<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "2"

  • Konstanty Kostka
  • Pierwsi Partyzanci
  • O Lucynie Stankiewicz …
  • Godzina W - AD 2008
  • Kowno i Wileńszczyzna na pocztówkach
  • Olgierd Stankiewicz - Wspomnienia
  • Lot do Wilna
  • A jednak wszystko jest możliwe ...
  • Komorów na mapach cz. 1
  • Komorów na mapach cz. 2
  • Jenike, Starzyński, Puzio
  • Dwanaście złotych pszczół
  • Kresowy życiorys
  • Bożena Dobaczewska - "Przeszłość" ...
  • Henryk Radziszewski
  • Bohater z Marcinkaniec koło Grodna – ppor. Piotr Juralewicz
  • Moje narodziny - wiersze Joanny Piwońskiej
  • Nowogródczyzna - wspomnienia z AK - Olgierd Stankiewicz
  • Tragiczny los Gołogór
  • Rutkowski Tadeusz
  • Zdzisław Małaczyński
  • Wspomnienia Janusza Mischke o ojcu
  • Janina Ziarko - wiersze
  • Wspomnienia Karola Skury - uczestnika bitwy pod Monte Cassino
  • Uwagi dotyczące hasła Skalski herbu Szeliga w książce Wiktora Wittiga - Nieznana szlachta polska
  • Jan Szczepański - Wieś Radzice w okresie okupacji hitlerowskiej
  • Przeżyłam Kazachstan
  • Moja ciocia z Ravensbrück
  • Błagowieszczanka
  • Wspomnienia o moim dziadku Alfredzie Hamburgerze
  • Skawińscy herbu Rawicz
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938

  •  
    LOT DO WILNA

    Renata Opala


                            Wilno me, miasto mych marzeń,
                            lasy i łąki i pola i wsie,
                            Wilno me, niezapomniane,
                            wrócić tam jeszcze i umrzeć tam chcę.



      Tak napisał, nieżyjący już od dwudziestu lat, mój mąż, Wiktor Ciechanowicz.
       Wilno – to takie małe słówko składające się z pięciu literek, a takie wielkie dla tych, którzy tam się urodzili, dorastali, a potem walczyli o nie, choć okazało się później, że nie dla siebie.
       Musieliśmy je opuścić i wyjechać daleko na zachód, na tzw. Ziemie Odzyskane, choć serce płakało. Jednak miałam nadzieję, że wrócimy do Wilna i ziemi, po której stąpaliśmy od urodzenia i na której przeżyliśmy tak wiele dobrego i złego.
        Wyjechałam z Wilna bez męża / był wywieziony w głąb Rosji/ z moja 9-cio miesięczną córeczką Renatą, rodzicami męża i podopiecznym – Stanisławem.
    Wysiedliśmy z transportu w Skwierzynie, ale zamieszkaliśmy we wsi Osiecko, 20 km od Skwierzyny. Mnie było wszystko jedno, gdzie zamieszkamy, bo byłam przekonana, że wrócimy do Wilna. Niestety, płonne były moje nadzieje. Nie wróciliśmy, bo Wilno nie było już nasze, ale tęsknota w sercu pozostała do dziś...
        Po tym długim wstępie muszę wreszcie opowiedzieć o moim locie do Wilna.
    W najśmielszych marzeniach ani snach nie przypuszczałam, że ziści się moje pragnienie, by jeszcze przed śmiercią ujrzeć moje ukochane miasto.
       I oto jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, po 58 latach mam lecieć do Wilna! Mam ujrzeć moje ukochane miasto! A tą czarodziejską różdżką była moja starsza córka Renata, która urodziła się w Wilnie i mieszkała tam 9 miesięcy oraz najstarsza wnuczka Monika z mężem Tomkiem.
       Nie mogłam uwierzyć, kiedy mi o tym oznajmiono. Ale to była najprawdziwsza prawda!!!

       I oto 8 sierpnia, w dniu moich 91 urodzin, leciałam do Wilna z wózkiem inwalidzkim, popychanym przez Tomka, na którym miałam się poruszać, bo sama nie dałabym rady.
       Lot był dla mnie ogromnym przeżyciem i ogromną przyjemnością. T wspaniałe lecieć wśród chmur, raz nad nimi, raz pod nimi, oglądać czasem ziemię,  na niej domki maleńkie jak dla krasnoludków. Patrząc w chmury, zmieniające się jak w kalejdoskopie, układałam z nich obrazki: raz był to dworek szlachecki, raz okazały pałac otoczony drzewami zmieniający się raptem we wspaniały tron, na którym  siedział Stwórca Wszechświata. Z żalem patrzyłam, jak ułożone przeze mnie obrazki szybko się rozpływały.
       Wylecieliśmy z Poznania o 8,20 i w Warszawie byliśmy o 9,20. Na odlot do Wilna czekaliśmy przeszło dwie godziny. O 11,40  po wszystkich ceregielach odprawowych byliśmy w powietrzu. Lot trwał godzinę i był bardzo spokojny. Lądowanie także odbyło się bez żadnych zakłóceń. Ja, osobiście, poza przyjemnością, nie odczuwałam żadnych perturbacji.
       Lotniska w Wilnie dobrze nie znałam. Wydawało mi się, że było to dawne lotnisko wojskowe „Porubanek”, ale nie jestem pewna i jakoś nie zapytałam. Dopóki załatwiliśmy wszystkie formalności i odebraliśmy wózek z bagażu upłynęło sporo czasu, tak że stanęliśmy przed hotelem o godz.14,00. Kiedy wysiedliśmy z taksówki, nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Pod numerem jednego z domów przeczytałam nazwę ulicy „PILES”. A więc dawna Zamkowa. Była jednak dla mnie zupełnie obca. Po obu jej stronach, na podwyższonym chodniku, rozstawiono stoliki pod parasolami – prawie wszystkie zajęte. Ludzie szli środkiem ulicy dostępnej również dla pojazdów.
       Po ulokowaniu się w hotelu poszliśmy na obiad na świeżym powietrzu. Zamówiłam chłodnik i cepeliny. Były smaczne. Ale muszę przyznać, że nie trafiłam na prawdziwe kołduny wileńskie, jakie robiła moja ś,p. starsza siostra.
       Po obiedzie udaliśmy się na zwiedzanie najbliższych okolic. Dopiero teraz zaczęłam przypominać sobie, gdzie się znajduję i co oglądam. Przecież tyle razy przemierzałam ulicę Zamkową idąc na uniwersytet na wykłady!
       Idziemy w stronę Ostrej Bramy. Piszę idziemy, choć ja jadę na wózku popychanym przez Tomka, a moja wnuczka Monika idzie obok z mapa miasta. Ona najlepiej się orientuje, bo była już w Wilnie służbowo.
       Po drodze do Ostrej Bramy odwiedzamy kościół Św. Ducha, Św.Jana i Uniwersytet Stefana Batorego /dawniej/, do którego uczęszczałam. Główna brama wejściowa była zamknięta. Zaczęliśmy szukać innego wejścia. Wszedłszy na teren uniwersytecki przemierzyliśmy wiele podwórzy i wciąż nie mogliśmy trafić na „moje” podwórze, a właściwie na dziedziniec Skargi z głównym wejściem do gmachu,          w którym odbywały się wykłady polonistyki, na które uczęszczałam. Tu też było wejście do kościoła Św. Jana – był to kościół akademicki.
       Stanąwszy na dziedzińcu Skargi tak dobrze mi znanym, przymknęłam oczy przed nawałem napływających wspomnień... Nic tu się nie zmieniło, chyba tylko nowe płyty na całym podwórzu. Pokazałam mojej wnuczce okna moich sal wykładowych na I piętrze. Na ty, piętrze było również prawo.
       Weszliśmy do kościoła św. Jana. Według Jana Kłosa, profesora uniwersytetu, kościół został zbudowany przez Jagiełłę po chrzcie Litwy, jako kościół drewniany,     a dopiero po kilkunastu latach zmieniono go na murowany, który podlegał wielu przeróbkom i restauracjom. To w tym kościele odbywały się  uroczyste powitania królów: Batorego, Zygmunta III, Władysława IV i Jana Kazimierza. Zygmunt August podarował go Jezuitom, którzy go wyremontowali, bo był wtedy w stanie opłakanym. Kościół posiada siedem kaplic. Kaplica Bożego Ciała ma witraże wykonane w Paryżu, osadzone w XX wieku, a kaplica św. Anny była kiedyś kaplicą studencką.    W kościele tym znajduje się pomnik Adama Mickiewicza i jego przyjaciela hr.Odyńca, a na chórze popiersie twórcy opery narodowej, Stanisława Moniuszki, wieloletniego organisty w tym kościele. 
       Z kościoła św. Jana udaliśmy się do kościoła św. Ducha. Założony prawdopodobnie przez Jagiełłę jako kościół drewniany, został oddany pod opiekę Dominikanów. Oni wznieśli nowy kościół i powiększyli klasztor. Wnętrze kościoła jest dość bogato ozdobione, z wielu ołtarzami. Tu obecnie znajduje się oryginał obrazu Bożego Miłosierdzia. Wizerunek został namalowany w Wilnie w 1934r wg wskazań bł. Faustyny Kowalskiej, której ukazał się Chrystus i polecił namalować taki właśnie swój obraz. Obraz ten najpierw był w kościele św. Michała, ale po jego zamknięciu trafił do kościoła św. Ducha. Jest to jedyny całkowicie polski kościół w Wilnie. We wrześniu 1993r spotkał się w nim z Polakami papież Jan Paweł II. Kościół św. Ducha posiada obszerne podziemia wypełnione ciałami pogrzebanych w wieku XVIII. Sama je odwiedziłam w czasie studiów w czasie ich porządkowania przez młodzież akademicką. Widziałam wtedy szereg trumien z XVII i XVIII wieku z dobrze zachowanymi zwłokami zakonników i świeckich. Za wejście do podziemi za moich czasów płaciło się 15 groszy. Czy obecnie zachowane są te podziemia – nie wiem.
       Teraz skierowaliśmy się do Ostrej Bramy. Chcieliśmy tam być jak najprędzej, a czasu mieliśmy niewiele, przecież zwiedzanie zaczęliśmy o 15-tej. Kiedy dotarliśmy przed kaplicę Ostrej Bramy, zeszłam z wózka, bo chciałam dostać się przed sam ołtarz. Z pomocą Moniki i laski, odpoczywając, pokonałam schody i znalazłam się przed cudownym obrazem. Modliłam się gorąco nie tylko za moich najbliższych, ale za Ojczyznę, za Ojca Świętego, za chorych i cierpiących. Łzy napływały mi do oczu, kiedy pomyślałam, że Bóg pozwolił mi zobaczyć jeszcze raz, po tylu latach, przesłodkie oblicze Matki Najświętszej Ostrobramskiej! To po prostu nie do wiary!
       Wg prof. Kłosa obraz ten w 1927 w związku z zamierzoną koronacją został poddany gruntownej i drobiazgowej konserwacji. Okazało się, że był bardzo zniszczony przez czas, ale bardziej przez nieumiejętnie się z nim obchodzenie.
       2-go lipca 1927r odbyła się niezwykle uroczysta koronacja Matki Boskiej jako Królowej Korony Polskiej na mocy dekretu papieża Piusa XI. Uroczystość ta odbyła się w obecności całego episkopatu polskiego, przedstawicieli rządu  i Marszałka Piłsudskiego.
       Kiedy zeszłam na dół z Moniką, przed ołtarz udał się Tomek, a potem już tylko kolacja i powrót do hotelu.
       Chciałabym jednak napisać tu o pewnym dawnym wydarzeniu związanym z Ostrą Bramą. W czasie okupacji, kiedy sowieci wkroczyli do Polski, a ja z mężem byliśmy   w więzieniu, do mieszkania przy ul. Piłsudskiego 13 m 4, w którym od wielu lat mieszkali rodzice męża / mieli 4 pokoje/, dokwaterowano dwa małżeństwa. To byli wojskowi z żonami. Pewnego dnia, po bliższym zapoznaniu się z matką, jedna z nich przyszła do niej i szeptem powiedziała: Maria Iwanowna – ja wieruszczaja. Mam medalik zaszyty w ramiączku stanika. Chodźmy do tej waszej Ostrej Bramy. Ja nie umiem się modlić. Wy będziecie mówić, a ja będę powtarzać. Ja was oczeń praszu /ja was bardzo proszę/. Czyż nie Matka Boska sprawiła, że ta młoda kobieta tak bardzo chciała się pomodlić, że nie bała się poprosić matkę, żeby poszła z nia do Ostrej Bramy?
       Muszę jednak wrócić  do mojej opowieści. Sobota, drugi dzień pobytu, pogoda nam dopisała. Nie było upału, ale było dość ciepło, także dla maszerującej obok Moniki, a szczególnie Tomka popychającego wózek. W tym dniu mieliśmy przewodniczkę, panią Stanisławę, która była też przewodnicką pary prezydenckiej pp.Kwaśniewskich. Sądziliśmy, że przewodniczka zaprowadzi nas do „Białego Domu”, w którym mieszkaliśmy jakiś czas, w którym przeżyliśmy tyle niebezpiecznych chwil i w którym urodziła się Renata. Ale najpierw udaliśmy się na Plac Katedralny, który był kiedyś zabudowany. Po wyburzeniu budynków odbywały się tam co roku jarmarki na dzień św.Kazimierza. Dopiero Rosjanie, kiedy postanowili wznieść pomnik Katarzyny II, przenieśli owe jarmarki na plac Łukiski i tam one odbywają się do dziś. Są to tzw. Kaziuki. Pamiętam je doskonale z czasów studenckich! Boże, co się tam działo! Jaki gwar, jaki szum i jaki tłok. Wszyscy się znali, rozmawiali, moc studentów / byli najliczniejsi i najgłośniejsi/ obwieszonych obwarzankami różnej wielkości, noszących w ręku piernikowe serca ozdobione kolorowym lukrem i różnymi napisami typu: kocham cię, bądź moja... itp. Ale najzabawniejszy był „język teściowej”. Z wyglądu była to rolka z ustnikiem na końcu. Ze środka tej rolki wystawały dwa piórka. Kiedy się mocno w ustnik dmuchnęło, rolka się rozwijała i trafiała np. w twarz mijanego przechodnia. Bawili się tym przeważnie studenci, strasząc tym przeważnie dziewczyny.
       Kiedy weszliśmy do katedry, z żalem stwierdziliśmy, że trafiliśmy tu w niefortunny czas: remont. Bałagan. Porozrzucane materiały budowlane. Jedynie Kaplica Królewska była czynna, ale i tak nie weszliśmy, bo krata była zamknięta. Wewnątrz odbywały się dwa chrzty. Oglądaliśmy więc kaplicę przez kraty.
       Trochę historii o Katedrze. Została założona przez Jagiełłę na miejscu pogańskiego gaju jako kościół drewniany, który niestety, spłonął doszczętnie. Do odbudowy katedry murowanej przyczynił się w.ks.Witold, ale po straszliwym pożarze w 1610r musiano przystąpić do trzeciej odbudowy, która trwała dwadzieścia kilka lat. Wówczas została tam zbudowana kaplica św.Kazimierza. W 12 lat po ukończeniu kaplicy złożono pod jej mensą ołtarzową serce zmarłego króla Władysława IV.
       Katedra była odbudowywana i przebudowywana pięciokrotnie. Przy ostatniej przebudowie w 1931r po straszliwej powodzi na wiosnę / nie byłam wówczas w Wilnie/ zaczęto badania od kaplicy św.Kazimierza. Znaleziono tam, pod płytą ołtarzową 2 puszki ze stopu cyny z ołowiem zawierające serce i wnętrzności króla Władysława IV. Dalsze badanie podziemi przyczyniło się do odkrycia w nawie głównej krypty mieszczącej szczątki króla Aleksandra Jagiellończyka, królowej Elzbiety i Barbary Radziwiłłównej, pierwszej i drugiej żony Zygmunta Augusta. Wszystko było w stanie opłakanym. Najlepiej zachowały się szczątki Barbary.          W piasku leżały jeszcze czaszki okryte koronami. Wszystkie te szczątki uporządkowano  i przeniesiono pod kaplicę św.Kazimierza wraz z urną z sercem Władysław IV.
        Po krótkim „postoju” przed kratami wyszliśmy z katedry, z małą nutką niedosytu, na plac katedralny, a stamtąd na ul. Mickiewicza zwaną kiedyś „Jerkiem” od dawnej nazwy /za czasów rosyjskich/ Prospekt Świętojerski. Za moich czasów to było centrum miasta. Ulica była gwarna, kolorowa, pełna ludzi, szczególnie w godzinach popołudniowych. Ożywiały ja wielkie, eleganckie kawiarnie, restauracje, teatr muzyczny „Lutnia” i wielkie sklepy z wyróżniającym się domem handlowym Braci Jabłkowskich, w którym można było ubrać się od stóp do głów nie wychodząc           z budynku. Dalej Bank Polski i Bank Ziemski, Kasyno Oficerskie oraz reprezentacyjny hotel „George’a”. Roiła się od studentów, kiedy raz w miesiącu mogli przyjść do teatru muzycznego za jedyne 5 groszy, ma się rozumieć, na najwyższym piętrze zwanym „jaskółką”.
       Wszystko to było dawniej...
       Obecnie ulica ta świeci pustką, choć wszystkie domy te same, nie naruszone ani przez wojnę ani przez czas.
       Jedyna kawiarnia, dawna Rutkowskiego, była otwarta, ale nikogo w niej nie było. Nic się nie zmieniła. W tej kawiarni zasiadali pisarze, poeci, artyści malarze – świat nauki i sztuki. Byłam tam raz z dyrektorem Polskiego Białego Krzyża, w którym pracowałam – jako oświatowa w wojsku /równocześnie studiowałam/. Przejechałam całą ulicę, a jest bardzo długa, i nie spotkałam ani jednego przechodnia. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy dawnym placu Orzeszkowej jakże zmienionym! Dawniej był to skwer zadrzewiony, pełen zieleni z ławeczkami... Po prawej stronie placu, w rogu była brama, przez którą wchodziło się do kościoła św. Jerzego. Dziś wejścia tego nie ma. Dawny plac Orzeszkowej nie istnieje. Wyłożony dużymi płytami w szarym kolorze, z kilku latarniami, wieje chłodem. Pustka, zimna pustka...
       Ruszyliśmy dalej ulicą Mickiewicza w stronę placu na Łukiszkach, przy którym znajduje się więzienie. Chciałam je zobaczyć, bo tyle razy stałam tu chcąc podać paczkę dla męża. On siedział tu od grudnia i stąd 4 lutego został wywieziony w głąb Rosji. Więzienie nie zmieniło się, tylko otoczenie... Przed więzieniem, od strony głównej bramy wjazdowej założony został skwer zadrzewiony, poprzecinany ścieżkami i trawnikiem. Objechałam więzienie dookoła szukając tego dużego „okna”, przez które przyjmowano paczki dla więźniów, ale go już nie było. Zatrzymaliśmy się na chwilę w ciszy i ruszyliśmy w kierunku mostu „Zielonego”. Bezpośrednio za mostem, nad brzegiem Wilii znajduje się kościół św. Rafała, którego wnętrze zostało zupełnie zniszczone przez Francuzów w 1812r , później przez Moskali i zamieniony na magazyn w 1832r.
       Kościół św. Rafała jest nieduży i niczym specjalnym się nie odznacza. W ołtarzu wielkim umieszczony jest obraz przedstawiający Rafała Archanioła wznoszącego się do nieba. Udałam się tam dlatego, że w tym kościele została ochrzczona moja starsza córka, Renata. Nie byłam na jej chrzcie. Byłam bardzo osłabiona po powrocie ze szpitala. Nabożeństwa w tym kościele odbywają się po polsku i po litewsku – na żądanie. Tak poinformował mnie kościelny, który otworzył nam drzwi bocznego wejścia do kościoła.
       Teraz zapragnęłam koniecznie odnaleźć mój „biały dom”, w którym spędziłam przeszło rok i w którym przeżyłam tyle groźnych chwil. Niestety, w tym dniu nam się to nie udało. Przed wojną „biały dom” znajdował się na peryferiach miasta. Teraz miasto się rozbudowało. Powstały nowe ulice, których nie znałam, więc tłumaczyłam nasze przewodniczce, że to było tuż nad Wilią i wiedziałam, że został tam teraz wybudowany duży ośrodek sportowy. Szliśmy w dobrym kierunku, jak przekonaliśmy się nazajutrz, ale doszedłszy prawie do tego ośrodka nie znaleźliśmy go, bo Monika, Tomek i przewodniczka byli już bardzo zmęczeni. Postanowiliśmy wracać. Monikę zaczęło boleć kolano, z którym już kiedyś miała kłopoty. Zrezygnowaliśmy z dalszych poszukiwań, a i przewodniczka nie wiedziała w końcu, gdzie iść. Mówiłam jej, że ta uliczka nosiła dawniej nazwę Świronek, ale ona tej nazwy nie znała.
       Zrezygnowani udaliśmy się w drogę powrotną. Tomek, który cały czas pchał mój wózek, pocieszał mnie, że go jutro odnajdziemy.
      Po powrocie do hotelu zadzwoniliśmy do syna właściciela tego domu i dowiedzieliśmy się, jak tam trafić. I tak minęła sobota, drugi dzień naszego pobytu w Wilnie.
       Niedziela. Od rana było pochmurno i niezbyt ciepło. Śniadanie zjedliśmy w hotelu    i zaraz potem wyruszyliśmy. Ja i Tomek. Monika została, bo nadal bolało ją kolano.
    Niebo było coraz bardziej zachmurzone i zaczął wiać zimny wiatr. Myślę, że nie byliśmy przygotowani na taka pogodę. Tomek miał cienki, kolorowy T-shirt i dość cienki półgolf, a ja – cienką bluzkę i letnią kurteczkę. W miarę oddalania się od hotelu robiło się coraz zimniej i zaczął padać deszcz. Miałam wprawdzie parasolkę, ale ona zasłaniała Tomkowi pole widzenia. Deszcz się wzmagał. Przystawaliśmy pod każdym daszkiem. Kiedy udawało się wychwycić moment uciszenia się deszczu, Tomek pchał wózek prawie biegiem, a ponieważ trzęsłam się z zimna, Tomek ściągnął swój półgolf i okrył nim moje plecy / mimo mego sprzeciwu/. Powiedział, że mu gorąco, bo jest cały czas w ruchu, nie dodając – z grzeczności – że i z wysiłku, bo cały czas było pod górkę. Przypomniały mi się moje wędrówki pod więzienie na Łukiszkach                z paczkami dla męża, ale nigdy nie myślałam, że to tak daleko i tak ciężko.
       Po jakimś czasie wśród zieleni coś przed nami zamajaczyło. Było to na wysokości kościoła św. Piotra i Pawła widniejącego po drugiej stronie Wilii, tak jak nas poinformował syn właściciela domu.
       Zbliżaliśmy się do prześwitującego przez drzewa budynku. Ja – z zapartym tchem, mocno bijącym sercem i kluchą w gardle – jakbym przeczuwała, co zobaczę. To był koszmar! Dom stał żałosny, samotny i zrujnowany. Okna i wszystkie drzwi – zamurowane, ściany nie świecące czystą bielą pokryte „liszajami” i rozmaitymi bohomazami, a dookoła panosząca się sięgająca do kolan trawa. Nie było ganeczku, w którym dyżurowaliśmy nocami, gdy ukrywali się u nas AK-owcy, nie było oszklonej werandy, przez której okno uciekał jeden z ukrywających się AK-owców. Nie było też drugiej zwykłej werandy od strony Wilii, pod której wysoką podmurówką z ogromnych kamieni chowałam swój notatnik, który jednak zaginął... Nie było bramy wjazdowej, ani domku dozorcy tuż przy bramie. Nie było chlewika, w którym stała moja piękna klacz Lady ze źrebakiem, który potem został sprzedany, i krowa Jola, która uciekła mi na dworcu w Skwierzynie i którą odnalazłam u sowietów, gdy chcieli ją przywłaszczyć. Nie było pralni z pokoikiem na górze, a którym ulokował się nasz podopieczny – Stanisław.
       A jak na ironię – po przeciwległej stronie wznosiły się nowe domy przy ośrodku sportowym na 4-ro hektarowej posesji dawnych właścicieli, których syn, Franciszek Walicki, mieszkający obecnie w Gdyni, do tej pory nie dostał żadnego odszkodowania.
       Na szczęście deszcz ustał i mogłam obejść dookoła dom zarośnięty trawą. Chciałam zajrzeć do pokoi, ale się nie udało. Tymczasem Tomek dostrzegł dach ukrytej za drzewami kapliczki. Oderwałam się od domu i ruszyliśmy między drzewa. Przypomniały mi się moje spacery z Renatką w wózku wśród drzew i kwiatów,            i modlitwy o opiekę nad nami. I myślę, że św. Tereska czuwała nad nami, bo mimo tylu zagrożeń, z opresji wychodziliśmy cało.
       Kapliczka, tak jak i dom, była w opłakanym stanie: ściany brudne, pokryte napisami i bohomazami, dwa stopnie przed wejściem pogruchotane, za to ozdobna krata – cała. Myślałam, że może nie jest zamknięta na klucz i pociągnęłam, ale była od wewnątrz zamknięta na kłódkę. Zbliżyłam twarz do kraty i zobaczyłam, że w miejscu, gdzie wisiał duży obraz św. Tereski, wisi średniej wielkości, owalny obraz Matki Boskiej, ale nie rozpoznałam jakiej, bo dla moich oczu było za ciemno. Pod obrazem na płycie ołtarzowej stały dwie świece i bukiecik kwiatów polnych. A wiec jednak ktoś opiekował się kapliczką, choć była taka okaleczona, brudna i obsmarowana napisami. Pomodliłam się jak dawniej, prosząc o opiekę nad nami i Ojczyzną i z sercem pełnym smutku ruszyłam w drogę powrotna. Ponieważ to była niedziela, chcieliśmy uczestniczyć w mszy św. Przed nami widniał kościół św. Piotra i Pawła po drugiej stronie Wilii i niedaleko most. Przeprawiliśmy się przez most i dowiedzieliśmy się, że o 13-tej będzie msza w języku polskim.
       Wjechałam do kościoła na wózku i  z niego nie wstawałam. Przystąpiłam też do komunii. Byłam zachwycona chłopcami, którzy tak pięknie czytali po polsku, wyraźnie, bez żadnych naleciałości i pomyślałam, że muszą mieć rodziców – wielkich patriotów, dbających o mowę polską.
       Kościół św. Piotra i Pawła ufundował Jagiełło jako kościół drewniany, który spłonął. Odbudowę istniejącego kościoła zainicjował Michał Kazimierz Pac, hetman wielki litewski za uratowanie życia podczas rozruchów zbuntowanego wojska. Z zewnątrz kościół nie wyróżnia się niczym szczególnym, za to wnętrze przedstawia się wspaniale! Kiedy się wchodzi, od razu rzuca się w oczy masywny świecznik kryształowy w kształcie łodzi żaglowej, a potem mnóstwo rzeźb i figur. Podobno postaci ludzkich jest 2000, wykonanych przez arcymistrzów włoskich.
       Po wejściu do kościoła doznałam kojącej jasności. Sprawiły to ściany i wszystkie stiuki o jednolitej bieli, ożywionej kolorowymi malowidłami na sklepieniach nawy głównej. Niestety, ołtarz główny nie jest dziełem tych artystów. Wg prof. Kłosa śmierć fundatora kościoła nie pozwoliła na dokończenie wymarzonego dzieła.
       W ołtarzu głównym wisi obraz – pożegnanie św. Piotra ze św. Pawłem. Nad wejściem do zakrystii znajduje się wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa, który hetman Pac zabierał na wyprawy wojenne. Pod chórem, po lewej stronie, stoi rzeźba św. Krzysztofa – patrona miasta.
       Najdłużej byłam przed obrazem Matki Boskiej Łaskawej po lewej stronie głównego ołtarza. Jest dość duży, w dość ciemnej tonacji i musiałam dość mocno się przyglądać postaci Matki Bożej z wyciągniętymi dłońmi, jakby chciała nas do siebie przytulić. Opuszczałam ten kościół pełna zachwytu.
       W drodze powrotnej wstąpiliśmy do kościoła św. Anny. Nie mogliśmy jednak wejść do środka, bo zagradzała je taśma, a stojący przy niej osobnik poinformował nas, że zaraz pojawi się orszak ślubny. Odmawiając modlitwę postaliśmy chwilę w krużganku, a potem ruszyliśmy ku dzwonnicy. Tam, w przylegającej do niej kaplicy, znajduje się wejście na tzw. „Stopy”. I tu spotkała nas przygoda.
     Kiedy chciałam przy pomocy Tomka i laski wejść na schody, stojąca obok kobieta zatrzymała nas mówiąc: - na schody trzeba wchodzić na kolanach, bo Chrystus wchodził na kolanach. Powiedziałam jej, że nie mogę, ale ona dalej powtarzała swoje i nie dawała nam wejść. Kiedy zawracaliśmy do wyjścia, inna kobieta powiedziała:
    - tu są drugie schody, po których można wejść. No i weszliśmy, zastając tam tylko stół nakryty białym obrusem, na nim krzyż i zapalone dwie świece, oraz stojącą małą ławkę. Trzy stare Litwinki głośno odmawiały różaniec. Usiadłam na ławce                     i pomodliłam się. Okazuje się, że stopnie są marmurowe, z osadzonymi pod szkłem relikwiami i dlatego wchodzi się po nich na kolanach. Skąd tu Chrystus? – pomyślałam. – Kto to wymyślił?
       Wróciliśmy do hotelu, gdzie czekała na nas Monika. Obiad. Tomek był wystarczająco zmęczony pchając cały czas mój wózek i na pewno głodny.
      Po obiedzie około 17-tej zostaliśmy w hotelu, bo znowu zaczęło padać i grzmieć. Odwiedzenie cmentarza na Rossie nie wchodziło w grę, czego żałowaliśmy bardzo. Niedziela była więc niefortunna, a w poniedziałek około 13-tej musieliśmy być już na lotnisku.
       W poniedziałek rano po śniadaniu i spakowaniu rzeczy pojechałam pożegnać Ostrą Bramę i Matkę Boską Ostobramską zawdzięczając to Tomkowi, który tak cierpliwie       i z uśmiechem pchał wózek przez trzy dni pobytu w Wilnie.
       Nie byłam na górze u stóp ołtarza, bo sama bałam się wspinać po schodach,            a Tomek musiał zostać przy wózku. Modliłam się na dole gorąco dziękując za wszystkie łaski i dobrodziejstwa jakich doznałam w życiu, a szczególnie w okresie okupacji, kiedy tyle razy byliśmy w niebezpieczeństwie! Modliłam się za Ojczyznę, za Ojca Św., za moich najbliższych, za chorych i cierpiących. a na koniec dziękowałam za to, że mogłam jeszcze raz przed śmiercią ujrzeć moje ukochane Wilno, pozwalając płynąć łzom smutku i radości, że oto jestem tu, u stóp Królowej Polski,  że spełniły się moje sny i marzenia...
       O 13-tej przyjechała zamówiona taksówka i zawiozła nas na lotnisko. Po wszystkich ceregielach odprawowych i nadaniu wózka na bagaż o 15,10 nasz samolot oderwał się od ziemi i powoli uniósł się w górę. Patrzyłam przez okno na oddalające się miasto moich marzeń i domki coraz mniejsze i mniejsze, aż do zniknięcia...  Wiał dość silny wiatr, trochę huśtało na boki, w górę i w dół, ale ja           i Tomek nie odczuwaliśmy żadnych dolegliwości. Jedynie Monika trochę narzekała.
       Po godzinie lotu byliśmy w Warszawie. Na samolot do Poznania czekaliśmy godzinę. I znowu godzina lotu.
       Wychodząc z samolotu na lotnisku Ławica zostawiałam za sobą wspomnienia, a w sercu obraz utraconego miasta....



     


    13 październik 2008 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005