<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "2"

  • Konstanty Kostka
  • Pierwsi Partyzanci
  • O Lucynie Stankiewicz …
  • Godzina W - AD 2008
  • Kowno i Wileńszczyzna na pocztówkach
  • Olgierd Stankiewicz - Wspomnienia
  • Lot do Wilna
  • A jednak wszystko jest możliwe ...
  • Komorów na mapach cz. 1
  • Komorów na mapach cz. 2
  • Jenike, Starzyński, Puzio
  • Dwanaście złotych pszczół
  • Kresowy życiorys
  • Bożena Dobaczewska - "Przeszłość" ...
  • Henryk Radziszewski
  • Bohater z Marcinkaniec koło Grodna – ppor. Piotr Juralewicz
  • Moje narodziny - wiersze Joanny Piwońskiej
  • Nowogródczyzna - wspomnienia z AK - Olgierd Stankiewicz
  • Tragiczny los Gołogór
  • Rutkowski Tadeusz
  • Zdzisław Małaczyński
  • Wspomnienia Janusza Mischke o ojcu
  • Janina Ziarko - wiersze
  • Wspomnienia Karola Skury - uczestnika bitwy pod Monte Cassino
  • Uwagi dotyczące hasła Skalski herbu Szeliga w książce Wiktora Wittiga - Nieznana szlachta polska
  • Jan Szczepański - Wieś Radzice w okresie okupacji hitlerowskiej
  • Przeżyłam Kazachstan
  • Moja ciocia z Ravensbrück
  • Błagowieszczanka
  • Wspomnienia o moim dziadku Alfredzie Hamburgerze
  • Skawińscy herbu Rawicz
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938

  • Błagowieszczanka

     

     

    Brighton 30/09/2014


    Wpierw krotkie streszczenie jak moja Rodzina znalaazla sie w Blagowieszczance. 
    Urodzilem sie na Futorze Koscielnym, Pow. Kostopol, Woj. Wolynskie jednym z trojga dzieci Stanislawa i Leontyny, z Bronowickich, Kwiatkowskich. 
    10/02/1940 zostalismy aresztowani przez Wladze Sowieckie i deportowani do Posiolka Darowatka (oblast Kostroma). 
    8-go Listopada 1941, po tak zwanej amnestii, wejechalismy z Darowatki pociagiem uzyskanym przez mego Ojca do stacji Superitiwnyj na glownym torze do Kirowa (Wiatka). Stamtad do Kirowa i wykupionym wagonem, po dwutygodniowej podrozy, dotarlismy do Taszkentu. Tam wladze skierowaly nasza grupe, okolo sto osob, do Dzalal Abadu rozmieszczajac nas po okolicznych kolchozach. My trafilismy do kolchozu "Bolszewik" w Karakule z rodzinami. Kolebukow i Jagielliczow. Karakul jest na polnoc od Dzalal Abadu. Tam zamieszkalismy u rodziny Hrehora Mytrenki, Ukrainskiego kolonisty. Dochodzil koniec Listopada 1941r. 
    12/02/1942 Ojciec zostal powolany do Wojska Polskiego. Piechota poszedl do Bazar Kurganu. Tej samej nocy, pieszo, do Dzalal Abadu by, nastepnego dnia znalezc sie w pociagu do Margielanu. 
    Zostalismy pod opieka Matki w rozpaczliwych warunkach. 
    Od Ojca nie bylo zadnych wiesci. Z poczatkiem Kwietnia do kolchozu dotarla pogloska o Polskim Wojsku kolo Dzalal Abadu. 
    9-go Kwietnia zostawiajac nas pod opieka Anny Mytrenko Matko poszla, piechota, poszukiwac tego oddzialu. 
    Wrocila wieczorem 10-go z bochenkiem chleba. 
    Dzien odpoczynku i 12-go, wczesnym rankiem, z pomoca Anny Mytrenko i jej corki Anny (Niura), ruszylismy do Blagowieszczanki przez gory. Slonko juz czerwienialo za horyzontem gdy zobaczylismy swiatla. Blagowieszczanki ale sil juz zabraklo pokonac ten ostatni kilometr. Litosciwa Uzbeczka przyla nas na nocleg. 
    Rankiem Matka poszla do Blagowieszczanki i wrocila wozem wojskowym. 
    Mraczyl drobny deszcz gdy dojechalismy do wioski i wysiedlismy w pierwszym domie na lewo. Bylo tam Dowodztwo 14goP. P. 5D. 
    Przybyli tame pare tygodni wstecz. 

    1/.
    Tam mieszkalismy pare dni nim Sierzant Urban, ktory opiekowal sie cywilami znalazl nam mala, pol otwarta budke u Uzbeckiej kobiety. Mniej wiecej w polowie, po zachodniej stronie, tej dlugiej, kilometrowej ulicej ktora byla Blagowieszczanka w 1942r.
    Wioska lezala rownolegle do rzeki Kugart. Za rzeka Dzalal Abad. Po obydwyu stronach tej polnej ulicy byly rowy z kladkami do domow. Wysokie lipy rosly po naszej stronie. Naprzeciw, ogromne krzewy roz. 
    Miedzy domami naprzeciw byla sciezka prowadzaca do placu pokrytym zwirem. 
    Przez ten plac toczyl sie maly strumyk. Tam czesto bawilem sie z rowiesnikami. Tam tez zolnierze wykopali maly basen by orzezwiac sie podczas upalow. 
    Na polnocny wschod byly pola bawelny az do podnoza pagorkow przed wysoka gora. Przez pola, na ukos od ulicy ciagnal sie gleboki row nawadniajacy. Tam chodzilem z Matka zbierac suche badyle bawelny na opal. 
    Nasz dzienny wikt byl bardzo skromny. Karmili nas zolnierze ze swych, uszczuplonych porcji. Ta opieka ocalila nas. 
    Wiosna predko cieplala i poludnie byly gorace. Zolnierze na cwiczeniach cierpieli z tego powodu. Kwaterowali sie w namiotach na poludniowej czesci tego przyrzecznego placu gdzie cienia nie bylo. Bylo tam pare malych budynko i rodzaj przedszkola z wykladami dla starszych. 
    Na "naszym" podworku byl sklad soli kamiennej. Duze, brunatne kamienie pilnowane przez wartownika. 
    Choc juz nie grozila nam smierc glodowa nadal grasowaly choroby wycienczenia. Jednego poranka na podworko przyslo kilkanascie dzieci pod opieka dwoch, starszych dziewczat. Nigdy nie zapomne rozpaczy na twarzy jednej z nich gdy starala sie pomoc malemu chlopczykowi z opadla kiszka stolcowa. 
    Po prowiant Wojsko jezdzilo dwu konnymi wozami, brodem przez Kugart, do Dzalal Abady. Droga przez most na polnoc byla o wiele dluzsza. Brod byl plytki ale prad silny i, pewnego dnia wywrocil sie woz topiac dwa konie. Szczesliwie bez ofiar w ludziach. 
    Pamietam pogrzeb oficera w chmurny, wilgotny dzien. Cmentarz byl na prawo od polnocnego wjazdu do wioski. Dlugnie lata pozniej, w kronice pulkowej, znalazlem potwierdzenie tego wydarzenia. Bez dowodow nie wspomne co mowiono o tym wtenczas. 
    Dobrze pamietam defilade, chyba na Wniebowstapnienie. Na placu stala Trybuna Oficerska i, po Mszy Sw., oddzial za odzialem maszerowal miedzy Trybuna a szeregiem cywilow po przeciwnek stronie. 
    Jeden dowodca tak sie przejal ta impreza ze pelnym glosem zawolal "oczy w prawo" przy salutowaniu. Niestety Trybuna byla na lewo i..........cala kompania, prawidlowo zasalutowala na lewo. Bylo troche cichego smiechu i zazenowania. 
    Teraz juz bylo upalnie. Bawelna zaczynala sie bielic na polach gdy poznego popoludnia zawitala do nas Anna Mytrenko z corka. Hrehor byl powolany do wojska pare tygodni wstecz i, by przezyc, prowadzily swoja jedyna krowe na rynek w Dzalal Abadzie. Krowa byla mleczna, Mama miala troche maki i tego wieczora mielismy wszyscy zacierke na mleku. 
    Nazajjutrz, w mglisty poranek, placzac, zegnaly sie Mama z Anna ktora bardzo prosila o wiadomosc jesli uda sie nam opuscic Zw. Sowiecki. 
    Jej dzieci to byly Anna (Niura), Iwan (Wania) i Aleksandra (Szura) ktora bezskutecznie uczyla mnie robic koszyki z tataraku ktory rosl przy ich domu.
    Wkrotce po tym przebudzilem sie jednego rana do odglosow silnych wybuchow. Patrzac sie w tym kierunku zobaczylem ze po kazdym wybuchu powstawal bialy dym na pagorkach za polami bawelny. 
    Wojsko prowadzilo ostre manewry. Manewry trwaly caly dzien i jeszcze nastepnego rana bylo czuc swad w powietrzu. 
    2/.
    Tego wieczora "nasza" Uzbeczka piekla lepioszki w piramidowym piecu na podworku. Zrecznie rzucala te "nalesniki" na wewnetrzna powierzchnie pieca i rownie zrecznie je zdejmowala gdy byly gotowe ukladajac je w sterte. 
    Dojrzewaly jablka i morwa. Jablka byly male ale slodkie i czasem mielismy dwa czy trzy do jedzenia. Jednak glowna opieka byl Sierzant Urban. Szczesliwie przebyl wojne i byl w Anglii w latach 1950-ych. 
    Czas uplywal. Liscie przydronich lip pokryte byly slodkim sokiem i roze naprzeciwko tonely pod masa bialych, bardzo wonnych, kwiatow kiedy rozniosla sie pogloska o rychlym wyjezdzie. 
    Dostalismy zawiadomienie do pakowania sie w podroz. 
    Malo bylo pakowac. Ubranie nosilismy, bylo wiadro, dwa garnki, pare lyzek i nozy, pare kocow i sprezynowa waga (ktora posiadum do dzisiaj), czesc posagu Mamy. 
    Bylo to w pierwszych tygodni Sierpnia. 
    Nastepnego ranka ladowalismy sie na ciezarowki wojskowe stojace rzedem w polnocnym koncu wioski. 
    Jedyne miejsce nam bylo na stertach bagazu zlozonego na otwartych ciezarowkach. 
    Pojechalismy droga na most do Dzalal Abadu, Droga ktora szla ponad domem tej litoscciwej Uzbeczki ktora dala name nocleg gdy szlismy do Blagowieszczanki.
    Podroz do Dzalal Abadu trwala krotko. Chowalem sie od wiatru za dach szoferki i patrzylem sie na biale ogrodzenie mostu przez Kugart. 
    Kilkanascie minut i wsiadalismy do pociagu w Dzalal Abadzie. 
    Bylo sucho i cieplo. Jakze odmiennie od naszego przyjazdu w Listopadzie kiedy padal deszcz i bloto na dworze bylo tak glebokie ze Ojciec musial mnie niesc by posadzic na Uzbeckiej arbie. 
    Predko zasnalem, Gdy sie przebudzilem byl bialy dzien, pociag mijal trawiaste wzgorza. 
    Opuszczalismy Zw. Sowiecki bez wiadomosci o losie Ojca. Ale to juz dalsza historia.

    Zbigniew Kwiatkowski

    PS Historia kolem sie toczy, zeszlego Grudnia moj syn, z zwiazkiem swej pracy spedzil tydzien w stolicy Kirgistanu, Biszkek. 


      


      


      


      




     





     


     

     

     


     

    22 październik 2014 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005