawdzamy każdą radiostację. Lampy powypadały z gniazd, włożyliśmy, niektóre obudowy powyginane, ale niewiele.
     
    Postanawiamy twardo trzymać się wersji „takie nam dali’. A jak nie chcieliśmy brać, to powiedzieli „nie chcecie, to nie bierzcie” i wzięliśmy. Kapitan Sołowiow tylko zaklął- ot woszi tyłowyje / ot wszy zafrontowe/. Dostałem radiostację przygiętą, ale działała dobrze.
     
    Jak pisałem, w naszej brygadzie był syn dowódcy polskiej artylerii, generała Czerniawskiego, taki, może 20-22-letni smarkacz, podporucznik. Ale generał zadbał o bezpieczeństwo syna i brygada w zasadzie przybyła do Niemiec po torfieje czyli po zdobycz.
     
    Czytałem wspomnienia Niemców, Anglików, Amerykanów – wszyscy brali! Amerykański żołnierz Malarkey opowiada: Porucznik Speirs był największym łupieżcą, jakiego znałem. Facet nie mógł zasnąć, póki nie sprawdził, że w całym domu nie uchował się jakiś pierścionek, czy naszyjnik. Wszystkie łupy wysyłał do Londynu pocztą – dla swojej żony. Ta potrzebowała każdej sumy którą Speirs mógł zdobyć. Wszyscy żołnierze amerykańscy parali się szabrem. Kulminacją było chapnięcie na lewo,2 ciężarówek ze złotem banku niemieckiego ukrytego w Bawarii. Winnych nie znaleziono. Ocenia się, że z transportu załadowanego w USA, na front docierało ok. 20%.
     
    Przy przekraczaniu byłej polskiej granicy z Niemcami stały olbrzymie tablice z napisami po rosyjsku : Wot ona proklataja Giermanija /oto one przeklęte Niemcy/,
     

    Dierży orużje w pogotowie, ty na wrażej tieritorii /trzymaj broń w pogotowiu, ty na wrogim terytorium/. Dobjom Gitlera w jego łogowie /dobijemy Hitlera w jego legowisku/. I jeszcze inne.
     
    Byliśmy już blisko Elby /Łaba/ kiedy raptem cofnięto naszą brygadę w okolice Berlina.
    Okazało się, że kilku żołnierzy uciekło do Amerykanów, m.inn. kolega, który ukończył technikum radiowe w Wilnie. Żeby z tym kończyć: przed ucieczką kazał mi odbierać jego listy i niszczyć, bo on jest delegowany na jakiś kurs. W Toruniu po wojnie, spotkałem jego rodzinę. Oni już wiedzieli jak to się stało. Syn, przez kogoś, kto wracał do Polski, przesłał im list. W technikum uczył się francuskiego. Przebrał się w cywilne ubranie i zapytał grupę Francuzów, czy może z nimi iść do Amerykanów. Ci mieli dokumenty na całą grupę więc bez problemów przekroczył Łabę. Osiedlił się we Francji, ma już pracę w swojej specjalności.
     
    Koniec wojny zastał nas w małym miasteczku na północny-zachód od Berlina. Z rana, 9 maja, zebrano wszystkich i ogłoszono koniec wojny. Dostaliśmy po 100 gramów wódki. Zaczęła się bezładna strzelanina z osobistej broni. Ale dopiero wieczorem wojska sowieckie dały koncert . Oni strzelali ze wszystkiego, z armat przeciwlotniczych i karabinów maszynowych, rakiety różnobarwne. Paciorki serii karabinów maszynowych przecinały niebo we wszystkich kierunkach /co trzeci pocisk był świetlny lub zapalający/. Podobne do otwarcia olimpiady w Pekinie.
     
    Niesamowity widok był w miasteczkach niemieckich przez które przechodziliśmy. W każdym domu wywieszona biała chorągiew i ani jednego człowieka na ulicy. Wymarłe miejscowości. W jakimś lasku zatrzymaliśmy się w celu – panowie w prawo, panie w lewo. Niedaleko drogi natknęliśmy się na trupa nagiej kobiety. To już dzieło Armii Czerwonej.
     
    Przejeżdżamy dalej na wschód, olbrzymie jezioro nad którym biwakujemy. Na jeziorze wyspa. Zaraz znaleźli się ochotnicy i ponton dla wyprawy na wyspę. Tam znaleziono m.inn. dwa samochody. Jeden mercedes a drugi cudo jakiegoś wysokiego dygnitarza. Wóz sportowy, 8 cylindrowy silnik, chrom, tapicerka czerwona, siedzenie 2 osobowe a z tyłu duża klapa, która po przekręceniu daje jeszcze jeden, dość ciasny fotelik. Dla pasażera obok kierowcy uchwyt dla lewej ręki tak, że stojący w samochodzie mógł  twardo stać. Oba samochody dostał nasz pułkownik. Zaraz skorzystał z cuda i na rannym apelu całej brygady przejeżdżał stojąc i salutując.
     
    Nad tym jeziorem zdarzył się tragiczny wypadek. Ośmiu żołnierzy wsiadło na pontom i popłynęli głuszyć ryby. Zamiast zabrać np. granaty z którymi umieli obchodzić się, znaleźli potężną niemiecką minę i lont. Przypuszało się, że ten lont był błyskawiczny. Połów obserwowało z brzegu szereg osób. Natychmiast po podpaleniu lontu i uniesienia miny nad głową nastąpił potężny wybuch. Ośmiu ludzi rozniosło na szczątki w parę dni po zakończeniu wojny. Wypłynęli inni, sieciami wyłapali co było można i te reszki, bez różnicowania kto jest kto, rozdzielono na 8 trumien i pochowano z honorami wojskowymi.
     
    Były i jeszcze inne wypadki z głupoty. Mieliśmy oprócz broni etatowej zdobyczną niemiecką. Nieetatowy podoficer polityczny nosił niemiecki pistolet, też nie etatowy.
     

    W lesie ktoś zastrzelił oficera, nie z naszej jednostki, podobno był to urodzony sadysta. Alarm, i kazali oddać do magazynu całą nieetatową broń. Ten podoficer też oddał, ale do kabury pistoletu włożył niemiecką niewielką rakietnicę, kto nie wiedział, myślał, że to pistolet. Na nieszczęście znalazł w lesie, pełnym niemieckiej amunicji i sprzętu, naboje pasujące do jego rakietnicy – i strzelił. Okazało się, że był to nabój do moździerza. Rozerwało rakietnice i stracił rękę. Były jeszcze inne wypadki z bronią.
     
    Przenosząc się dalej na wschód, z paroma kolegami weszliśmy do jakiegoś majątku. Były tam wybudowane domki dla służby, parterowe bliźniaki. Nikogo nie było. Postanowiliśmy spenetrować, a nuż coś się znajdzie. Wchodzę do jednego domku, strome schody na strych, a na strychu wygląda ktoś przez okienko stojąc plecami do mnie. Daję znak kolegom, wybiegają, i po dachówce puszczają serię. Zrobiło się widniej, a ten ktoś w okienku zakołysał się. Wygląda na to, że powiesił się.
     
    Włażę ostrożnie i widzę, że to mundur lotniczy – niebiesko szary, powieszony elegancko na wieszaku. Obok na belce w największym porządku plecak, manierka, menażka, pistolet maszynowy czapka sztylecik i pas z pistoletem. Brak tylko butów.
    Niemiec prawdopodobnie przebrał się w ubranie cywilne, ale ordnung muss sein, więc zostawił ordnung.
     
    Zabrałem to wszystko, mundur miałem jeszcze w Toruniu. Automat i pistolet musiałem oddać po zabójstwie oficera.
     
    Tak na marginesie, dało się zauważyć, że z chwilą wyjazdu na front zmiękli i oficerowie i groźni podoficerowie.
     
    Przenieśliśmy się wreszcie na dłuższy czas do lasu w pobliżu miasteczka Gusow, to obok linii kolejowej Berlin – Kostrzyn. W Gusow stanął sztab  5 Dywizji Artylerii, w pobliżu lasu, we wsi, sztab naszej brygady. My w lesie musieliśmy pokopać sobie ziemianki. Na szczęście ani razu nie padał deszcz.
     
    Mieliśmy trochę trofiejów /zdobyczy, czy szabru/. Żołnierze marne, jeden tylko Ciereszko z pod Wilna, wyszabrował futro damskie. On miał piękną żonę niedawno poślubioną, pokazywał jej fotografię i opowiadał, jak się żona ucieszy z takiego prezentu. Ja miałem aparat radiowy ukradziony u ruskich którzy zgromadzili do wywiezienia chyba za 200 sztuk i jeszcze jakieś niewiele warte manele.
     
    Któregoś dnia ogłoszono alarm, niedobitki Niemców pojawiły się w pobliży. Tylko z bronią osobistą, pognali nas biegiem jakieś 7-8 kilometrów i na skraju lasu kazali zająć pozycje. Było to zaraz po śniadaniu. Leżymy do obiadu, nic się nie dzieje, nikogo nie widać. Niema wody, chce się pić. Pod wieczór wreszcie odwołanie alarmu i powrót. I tu szok. Dopiero teraz widzimy, po co był alarm.
     
    Wszystkie sienniki wybebeszone, wszystko przewrócone do góry nogami, a wiele zdobyczy wyparowało. Oficjalnie, było to poszukiwanie nie zdanej, nielegalnej broni i amunicji, ale naprawdę to wzbogacenie się na marnych żołnierskich trofiejach. Jeden Ciereszko zdołał ukryć futro. Znalazł niemiecką żołnierska trumnę. Był to papierowy
     
     
     
    worek z kilku warstw mocnego papieru rozcięty wzdłuż i zapinany nie na guziki a na kołeczki drewniane. Ciereszko schował do tego worka futro i zakopał pod swoim siennikiem  kiedy nikogo nie było.
     
    U mnie zginęło radio i sztylecik, szmat nie ruszono.
     
    Oficerowie mieli prawo mieć „zdobyczne” samochody i kilka takich samochodów mieli nasi ruscy oficerowie. Paliwa nie brakowało, brygada była w całości zmotoryzowana. Ciągniki artyleryjskie miały silniki Diesla ale było dużo samochodów z silnikami
    benzynowymi. Mało że mieli, ale uważali, że po terenie ziemianek położonych przy przesiece leśnej, można im jeździć w dzień i w nocy po capstrzyku, trąbić, hałasować silnikami i w ogóle zakłócać spokój nocny. Wreszcie dowódca brygady kazał założyć szlabany i po godz. 22 nie wpuszczać nikogo. Przy szlabanach ustawiono posterunki.
     
    Oczywiście posiadacze pojazdów ani myśleli tego przestrzegać. Pierwszej nocy jeden z oficerów zażądał od wartownika podniesienia szlabanu a gdy ten oświadczył,
    że nie może łamać rozkazu pułkownika, zaczął objeżdżać zaporę lasem. Wartownik puścił mu serię po kołach i masce. Oficer wyskoczył z pistoletem ale przypomniał chyba, że wartownik nawet generała może położyć na ziemię, ponadto już biegła z wartowni zaalarmowana cała warta.
     
    Nazajutrz przeczytano przed frontem brygady pochwałę wartownikowi za dobre pełnienie służby. Czy i jak oficer został ukarany, nie wiadomo.
     
    Nazajutrz w nocy wartę przy działach pełnił były kucharz Hafiruk, zdaje się porządnie kopnięty. Słyszał historię z poprzedniej nocy. Późnym wieczorem, już po capstrzyku, dowódca brygady podjechał samochodem z zapalonymi światłami pod wartownię. Hafiruk nie namyślając się walnął serię po samochodzie. Na szczęście odległość była za duża na celny rezultat, ale kulki zagwizdały koło pułkownika. Znów afera na radość brygady.
     
    Tenże Hafiruk był bohaterem przy inspekcji politycznej ze sztabu Wojsk Polskich. Roześmiana gęba Hafiruka, naszego Szwejka, tak podobała się kontrolującemu, że do niego skierował pytanie, co to jest demokracja. Hafiruk wstał i wrzasnął : Wojski Polski. Gruchnął śmiech a kontrolujący nie wiedział, śmiać się czy płakać. Nasi polityczni znali Hafiruka i wiedzieli, że na każde, niezrozumiałe mu pytanie, tak odpowie.
     
    Dyscyplina wojska zupełnie upadła. Salutowano tylko majorom i pułkownikowi. Zajęcia niby były, ale wyprowadzano nas grupkami w ustronne miejsce, gdzie każdy robił co chciał. Zabierałem radiostację i słuchaliśmy audycji BBC, bum bum bum bum. Jakoś nikt nie doniósł o tym tam „gdzie trzeba”.
     
    Pułkownik, zapalony sportowiec, zaraz na początku ustawił całą brygadę do biegu. Mieliśmy zdobyczne spodenki gimnastyczne, właśnie wtedy widziałem dowódcę rozebranego i jego blizny. Po biegu na jakieś 300-400 metrów, każdy musiał zgłosić
     

    się do jakiejś dyscypliny sportowej, piłkarzy, siatkarzy, bokserów itp. Zupełnych nieudaczników, takich jak ja, zapisano do sekcji gimnastycznej. I co powiecie, po pewnym czasie już uzyskałem  minimum. Mogłem zawisnąć na drążku na palcach nóg, zrobić kilka nieskomplikowanych wyimek, skok przez konia, coś na równoważni no i oczywiście jakieś parterowe wygibasy samotnie lub grupowo.
     
    Którejś niedzieli zapowiedziano występy artystyczne w wykonaniu miejscowych sił. Wszyscy jak jeden mąż, zamiast szwendać się po lesie przyszli na obiad i występy. W czasie obiadu w lesie ktoś spowodował piekielny wybuch. ZADRŻAŁA ZIEMIA. Z lasu podniósł się olbrzymi grzyb dymu i ognia, zupełnie podobny do oglądanego w kinie wybuchu bomby atomowej. Nikt nie zginął ani został ranny. Winnego nie wykryto.
     
    Wysadzony został usytuowany w lesie pod gołym niebem, niemiecki magazyn kilkunastu sztapli pancerfaustów i innego dziadostwa.
     
    Występy odbyły się, jakby nic się nie stało, pożar lasu ugaszono.
     
    Przywieziono wreszcie listy. Pełna ciężarówka wyładowana workami z korespondencją. Wysypane na kupę listy utworzyły kopiec mało mniejszy od kopca Wandy w Krakowie. Trzeba było przejrzeć tysiące, żeby trafić na swój. Ja napisałem do Wilna, do państwa Olechnowiczów i na kilka adresów na Białorusi. Nikt nie odpowiedział, albo listy zarekwirowano.
     
                                                      Koniec 1
     
     
     
     
     
     
     
     
     
                                              2.  W Toruniu
     
    Chyba przy końcu czerwca lub początku lipca oznajmiono mi, że z grupą 20 żołnierzy mam jechać do Torunia. Tam mamy stanowić grupę ochrony koszar, w których ma stacjonować nasza brygada, i mieszkania naszego pułkownika. Dowódcą grupy będzie podporucznik Wiśniewski, Polak świeżo przybyły z kilkoma innymi do brygady po podchorążówce.
     
    Zdaję radiostację i jedziemy jednym ciężarowym samochodem. Most na Odrze i straż rosyjska. Zatrzymują nas. Na pertraktacje idzie podporucznik. Wraca i mówi: chłopaki, zbieramy okup, bo inaczej nie puszczą. Krzyki i przekleństwa nic nie pomagają, zbieramy po sztuce od każdego, Wiśniewski niesie, targuje się zawzięcie, bo okup za mały, wreszcie widząc, że niewiele mamy, przepuszczają. Za mostem prawy brzeg Odry i Polska.
     
    Zaraz za Odrą myjemy się, kto już się golił, to się ogolił /ja jeszcze nie/, i przebieramy się w jakieś zdobyczne umundurowanie. Nasze służbowe jest sprane, zniszczone, połatane a chcemy jakoś w Polsce wyglądać. Miałem fotografię tego oddziałku w umundurowaniu Hitlerjugend, formacji Todta, i innych formacji, nawet w kanadyjskie bluzy. Niestety zaginęła. Oczywiście swastyki na niemieckich klamrach i napisem Gott mit uns, zostały zastąpione orzełkami. Ja przebrałem się w mundur lotniczy, odprułem oczywiście wszystkie naszywki niemieckie. Tylko czapki rogatywki, zwane wtedy konfederatkami, mieliśmy służbowe. Mundury polskie w dobrym stanie mieli – porucznik, dwaj podoficerowie i paru żołnierzy mających chody w kwatermistrzostwie.
     
    Kiedy już ciemniało, skręciliśmy do jakiegoś osiedla, żeby przenocować. W oknach widać było nikłe światełka świeczek czy lampek naftowych. Porucznik kazał znaleźć jakiś większy dom, żeby pomieścić razem całą grupę. Do takiego domu wchodzę pierwszy, przy lampce kilka osób. Nie zdążyłem powiedzieć słowa, kiedy zrywa się kobieta i rzuca mi się na szyję z okrzykiem Willi, Willi. Zdębiałem. Weszli inni i wyjaśniło się, że jestem podobny do syna tej Niemki. Niemiecki mundur jeszcze przybliżył to podobieństwo. Rozczarowanie Niemców było widoczne. Daliśmy swój suchy prowiant i zgotowali nam kolację. Ja oczywiście zostałem na jakiś czas Willym.
     
    Nazajutrz byliśmy już w Toruniu na przedmieściu Rudak, po lewej stronie Wisły. Do miasta trzeba było jechać przez most ochraniany przez sowietów. Koszary duże a teren należący do koszar i strzelnica, to obszar ok. 1000 na 600 metrów. Masa baraków, budynków, schronów.
     
    Była tu jakaś szkolna niemiecka jednostka przeciwpancerna. Na wszystkich drzwiach garaży, na ścianach baraków, namalowane czołgi z każdej pozycji, z przodu, boku, tyłu, widziane od dołu z okopu. Na strzelnicy czołg z cegieł i z armatą z drąga, ale pomalowany tak, jak żywy, wjeżdżający pod górę. Masa broni  przeciwpancernej, automatyczne działko przeciwlotnicze.
     
    Jak tu chronić taki obszar w dwudziestu. Po naradzie postanowiono zająć tylko niewielki budynek, po zmierzchu urządzić strzelaninę, tak, żeby wszyscy słyszeli, że tu groźna jednostka. Wieczorem urządzaliśmy strzelanie z rzucaniem granatów, barykadowaliśmy się, trzech pełniło na zmianę wartę przez krótką wtedy noc, reszta
     
    spała. Cywile rzeczywiście bali się chyba, ale przejeżdżające radzieckie wojsko miałoby się bać? Zresztą pociągi nadciągały i w nocy, po naszej strzelaninie.
     
    Jedliśmy w przydworcowej stołówce sowieckiej dla przejeżdżającego wojska. Z rana robiliśmy obchód terenu. I z reguły stwierdzaliśmy, że jakiś budynek się pali, ale jakoś nieznacznie. Rosjanie, a może Kałmucy, Mongoły czy inne wschodnie narodowości, rozpalały na podłodze budynków ogniska. I to przeważnie na piętrze. Czemu nie robili tego na korytarzach wyłożonych płytkami ceramicznymi – nie wiadomo. Podłoga się przepalała, ogień przedostawał się do stropu tam tliło się, zagasić taki pożar trudno, trzeba zrywać podłogę.
     
    Za kilka dni przyjechał samochód ciężarowy z przyczepą. Ładunki obciągnięte plandekami. W szoferce pani pułkownikowa. Nasz porucznik widocznie miał spis ochrony mieszkania pułkownika, wywołał jednego podoficera i czterech żołnierzy. W tej grupie byłem i ja. Jak nas dobrano?  Widocznie wzięto takich, co nie kradną.
     
    Pojechaliśmy do miasta. Okazało się, że mieszkanie pułkownika to duża willa, zdaje się 12 pokojów, dwie łazienki, kuchnia, i zupełna pustka. Okazało się, że willę wybudował przed wojną jakiś wysoki urzędnik województwa. Gdy wkroczyli Niemcy, całą jego rodzinę rozstrzelano, ocalał tylko dziadek z wnuczką 5-6 letnią, bo wyszli wtedy na spacer a sąsiedzi ostrzegli ich przed Niemcami. Jak i gdzie przeżyli wojnę, nie wiem.
     
    Willę z całym wyposażeniem zajął jakiś bonza hitlerowski. Kiedy front zbliżył się do Torunia – uciekł, ale zabrał wszystko, co w willi było. Dziadek z wnuczką wprowadził się do swego domu, ale nie mieli nic. Właśnie od dziadka wynajął całą wille nasz pułkownik. Dziadek z wnuczką zajmowali tylko jeden pokój.
     
    Zaczęliśmy wyładunek. Pani pułkownikowa przywiozła dla dziadka i jego wnuczki łóżka z pościelą, ubrania, obuwie,  nawet zabawki dla wnuczki. Nadźwigaliśmy się porządnie, dywan grubości z 10 centymetrów, ledwo wnieśliśmy na piętro, fortepian daliśmy radę wnieść tylko na parter.
     
    Pani pułkownikowa powiedziała nam, że żadnej warty nie trzeba. Zamykajcie się tylko na klucz, a w razie napadu telefonujcie na wartę garnizonową, i na polską i na sowiecką. W Toruniu była  elektryczność, działały wodociągi i telefony. Zostawiła nam produkty, okazało się, że jeden z nas, starszy gość, jest kucharzem z hotelu Żorża we Lwowie. Gotował nam i dziadkowi z wnuczką wspaniałości. Mówił, że na praktykę był wysyłany do Włoch i Francji.
     
    Mieliśmy labę, pracowaliśmy tylko wtedy, gdy przyjeżdżała pułkownikowa z nowym ładunkiem. Dodatkowo kazała jeszcze przestawić szafę tu, lustro tam, łóżka jeszcze gdzie indziej.
     
    Mieliśmy tylko jeden przykry wypadek. Siedziałem późnym wieczorem na ławce przed domem, kiedy wrócił z kina nasz podoficer, mocno pijany. Pogadał trochę ze mną i poszedł spać. Nazajutrz przychodzi do mnie i mówi – oddaj pistolet. Zarzekam
     
     
     
    się, że nie brałem jego pistoletu. Zaczął mi grozić, to się wkurzyłem i powiedziałem, że jak będziesz się rzucać, to powiem, że sprzedałeś  pistolet bandytom, zobaczysz wtedy jak będziesz wyglądał. A przyszedłeś pijany już bez pistoletu.
     
    Zmiękł, powiedział, że był pijany i nie czuł jak mu w kinie wyciągnęli pistolet z kabury.
    Już nie groził a prosił o pomoc. Ustaliliśmy, że najlepiej kupić pistolet od ruskich jadących na Japonię, ale on musi zdobyć pieniądze na wódkę najlepszą walutę u sowietów.
     
    Skąd wziął pieniądze nie wiem, chyba opylił coś z tego, co przywiozła pułkownikowa. Nie pamiętam ile kupiliśmy półlitrówek, załadowaliśmy pełny plecak. Poszliśmy na stację i doczekaliśmy się eszelonu ruskich, jadących z Niemiec. Zagadnęliśmy o pistolet – proszę bardzo, do wyboru do koloru, ale niemieckie. A my chcieliśmy rosyjskie TT. Po dłuższych naradach, zgodzili się sprzedać, ale zażądali potrójnej ceny, widząc, że jesteśmy przyparci do ściany. Do plecaka wódki musieliśmy dołożyć zegarek podoficera. Ale pistolet był nasz. Rusznikarz przebił tylko numer, i szafa grała.
     
    Po jakimś czasie wróciliśmy do koszar, u pułkownika został tylko kucharz. Było to na początku sierpnia, bo 7 czy 8 sierpnia Rosjanie z pociągu powiadomili nas o bombie atomowej rzuconej na Hiroszimę.
     
     Do koszar, w czasie naszej nieobecności przyjechało kilkudziesięciu żołnierzy, fachowców, stolarzy, cieśli itp. żeby wyposażyć izby w nary, bo sale były puste. Część żołnierzy naszej brygady – rolnicy, dostała poniemieckie gospodarstwa rolne jako osadnicy wojskowi. Osiedlili się w okolicach Landsbergu /Gorzów Wielkopolski/, wsie Wysoka, Racławice i inne. Nie byli jeszcze zdemobilizowani, w wykazach określani jako odkomenderowani na osadnictwo.
     
    Nasz porucznik dostał polecenie, aby zorganizować ekipę żniwną na pomoc w majątku niedaleko Torunia. Do tej ekipy trafiłem i ja. Zamieszkaliśmy w nieczynnej szkole, mieszkała tam również żona nauczyciela pani Sobczakowa, też nauczycielka, i jej dwie córki – 19 letnia Irka i 16 letnia Krysia. Oczywiście, o  ich względy, starali się wszyscy, ale to one mogły wybierać. Panią Sobczakową oblegało dwu naszych podoficerów, dużo starszych od całej hałastry.
     
    Irka wybrała odpowiedniego wiekiem kolegę, a Krysia MNIE ! Odstawieni, jak mogli, tak utrudniali nam kontakty, podglądali, obgadywali, urządzali różne psikusy. Wkrótce jednak dali nam spokój. Okazało się, że we wsi niema ani jednego mężczyzny czy chłopca. Zostali tylko starcy, kobiety, dzieci i oczywiście – dziewczęta.
    Tak więc i inni znaleźli sobie sympatie w naszej lub sąsiednich wsiach.
     
    Pytaliśmy o przyczynę takiej dziwnej sytuacji. Pani Sobczakowi twierdziła, że Niemcy całą okoliczna ludność zaliczyli przymusowo do folksdojczów i mężczyzn przymusowo wcielili do Wermachtu. To możliwe, bo w naszej brygadzie był Ślązak, też jako folksdojcz wcielony do niemieckiego wojska,  zorientował się, że naprzeciw walczą Polacy i zdezerterował do nas. Mąż pani Sobczakowej też był w niemieckiej armii, nie wiedziała, jakie są jego losy.
     

    Rządca majątku zaraz kazał zaszlachtować wieprza i cielaka, napiec chleba, a pani Sobczakowa gotowała. Okazało się, że zboże już zostało skoszone snopowiązałkami, trzeba tylko wykosić ręcznie dolinki niedostępne dla maszyn, zwieźć snopy do stodoły i niewielkie ilości wymłócić młocarnią. Znaleźli się wśród nas kosiarze, wykosili co trzeba, piorunem zwieźliśmy naszym samochodem plony do stodoły i wymłóciliśmy  co trzeba.
     
    Ponieważ przy młocce nikt nas nie kontrolował, kilkanaście worków pszenicy zawieźliśmy do prywatnego młyna. Dostaliśmy za to kilka worków mąki pszennej. Część oddaliśmy pani Sobczakowej, część została sprzedana a pieniądze przeznaczono na wódkę. Tak więc mieliśmy wszystko co żołnierzowi potrzeba.
     
    Obok naszego majątku były jeszcze dwa, w jednym pracowali jeńcy niemieccy, w drugim Włosi czekający na repatriację do ojczyzny. Niemców pilnowali Rosjanie, czasem przechodzili koło nas w szeregach. Śpiewali smutno „Już nie mamy ojczyzny”. Tłumaczyła nam Irka, bo i ona i pani Sobczkowa mówiły dobrze po niemiecku. Krysia gorzej.
     
    Włochami opiekował się tylko jeden rosyjski kapitan. Oni też pracowali w polu, ale ich praca to tylko cyrk. Jeden nachyla się, żeby podnieść snop, drugi kopie go w tyłek, potem cała grupa z krzykiem i śmiechem przewraca się na tych dwóch. Wreszcie wszyscy biorą ten jeden snop i ze śpiewem odnoszą  na wóz. Wracają po drugi i zabawa zaczyna się na nowo.
     
    Pytaliśmy kapitana, jak on pozwala na to. Mówił, że otrzymał polecenie odnosić się z całym szacunkiem do Włochów. I co ja mam z tą hałastrą robić? Za to co wieczór była u nich zabawa. Chodziliśmy tam często ze swymi dziewczynami, bo wśród Włochów była tylko jedna dziewczyna Włoszka, chuda, czarna i brzydka jak noc. Nikt nie zapraszał jej do tańca, ani Włosi, ani nasi. Żal mi się jej zrobiło i poprosiłem ją do tańca. Żadnej satysfakcji,  a naraziłem się tylko na drwiny kolegów.
     
    Natomiast Włosi, ci umieli uwodzić nasze dziewczęta. Ani a ani be po polsku a czarować umieli. Koledzy już chcieli sprawić im manto, ale kapitan prosił, żeby nie urządzać draki, bo poskarżą się wyżej i on będzie miał duże nieprzyjemności. Zaczęli nawet przychodzić do naszej wsi, ale parę strzałów nad głowami odebrało im te chęci.
     
    A jak było z naszymi sympatiami? Już wzięcie za rączkę to było niebo, a pocałunki rajem. Do niczego więcej nie doszło.
     
    Wróciliśmy do Torunia, za parę dni przybyła cała brygada. Jedzenie było coraz gorsze, zupę gotowano z brykietów znalezionych w niemieckim obozie. Brykiety były robione z głąbów kapusty, liści buraków cukrowych i tzw. wysłodków buraczanych /to pokrajane specjalną krajalnicą buraki cukrowe z których odciągnięto cukier, służyły za paszę dla bydła/.
     
    Wreszcie bractwo zbuntowało się i zastrajkowało. Na stołówce zamiast jeść wylano miski z taka zupą na stoły. Okrzyki: złodzieje! sami jedzcie to gówno!
     
    Zbiegło się całe dowództwo, oficerowie polityczni, informacja /takie wojskowe UB/. Zaczęli zaraz straszyć, ale skandal już był za duży a karać wszystkich przecież nie mogli. Sprawę zatuszowano, jedzenie poprawiło się, dostaliśmy śledzie, których nie jedliśmy od przed wojny.
     
    Był to taki rarytas, że niektórzy, m.in. mój przyjaciel Jurek Lipski, syn adwokata, zjadał śledzia z głową. Po tygodniu już nikt nie mógł potrzeć na ten rarytas.
     
    Gruchnęła wieść, że kapitan Bezdezowski znów organizuje szkołę podoficerską. Ochotników nie było, więc wyznaczać zaczęli przymusowo. Wyznaczyli i mnie.
     
    Budynek szkoły usytuowany był  tuż przy drodze między koszarami a torami kolejowymi. Od drogi oddzielony był tylko płotem. Szkoła dostała nowe mundury, mówiono, że są z pokrzywy, ale nowe i czyste. Mój niemiecki mundur ktoś ukradł, kiedy byliśmy na żniwach a manele zostały w koszarach.
     
    Któregoś dnia wieczorem wołają mnie, Rysiek, podejdź do płota, ktoś ciebie szuka. Biegnę, i oczom nie wierzę. Irka z Krysią! Chodź do nas, wołają. Niby nie wolno wychodzić bez przepustki, ale któż zwraca uwagę na to przy takiej siurpryzie. Skaczę przez płot i idziemy bocznymi ścieżkami nad Wisłę.
     
    Okazuje się, że państwo Sobczakowie mieli w Toruniu małą willę, zajętą w czasie okupacji przez Niemców. Teraz odzyskana i cała rodzina ma przeprowadzić się do Torunia. Dziewczęta przyjechały na razie same, potem ma przyjechać mama.
     
    Dochodzimy do mostu, ochrona sowiecka nie reaguje, więc idziemy dalej. Wreszcie trzeba mi wracać, ale Irka namawia, chodź, pokażemy ci nasz dom. Kto by odmówił?
    Udało się przejść parkiem unikając patroli. W domu jeszcze dość pusto, ale znalazło się coś do jedzenia. Irka umożliwiła nam króciutkie sam na san z Krysią. Późną nocą jakoś przeszwarcowałem się powrotem do koszar. Miałem już w Toruniu przytulisko.
     
    Niedługo po rozpoczęciu zajęć, zachorował jej dowódca, kapitan Bezdezowski. Zapomniałem napisać, że przed wyjazdem na front, on też zachorował, ale ponieważ był to Żyd, od razu przypisano mu tchórzostwo. Dowództwo szkoły objął porucznik Czerniawski, syn generała. Wkrótce awansował na kapitana.
     
    Bezdezowski trzymał szkołę twardą ręką, przy Czerniawskim nastąpił generalny chaos. Rządzić zaczęli podoficerowie z szefem na czele. Potrafili tak omotać porucznika, że właściwie nie miał nic do powiedzenia. Zjawiał się tylko na apel poranny, podpisywał papierki i znikał na cały dzień.
     
    Pisarz szkoły też nie chciał być gorszy, jak i inni oficerowie i podoficerowie-wykładowcy. Pisałem ładnie, więc wziął mnie do kancelarii, poduczył wojskowej pisaniny i znikał. Czerniawski widział mnie w kancelarii, przynosiłem mu do podpisu dokumenty, ale nigdy nie zapytał, gdzie jest etatowy pisarz.
     
    O sytuacji w szkole ktoś napisał kapitanowi Bezdezowskiemu do sanatorium. Pewnej nocy słyszymy na korytarzu krzyk służbowych: ALARM!!!
     

    Jaki alarm, nikt już od wieków nie robił alarmów i nikt się z łóżka nie rusza. Ale wyskakujemy jak z procy na drugą komendę: BEZDEZOWSKI !!!
    Ubieramy się piorunem, ale okazuje się, że klucz od broni ma niewiadomo kto i nie możemy jej pobrać. Wreszcie ktoś przecina łańcuch.
     
    Alarm zamiast 10 minut trwa pół godziny. Ustawiamy się wreszcie przed budynkiem. Wpieniony kapitan wydaje komendę: rozejść się, rozbierać i spać.  Ale nie dla nas taka gadka, znamy Bezdezowskiego jak zły szeląg. Kładziemy się pod koce, ale ubrani. Niektórzy nawet butów nie zdejmują.
     
    Bezdezowski też nas zna. Zamiast ogłaszać nowy alarm, chodzi z podoficerami po salach i sprawdza, czy ubrania ułożone są w kostki, wykrywa śpiących w butach, w płaszczach i bronią pod pachą.
     
    Rozbieramy się, tak jak trzeba, sprawdzają jeszcze raz, i następny alarm. Jeszcze źle. Nie pamiętam, który z kolei wypadł jako-tako, wiem, że już było dość widno, jak się skończyły. Podoficerowie i szef zostali zrugani i zmieszani z błotem.
     
    Kiedy na poranny apel zjawił się Czerniawski, szef szkoły i wszyscy podoficerowie przedstawili mu horrendum które odbyło się w nocy, jednocześnie wyjaśniając, że Bezdezowski nie miał prawa tego robić. Przecież oficjalnie zdał szkołę panu porucznikowi, więc jakim prawem rządzi się tu jak szara gęś.
     
    Odpowiednio nastawiony Czerniawski poszedł ze skargą na Bezdezowskiego do dowódcy brygady, chyba odpowiednio malując sytuację. Pułkownik Klinkowski wiedział dobrze czyją stronę trzymać. Wezwano Bezdezowskiego do sztabu. Nie wiem, co tam się działo, ale w kancelarii szkoły zjawił się po jakimś czasie.  Szary na twarzy, trzęsła mu się lewa ręka, miał coś też z lewą nogą, bo utykał. Czerniawskiego nie było.
     
    Gabinecik dowódcy szkoły był obok  i wchodziło się do niego przez kancelarię. Co robił tam Bezdezowski, nie wiem. Przypuszczam, że „dochodził do siebie” żeby nie pokazywać się, w jakim jest stanie. Wychodząc spytał mnie, co tu robię i dlaczego nie ma pisarza. Powiedziałem, że kazali pisać, to piszę, a dlaczego nie ma pisarza – nie wiem.
     
    Sprawa rozprężenia w szkole na tym się jednak nie skończyła. Minęło trochę czasu, i o dziwo, przyjechał wyleczony Bezdezowski i przejął szkołę od Czerniawskiego. Czerniawski objął jakąś funkcję w  3 dywizjonie. A Bezdezowski zaczął likwidować szkołę. Kursantów przeniesiono do dywizjonów, zostali tylko szef, magazynier, paru żołnierzy i ja. To była decyzja Bezdezowskiego.
     
    Trzeba było rozliczyć się z magazynu Szkoły. Porównanie stanu faktycznego z księgowym wykazało duże braki. Dlaczego Bezdezowski przyjął szkołę wiedząc w jakim jest stanie – nie wiem, chyba nie chciał nadal prowadzić walki z Czerniawskim.
     
    Brakowało dużo, koców, prześcieradeł, butów, koszul itp. Kierownikiem magazynów brygady był jednak Żyd, i to pomogło rozliczyć się dość gładko, chociaż trwało długo.
     

    Chodziłem pisać nawet do mieszkania kapitana i poznałem jego żonę, młodą Polkę. Ożenił się z nią jeszcze na terenie ZSRR.
     
    Jak radziliśmy z brakami. Wg spisu mieliśmy na przykład zdać 100 koszul a w rzeczywistości było 70. No to część rwaliśmy na połowę układaliśmy pięknie złożone, wiązaliśmy, a przy zdawaniu nie sprawdzali każdej sztuki, tylko brzeg każdej paczki. To samo z prześcieradłami. Gorzej było z butami. Wysyłani byli na wieś żołnierze z parą nowych trzewików. Tam wymieniano je na ledwo żywe. Jedną parę za 3, 4 a nawet 5 starych. I te stare zdawaliśmy do magazynu.
     
    Magazynierzy z magazynów brygady robili protokół zniszczenia i przekazywali szmaty Np.  do czyszczenia dział, a ile starych koszul trzeba, żeby wyczyścić armatę, ciągnik czy samochód ciężarowy, i kto zwracał uwagę na to, czy dostał całe prześcieradło, czy połowę. Stare buty oddawano szewcom jako materiał do naprawy.
     
    Po zakończeniu prac nad likwidacją Szkoły, Bezdezowski powiedział, że zabiera mnie do swojej jednostki. Został dowódcą czwartej baterii  2 dywizjonu.  
     
    Za kilka dni, wieczorem, przychodzi do nas goniec 3-go dywizjony i mówi, że wzywa mnie dowódca tego dywizjonu, major Wolski. Wchodzę do kancelarii 3-go dywizjonu, a tam jest major, już kapitan -  Czerniawski i jeszcze jeden oficer. Melduję się, major zadaje parę nic nie znaczących pytań i mówi, że przenoszą mnie do 3-go dywizjonu na pisarza. Nikt nie pytał mnie o zgodę. Major Wolski był przedwojennym oficerem a wojnę przeżył w oflagu niemieckim. Po wyzwoleniu wrócił do Krakowa skąd pochodził, i ożenił się z młodą panią.
     
    Nazajutrz melduje o tym Bezdezowskiemu. Ten od razu zrozumiał, że to sprawka Czerniawskiego, był zły jak pieprz. Za parę dni przyszedł rozkaz brygady o moim przeniesieniu.
     
    Odchodzący pisarz kilka dni wprowadzał mnie w sprawy służbowe, sam odchodził na instruktora do nowo organizowanej Szkoły Podoficerskiej, nie lubił papierkowej roboty. Major Wolski przydzielił mnie i magazynierowi oddzielny pokoik na poddaszu bloku koszarowego. Luksus i ulga po ciągłym przebywaniu w dużych grupach.
     
    Szefem sztabu dywizjonu, któremu podlegałem, był kapitan Szewczuk, Białorusin, oficer radziecki. Był zadowolony, że znam język rosyjski i potrafię napisać po polsku to, co on powie po rosyjsku. Major Wolski niedługo był w naszej jednostki, zachorował na płuca i wystarał się o przeniesienie do Zakopanego. Nigdy nie widziałem gór, prosiłem majora, żeby zabrał mnie ze sobą jako konwojenta. Zgodził się. On z żoną pojechał osobowym pociągiem, a ja w wagonie towarowym z jego rzeczami.  Wreszcie zobaczyłem Tatry.
     
    Na dowódcę dywizjonu przyszedł Rosjanin, kapitan Kossorukow, rodowity moskwicz.
    Dopiero wtedy Szef Sztabu pokazał, kim jest. Kancelaria dywizjonu była dobrze wyposażona w przywiezione z Niemiec urządzenia i meble. Były trzy maszyny do pisania, kilka zwykłych biurek i jedno piękne z jakiegoś czerwonego drzewa, bogato zdobione. Duży szafkowy zegar, kilka budzików.  I Kossorukow i Szewczuk chodzili w polskich mundurach. Byli jednak tacy Rosjanie,co nie wkładali polskiego munduru. Zaraz po wojnie odesłano takich do ZSRR.
     
    Oficjalnie należało się zwracać do przełożonych per obywatelu. Robiono to tylko w czasie równie oficjalnych okazjach, albo w większych grupach, bo wtedy nie wiadomo, czy któremuś nie podoba się pan. Na co dzień mówiło się per pan i nawet Rosjanie nie protestowali. Na wieczornym capstrzyku odmawialiśmy krótka modlitwę i śpiewaliśmy Rotę. Do kościoła prowadzono czwórkami, tych, co chcieli. Indywidualne pójście do kościoła było nieregulaminowe, ale nikt z tego powodu nie był karany.
     
    Odchodzący pisarz uprzedził mnie, że szef sztabu lubi wypić a w mieście ma trzy”meliny” z kobietami. Gdy będziesz dawał kartę urlopową, nie zapomnij powiedzieć, że dla ciebie ma przywieźć pół litra i jakąś zagrychę. Pisarz niby niewielka szycha, ale zaszkodzić potrafi, i to jeszcze jak.
     
    I oto przychodzi Szewczuk i mówi: wiesz, ten stojący zegar to nie jest własność dywizjonu, to mój. Nie było spisu majątku kancelarii, więc mówię, może lepiej zabrać go stąd. Masz rację mówi Szewczuk i wkrótce zegar znikł a z nim jedna maszyna do
    pisania. Znikło wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.
     
    Wódkę i zakąskę trzymałem w swoim biurku. Na poranny apel miałem codziennie przygotowany raport stanu,  wykaz, ile żołnierzy jest według ewidencji, ile chorych, ile na osadnictwie itd. Ten raport prezentował szef sztabu dowódcy dywizjonu na apelu porannym. Z powodu hulanek, spóźniał się jednak często i raport oddawałem w kancelarii dowódcy. Widocznie dostawał za to nagany, bo wręczył mi klucze od swego mieszkania na terenie koszar, i kazał się budzić na apel. Przychodził zaspany i zaraz pytał, no, co u ciebie jest. Nalewał trzy czwarte szklanki, wypijał, i dopiero szedł na rozprowadzenie.  Wracał po apelu i mówił: Nu ty sdieś diejstwuj, a ja uchażu w gorod. /No, ty tutaj rządź, a ja wychodzę do miasta/.
     
    Ale bywało, że sztab brygady lub nawet sam pułkownik, telefonował do nas i kazał, żeby Szewczuk zameldował się tam. Mówiłem, że w tej chwili go nie ma, ale zaraz poszukamy i zawiadomimy. Wysyłałem gońca lub kilka gońców na poszukiwania, ale do miasta było daleko i nie wiadomo było gdzie jest. Poszukiwania trwały godzinę lub więcej, i za to zmywano mu głowę. On twierdził, że to wina pisarza, był na terenie koszar a pisarz nie mógł go odnaleźć.
     
    Wreszcie na kolejne takie tłumaczenie, pułkownik powiedział: przyprowadź do mnie tego swego pisarza. Poszliśmy, stanęliśmy na baczność, Szewczuk melduje, że to jest pisarz trzeciego dywizjonu. Pułkownik, ogromna figura, wstał, przyjrzał mi się, podniósł rękę i opuszczając jak szablę, zagrzmiał: PIAT’ SUTOK !!! / Pięć dób – oczywiście aresztu/.
     
    Areszt był pod w piwnicy pod budynkiem sztabu. Zjawił się profos /dowódca aresztu/ i poprowadził mnie do paki. Zabrał pas i zamknął w celi z narami bez siennika. Za jakieś pół godziny wchodzi profos i mówi: dzwonił Szewczuk, że jesteś mu koniecznie potrzebny. Idź, ale tak, żeby stary cię nie widział. Do aresztu już nie wróciłem, a książkę pochwał i kar sam prowadziłem.
     
    Mało tego, było dużo dokumentów, wymagających podpisu szefa sztabu, a jego niema. Melduję o tym, i słyszę, podpisuj za mnie sam.
     
    Być może w archiwach zachowały się dokumenty z podpisem: Szef Sztabu--- za—kapral Ryszard Cydzik. Póki w kancelarii Brygady był Rosjanin, uchodziło to na sucho. Ale gdy objął to stanowisko przedwojenny oficer, zrobiła się awantura. Szewczuk jednak znalazł wyjście. Patrz jak ja podpisuję, naucz się i mego podpisu, i podpisuj P/Piotr/ Szewczuk. Podpisywałem, i wszyscy byli zadowoleni.
     
    Czytam to, co napisałem, i nawet mnie wydaje się to niewiarygodne. A jednak tak było. Nawet w parę lat po wyjściu z wojska, próbując pióro, pisałem podpis Szewczuka.
     
    Do obowiązków Szewczuka należało pisanie, co jakiś czas, opinii o wszystkich oficerach Dywizjonu. Była to praca i trudna i odpowiedzialna, przecież od tych opinii zależała i kariera i byt ocenianego. Praca trudna, ale nie dla Szewczuka
     
     Kiedyś mówi do mnie: będziemy pisać opinie o oficerach. Mówię mu, że to są sprawy tajne i mnie nie wolno ani pisać, ani mieć wglądu do takich akt. A Szewczuk – nie będziesz miał wglądu ani nie poznasz żadnych tajemnic. Zrobiłem głupia minę, jak tego można dokonać?
     
    Zobaczysz. Biorę papier, maszynę do pisania i zamykamy się w wolnym gabinecie dowódcy.  Okazuje się, że będziemy pisać cztery rodzaje opinii bez wpisywania nazwisk. Pierwsza – piątkowa, oficer to wzór, druga - czwórkowa, oficer dobry, ale ma niewielkie wady, trzecia – trójkowa, oficer ma dużo wad, czwarta – dwójkowa, oficer pije, bije żonę, nic nie umie i nie nadaje się na zajmowane stanowisko. U góry zostawia się miejsce na wpisanie nazwiska.
     
    Odbijam na maszynie, pod kalkę po kilkanaście egzemplarzy każdego rodzaju opinii, żeby było „na zaś”. Nazwiska oczywiście wpisze Szewczuk , ja nie będę wiedział jaką komu wpiął do teczki.  I opinie pisałem, i tajemnica została zachowana. Patrz i ucz się, mówi zadowolony Szewczuk widząc moją minę. I rzeczywiście, trzeba sowieckiej przodującej nauki, żeby wymyślić coś takiego. Dziwne tylko to, że np. zły oficer musi być koniecznie pijakiem i bić żonę.
     
    Takie opinie na pewno zachowały się w teczkach personalnych oficerów naszego dywizjonu. Może i inni stosowali podobny sposób. Zdaje się, że teczki personalne oficerów mają klauzulę – chronić wiecznie. Ciekawe, jak do takich opinii, pisanych pod kalkę, z wpisanym ręcznie nazwiskiem podchodzili ci, którzy oceniali oficera przed awansowaniem.
     
    W 1946 roku naszą brygadę przemianowano na 71 Pułk Artylerii Polowej RND /Rezerwy Naczelnego Dowództwa/. Pułkownik Klinkowski wyjechał do Rosji, dowódca pułku został major Bień, Polak, potem podpułkownik Kozłowski.
     
    W dywizjonie oprócz trzech baterii był Pluton Dowodzenia. W nim byli telefoniści, radziści,  gońcy, magazynier, topografowie, zwiadowcy, ordynansi oficerów, inna zbieranina i ja. Całe to bractwo, jak mogło, wykręcało się od wszelkich obowiązków, ale i nudziło się. W Toruniu wychodziła lokalna gazeta w której było dużo ogłoszeń matrymonialnych, przeważnie ze strony dziewcząt, bo dużo chłopców zginęło na wojnie i kandydatów do małżeństwa brakowało.
     
    Kilka osób, pod kierownictwem Kozłowskiego - /w pułku było, znanych mi trzech Kozłowskich, podpułkownik, porucznik i kolega o którym piszę/ - założyło spółkę, którą nazywaliśmy SWAT. Wyłapywali w ogłoszeniach oferty panien ze wsi, najlepiej, jak to była panna z dzieckiem, bo te były najmniej wybredne i było im najtrudniej znaleźć chłopaka. Przedstawiali się jako sieroty ze wschodu. Rodzina wymordowana, nie mają nikogo bliskiego, tęsknią za rodzinnym ciepłem. Pisali listy przedstawiając się z reguły innym imieniem i nazwiskiem, ale podając właściwy adres jednostki.
     
    Z reguły przychodziło zaproszenie dla zaznajomienia się. No to do mnie, daj przepustkę na niedzielę. Dam, ale macie i mnie coś przywieźć. Jechali przeważnie we dwóch. Tam przedstawiali swoją sytuację w tak czarnych barwach, że czasem, jak opowiadali, płakano. W wojsku byli tak głodni, że o niczym oprócz jedzenia nie mogli myśleć. Wyposażano więc biedaków obficie, tereny toruńskie nie były zniszczone. Następne wizyty zależały od okoliczności.
     
    Kiedy panna była bardzo szpetna, albo zaszły inne okoliczności, pisali, że z powodu służby nie mogą przyjechać i proszą pannę o odwiedziny. Niech zgłosi się na warownię przed koszarami, to oni wyjdą. Telefon do kancelarii – narzeczona do takiego i takiego, niech wyjdzie. Ale taki i taki przychodził do kancelarii i prosił, weź lornetkę i zobacz, kto to. Widzę, że spaceruje jakaś z paczką. Taki i taki prosi o lornetkę, poznaje, która to, i albo wychodzi, albo mówi. Zadzwoń na warownie i powiedz, że jestem na warcie i niema mnie w koszarach. Niech zostawi paczkę i wraca do domu. Nie było to godne pochwały, ale tak było.
     
    Z Torunia wysłałem chyba 10 listów na Białoruś i parę do Wilna, z informacją, że spotkałem Olgierda Stankiewicza, przeżył wojnę, chociaż był ranny. Teraz jedzie na nowe miejsce, nie wie gdzie będzie, proszę kierować odpowiedzi na mój adres. Te listy doszły, ale z 10 tylko jedna osoba, Żenia Szachowska, zawiadomiła o tym moją mamę. Twoja mama Alu twierdzi, że napisała na podany adres, jednak ja żadnego
    listu od nikogo nie otrzymałem. Wziąłem urlop i pojechałem do Łodzi, gdzie było główne archiwum repatriantów. Nikt mi tam nie pomógł i znalazłem tylko, o dziwo, adres rodziny mego kolegi z partyzantki – państwa Czerniawskich. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że wujek Edward Szyprowski, Twój dziadek, pochodząc z Łowicza, najprędzej tam się osiedli i w starostwie powinni mieć spis repatriantów.
    Znalazłbym rodzinę prędzej.
     
     Następny urlop dostałem dopiero we wrześniu 1946r. Pojechałem do wsi Smolarnia, koło Trzcianki Lubuskiej. Ci skierowali mnie do znajomych w Krzyżu, Tam dali adres pana Żabika, w Pobiedziskach pod Poznaniem. On był z moim wujem Janem Dawidowskim w wojsku i odwiedzał wuja w Górze Śląskiej, tam gdzie i do dzisiaj mieszkam. U niego dowiedziałem się, gdzie jest Góra a adres znajdę w PURze –
    -Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym.
     
    Do Góry dotarłem późnym wieczorem. Przenocowałem na stacji, adresu wuja dowiedziałem się w miejscowym PURze. I wreszcie witałem wuja, jego żonę i córkę, jego szwagierkę -  Alę, moją siostrę Wandę, mamę i ciocię Idalkę, która wróciła z Archangielskiego obwodu. Ojciec został aresztowany i wywieziony na Syberię. Nie ma z nim kontaktu. O mężu cioci Idali wiedzieliśmy, że poszedł do Andersa.
     
    W wojsku już miałem być zdemobilizowany, zatrzymano jednak nie żonatych do wyborów w styczniu 1947 r.
     
    Zdemobilizowany zostałem dopiero 3 marca 1947 roku i przyjechałem do Góry.
     
    Dzisiaj, kiedy opluwa się wszystko, co nie jest proweniencji solidarnościowej, wojsko z tamtego okresu określa się, jako Ludowe, lub Polskojęzyczne. Na pieczęciach dokumentów , które mam z tamtego okresu, jest tylko Wojsko Polskie.
     
                                                         Koniec 2
     
     

     

                                             3.  W Górze Śląskiej
     
    W Polsce jest wiele miejscowości o nazwie Góra, może nawet kilkanaście, dlatego zaraz po wojnie, dla uniknięcia nieporozumień i kłopotów miasteczko niemieckie Guhrau nazwano Górą Śląską. Na przedwojennej mapie Polski, obejmującej część Niemiec, nie ma miasteczka Guhrau, tylko Góra.
     
    W wydanej na 600 lecie miasteczka monografii – rok 1900, niemiecki historyk Alfred Ziółkowski, tak, tak! Ziółkowski, pisany przez o z kreską, pisze, że nazwa Guhrau pochodzi od polskiego słowa Góra, co znaczy Berg.
     
    Około roku 1953, specjaliści od nazewnictwa, kazali przywrócić miasteczku historyczną nazwę Góra. I zaczęła się kołomyjka. Wagony adresowane do naszej Góry trafiały do Góry koło Białegostoku, z innych Gór poczta i wagony przychodziły do nas.
     
    Aby uniknąć tego galimatiasu ustalono, że miasteczko nazywa się Góra, a stacja kolejowa i poczta – Góra Śląska. Też idiotyzm, ale trwa do dziś. Nasz kod pocztowy to 56-200 Góra Śląska.
     
    Dodam jeszcze ciekawostkę:   obrazy w kościele i w kapliczkach drogi krzyżowej
    na cmentarzu, malował w roku 1896 Peter Stankiewicz.
     
    W  marcu 1947 roku jestem w Górze Śląskiej.  Akurat jest ogłoszona amnestia – po wyborach styczniowych, i możliwość zmiany nazwiska. Ja mam jeszcze opory, ale cała rodzina zgodnym chórem twierdzi, że pozostanie przy nazwisku Cydzik, to nonsens. Obok mieszkają sąsiedzi którzy znali mnie od dziecka, jak im wytłumaczyć tego Cydzika. Zresztą dość się już nakonspirowałeś i nawojowałeś, żeby ponownie mieć kłopoty.
     
    Jadę więc do Wrocławia by tam się ujawnić. Myślę naiwnie, że jak się ujawnię we Wrocławiu, to w Górze o tym nie będą wiedzieli. W Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa kupa ludzi. Trafiam do jakiegoś młodego porucznika, który na wieść, że jestem z Góry Śląskiej, aż podskoczył. A gdzie mieszkasz, pyta. Mówię, że na przedmieściu Kajęcin pod numerem 47.
     
    Jaki zbieg okoliczności, on jeszcze niedawno tam kwaterował i pamięta, że w tym domku osiedliły się dwie kobiety z córkami. To była moja mama z Wandzią i ciocia Marysia Dawidowska z córką Czesią. Opowiadały, że były bardzo zadowolone z obecności polskich żołnierzy, bo chroniło to przed częstymi napadami żołnierzy radzieckich.
     
    Po odejściu wojskowych, całe noce z siekierkami w ręku wartowały przy oknach, bo były próby sforsowania płotu, na szczęście napastnicy w obu wypadkach byli przez kogoś spłoszeni. A wkrótce wrócił z wojska wuj Jan Dawidowski, ojciec Czesi, i wrócił spokój.
     
    Opowiedziałem porucznikowi o dalszych losach repatriantek i wróciliśmy do ujawnienia. Kiedy dowiedział się, że chodzi tylko o zmianę nazwiska, machnął ręką i powiedział, pisz nie rozwodząc się.
     
    Napisałem tylko, że byłem w oddziale Bartka nie precyzując, gdzie ten oddział był, o zranieniu pod Wilnem i wypożyczeniu dokumentu od Cydzika dlatego, że innego nie miałem, a bez dokumentu byłbym od razu aresztowany. Podkreśliłem, że zaraz po wyleczeniu wstąpiłem do Wojska Polskiego aby dalej bić Niemca. Porucznik odebrał moje oświadczenie i kazał iść do jakiegoś pokoju. Tam zrobiono mi na poczekaniu zdjęcie.
     
    Czekaliśmy teraz na wydanie zaświadczeń o ujawnieniu. Po dłuższym czasie wyszedł kapitan, Rosjanin, wręczył nam zaświadczenia i spytał, czy mamy jakieś życzenia i prośby. Wszyscy poprosili o darmowe bilety na powrót. Ja dodatkowo o umożliwienie mi pracy i nauki w Dzierżoniowie. Tam była wytwórnia odbiorników radiowych Eltra i jednocześnie szkoła przyzakładowa.
     
    Ci, co mieli jakieś życzenia czy prośby, byli przez tego kapitana wzywani na rozmowy indywidualne. Bilety wynieśli na korytarz.
     
    Kiedy powiedziałem kapitanowi o co chodzi, dał mi do zrozumienia, że zakład w Dzierżoniowie jest specjalnie chroniony, pracownicy sprawdzani i on nie może dać mi skierowania. Trzeba starać się indywidualnie, ale z dalszej rozmowy wynikało, że szanse są niewielkie, a właściwie żadne.
     
    Należało jeszcze wymienić książeczkę wojskową. Pojechałem więc do Nowej Soli, bo tam mieściła się nasza Komenda Wojskowa. Książeczkę na nowe nazwisko wystawiono bez kłopotu, ale gdy pisarz zaniósł ją do komendanta, majora Draka, do podpisu, ten zechciał mnie obejrzeć. To już mnie wkurzyło, co to ja jestem małpa, żeby mnie oglądać ? Pisarz powiedział, że jestem tu pierwszy, który odsłużył wojsko pod cudzym nazwiskiem.
     
    Poszedłem, ale już nastawiony na ostro. Wchodzę i mówię głośno, dzieńdoooobry paaanie majorze. A ten aż podskoczył, jak wy się zachowujecie!  To WY już mnie dobiło. Prosiłem zawsze przełożonych, żeby zwracali się do mnie przez TY. Gdy ktoś, oczywiście taki, który się rozumiał na żartach, mówił mi WY, otwierałem drzwi na korytarz i mówiłem,  ten drugi uciekł, jestem sam.
     
    Powiedziałem, że zachowuję się tak jak cywil którym jestem od miesiąca, wyczułem że to podkreślone paaanie tak go ruszyło. Jeszcze coś tam zrzędził ale książeczkę podpisał. Pożegnałem go przeciągłym, dziękuję i dowidzeeenia paaanie majorze. Jeszcze pisarze chcieli mnie wymienić zaświadczenia na medale, ale powiedziałem im, że mam ich medale w du…żym poważaniu i wyszedłem.
     
    Od pana Żabika w Pobiedziskach dostałem adres mego kolegi z Mira Edka Siewruka. Napisałem do niego m.inn.  o swoich kłopotach z dostaniem się do pracy i szkoły radiowej. Odpisał zaraz, przyjeżdżaj do Gdańska, załatwię ci i prace i szkołę.
    Pojechałem, Edzio mieszkał w Sopocie z matką i siostrą, ojciec był na Syberii. Pracował w Szwedzkiej Misji Czerwonego Krzyża w Gdańsku. U niego jadłem nie widziane od przed wojny pomarańcze i pierwszy raz w życiu – banany.
     
     
     

    Edzio był urodzonym biznesmenem. W Mirze pracował w magazynach niemieckich gromadzących dostawy obowiązkowe ze wsi. Był ode mnie młodszy o rok, ale pod względem sprytu życiowego nie dorastałem mu do pięt. Na imieniny naszej koleżanki Reni Balickiej przynieśliśmy jakieś marniutkie kwiatki, a Edzio – zegarek. Wtedy taki prezent był równy dzisiejszemu komputerowi.
     
    W Gdańsku też radził sobie wspaniale.  Elegancki granatowy garnitur, krawat, modne buty,  zegarek, płaszcz. Ja wprawdzie wychodząc z wojska , oprócz munduru dostałem ubranie cywilne i półbuty, ale marnej jakości, zegarka nie miałem. Pierwszy dzień zszedł nam na rozmowach, wizycie u jego dziewczyny która mieszkała z siostrą. Tam Edzio trzymał zapasy alkoholu.
     
    Zjawił się też jakiś jego kolega. Poszliśmy z dziewczynami do kina, ale film przespałem, bo całą noc jechałem stojąc w przepełnionym wagonie, a u dziewcząt nie wypadało spać. No i alkohol. Odprowadziliśmy dziewczęta i idziemy do mieszkania Edzia. Wchodzimy do obszernej kuchni, mama Edzia szyje na maszynie, a w kącie siedzi trzech facetów. Wszedłem pierwszy, i myśląc, że to koledzy Edzia, wykrzyknąłem: cześć chłopaki.
     
    Ale chłopaki okazali się chłopakami z UB – Urzędu Bezpieczeństwa. Postawili nas do kąta i zaczęli rewizję mieszkania. Nas, o ile dobrze pamiętam , nie rewidowano, obmacali tylko kieszenie, okolice pasa i pod pachami.
     
    Rewizja była zupełnie pobieżna, zachowywali się kulturalnie. Aresztowali nas trzech, wyprowadzili na podwórze, kazali naszej trójce iść przed sobą, ale uprzedzili, że w razie próby ucieczki będą strzelać. Na skrzyżowaniach i zakrętach mówili gdzie mamy iść. Było już późno i ruch na ulicach niewielki.
     
    Po wprowadzeniu do gmachu UB, rozdzielono nas. Mnie wprowadzono do pokoju, w którym było trzech mężczyzn w ubraniach cywilnych. Kazano opróżnić kieszenie. Nie miałem wiele. Nie zjedzoną kanapkę i chustkę do nosa oddali, zatrzymali scyzoryk i dokumenty.  Kazali usiąść na taborecie postawionym daleko od biurka, przy którym siedzieli.
     
    Pytali, po co przyjechałem, powiedziałem, że w poszukiwaniu pracy i szkoły. Czy mam list od Edzia z zaproszeniem? Miałem go w tylnej kieszeni spodni i wpierw nie oddałem. Przeglądnęli ten list, zatrzymali, a mnie kazali służbowemu odprowadzić do aresztu.  Tam już był kolega Edzia aresztowany razem z nami, i kilka innych aresztowanych.
     
    W celi były nary, gołe deski. Okienko wielkości jednej cegły. Cela była w piwnicy. Pytałem kolegę Edzia, czy wie, za co nas aresztowali. Nic nie wiedział. Mimo niewygodnego łoża przespałem noc jak zabity. Zmęczenie, alkohol i przeżycia zrobiły swoje.
     
    Nazajutrz przynieśli do celi śniadanie, chyba czarna zbożowa kawa i kawałek chleba. Około 11 wywołano kolegę Edzia. Już nie wrócił do celi. Po godzinie wywołano mnie.
     
     
     
    Wprowadzono do małego pokoiku gdzie siedział jakiś młodziak. Na stole miał moje papiery i scyzoryk. Co niedobrze przyjeżdżać w taką gościnę, zagaił. Odburknąłem, że nie do nich w gości przyjechałem i na tym rozmowa się zakończyła. Oddał mi wszystko i wystawił przepustkę, którą miałem oddać w bramie. Wychodząc powiedziałem – nie mówię do widzenia.
     
    Zaszedłem do pani Siewrukowej. Był już u niej kolega, z którym siedziałem w celi. Pani Siewrukowa też nie miała pojęcia, dlaczego aresztowano Edzia, ale przyszli do niej po pistolet. Kryjówkę w jakiejś komórce wskazał im Edzio. Wsiadłem do pociągu i wróciłem do Góry. Nie udało się dostać do szkoły radiowej ani tu, ani tam.
     
    Trzeba było iść do pracy, pracowały mama i ciocia Idala. Ponieważ mieliśmy na poddaszu tylko jeden niewielki pokoik , a nas było czworo /parter zajmował wuj Dawidowski z rodziną/, uchwaliliśmy, że najlepiej starać się o pracę w Magistracie, bo on przydziela mieszkania.
     
    Pomógł mi brat koleżanki mojej siostry, pracownik Magistratu. Dostałem posadę w  Wydziale Podatkowym. Kierownikiem Wydziału był pan Wincenty Urbanowicz. Kiedy zapoznałem go z moimi kłopotami mieszkaniowymi, powiedział, że w domu w którym mieszka, niedługo będzie wolne mieszkanie. Jakiś lokator ma przeprowadzić się do innego miasta. Złożyłem podanie o przydział mieszkania. Było lato, wuj pozwolił mi spać u niego na parterze więc nie było tak tragicznie.
     
    W lipcu przyjechał z Anglii wuj Stanisław Łaskarzewski. Przywiózł sporo podarunków, ja dostałem angielskie ubranie, jasne spodnie z brązową marynarką. Nie pamiętam, co otrzymali inni. Tylko wojskowy płaszcz nosiłem jeszcze długo. Zrobiło się ciasno.
     
    Sąsiadem wuja był pan Frączkowski z Malawszczyzny a na wsi niedaleko Góry objął gospodarstwo pan Różycki, też Malawszczyzny. Kilometr od Góry, na wsi, zamieszkali państwo Ćwirko-Godyccy z Mira, używający teraz tylko nazwiska Ćwirko.
    SAMI SWOI.
     
    Chyba w sierpniu 1945 roku otrzymałem mieszkanie, te, o którym mówił mój szef, pan Urbanowicz.  Zostaliśmy sąsiadami, a potem nawet spokrewnili, bo syn pana Urbanowicza – Mirek, ożenił się z moją siostrą Wandą. Wuj Staś też poszedł do pracy a mama została w domu, gospodarzyć. Na jesieni postanowiłem iść do miejscowej szkoły wieczorowej, żeby uzyskać chociaż maturę.  Boguś  Różycki  też miał taki zamiar.
     
    Pewnego dnia, do pokoju gdzie pracowałem wraz z szefem, przyszedł jakiś niewysoki pan, z wadą oka. Znajomy szefa, bo prowadzili rozmowę na jakieś ogólne tematy. Byłem zajęty swoją pracą i nie zwracałem na nich uwagi. Nagle ten pan zwraca się do mnie i mówi – a jak WAM tu się pracuje. Aż mi kolnęło pod sercem. To WY. Nie chciałem robić przykrości szefowi, bo inaczej posłałbym go do wszystkich diabłów, więc cos odburknąłem. A ten – widzę, że nie chcecie ze mną rozmawiać, to po pracy zgłoście się do mnie do urzędu. Pytam, – do jakiego urzędu. Do Urzędu Bezpieczeństwa. Okazuje się, że to był ubowiec Smaza.
     
     
     
    Po pracy idę do UB, dyżurny otwiera kratę, wchodzę na piętro i pytam o Smazę. Pokazują drzwi. Poprosił usiąść i zaczął  swoją gadkę. Wiedział już o tym, że ujawniłem się, że miałem przeprawę w Gdańsku, wiedział o wuju z Anglii, ale z tego jeszcze nic nie wynikało. Wypytywał o pracę, o kolegów, o zamiary na przyszłość. Wreszcie zwolnił, ale zapowiedział, że jeszcze porozmawiamy. W domu powiedziałem, że musiałem zostać w pracy po godzinach z uwagi na pilność spraw.
     
    We wrześniu wstąpiliśmy z Bogusiem do Prywatnego Wieczorowego Gimnazjum o Ustroju Semestralnym, z prawami państwowych szkół średnich. W ciągu roku przerabialiśmy dwa lata normalnej szkoły. Do matury mieliśmy dwa lata nauki. Tak więc, od 7 do 15 praca, od 16 do 20 albo 21 nauka. Na odrabianie zadań domowych niewiele czasu codziennie, i cała niedziela.
     
    A przecież chciało się jeszcze i na zabawę, i do kina, i na jakąś prywatkę. Gdyby nie Smaza, byłoby znośnie, ten zaczął zatruwać mi życie. Nie mogłem rozgryźć, o co mu chodzi, jednak wyraźnie chciał mnie zmiękczyć. Telefon do pracy: przyjdźcie dziś do urzędu. Wpuszczają, idę na piętro i pytam, do kogo mam się zgłosić. Siadajcie i czekajcie, zawołają was. Czekam 15 minut, czekam pół godziny, otwieram wreszcie pierwsze lepsze drzwi i dopytuję się o wzywającego. Ta sama odpowiedź, ten kto wezwał, powiadomi. Wreszcie po godzinie ktoś mówi: możecie iść do domu. O tych wizytach nie wolno nikomu mówić. W domu jest tyle kłopotów, że nie chcę dodawać swego.
     
    W lutym 1948 roku mama oznajmia, że jej znajoma ma się wyprowadzić do Wrocławia i mama chciałaby tam zamieszkać. Mieszkanie trzypokojowe z kuchnią i łazienką, obok budynek gospodarczy, duży ogród przy domu. Na poddaszu jeszcze jeden pokoik. Idę do burmistrza z prośbą. Namawia, żeby raczej wziąć domek jednorodzinny który niedługo będzie wolny.  Idziemy oglądać, mama nie, nie i nie. Za mały. Ona chce tamto i koniec. Nawet to, że dom dwurodzinny, na piętrze sąsiedzi, nie wiadomo, jacy. Znajoma mówiła, że to bardzo mili i cisi starsi ludzie.
     
    Po wielu ceregielach dostaje wreszcie to mieszkanie, na początku marca przeprowadzamy się.
     
    Po Wielkanocy, pod koniec kwietnia 1948 roku wrócił z Syberii tata, wkrótce poszedł do pracy w Czerwonym Krzyżu, a ponieważ praca była i w terenie, dostał talon na rower. Mamusia była w domu a czworo pracowało. Kupiliśmy prosiaka, kilka kur, kaczki. Kartki zostały zniesione. Chodziliśmy jeszcze po pracy do gospodarza, pana Wirhanowicza, żeby zarobić zboża na śrutę dla świni.
     
    Z okazji powrotu całej rodziny, na wigilię 1948 roku zaprosiliśmy wujostwo Szyprowskich. Czy była wtedy z nimi Władzia i Wandzia, nie pamiętam. Nie pamiętam też, w którym roku byliśmy z siostrą na weselu Twojej mamy w Gogolinie.
    Chyba w 1950 albo w 51, bo jeszcze jesienią 1949 roku, wracając z Warszawy, wysiadłem w Bednarach i odwiedziłem Twoją mamę w Kompinie. Była tam nauczycielką, ale jeszcze panną.
     
    Smaza nie dawał mi spokoju, zarzucał, że byłem w AK, że jestem wrogo nastawiony do dzisiejszej rzeczywistości itp. Przyniosłem mu opinię o mnie, wydaną przez
     
    Dowództwo pułku, dość pochlebną. Wtedy zaczął z innej beczki, jeżeli jesteście tak demokratycznych przekonań, to musicie z nami współpracować. Broniłem się tak i siak, ale on ciągle nastawał.
     
    Szczęściem, na weselu kolegi siedziałem po sąsiedzku z jego krewnym – prawnikiem. Zwierzyłem się z moich kłopotów. Powiedział: nie zgadzaj się w żadnym przypadku. Broni ciebie uchwała o amnestii, nic ci nie mogą zrobić. Natomiast jakbyś podpisał, to byłbyś przegrany. Wciągają tak, albo do partii, albo do współpracy, a potem aresztują, jako wroga, który postępem wkradł się w szeregi. Znam przypadek, zapisał się do partii, i już siedzi, dostał 5 lat.
     
    Powiedziałem Smazie, że stanowczo odmawiam. Ten, żebym napisał, że odmawiam ze względów politycznych, czy coś w tym rodzaju. Powiedziałem, że tego nie napiszę. Napisałem tylko, że odmawiam , bez komentarzy.
     
    Spotkałem kiedyś kolegę, który w podobnej sytuacji powiedział. Wiecie, że ja lubię wypić i pochwalić się, gdzie pracuję, ile zarabiam i co tam się dzieje. Zrezygnowali z takiego pracownika. Mnie to nie przyszło do głowy.
     
    Po ukończeniu nauki okazało się, że naszej szkole wieczorowej odebrano prawa szkoły państwowej i musieliśmy zdawać maturę ze wszystkich przedmiotów jako eksterniści, i to nie na miejscu, a we Wrocławiu i Legnicy, wobec obcych nauczycieli. To była męka, zdawaliśmy częściami, po kilka przedmiotów, przez długi okres.
     
    W związku z tymi egzaminami przypomniało mi się zdarzenie ilustrujące wartość ubrania w tamtych czasach.
     
    Po pierwsze – na ubrania przydzielano w miejscu pracy, talony na zakup t.zw. kuponu, odcinka materiału długości 3 metrów. Kiedy przyszła, pierwsza po wojnie dostawa, w przeddzień otwarcia sklepu dowiedziano się, że tylko 3 kupony  są granatowe, reszta, około setki – brązowa w paseczki. Po te trzy granatowe kolejka ustawiła się już wieczorem, a potem cała Góra wyglądała jak Chińczycy Mao,  ubrani na brązowo.
     
    Drugie – ubrania były tak lichego gatunku, że po zmoczeniu robiły się szmatą. Buty miały części wewnętrzne z tektury, zmoczone rozpadały się. Miałem jechać służbowo do Legnicy w poniedziałek. W niedzielę urządzono zabawę w miejscu pracy. Pociąg odchodził o czwartej rano. Postanowiłem nie spać, z zabawy do domu, a stamtąd na pociąg.
     
    Wychodzę żeby pójść do domu, a tu deszcz jak z cebra. Plastyków wtedy nie było, dostałem od woźnego worek od cukru, b. mocny – z trzech warstw papieru. Załadowałem ubranie i buty do worka, i tylko w spodenkach, boso biegłem z workiem na plecach przez całe miasteczko.
     
    Z powodu deszczu i wczesnej godziny, ludzi na ulicy prawie nie było. Ci, co mnie widzieli, myśleli chyba, złodziej, czy wariat. 
     
     
     
    Wreszcie zmarł Stalin. Odczuliśmy ulgę, UB spuściło nosy. Wolna Europa nadawała rewelacje Światły, wysokiego urzędnika UB, który uciekł na Zachód.
     
    Dalszego ciągu nie będzie ku  mojej i Waszej uldze.      
     
                                                    Koniec 3 i ostatniej
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     
     






     


    13 sierpień 2009 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005