<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem "2"

  • Konstanty Kostka
  • Pierwsi Partyzanci
  • O Lucynie Stankiewicz …
  • Godzina W - AD 2008
  • Kowno i Wileńszczyzna na pocztówkach
  • Olgierd Stankiewicz - Wspomnienia
  • Lot do Wilna
  • A jednak wszystko jest możliwe ...
  • Komorów na mapach cz. 1
  • Komorów na mapach cz. 2
  • Jenike, Starzyński, Puzio
  • Dwanaście złotych pszczół
  • Kresowy życiorys
  • Bożena Dobaczewska - "Przeszłość" ...
  • Henryk Radziszewski
  • Bohater z Marcinkaniec koło Grodna – ppor. Piotr Juralewicz
  • Moje narodziny - wiersze Joanny Piwońskiej
  • Nowogródczyzna - wspomnienia z AK - Olgierd Stankiewicz
  • Tragiczny los Gołogór
  • Rutkowski Tadeusz
  • Zdzisław Małaczyński
  • Wspomnienia Janusza Mischke o ojcu
  • Janina Ziarko - wiersze
  • Wspomnienia Karola Skury - uczestnika bitwy pod Monte Cassino
  • Uwagi dotyczące hasła Skalski herbu Szeliga w książce Wiktora Wittiga - Nieznana szlachta polska
  • Jan Szczepański - Wieś Radzice w okresie okupacji hitlerowskiej
  • Przeżyłam Kazachstan
  • Moja ciocia z Ravensbrück
  • Błagowieszczanka
  • Wspomnienia o moim dziadku Alfredzie Hamburgerze
  • Skawińscy herbu Rawicz
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938
  • Historia budowy szkoły w Szyszkowie w latach 1937-1938


  • Jan Szczepański

    Moje wspomnienia

    Wieś Radzice w okresie okupacji hitlerowskiej – rok 1939 

     


     

     


     Tak się złożyło, że dzień 1 września 1939 roku zastał mnie w Radzicach. Na dwa dni przed wybuchem wojny, gdy atmosfera przygraniczna na Górnym Śląsku stawała się coraz to bardziej napięta przyjechałem tu z żoną i dwiema małymi córkami , aby zostawić je u ojca. Powrót dla mnie stał się już niemożliwy. Przyszło mi więc razem z rodziną przeżywać okupację w tych okolicach aż do jej zakończenia.
    Gdy za kilka dni pojawiła się ogromna fala uciekinierów aż spod Wielunia z okropnymi wieściami o krwawych wyczynach Niemców, pociągnęła również za sobą wielu tutejszych ludzi, a zwłaszcza dorosłą młodzież i nie zmobilizowanych jeszcze rezerwistów. Prawie w przededniu wkroczenia wojsk nieprzyjacielskich i ja z młodszym bratem Antkiem zdecydowaliśmy się na ucieczkę , kierując się na Radom w stronę Wisły. Pod Radomiem zorientowawszy się, że Niemcy są już przed nami, zawróciliśmy do domu. Ci, którzy zdążyli dostać się za Wisłę, a nawet i za Bug, narazili się tylko na długą gehennę powrotu, zjawiając się pojedynczo we wsi aż do późnej jesieni.
    Machina wojenna niemiecka przewalała się przede wszystkim głównymi traktami, a boczne wsie omijała, toteż na polach i lasach, a także i po wioskach kręciło się pełno polskich żołnierzy. Jedni porzucali broń i kierowali się w rodzinne strony, drudzy zaś w mniejszych i większych grupach próbowali jeszcze przedrzeć się lasami za Wisłę, aby dołączyć do swoich. Wówczas to doszło do większej potyczki z nieprzyjacielem w lesie przy szosie pod Żardkami. Zginęło tam przeszło 80 Niemców, a wśród nich i generał. Nasi stracili około 60 żołnierzy.
    Odważniejsi ludzie ze wsi wypadali do pobliskiego lasu i znosili stamtąd różne cenniejsze pozostałości po wojsku, a byli i tacy, którzy zajęli się zbieraniem porzuconej broni i amunicji ukrywając ją pod ściółką leśną lub zakopując do dołów. Wieś dopiero została poruszona, gdy nadeszła wiadomość, że Niemcy wyłapują na szosie powracających uciekinierów i zamykają ich do remizy strażackiej w Drzewicy. Ktoś doniósł, że są tam i ludzie z Radzic. Zaraz więc pobiegły do Drzewicy niektóre kobiety, aby ratować swoich. /Mężczyźni bali się ryzykować/. Od nich dowiedzieliśmy się o zamordowaniu przez Niemców proboszcza. ks. Stanisława Klimeckiego. 
    Przez pierwsze dwa miesiące wieś przeżywała względny spokój. Żołnierze niemieccy wpadali tylko od czasu do czasu po „żywiec”, ale wystawiali kwity i kazali zgłaszać się do Opoczna po zapłatę. Wszyscy myśleli, że pozostanie tak nadal , więc stopniowo zaczęło się życie we wsi normować. Byli i tacy, którzy zaczęli nawet chwalić sobie Niemców licząc, że ci zaprowadzą lepsze porządki, niż było to za sanacji.
    Tymczasem niedługo, chłopi nasi na własne oczy zobaczyli te niemieckie „ porządki”. Przeżyłem i ja to wspólnie z nimi.
    W dniu 1-go listopada jeszcze nie rozwidniło się dobrze, gdy z trzaskiem otwarły się drzwi do naszego mieszkania, a na progu stanęło dwóch uzbrojonych Niemców. Wpadli z wrzaskiem do izby i zaczęli spędzać nas z łóżek, grożąc wystawionymi do strzału karabinami. Wszystkim mężczyznom kazali szybko się ubierać i wychodzić na drogę. Córki moje podniosły lament i zaczęły krzyczeć przeraźliwie. Jeden z żołnierzy z szarżą podoficera zauważywszy, że jestem inteligentem i rozumiem trochę po niemiecku złagodniał nieco i kazał mi dzieci uspokoić. Oświadczył, że nic mi się nie stanie, że niedługo powrócę do domu. Wyprowadzili wtedy mnie, ojca, brata i szwagra oraz brata żony, który zatrzymał się u nas, powróciwszy z ucieczki.
    Na drodze patrzymy, a tu z końca wsi pędzą już całą gromadę chłopów i z każdej chałupy coraz to nowych wyganiają. Słychać bliższe i dalsze strzały, widocznie za uciekającymi.
    I tak biegiem przez wieś, popędzani wrzaskiem i kolbami dotarliśmy aż do mostu i zostali wpędzeni na łąkę obok kuźni Czecha. Rozkazali nam wszystkim klęknąć z podniesionymi do góry rękami.
    Dobiegając do tego miejsca , z przerażeniem dostrzegłem, że pod ścianą kuźni klęczy już kilkunastu chłopów odwróconych do nas plecami. Wśród nich poznaję nauczyciela, Piotra Pałysa. Napadła mnie tragiczna myśl: „Tych pewnie rozstrzelają”.
    Klęczącym już na murawie pokazał się nam jeszcze gorszy widok po drugiej stronie drogi. Tam pod ścianą chaty znajdowało się całe , liczne pokolenie radzickich Żydów Kuców –„Ślamioków”. Nad nimi znęcali się już rechocący żołdacy – oprawcy, kopiąc ich i okładając kijami. Cała gromada chłopów na ten makabryczny widok jakby zastygła z przerażenia.
    „Po co Niemcy nas tu przygnali?”,
    „Co teraz z nami będzie?”.
    A ci , mając nas wszystkich już na placu, zaczęli pokazywać co potrafią i urządzać z Żydami nieludzkie wprost przedstawienie. Wzięli ich między siebie, kazali skakać, przysiadać, czołgać się, a bili i kopali tak niemiłosiernie, że wszyscy wkrótce krwią się pozalewali. Dali dopiero spokój, kiedy już z Żydów pozostały krwawe, drgające łachmany.
    Wtedy wystąpił do nas dowódca – oficer, jakiś smarkaty jeszcze młodzieniec i przy pomocy tłumacza , polskiego jeńca –żołnierza wykrzyczał do nas przeraźliwie groźne przemówienie.
    Zapowiedział, że Polski już nie ma , że tylko Niemcy mają teraz władzę, że oni pokażą co potrafią, że nie zniosą żadnego, najmniejszego oporu, że każdy kto by myślał inaczej, tak będzie wyglądał, jak ci śmierdzący Żydzi , co leżą tam pod ścianą.
    Mówił długo , akcentując dobitnie każde słowo, które jak szczęk broni, jak razy kija po żydowskich plecach, uderzały boleśnie w nasze uszy. Na zakończenie zapowiedział, że Niemcy znają na wsi każdego swego wroga, ale czekają, że chłopi sami ich wydadzą, a jeśli tego nie zrobią, ci którzy klęczą pod kuźnią zostaną rozstrzelani.
    Gdy tłumacz przekładał ostatnie jego słowa, wlepił swój groźny wzrok w tłum klęczących przed sobą ludzi sprawdzając, jakie to zrobi wrażenie. A chłopi jakby znieruchomieli, jak pieńki wrośnięte w ziemię, ani drgnięciem muskułu na twarzy nie dawali poznać, co się w ich wnętrzu dzieje….
    Skończył i kazał opuścić wszystkim ręce, co wywołało ciche westchnienie ulgi w tłumie. Potem udał się do izby naprzeciwko, a tłumacz wziął podaną mu listę, zaczął po kolei wywoływać niektórych chłopów i posyłać ich na przesłuchanie.
    Przesłuchania te trwały krócej, lub dłużej, a każdy z trwogą czekał , czy aby nie przyjdzie kolejka i na niego. Nic nie można było się dowiedzieć, bo przesłuchanych sadzano osobno z daleka, obok chaty na trawie. Później tylko widzieliśmy, że u niektórych na indagacji się kończyło, ale było wielu, którym kolbami porządnie plecy poobijano. Z rodziny mej wezwano ojca i szwagra Piecyka. Ten drugi cały był posiniaczony.
    Przesłuchania trwały aż do samego południa. Przez ten czas hitlerowcy znów zabawiali się Żydami. Cucili ich wodą i od początku to samo z nimi wyprawiali. Aż trudno uwierzyć, że człowiek może tak wiele wytrzymać!
    Wreszcie wyszedł oficer, kazał wszystkim nam powstać i zapowiedział: „ Każdy, kto ma u siebie jakąkolwiek broń, amunicję, czy inne rzeczy wojskowe, jeżeli zaraz je tu przyniesie, będzie mu darowane. Ale bieda temu, kto nas oszuka! Daję na to 20 minut czasu! A teraz biegiem wszyscy do domu! 
    Nareszcie! Wszyscy się w mig rozbiegli.
    W domu zastałem istny bałagan. W międzyczasie wpadli tu Niemcy i zrobili dokładną rewizję. Nawet słomę z sienników powyrzucali. Okazało się potem, że podobne rewizje urządzili u wszystkich, którzy pod kuźnią byli przesłuchiwani.
    Wystraszeni ludziska poznosili na wyznaczone miejsce najrozmaitsze rzeczy po wojsku pochowane. Żadnej jednak broni Niemcy się nie doczekali. Jedynie trzech chłopów : Mateusz Barul i Józef Kmita z Przedziałków oraz Jan Rudniak z Radzic Małych przynieśli trzy stare obrzynki z karabinów, które jeszcze od czasów pierwszej wojny światowej mieli gdzieś tam u siebie pochowane. Ci wyszli na tym najgorzej. Niemcy zaraz ich obskoczyli i nałożyli kajdany, a potem, gdy powkładali do samochodów co lepsze z poskładanych rzeczy, zabrali ich ze sobą i odjechali w nieznane. Wszyscy byliśmy pewni, że do wsi nie wrócą już wcale. Po kilku jednak dniach przywlekli się zmaltretowani i zgłodniali aż ze Skarżyska. Widocznie wyższe władze niemieckie tego starego żelastwa nie potraktowały poważnie.
    Dowiedzieliśmy się później, że podobne wyczyny jak w Radzicach , urządzili Niemcy i w innych , większych wioskach. Tam, gdzie nie było Żydów takie krwawe pokazy odbyły się na wybranych chłopach. Od tej pory chłopi mieli już dokładne wyobrażenie o porządkach niemieckich, zrozumieli, że dostaliśmy się wszyscy w kleszcze śmiertelnych wrogów. A wśród działaczy wiejskich zwłaszcza młodych zaczęła już kiełkować myśl o organizowaniu samoobrony. Nic dziwnego, ze kiedy wkrótce pojawił się w lasach oddział polskiego wojska majora Hubali, wszystkim serca gorąco zadrgały. Ale to już inna historia.



    Jan Szczepański
     



    Wiersze



    Jan Szczepański ( 1905-1979) urodził się we wsi Radzice Duże  w powiecie opoczyńskim. Poza okresem okupacji pracował i działał społecznie jako nauczyciel na Śląsku, głównie w  Siemianowicach Śl.
    Myślami jednak stale wracał do ukochanej wsi, co odzwierciedlił w swojej
    twórczości. Oto kilka jego wierszy związanych z rodzinną wioską:

     Danuta Makarewicz z domu Szczepańska


    ·        Me rodzinne pole

    Nieraz myślą wybiegam na pole drożyną,

    Mijam żyto, pszenicę, jęczmień z koniczyną,

    W Szczerzawach grządki marchwi, las czerwonych maków,

    I na gruszy obsiadłe całe chmary ptaków!...

    Na Piaskach w ziemniaczanym dole się ukryję,

    Do Stoczku wpędzę żaby, nogi tam obmyję,

    Potem w Olszynce na mchu miękkim się położę,

    Gdzie uśpi mnie skowronek, ukołysze zboże!...

    ... Choć słońce parzy w głowę, ja nie zważam na nic,

    Wstaję i biegnę znowu do samiutkich Granic,

    Zapachem polnych kwiatów upajam się cały,

    Cieszy mnie każde miejsce, każdy szczegół mały!...

    ...Wzdrygnąć się nieraz muszę, na chwilę przystając,

    Gdy spod nóg mi wyskoczy niespodzianie zając,

    Lub przez drogę przebiegnie czerwona łasica,

    A co gorsze, gdy jęknie w zbożu Południca!...

    ... Już przebiegłem Ugory, u Kałuży staję,

    Nad głową krąży czajka, iść dalej nie daje;

    Jęczy, pomocy woła w śmiertelnej obawie...

    Pewnie gniazdko z małymi ma ukryte w trawie!...

    ...Chętnie bym jeszcze zerwał pączek wodnej róży,

    Ale zawracać muszę, bo już odgłos burzy

    Dolatuje z zachodu. Już horyzont w dali

    Niewyraźnie przyćmiony, słońce mocniej pali...

    Widzę, jak bydło z pastwisk, zadarłszy ogony,

    Wznosząc tumany kurzu, pędzi przez zagony!...

    Wtedy i ja przejęty ogólnym postrachem

    Zmykam, by być bezpiecznym pod rodzinnym dachem!...

    ..................................................................................

    Tak to nieraz, gdy dość mam obcych stron i ludzi,

    Do Ciebie, moje Pole tęsknota się budzi!

    Z Ciebie wzrosłem, po Tobie nosiła mnie matka!...

    Tyś mnie życia uczyło!.... Tyś moje z pradziadka!!!

     

                                                    Siemianowice, 8 stycznia 1939.



    Grusza polna

    Stoi samotna w polu dzika grusza

    Darta przez wichry i deszczem smagana,

    Lecz silna, zdrowa niby chłopska dusza.

    Zamknięta w sobie i ziemi oddana,

    Z ziemią ją łączy tajemnicza siła.

    Z nią się tysiącem ramion powiązała,

    Jej każdą troskę swoją powierzyła,

    Piosnkę cudowną o niej wyśpiewała!

     

    Popatrz! Jak do niej na żer ciągnie ptactwo,

    Jak sok z niej spija przeróżne robactwo,

    Jak kamieniami pastuchy w nią walą,

    A jej złamane gałązki się żalą!...

     

    Ale, gdy niebo czarne chmury skryją

    I wokół wichry burzliwe zawyją,

    Zobacz, jak wszyscy ślą jej uśmiech bratni,

    Bo tylko pod nią ratunek ostatni!

     

    Patrz! – W gruszę piorun grzmotnął podczas burzy.

    Myślisz, że biedną już życia pozbawił?!

    Tych co się skryli, wszystkich w puch rozkurzył,

    Jej nieszkodliwą bliznę pozostawił!

     

                                                    Siemianowice, 30 stycznia 1939.

     


    Matulu kochana!

    Tak dobra, tak o nas zawsze zatroskana!

    Nigdy nie narzekałaś, cierpiałaś bez skargi.

    Ostatnie słowa o mnie zamknęły Ci wargi,

    A mnie wtedy nie było!...

    Pamiętam, że tej nocy prawie nic nie spałem,

    Byłem nieswój, a nawet nad ranem płakałem,

    Bo mi się coś strasznego o Tobie przyśniło!.

    Odjeżdżając ostatni raz, gdy Cię żegnałem,

    Tyś płakała jak nigdy! ...Już przeczucie miałem,

    Że stanie się coś złego! ...Że to – nie myślałem...

    Wtedy ja długo przez łzy w twarz Twoją patrzałem

    I dotąd Cię tak widzę, jak spoglądasz ku mnie!...

    Za miesiąc witałem Cię, ale martwą w trumnie!!!

    ...Przyjechałem. Noc była. Księżyc jasno świecił.

    Słyszałem u sąsiadów rozpłakane dzieci...

    Poszedłem wprost do Ciebie! Nikt mnie nie usłyszał.

    Ogarnęła mnie pustka i śmiertelna cisza...

    Tyś leżała jak posąg... Przy blasku księżyca

    Widać było Twe blade, wynędzniałe lica...

    Długo, długo klęczałem z głową przy Twej głowie

    A słów, które szeptałem, nikomu nie powiem,

    Bo za drogie! ... -To będzie nasza tajemnica!!!

    .........................................................................

    Śmierć ta mi drzwi zamknęła na dziecinne lata,

    Teraz do nich w marzeniach czasem człek kołata

    I żal za tym co było, nieraz łzę wyciska,

    Gdy wraca rzeczywistość i marzeń czar pryska!

     

                 Siemianowice, luty 1939 - w 13 rocznicę śmierci matki.



    Wierzba stara

    Na środku wsi za drogą stara wierzba stała.

    Burza niegdyś kawałek pnia jej oderwała.

    Wewnątrz pusta, a z góry miała ciemny otwór.

    Wyglądała jak stary obrzydliwy potwór.

     

    Chodziły o niej po wsi rozmaite wieści:

    To, że otwór do piekła w jej środku się mieści,

    Lub, że mieszka tam miernik, co po nocach świeci,

    To znów, że straszne zwierzę, co porywa dzieci.

     

    Starzy zaś nam mówili, że dawno, przed laty,

    Obwiesił się na wierzbie jakiś pan bogaty,

    Który za krzywdy ludzkie pokutuje dotąd

    I co noc miesza w kotle rozpalone złoto.

     

    Na szczęście ktoś powiesił na niej obraz święty

    I tym sprawił, że odtąd ten potwór przeklęty

    Żadnej krzywdy już nie mógł wyrządzić nikomu,

    Ale i tak w noc ciemną bałem się wyjść z domu.

     

    Przyszła wojna; ta dla niej nie była łaskawą.

    Ścięto ją. Dziś to miejsce zarośnięte trawą.

     

                                                    Siemianowice, 10 marca 1939.

     

     

    Rozszumiały się wierzby płaczące...

    (Wspomnienia z roku 1943)

     

    Była to jesień. Noc ciemna – deszcz.

    Wokoło cisza. – Zasnęła wieś.

    Umilkł już nawet za piecem świerszcz,

    Pies tylko czasem zaszczekał gdzieś...

     

    Wtem – słyszę jakiś na drodze zew...

    Potem – jak gdyby odgłosy nóg...

    Potem – się rozległ tej pieśni śpiew...

    To nasi chłopcy – jak miły Bóg!

     

    Wśród swoich lasów - wśród własnych pól

    Błądzą jak duchy – mściciele krzywd!

    Dławi ich rozpacz – popędza ból

    A zemsta budzi do czynu zryw!

     

    Temu rodzinę w chacie spalili

    I sam uciekać musiał jak pies....

    Ten umknął z lagru, tego odbili,

    A ten trzy lata już w lesie jest!

     

    Dość już mam cierpień! – Dość już mam łez!

    Nie zniesiem dłużej, by pluł w nas wróg!

    Albo nam wolność – albo nam kres!

    Ale nie padniem zbójcom do nóg!...

     

    Chwytaj do garści, co tylko masz;

    Karabin, granat – choćby i cep!

    Bij, wal psubrata – w pysk prosto praż!

    A jeszcze w błocie rozdepcz mu łeb!...

     

    Zmieniali szyki co każdą noc,

    By wroga nagle chwytać za kark,

    Choć garstką byli, była ich moc!

    Cały las był ich i każdy park!...

     

    Krwawym się śladem stała ta pieśń,

    Mogił tysiącem wśród leśnych drzew,

    Znało ją miasto – znała ją wieś...

    O, cześć wam chłopcy! – za trud – za krew!!!

     

                                                                    Styczeń 1947

     

    Moje młode lata

    Byłem dzieckiem...

    Świat śmiał się do mnie

    Chabrami oczu matuli!

    To nic, - że chleb był czarny,

    Że zimno w zgrzebnej koszuli!...

     

    Byłem chłopcem...

    W niebo spojrzałem

    Przez czarne oczy dziewczyny!

    To nic, - że tylko skrycie

    Słałem tęsknoty jedynej!...

     

    Młodzieńcze lata...

    Z losem w rozterce

    I serce bólem targane!

    To nic, - że były bolesne,

    Lecz żal, - że takie przegrane!

     

                                                    Radzice, lipiec 1959

     


    O gwiazdeczko

    O gwiazdeczko coś błyszczała

    Gdym ja ujrzał świat.

    Czemu teraz gwiazdko mała

    Twój promyczek zbladł.

     

    Czemu teraz już nie świecisz

    Jak za dawnych lat

    Gdym na matki sypiał łonie

    W czarodziejskich snach.

     

    Zaświeć proszę całym blaskiem

    Gdy me życie trwa,

    Kiedy serce żal zalewa,

    W oku błyszczy łza.



    Fatamorgana

    W noc pogodną nad ranem

    Za białym parawanem

    We mgle gęstej jak obłok

    Do snu legła rzeka.

    Śpią przy niej wszystkie drzewa,

    Tylko młyn się wciąż gniewa

    I jak starzec na los swój

    Bez przerwy narzeka.

    Rankiem zmarznięta, blada,

    Mgła ku ziemi przysiada

    I powoli do nieba otwiera zasłony.

    Wtedy w słońce ubrane,

    Niby fatamorganę

    Ujrzysz nad mgłą złociste

    Starych drzew korony...

     

    Radzice, lipiec 1959






    Jan Szczepański 

    „Hubalczycy”
    Początki ruchu oporu w Radzicach i w powiecie opoczyńskim



    Wstęp 

    Poniższy tekst stanowi fragment niepublikowanej dotychczas książki „Radzice” napisanej w 1970 roku przez mojego ojca Jana Szczepańskiego (1905-1979) przy współpracy z Łukaszem Matysiakiem ze wsi Radzice Duże.
    Dwa egzemplarze maszynopisu tej książki w oprawach introligatorskich pozostały w mieszkaniu moich rodziców Siemianowicach Śląskich jako pamiątki rodzinne. Nie wiem, czy kiedykolwiek powstały jakieś inne egzemplarze i nie przypuszczam, żeby książka ta była przekazywana gdzieś do publikacji. 
    Z tej samej książki pochodzi również udostępniony już fragment „Wieś Radzice w czasie okupacji hitlerowskiej – rok 1939.” 
    Teraz, gdy minęło już 45 lat od śmierci mojego ojca, wreszcie dotarło do mnie, że książka ta musiała być napisana z myślą, aby „szerokiemu ogółowi” (słowa z tekstu mojego ojca) pokazać, z jakim zapałem biedna wieś kielecka, z której sam pochodził, powitała majora „Hubala” i przystąpiła do organizowania ruchu oporu przeciw okupantowi. 
    Mój ojciec raczej nie komentuje opisywanych wydarzeń. Oddaje przeważnie głos Łukaszowi Matysiakowi lub Janowi Wolskiemu, którzy należeli do najbardziej aktywnych uczestników tamtych wydarzeń. Zamieszcza również wykaz zwerbowanych ochotników do Oddziału majora „Hubala”.
    Dawniej wydawało mi się, że temat "Hubala" został tak szeroko już przedstawiony w literaturze, że trudno coś jeszcze do tego dodać. Teraz widzę jednak, że współdziałanie mieszkańców wsi kieleckiej z oddziałem majora „Hubala” nie zostało nigdzie tak szczegółowo opisane.
    Zdecydowałam się na zamieszczenie w Internecie tego fragmentu książki „Radzice”, bo jestem przekonana, że zawarte w nim relacje uczestników tamtych wydarzeń pozwolą czytelnikom lepiej poznać zachowanie wsi kieleckiej w latach okupacji niemieckiej.

    Danuta Makarewicz z domu Szczepańska
    21.07.2014 r. – Siemianowice Śl.



    „Hubalczycy”. 
    Początki ruchu oporu w Radzicach i w powiecie opoczyńskim.

    Major Henryk Dobrzański, pseudonim „Hubal”, którego postać znana jest szerokiemu ogółowi z opowiadania Melchiora Wańkowicza „Hubalczycy”, po dramatycznym przedzieraniu się z większym oddziałem ułanów od Janowa Łomżyńskiego aż do powiatu koneckiego, stoczył [1 listopada 1939 roku] potyczkę z Niemcami we wsi Cisownik. Na początku listopada 1939 roku w sile kilkudziesięciu ludzi znalazł się w lasach między Studzianną [gmina Poświętne] a Radzicami. Oparcia użyczyły mu tu dwie leśniczówki, na Bielawach i w Stefanowie a z wszechstronną pomocą pospieszyły wszystkie okoliczne wioski.
    Od samego początku aż do końca jego tutejszej działalności, mieszkańcy wsi Radzice, związawszy się z nim ścisłą współpracą, odgrywali nieprzeciętną rolę. Zaczęło się od tego, że w dniu 11 listopada mjr Hubal przyjechał do wsi z pięcioma ułanami i zatrzymał się w Radzicach Małych u Jana Matysiaka. Powołując się na Władysława Głobińskiego, znanego działacza ludowego ze Studzianny, polecił wezwać do siebie Stanisława Kmitę i Jana Wolskiego z Radzic Dużych, z którymi odbył potajemną rozmowę. W rezultacie tej rozmowy powstała we wsi zakonspirowana placówka miejscowych „Hubalczyków”, która zaczęła wypełniać dla oddziału specjalne zadania. Polegały one początkowo głównie na dostarczaniu wyżywienia dla ludzi i koni.
    Do przedstawienia doniosłości i przebiegu tej współpracy niech posłużą zebrane tu wspomnienia niektórych najbardziej zaangażowanych w niej miejscowych działaczy młodzieżowych z obrazowym i ciekawym nieraz opisem ich dramatycznych przygód.
    Po nawiązaniu kontaktu z majorem – opowiada Łukasz Matysiak otrzymaliśmy polecenie, aby gromadzić broń i amunicję, zbierać żywność oraz przeprowadzać werbunek ochotników do oddziału. Ze zdobyciem broni i amunicji nie było trudno, gdyż wiele jej było zachowanej w okolicy, a chłopi dowiedziawszy się o co chodzi, chętnie ją nam oddawali.
    Jednak Hubalczycy w lesie zaczęli sobie poczynać zbyt swobodnie, przez co przedwcześnie dali już znać Niemcom o sobie. Kilku ułanów wybrało się na Pasterkę do klasztoru w Studziannie, a cały oddział potem manifestacyjnie wziął udział we mszy noworocznej. Było to wprawdzie dla ludzi bardzo wzruszające spotkanie, bo wszyscy w kościele się popłakali, ale od tej pory zaczęło wrzeć w okolicy od emocji. Wkrótce znów doszło w lesie do bezpośredniego zetknięcia się ułanów z samym generałem Blaskowitzem stacjonującym w pobliskiej Spale, który podczas polowania zapuścił się aż pod Bielawy. Sytuacja stała się niebezpieczna i trzeba było szybko zmieniać miejsce postoju.
    Major Hubal przybył ze swym oddziałem w sile około 30 ludzi do Radzic Małych, zatrzymując się w zagrodach Piotra i Jana Matysiaków, gdzie spędził jeden dzień i dwie noce. Wówczas to przywołał do siebie Stacha Kmitę i obaj udali się w kierunku lasów przysuskich szukać nowego miejsca zakwaterowania. Wybrano wieś Gałki. Odjeżdżając z Radzic oddział otrzymał od nas kilkanaście karabinów oraz kilka skrzyń granatów i amunicji. Dookoła w pobliżu stacjonowały oddziały niemieckie: w Gielniowie, Przysusze, Drzewicy, Zameczku i Opocznie, ale na skutek wielkich zawiei śnieżnych nie wychylały się daleko ze swoich kwater. 
    Z chwilą, gdy oddział przeniósł się do Gałek, odległych o przeszło 20 km od Radzic, znaleźliśmy się w o wiele trudniejszej i bardziej niebezpiecznej sytuacji przy wykonywaniu powierzonych nam zadań. A zadania te zostały nam jeszcze bardziej poszerzone. Major ustalił z nami, że Radzice będą odtąd miejscem przerzutu ludzi do oddziału, a głównym punktem zbiorczym będzie sklep spółdzielczy, którym kierował Jasio Wolski. Mieli tu się zgłaszać ochotnicy z odpowiednimi hasłami z rejonów Studzianny, Rzeczycy, Inowłodza, Tomaszowa, Nowego Miasta i Piotrkowa. Cały ciężar pracy zwalił się teraz głównie na naszą „trójkę” tj. na mnie, Jasia Wolskiego i Stacha Kmitę. Podzieliliśmy więc główne zadania między siebie. Jasio przyjmował i weryfikował zgłaszających się ochotników, ja skierowywałem ich lub nawet odprowadzałem do Gałek, a przy tym ciążył na mnie główny obowiązek dostarczania tam sprzętu bojowego, żywności i wiadomości z wywiadu. Pomagał mi w tym również Wolski a Stacho Kmita ubrał mundur i poszedł od razu do oddziału, stając się głównym łącznikiem z Radzicami. Ludność wsi ustosunkowała się przychylnie do danin na rzecz oddziału, przeważnie w postaci żyta i owsa. Żyto mełliśmy w Giełzowie, we młynie pani Choteckiej, która również często i własnej mąki nam dodawała. Z mąki chleb wypiekały nauczycielki Szkoły Rolniczej w Radzicach: Zofia Szymańska, Anna Figwer i Urszula Chmielewska. W szkole tej oprócz żywności magazynowana była broń i amunicja. Znajdował się tam również punkt etapowy dla łączniczek oddziału.
    Z najbliższych wsi, a głównie z Radzic, zgłosiło się 25 ochotników, z których siedmiu ze Stachem Kmitą na czele od razu poszło do Gałek. Pozostali byli trzymani w rezerwie, współpracując tu na miejscu z nami przy organizowaniu broni, żywności i innych niezbędnych potrzeb.
    A oto wykaz zwerbowanych ochotników:
    I. Ci, którzy poszli do Oddziału.
    1. Stasław Kmita – Radzice Duże
    2. Bronisław Różycki - Radzice Duże
    3. Kazimierz Brola - Radzice Duże
    4. Franciszek Bożyk – Werówka
    5. Antoni Goliński – Werówka
    6. Filip Bogatek – Jelna
    7. Komyszew – Drzewica

    II. Pozostali na miejscu.

    1. Jan Wolski - Radzice Duże
    2. Łukasz Matysiak - Radzice Duże
    3. Stanisław Kowalczyk s. Władysława - Radzice Duże
    4. Stanisław Kowalczyk s. Jakuba - Radzice Duże
    5. Antoni Kowalczyk - Radzice Duże
    6. Stefan Kmita - Radzice Duże
    7. Józef Kowalczyk - Radzice Duże
    8. Wincenty Celej - Radzice Duże
    9. Stefan Rogulski - Radzice Duże
    10. Adam Wrzosek - Radzice Duże
    11. Antoni Kaczmarek - Radzice Duże
    12. Stefan Nowak - Radzice Małe
    13. Stanisław Kałużny - Radzice Małe
    14. Jan Kowalczyk - Radzice Małe
    15. Ireneusz Lach – Swierczyna
    16. Józef Bielecki – Trzebina
    17. Piotr Szczepanik – Wygnanów
    18. Antoni Kowalski – Zameczek

    Nauczycielki z Radzic współpracujące z Oddziałem:

    1. Zofia Szymańska – nauczycielka Szkoły Rolniczej
    2. Anna Figwer – nauczycielka Szkoły Rolniczej
    3. Urszula Chmielewska – nauczycielka Szkoły Rolniczej
    4. Irena Rakoczy - – nauczycielka Szkoły Podstawowej

    Wśród starszych gospodarzy, którzy najchętniej pomagali i użyczali koni do transportu, byli: Józef Kopeć, Stanisław Rogulski i Worach.

    W czasie transportu z Radzic do Gałek - wspomina Łukasz - było wiele przygód i niebezpiecznych spotkań z Niemcami. Zdarzało się, że po kilku naraz wsiadało na nasze sanki, a myśmy przewozili ich po parę kilometrów na ładunkach broni i żywności. Wystarczyło tylko, aby który z nich sięgnął ręką i zbadał, co go gniecie w siedzenie, a doszłoby niechybnie do następstw dla nas bardzo nieszczęśliwych, bo Niemcy zawsze byli liczniejsi i dobrze uzbrojeni.
    Jedną z takich przygód przy transporcie do Gałek opisał mi Jasio Wolski, a że jest pełna junackiej werwy i krytycznych napięć, to warto ją przedstawić w całości.
    Pewnego razu - opowiada Wolski – dostaję wiadomość ze Szkoły Rolniczej, że piecze się tam większa ilość chleba, a jutro z rana ma przyjechać do nich jakaś szycha niemiecka, oczywiście jak zwykle z większą obstawą żołnierzy. W związku z tym pani Szymańska prosi , aby koniecznie zabrać ten chleb, jak również i broń u nich przechowywaną. Był jeden CKM, kilka KB i kilka skrzyń granatów.
    Zaraz po południu wysłałem do szkoły duże, podwójne sanie, bo były ogromne śniegi oraz swoich ludzi, którzy do wieczora wszystko na nie załadowali. Spodziewaliśmy się, że dziś jeszcze wieczorem ktoś przyjedzie do nas z oddziału i ten ładunek zabierze. Na wszelki wypadek zamówiłem na wsi dwóch woźniców z końmi na godzinę dziesiątą w nocy, którzy solidnie mnie zapewnili, że będą. Czekamy więc obaj z Łukaszem Matysiakiem na kogoś z Gałek, ale nikt nie przyjechał. Przeszła godzina 22-ga i naszych woźniców nie widać. Około 11-tej idziemy do nich, a ci śpią sobie w najlepsze. Gdy to zobaczył Łukasz ze złości aż włosy rwał na głowie, a ja tak się zdenerwowałem, że o mało nie pobiłem jednego z nich. Widząc, że nie mają ochoty jechać zrezygnowaliśmy w końcu z nich i zaczęliśmy szukać sposobu, żeby choć do rana wywieść gdziekolwiek ten ładunek ze szkoły. Nie mieliśmy jeszcze wtedy zaprzysiężonych ludzi, którymi można było dysponować.
    Idąc przez wieś, pierwszego na drodze spotkaliśmy Wincentego Celeja. Chłopak młody , mógł mieć najwyżej 17 lat. Tylko co wspomnieliśmy mu o co chodzi, a on od razu mówi, że się zgadza, że jedzie i daje własnego konia.
    Odsyła nas również do Rogulskiego Stefana. Ten chce dać konia, ale sam się boi jechać. Zabieramy więc oba konie z Wickiem Celejem i pędzimy do szkoły. Z miejsca ruszamy we trzech o drugiej w nocy. A tu przed nami ponad 20 km drogi, ciężki ładunek i wielkie zaspy na drodze. Celej jako woźnica kieruje nas na krótsze drogi przez Przedziałki i Jelnę. Na końcu wsi zabrnęliśmy tak w śniegu, że dalej jechać nie ma mowy. Zawracamy więc przez Przedziałki , by jechać utartą już nieco drogą na Drzewicę. Za Strzyżowem wpadamy znów w tak ogromne zaspy, że jeden koń się przewrócił i zginął zupełnie w śniegu. Nie było innej rady, tylko musieliśmy konie wyprząc , towar przenieść jakieś czterdzieści metrów dalej na plecach, sanki przepchać, załadować z powrotem i dopiero próbować dalszej drogi. Z każdego z nas pot lał się nie tylko po plecach, ale i włosa nie było suchego na głowie. Przy tym nie opuszczała nas świadomość, że obok w Drzewicy stacjonuje kilka niemieckich oddziałów bojowych.
    Na miejsce dotarliśmy na godzinę siódmą rano. Major, gdy nas zobaczył kazał natychmiast przywołać kucharzy, rozpalić ogień i gotować śniadanie. Gdyśmy już pojedli i wysuszyli się, chcieliśmy zaraz wracać do domu, ale Major zaczął nas namawiać, aby się trochę przespać, odpocząć i dopiero wieczorem wyruszyć w drogę. Ja się jednak uparłem , bo chodziło mi o sklep. Co ludzie by powiedzieli, gdyby cały dzień był zamknięty ! Wobec tego Major Hubal ustąpił i koniecznie chciał nam dać eskortę, ale i to myśmy mu odradzili. Zabraliśmy tylko ze sobą trzy karabiny, kilka granatów i tak w biały dzień ruszyliśmy w powrotną drogę. Ja do tego jeszcze byłem w wojskowym mundurze, ale miałem obszerną burkę, więc starannie go pod nią ukryłem.
    Konie teraz z pustymi saniami szły dobrze. Gdy dojechaliśmy do Brzustowca i minęli szkołę, patrzymy, a tu naraz zza zakrętu przed nami wychodzą Niemcy. Aż trzy kompanie bojowe. Maszerują w kierunku Drzewicy. Co robić? Skręcić w bok nie ma jak, bo ściany śniegu stoją na przeszkodzie. Zawrócić ? Nie ma mowy, bo pomyśleliby, że chcemy uciekać. Mówię więc do woźnicy, by zwolnił i jechał tak, by ich nie dogonić. I tak wleczemy się za nimi w odległości około 40 metrów. Byle do Wesołówki! Już dojeżdżamy, a tu pech chce, że pierwsza kompania staje i pada komenda: - Rozejść się. - Druga i trzecia to samo. Teraz dopiero zrobiło się nam gorąco. O zawróceniu nie było mowy! Celej obejrzał się na mnie i pyta: - Co robić? - Łukasz zeskakuje z sań i idzie pieszo dalej. Ja leżąc z tyłu w słomie , podsuwam woźnicy kilka granatów. Sam odbezpieczam jeden i trzymając go w pogotowiu, każę jechać dalej. Mówię jeszcze do niego:
    -Najmniejszy , podejrzany ruch Niemców , to ty poganiaj konie i w drogę.
    I tak, jak gdyby nigdy nic, wjeżdżamy w szpaler Niemców. Oni robią nam przejście , usuwając się na boki i w odśnieżone wnęki prowadzące do domów. Tak mijamy pierwszą kompanię, potem drugą i robi nam się już prawie wesoło. A tu jeden z Niemców łapie konie za cugle! Zdrętwiałem! Wystraszony Celej ogląda się na mnie. Na szczęście w tym momencie drugi żołnierz, stojący obok niego, uderza go w rękę. Ten puszcza konie i możemy jechać dalej! 
    I tak ze strachem, ale i z honorem udało nam się prześlizgnąć przez cały ten niemiecki kordon i dojechać powoli aż do radzickiej drogi. Tu dosiada się Łukasz i wtedy dopiero całym kłusem ruszyliśmy przed siebie. W stawie drzewickim utopiłem po drodze odbezpieczony granat, by nie robić hałasu. W domu byliśmy na trzecią po południu.
    Do marca 1940 roku - wspomina dalej Wolski – mieliśmy z Łukaszem aż po uszy roboty. Pod koniec oddział w Gałkach liczył już trzy bataliony piechoty, w tym jeden karabinów maszynowych i szwadron kawalerii. Mieli nawet dwa działa „ siedemdziesiątki piątki .” Była to już duża jednostka bojowa z dobrym uzbrojeniem, do czego przyczyniła się nasza wieś Radzice. 
    Najwięcej wysiłku włożyła w to nasza niezmordowana „trójka”. Niewiele jednak zdziałalibyśmy sami, gdyby nie było patriotycznego odruchu i skutecznej pomocy ze strony ogółu chłopów.
    Nadchodziła wiosna i Niemcy szykowali się do generalnej rozprawy z Hubalem. Nic też nie wskazywało na skuteczną pomoc z Zachodu. Władze centralne w Warszawie doszły do wniosku, że oddział należy rozwiązać, by nie narażać ludności cywilnej na niemieckie represje. W połowie marca przybył w tej sprawie do Gałek pułkownik Okulicki, ps. „Miller”, komendant Łódzkiego Okręgu ZWZ i po dramatycznej dyskusji między nim a Hubalem doszło do demobilizacji z takim trudem zorganizowanego oddziału. Sam Hubal jednak nie zrezygnował z dalszej walki. Stanęło przy nim jeszcze około 70 najbardziej oddanych mu żołnierzy pieszych i konnych. Zaopatrzywszy ich w wyborową broń, wyruszył z nimi w kierunku Gór Świętokrzyskich, aby pod osłoną tamtejszej puszczy nękać dalej wrogów partyzanckimi wypadami. Z naszych radzickich chłopów pozostali nadal przy nim: Różycki, Brola i Bożyk. Stacho Kmita powrócił do domu.
    Niemcy sądząc, że mają nadal do czynienia z licznym oddziałem, zaczęli go tropić z tysięcznymi siłami. Starali się oddział okrążyć i zlikwidować. Doszło do dramatycznych starć w Huciskach, Chlewiskach, Skłobach i Szałasach. Hubalowi udaje się wymykać, ale z coraz to większymi stratami. Wreszcie widząc, że z całą grupą trudno mu będzie poruszać się w terenie, podzielił ją na dwa mniejsze oddziały. Pieszym polecił przedzierać się dalej do Gór Świętokrzyskich, a sam na czele konnych wrócił znów do lasów studziańskich..
    Niemcy jednak poszli w ślad za nim. W dnu 30 kwietnia osaczony przez nich pod Anielinem zginął w nierównej walce. I tak zakończyła się epopeja ostatniego oddziału polskiego wojska pod wodzą bohaterskiego Majora, która przeszła do najpiękniejszych historii narodowych.
    Wróg skończywszy z Hubalem, zabrał się teraz do ogólnej pacyfikacji terenu. Na pierwszy ogień poszły wsie Gałki i Mechlin, w których oddział zimował. W dwukrotnym nalocie wszystkich mężczyzn wymordowano lub wywieziono na stracenie, a dzieci i kobiety zabrano na roboty do Niemiec. Aż do końca wojny obie wypalone wsie ziały pustką i porastały chwastami. Widmo strachu zapanowało nad całą okolicą. 
    Hubal przyjmując do oddziału liczne rzesze ochotników, nie zdołał ustrzec się przed nasyłanymi mu konfidentami gestapo, na skutek czego rozpoczęły się liczne aresztowania w terenie. W maju ofiarą padli dwaj nasi hubalczycy z Werówki: Franciszek Bożyk i Antoni Goliński, których zamordowano w Radomiu. W czerwcu wpadli żandarmi po Stacha Kmitę, Jana Wolskiego i Łukasza Matysiaka, ale ci już ukrywali się przezornie i zabrać ich się nie udało. Aresztowali we wsi nauczyciela Piotra Pałysa i wykończyli go w Piotrkowie. Ogółem w powiecie opoczyńskim w związku z działalnością majora Hubala zginęło ponad 400 osób.
    O dalszej działalności konspiracyjnej w Radzicach tak informują znów Łukasz Matysiak i Jan Wolski:
    W czerwcu 1940 roku za pośrednictwem Józefa Bieleckiego z Trzebiny dotarli do nas wojewódzcy działacze ZMW z Kielc: Stefan Pietrzyk i Edward Marzec z propozycją zorganizowania na wsi komórki Polskiej Organizacji Zbrojnej ( POZ „Racławice”), na co od razu wyraziliśmy zgodę. W niedzielę, 6 czerwca Łukasz Matysiak, Stanisław Kmita, Jan Wolski i Józef Bielecki zebraliśmy się w ogrodzie Wolskiego, złożyli przysięgę i ustalili plan pracy organizacyjnej. Na wniosek władz wojewódzkich komórka nasza stała się również centralą powiatową. Stanisław Kmita ps. „Twardy” objął sprawy wojskowe, Jan Wolski ps. „Lis” - sprawy gospodarcze, Józef Belecki ps.”Sęp” - wywiad i łączność z władzami wojewódzkimi, Łukasz Matysiak ps. „Cichy” – archiwum POZ „Racławice” i kolportaż prasy.
    Od tej pory zaczęła się intensywna praca i na wsi i w powiecie. W Radzicach była już właściwie zorganizowana grupa związana z działalnością Hubala. Więc tylko otrzymała nową nazwę i praca potoczyła się dalej. W powiecie oparto się na znanych działaczach ZMW i byłych „hubalczykach”, którzy powrócili do domu.
    Do końca 1940 roku – opowiada Matysiak – mieliśmy już zorganizowane placówki w Radzicach, Drzewicy, Brudzewicach, Jastrzębiu, Sadach, Woli Załężnej, Parczowie, Błogiem, Kunicach i w Opocznie, a członków około 900. W tych ośrodkach byli zaprzysiężeni kierownicy, którzy utrzymywali z nami stały kontakt, prowadzili szkolenie bojowe, przeciwdziałali penetracji NSZ-towców oraz szerzyli propagandę sabotowania kontyngentów i wysyłania ludzi do Niemiec na roboty. Wkrótce organizacja nasza na skutek przeprowadzonej unifikacji została wcielona do Związku Walki Zbrojnej - ZWZ. Straciliśmy wówczas charakter komórki powiatowej i zostali poddani rygorom nowych władz, ograniczając się do działalności w swoim rejonie. 
    W roku 1941 likwiduje się ZWZ a na jego miejsce powstaje Armia Krajowa.
    Przechodzimy znów do AK.
    Do oddziału Hubala – wspomina Wolski – szli ludzie bez różnicy przekonań. Każdy był dobry, byle Polak, byle chciał walczyć z wrogiem. Później natomiast przekonania polityczne zaczęły już odgrywać dużą rolę. Na tym tle zaczęły się również różnicować i konspiracyjne organizacje bojowe. Dochodziło nawet do ostrej rywalizacji między nimi, a często i do starć, zwłaszcza między skrajnymi organizacjami lewicowymi i NSZ-tem. Nasza radzicka organizacja akowska od początku solidaryzując się współpracowała z lewicą i do końca wojny utrzymała się na tej pozycji.
    Rok 1941 zaznaczył się masowymi łapankami ludzi do Niemiec oraz terroryzowaniem chłopów, by zmusić ich do robót leśnych i oddawania kontyngentów żywnościowych. Wojsku i żandarmom zaczęli pomagać Volksdeutsche z okolic Tomaszowa i Jawora. Były wypadki bicia chłopów przed sołtysem. W przeciwdziałaniu tym akcjom wiele pomagała prasa konspiracyjna, której kolportażem zajmował się Łukasz Matysiak. Sprowadzał ją z Kielc i Radomia, jeżdżąc tam po nią na rowerze. Były to „Walka i Wolność”, jednodniówki „Iskry”, „Żołnierz Polski”, a od roku 1942 „Żywią i bronią” – organ Ruchu Oporu Chłopskiego.
    22 czerwca tegoż roku, gdy Niemcy uderzyli na Związek Radziecki, walka konspiracyjna z wrogiem jeszcze bardziej się wzmogła. Zaostrzyły się również na naszym terenie stosunki między ugrupowaniami lewicowymi i NSZ-towcami, którym przewodził właściciel fabryki drzewickiej, August Kobylański z braćmi Suskiewiczami. 
    Wczesną wiosną 1942 roku Niemcy przystąpili do likwidacji Żydów. Spędzono wszystkich z Nowego Miasta, Odrzywołu i Klwowa do Drzewicy. Potem odbył się makabryczny pochód około sześciu tysięcy Żydów z Drzewicy przez Radzice do Opoczna. Na drodze zostało około 40 trupów zastrzelonych przez Niemców. 
    Nasza organizacja – opowiada Łukasz – próbowała pomagać Żydom. Namawialiśmy niektórych, by kryli się u chłopów lub uciekali do lasu. Zrobiło to kilkunastu Żydów, a między nimi trzech braci Kuców z Radzic oraz Kurant, Chaba, Czapnik i Zameczkowski z Drzewicy. Ukryli się w lesie i tam zrobili sobie podziemny schowek, a myśmy dostarczali im żywność, prasę a nawet i w broń ich zaopatrzyli. W lesie ukrywało się sporo i innych Żydów. Później Niemcy ich wszystkich wymordowali, do czego przyczynił się głównie komendant granatowej policji ze Studzianny.
    Pracując już od roku 1939, bo od „Hubala” począwszy, spora i zdyscyplinowana grupa konspiracyjna z doświadczonymi działaczami na czele zdobyła sobie duży autorytet we wsi, przez co wpływała również i na regulowanie wielu spraw natury socjalno-bytowej. Przede wszystkim wzięła pod opiekę wysiedlonych z Wielkopolski, Pomorza i Łodzi, którzy porozmieszczani po chałupach wiejskich nie wszędzie znajdowali należytą pomoc i zrozumienie. Gdy nie pomogły upomnienia, trzeba było nieraz uciekać się do bardziej drastycznych środków, a mogła to zrobić tylko organizacja wojskowa.
    W czerwcu 1942 roku dotarła do Radzic organizacja Ruchu Oporu Chłopskiego. Przewodzili jej w powiecie: Stefan Szymański1), były kierownik Uniwersytetu Ludowego w Radzicach, Władysław Głobiński ze Studzianny, Jan Szczepański 2), radziczanin, ale mieszkający w Kruszewcu i Władysław Wojtaszek ze Smardzewic.
    Stefan Szymański był zarazem delegatem Rządu na powiat Opoczno. 
    Do władz powiatowych tej organizacji wejdą później Wincenty Klimek i Wojciech Kmita z Radzic.

    Jan Szczepański


    Przypisy Danuty Makarewicz z domu Szczepańskiej:

    1) Jan Szczepański (1905-1779) – urodził się w Radzicach Dużych. Od roku 1928 pracował jako nauczyciel na Górnym Śląsku. W czasie okupacji niemieckiej mieszkał z żoną i dwoma córkami, Wandą i Danutą, we wsi Kruszewiec w powiecie Opoczyńskim. 
    2) Stefan Szymański został postrzelony przez żandarmów w swoim domu w Studziannie 7 sierpnia 1943 r. Próbując ucieczki dostał serię w brzuch z karabinu na oczach dzieci i żony. Zmarł w drodze wieziony przez Niemców do Tomaszowa.






     

    Akcja zrzutowa „Cichociemnych” pod kryptonimem „Pies 10” w Radzicach.


    Jan Szczepański


    ( Fragment  niepublikowanej książki „Radzice” napisanej w 1970 roku  na podstawie relacji żyjących jeszcze wówczas uczestników wydarzeń.)


    Wstęp


    Poniższy tekst stanowi kolejny fragment z niepublikowanej dotychczas książki „Radzice” napisanej w 1970 roku przez mojego ojca Jana Szczepańskiego (1905-1979) i zawiera wspomnienia żyjących jeszcze wówczas uczestników wydarzeń:  Łukasza Matysiaka i Jana Wolskiego.


     Zdecydowałam się na zamieszczenie w Internecie tego fragmentu książki „Radzice”, bo jestem przekonana,  że zawarte w nim relacje uczestników tamtych wydarzeń pozwolą czytelnikom lepiej poznać  zachowanie wsi kieleckiej w latach okupacji niemieckiej.


    Bezpośrednio inspiracją dla mnie do zamieszczenia tego właśnie fragmentu, był komentarz pani dr Anny Szurczak z Kalisza do wspomnień, jej matki Franciszki Chałabińskiej, która w latach  okupacji była kierowniczką szkoły we wsi Libiszów koło Opoczna. Pani dr Anna Szurczak pisze:Działalność Hubala nie poszła na marne. W miejscowościach, gdzie przebywał, w Studziannie i Radzicach, ludowcy zaczęli się organizować. W Radzicach miały podobno miejsce zrzuty lotnicze.”


    Danuta Makarewicz z domu Szczepańska


     


     


    AKCJA ZRZUTOWA „CICHOCIEMNYCH” POD KRYPTONIMEM „PIES 10” W RADZICACH


     


    Jest to chyba najciekawsza akcja na terenia Radzic, którą  tu w najściślejszej tajemnicy przeprowadziła grupa akowska. Grupę tą stanowili:


    Stanisław Kmita – jako dowódca


    Łukasz Matysiak


    Jan Wolski


    Franciszek Białas ze Świerczyny


    Kowalczyk Stanisław syn Jakuba


    Kowalczyk Stanisław syn Władysława


    Stefan Nowak z Radzic Małych


    Teofil Kaczmarek z Radzic Małych


     


    Później, w okresie przekazywania skoczków i transportu zrzutu zaangażowano jeszcze Bieleckiego Józefa z Trzebiny i Kowalskiego Antoniego z Zameczku jako zabezpieczenie oraz nauczycielki: Szymańską Zofię i Rakoczy Irenę w roli łączniczek.


    Relację z tej akcji będą stanowiły przedstawione mi wspomnienia Łukasza Matysiaka i Jana Wolskiego jako najbardziej w tym zaangażowanych.


    2 lipca 1942 roku – wspomina Łukasz – zostaliśmy wybrani przez centralne władze, jako grupa specjalna do odebrania zrzutu z Anglii. W dniu tym przybył do nas z Kielc „Tadeusz”. Pojechałem z nim na rowerze przez Brzuzę, Dębę, Ceteń, Brudzewice, Gapinin i Domaszno, aby znaleźć odpowiedni teren do zrzutu. „Tadeusz” wybrał miejsce na radzickim polu pod lasem na tzw. „Przedatkach”, na polu Matysiaków (rodziny Łukasza). Wtedy wybraliśmy ośmiu ludzi [wyżej wymienionych],  którzy zostali zaprzysiężeni i ci stanowili specjalną grupę do działania.


     Po odpowiednim przeszkoleniu i przygotowaniu – opowiada znów Wolski – pod koniec listopada 1942 roku nadszedł czas oczekiwania na zrzut. U mnie teraz stale siedzi przysłany oficer operacyjny z radiem i każdego wieczoru o godzinie 17 słuchamy wiadomości z Londynu.


    Naraz słyszymy:  „Wojenko, wojenko...” Piosenka ta była hasłem, że samolot wylatuje do nas ze zrzutem. Teraz dopiero zaczął się ruch! Wszystko oczywiście było przygotowane, ale trzeba było szybko zawiadomić ludzi.


    O godzinie 22 małymi grupkami i z potrzebnym sprzętem jesteśmy już wszyscy na umówionym miejscu zbiórki. Zanim udaliśmy się na „Przedatek”, sprawdzamy jeszcze, czy w Szkole Rolniczej nauczycielki są przygotowane na odbiór skoczków. Stwierdzamy, że wszystko w porządku: kawa się gotuje, są ubrania i kenkarty dla skoczków, łączniczki w pogotowiu.


    Tej nocy jednak samolot do nas nie dotarł. Gdy wracaliśmy stało się nieszczęście, bo operator przewrócił się w krzaki i zgubił jakąś część od stacji nadawczo-odbiorczej. Szukaliśmy jej wszyscy, ale nadaremnie. Bez tej części aparat działać nie może.


    Według relacji Łukasza była to lampa KP-4. Pojechałem wtedy – opowiada  – rowerem aż do Krakowa, aby szukać jej  u znajomych. Zeszło mi dwa dni, ale lampy tej nie znalazłem. Dopiero dostaliśmy ją przez łącznika z Warszawy.


    W styczniu 1943 roku – mówi dalej Łukasz – nasza grupa otrzymuje meldunek i czekamy na zrzut.  Samolot także nie doleciał. Dowiedzieliśmy się później, że miał defekt nad Danią. Postrzelony, zrzucił ładunek do wody, ale zdążył jeszcze wrócić do Anglii.


    19 lutego otrzymaliśmy następny sygnał o zrzucie. Tym razem już bez zawodu. Około godziny 21 jesteśmy wszyscy na miejscu. Pogoda pochmurna ale księżycowa, więc możliwie widno. W ośmiu ludzi  uzbrojonych i zaopatrzonych w sygnałowe lampki elektryczne, stajemy do odebrania zrzutu. Około godziny 2 po północy słyszymy warkot motoru samolotu od strony Brudzewic. Za chwilę nadlatuje nad ustalony punkt. Nie zmylił nawet o sto metrów. Nasz operator „Wiesław” nadał umówiony sygnał świetlny i z samolotu też mu odpowiedziano. Upewniamy się, że to jest ten oczekiwany. Operator zaraz wydał polecenie utworzenia przez nas strzałki świetlnej w kierunku wiatru. Trzymaliśmy duże lampki światłami do góry. Samolot zrobił jeszcze jedno okrążenie nad Drzewicą, Nieznamierowicami i Domasznem i wykierował lot na naszą strzałkę, obniżając się do około 500 metrów . Słyszymy tylko: pyk.. pyk... pyk...  - to   otwierają się spadochrony. Aż biało od nich w powietrzu! Jest ich dziesięć. Każdy z naszych upatruje swojego, aby wiatr nie przeniósł go do lasu. Spadochrony z kontenerami i z bronią spadają w niewielkiej odległości od siebie. ( Kontenery,  to takie beczki żelazne o ciężarze około 130kg). Czterej skoczkowie, jako lżejsi, lądują w większym rozrzucie: pierwszy na polu Wolskiego a ostatni na polu Stacha Kmity zawisa na drzewie. Pierwsze powitalne hasło: „Wicek” – „Wacek”. Uczucia, jakie wtedy i ich, i nas opanowały, nie dadzą się wprost opowiedzieć. Całowaliśmy się i płakali z radości!


    Po pierwszym przywitaniu zabraliśmy się zaraz do pracy. Kmita Stacho, ja  [Łukasz] i operator [„Wiesław”] wzięliśmy od nich pasy, na których w formie ładownic  były zaszyte pieniądze – dolary. Jak nas później poinformował „Wiesław”, było tego 360 tysięcy,  przeznaczone  dla Delegatury Rządu w Warszawie. Mieli też broń krótką „Supercolty - Kaliber 11”. Reszta z naszej grupy: Franek Białas, Wolski Jan, Nowak Stefan, dwóch Kowalczyków i Kaczmarek Teofil wzięli się do wykopania długiego, ośmiometrowego rowu na naszym [Łukasza] polu przy Wrzoskowej granicy. Mieli zakopać w nim ładunek i zniszczyć spadochrony. Ich zadaniem było też przenieść do Radzic dwie duże walizy skórzane, w których znajdowała się stacja nadawczo-odbiorcza, meldunki i rozkazy w specjalnych zaminowanych opakowaniach.  Kto nie znał sposobu ich otwierania, temu przy manipulacji zaraz eksplodowały i niszczyły cały ładunek.


    Skoczków doprowadzono na punkt umówiony do Szkoły Rolniczej, gdzie ich nakarmiono, pousuwano z ubrań jakiekolwiek znaki angielskie, zaopatrzono w dowody osobiste [Kenkarty] i zaświadczenia pracy w warszawskich zakładach wojskowych. Rano odjechali na zamówionej już wcześniej furmance przez nauczycielkę Irenę Rakoczy. Ta udała się z nimi na stację kolejową do Opoczna. Furmanił Władysław Kaczmarek, który myślał, że do nauczycielki przysiedli się przypadkowi podróżni. Cała droga z Radzic do Opoczna była ubezpieczona. Walizy skórzane Nowak Stefan i koledzy przenieśli i ukryli w dole ziemniaczanym na jego polu o czterysta metrów od Radzic.


    Pieniądze Łukasz Matysiak i Stacho Kmita schowali w mieszkaniu Irki Rakoczy, która zamieszkiwała u Jana Woźniaka. Rów na Przedatku, w którym   ukryto ładunek i spadochrony, w tym samym dniu jeszcze Łukasz zamaskował, bo zaorał całą działkę, a Wolski potem jeszcze zabronował.[Była wczesna wiosna i ludzie już w polu orali.]


    Ta noc – opowiada Wolski – to tyle siły mnie kosztowała, że nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu byłoby mnie stać na coś podobnego. Po tym wszystkim poszedłem spać do krewnych na Przedziałki, aby odpocząć, ale ze zmęczenia i nadmiaru wrażeń nie było mowy o spaniu. Przede wszystkim stale myślałem, czy aby Niemcy nie jadą do Drzewicy na miejsce zrzutu i dlatego co chwilę patrzyłem w tym kierunku.


    Skoczkowie dojechali do Warszawy szczęśliwie. Walizki i pieniądze zabrała po jakimś czasie specjalna grupa z Warszawy. Broń i amunicja, zakopana na Przedatku, leżała tam aż do czerwca. Dopiero wtedy przetransportowano ją do Warszawy. Przy tej robocie Józef Kopeć  to aż przeforsował kobyłę, która mu potem padła, ale nie miał o to pretensji, twierdząc, że był to jego obywatelski obowiązek.


    Podczas wywozu tego ładunku nie obyło się bez kłopotów, przygód i nieporozumień. Opowiada o nich  z właściwą mu dokładnością i humorem Jasio Wolski:


    Jak do tej pory szczęśliwie nam się udało. Dopiero przy oddawaniu zrzuconego sprzętu mieliśmy wiele kłopotów i strachu, bo zaistniały duże przeszkody. Tak, jak za przyjęcie zrzutu oraz za odstawę skoczków i poczty dostaliśmy pochwałę, to z końcową robotą nie wyszło tak dobrze i był „opeer”.


    Umówione zostało z Warszawą, że w tym a tym dniu przyjadą samochodem od Brudzewic szosą aż do lasu, a my tam mamy przetaskać cały nasz materiał do zabrania. Gdy już wszystko zostało odkopane i załadowane na wozy, Stacho Kmita powiada: - Po co mamy to wszystko tachać wozami przez las, przecież to może się rzucać komuś w oczy [w czasie okupacji las zawsze nocą miał pełno gości]. Poczekamy przy lesie od strony Przedatków, a oni  tu podjadą. Wysyła mnie zaraz na umówione miejsce spotkania.


    Biorę ze sobą Stacha Kowalczyka i idziemy. Nadjechali z dużym opóźnieniem, bo dopiero po północy.  Po wymienieniu odpowiednich haseł samochód wykręca a dowodzący, jakiś pułkownik, powiada do nas: - Dawać towar! Ja melduję, jaka jest sytuacja, a pułkownik mnie ochrzania, krzyczy, że łamiemy umówiony rozkaz, że samochód mają nie swój a przypadkowo przyłapany i że kierowcę terrorem zmusili do wyjazdu. Tłumaczę, że to niedaleko a droga przez las dobra.


     – No to  idziemy zobaczyć – mówi pułkownik.


    Więc idziemy razem a za nami reszta jego załogi. Gdy tylko oddaliliśmy się nieco dalej, to szofer na gaz i w nogi. Pułkownik wtedy to jakby się wściekł. Drze się na mnie:


    - Dawaj jakiś pojazd, żeby go dogonić, zanim dojedzie do Warszawy!


     Mało, że zwiał, ale w samochodzie zostały burki, płaszcze, broń a od niektórych w płaszczach jeszcze dowody.


    Natychmiast posyłam Kowalczyka do swoich z meldunkiem o zaistniałej sytuacji i sam z pułkownikiem i jego ludźmi pędzimy do Brudzewic. Tu łapiemy pierwszego lepszego chłopa na podwodę. Wsiada dwóch ludzi i kłusem, jak najkrótszą drogą, pędzą do Nowego Miasta, aby dostać się do kolejki.  Trzech innych pobiegło przedtem jeszcze z moim gońcem do Stacha Kmity, potem do Radzic, złapali tam furmankę i pojechali znów na stację do Opoczna. Celem obu ekip było, aby jak najprędzej dostać się do Warszawy i zlikwidować szofera, gdyby kierował się na gestapo. Udało się tym pierwszym z Brudzewic. Odnaleźli szofera, gdy wprowadzał wóz do garażu. Potem udali się za nim a widząc, że idzie na gestapo, zlikwidowali go po drodze.


    My teraz znaleźliśmy się w nie byle jakim kłopocie. Robimy zbiórkę i radzimy, co robić. Już zrobiło się widno i towaru nie  można było z powrotem przewieźć na Przydatek. Zwaliliśmy to wszystko i schowali pod mostem, a furmanowi Józefowi Kopciowi naładowali pełny wóz drzewa, żeby jechał do domu, niby to z lasu. Do pilnowania złożonego materiału wyznaczyliśmy kilku ludzi, a ja dostałem rozkaz, aby iść do wsi i zaopatrzyć ich w żywność. Cały dzień po cichu żywność im dostarczałem.


    Na wieczór udaję się do Kaczmarka i Woracha po konie. Trzeba ten towar wywieźć stamtąd w odpowiednie miejsce i znowu zakopać, bo pułkownik powiedział, że przyjedzie, a kiedy, to dopiero się umówimy. Ale Kaczmarek mówi do mnie:


    - Słyszałeś, jaka po południu w lesie była strzelanina!?


    Chłopi konie dają, ale sami nie chcą jechać do lasu, bo Niemcy tam są na pewno. Czekam więc z nadzieją, że otrzymam od swoich z lasu jakąś wiadomość, ale na próżno. Biorę konie i sam z wielkim strachem jadę do lasu. Myślę, że po drodze zasięgnę jeszcze jakiegoś języka. Nikogo ze swoich nie było do pomocy, bo wszyscy tam zostali do pilnowania zrzutu. Docieram wreszcie na miejsce. Wartownikiem jest jeden z przyjezdnych Warszawiaków. Jest ciemno i dobrze się nie znamy. Zatrzymuje mnie i legitymuje, ale na szczęście następowała zmiana warty i dopiero  dogadaliśmy się.


    - Co słychać? – pytam, a oni: - Coś taki podniecony!?


    Po wymianie wiadomości znów do roboty! – Ładuj, przewoź, zakopuj i dopiero do domu!


    Za jakiś miesiąc, po umówieniu się i ustaleniu czasu i miejsca spotkania, dochodzi ponownie do przeładunku towaru. Znów organizujemy wozy i ludzi, odkopujemy, ładujemy, podwozimy i czekamy... Nareszcie z małym opóźnieniem przychodzi samochód. Następuje przeładunek, oni kwitują, żegnają się i odjeżdżają. Te wszystkie czynności wykonaliśmy: ja [Wolski], Stacho Kmita, Łukasz Matysiak, dwóch Kowalczyków, Stefan Nowak i Teofil Kaczmarekl.


    Trzeba przyznać, że był to duży wysiłek i fizyczny, i nerwowy, bo w dzień zagrażali nam  Niemcy, w nocy NSZ, a ci już nieraz po piętach nam deptali. Węszyli za nami, podejrzewając, że otrzymujemy zaopatrzenie ze Wschodu.







    ORGANIZUJEMY OCHOTNICZĄ STRAŻ POŻARNĄ W RADZICACH DUŻYCH


                                    Jan Szczepański


     


    Wstęp


    Poniższy tekst stanowią fragmenty z niepublikowanych książek mojego ojca Jana Szczepańskiego /1905 – 1979/ „Moje szkoły” i „Radzice”.


                                                 Danuta Makarewicz z domu Szczepańska


     


    Wakacje w roku 1925, ostatnie przed maturą  zeszły mi na bardzo intensywnej pracy społecznej na wsi.


    W rozmowie z Mateuszem Kmitą doszliśmy do wniosku, że dobrze byłoby założyć straż pożarną, której we wsi tak bardzo brakowało. Placówka ta, jako jedyna we wsi, ujęta w formy organizacyjne, będzie mogła, poza swą użytecznością przeciwpożarową, odgrywać również i poważną rolę w rozwoju życia kulturalnego, tak wśród młodzieży jak i dorosłych.


    O kandydatów do straży byłem spokojny. Młodzież mnie znała i lubiła. Tylko skąd wziąć fundusze na wyposażenie!?


     Dla naszej O.S.P. konieczne było choćby tylko podstawowe wyposażenie, takie jak: kaski, pasy, toporki, bosaki i mundurowe ubrania.


    Mateusz Kmita, wójt Wojciech Nowak, obaj sołtysi i inni działacze na wsi postanowili zwołać w najbliższą niedzielę ogólne zebranie, wybrać komitet i podjąć uchwałę, aby się wszyscy na ten cel opodatkowali. Przed niedzielą udało nam się jeszcze zjednać dla tej sprawy młynarza z Radzic Małych, Piotra Wojciechowskiego, którego upatrzyliśmy na prezesa. Zebranie odbyło się przed domem wójta Nowaka (między Kopciem a Wolskim). Młynarz Wojciechowski, wracając bryczką z Drzewicy,  przywiózł ze sobą na to zebranie antałek piwa, za co wszyscy z entuzjazmem okrzyknęli go prezesem. Mateusz Kmita został gospodarzem i skarbnikiem a komendantem Filip Celej.


    Z opodatkowaniem się na cele straży było trochę gorzej, więc podjęto uchwałę, że każdy według swoich możliwości złoży dobrowolny datek, który  może być nawet w naturze. 


     Do zbierania składek przystąpiliśmy od razu. Pierwszy zgłosił się młynarz i wyciągnął sto złotych. Skonsternowało to chłopów na początku. Ogromna suma, jak na ich możliwości. Ale bogaty, to niech daje!


    Drugi, Mateusz, dał pięć złotych i obiecał, że jak będzie potrzeba, to jeszcze dołoży.


    Część chłopów również zaraz złożyła po parę złotych. Reszta wymówiła się brakiem pieniędzy przy sobie, obiecując, że później do Mateusza doniosą. Znając jednak opieszałość ludzi pod tym względem, zaraz następnego dnia obaj z Kmitą zaczęliśmy chodzić od domu do domu, aby te składki pozbierać.


    Tego wieczoru jeszcze wciągnąłem do ochotniczej straży ponad dwudziestu dorosłych chłopaków i kilku młodych gospodarzy. Jako pierwsi zgłosili się na strażaków członkowie zespołu teatralnego: Stanisław Kmita, Józef Kopeć, Józef Kowalczyk syn Jana, Józef Milczarek, Franciszek Kowalczyk, Józef Suchański i Filip Celej.


     Było wiele uciechy i parady, gdy jeden z nich, Filip Celej.  kapral z wojska , ustawił wszystkich w ordynku i ze śpiewem przez całą wieś przemaszerowali. Franek Kowalczyk zdobył nawet trąbkę hejnałową i odtąd co wieczór rozlegało się po wsi echo strażackich zbiórek.


    Przez cały tydzień chodziliśmy po wsi od chałupy do chałupy za składkami. Z małymi wyjątkami każdy coś ofiarował. Dobrze, że Kmita miał z sobą duży koszyk, bo najwięcej obdarowywano nas jajkami. Potem poszliśmy do najbliższych, sąsiednich wiosek, bo przecież i one będą korzystać z naszej straży. Tam też, choć z pewnym oporem, uzbieraliśmy trochę złotówek i jajek. Po spieniężeniu towaru okazało się, że w kasie mamy już kilkaset złotych i że możemy zakupić niezbędne przybory dla straży.


    Hełmy i pasy sprowadziliśmy z Radomia, bosaki i toporki zamówiliśmy w fabryce w Drzewicy. Właściciel fabryki, Samuel Kobylański ujął się ambicją i podarował nam zamówione narzędzia.


    Jeszcze w tym roku pod koniec wakacji dorobiliśmy się beczkowozu. Za namową  komendanta z Drzewicy straż nasza wzięła udział w powiatowych zawodach strażackich i zdobyła pierwszą nagrodę. Występując w kategorii straży młodych, trzeba było tylko pokazać ćwiczenia porządkowe i wspinanie się po drabinach. Do przygotowania tych sprawności przyjeżdżał prawie codziennie zastępca komendanta z Drzewicy, Wojciech Pyka. Od  straży w Drzewicy również pożyczyliśmy do ćwiczeń strażackie drabiny.


    Przedstawienie i zabawa udały się i przyniosły sporo dochodu. Na zawodach strażackich zdobyliśmy pierwsze miejsce i jako nagrodę przywieźliśmy do wsi nowy beczkowóz. Entuzjazm dla straży na wsi spotęgował się jeszcze bardziej. Zaczęto teraz myśleć o budowie remizy i to takiej, która mogłaby pomieścić nie tylko sprzęt strażacki, ale być przydatna również na wszelkie zebrania i imprezy kulturalno-oświatowe dla młodzieży.


    W następnym roku 29 czerwca 1926 roku około północy, wybuchł we wsi Radzice Duże pożar na Przedziałkach. Straż nasza przeszła wówczas pierwszy poważny chrzest bojowy. Będąc na miejscu sprawiła się szybko i ogień zlokalizowała. Zanim przybyła straż z Drzewicy, już było po wszystkim. W ten sposób przynajmniej połowa wsi ocalała.


    Wówczas to , jak na ironię losu spaliła się memu Ojcu cała zagroda.


    W krąg  pracy O.S.P w Radzicach włączył się  dzielnie kierownik miejscowej szkoły, Ignacy Fichel. Objął on i kierownictwo nad strażą i przyczynił się swoim wpływem do tego, że w okresie dwuletnim wieś wybudowała w czynie społecznym obszerną remizę. Obok niej stanął pomnik ku uczczeniu Radziczan poległych w wojnie. Odbyła się wówczas wielka parada na wsi z udziałem władz powiatowych i wielu straży pożarnych, które ściągnęły na tę okoliczność z całego regionu.


     


     


     


     



                                         Pierwsza Wojna Światowa


                                                     Jan Szczepański


    Wstęp


    Pierwsza Wojna Światowa to fragment niepublikowanej książki mojego Ojca Jana Szczepańskiego ( 1905-1979) „Moje szkoły”.


    W książce tej opisuje przeszkody, jakie musiał pokonywać na drodze swojej edukacji w okresie międzywojennym, począwszy od cztero oddziałowej  Szkoły Ludowej we wsi Radzice Duże w powiecie opoczyńskim aż do lat studenckich w Krakowie.


    Zamieszczony poniżej fragment,  przedstawia zachowanie się mieszkańców wsi Radzice Duże w 1914 roku widziane oczami naocznego świadka 9-cio letniego chłopca , a także  bezsens walki Polaków , którzy urodzili się na tej samej ziemi, tylko żyli pod różnymi zaborami i walczyli przeciwko sobie w różnych mundurach.


    100-letnia Rocznica wybuchu wojny jest dla mnie inspiracją do opublikowania tego fragmentu.


     


                                                                      Danuta Makarewicz z domu Szczepańska


     


                                                       Wojna


     


    Lato 1914 roku. Mobilizacja. Na wsi poruszenie jak w ulu. Wszyscy rezerwiści do lat czterdziestu zostali powołani do wojska. Kobiety lamentują, mężczyźni przyjmują to spokojniej. Wierzą, czy też tylko pocieszają najbliższych, że wkrótce wrócą do domu. Żandarmi z sołtysem chodzą po wsi i ponaglają. Zbierają chłopów i wszystkich ładują na „podwody”. Powszechny płacz i zawodzenie kobiet. Całuję ojca w rękę już siedzącego na wozie. Obok mnie lamentują babcia i matka. Dziadek, jak może, utrzymuje powagę. Młodsze dzieci nie bardzo zdają sobie sprawę z sytuacji i kręcą się pod nogami. Za chwilę rusza karawana wozów, oddala się i niknie za pagórkiem. Cichnie powoli lament wsi, droga pustoszeje. Smutek zamyka się w każdej chałupie.


    Ale wieś nie może pozwolić sobie na dłuższe kontemplacje. Jest lato. Snopki trzeba zwozić z pola, krowy doić i wyganiać na paszę, dzieciom jeść ugotować. Więc tam, gdzie chłopa brakło, następuje szybkie przetasowanie. Zgrzybiały dziadek, który dotychczas łaził tylko za krową, pluje w garść, zaprzęga konia i zabiera się do gospodarskiej roboty. Podrostek staje się parobkiem, dziecko pastuchem, skromna i cicha do tej pory „żołnierka” nabiera energii i obejmuje po mężu całe panowanie. Za parę dni nawet trudno poznać, że wsi tylu chłopów ubyło.


    W niedzielę po południu, pozostali mężczyźni zbierają się w gromady, a wszyscy tylko o wojnie radzą. Wśród nich rej wodzą starzy rezerwiści, którzy już proch wąchali na Kaukazie, w Chinach i na wodach Japonii. Wszyscy chwalą sobie potęgę Rosji i wierzą we wszechmoc cara. Koło nich my chłopcy aż usta otwie­ramy z podziwu:. jakie to wojsko ruskie dzielne, jacy niezwyciężeni Kozacy! Co do tych ostatnich zwłaszcza, rośnie wokół nich jakaś heroiczna, powszechna legenda.


    Wreszcie, któregoś dnia, ogólna na wsi sensacja. Ciągną ogromne wojska: piechota, kawaleria, armaty i jeszcze raz pie­chota. Cała okolica roi się od żołnierzy, koni i różnorodnych pojazdów. Wypełniły się chaty, stodoły i całe podwórza. Zady­miły polowe kuchnie, rozległa się tęsknie zawodząca pieśń ruskiego żołnierza.


    Znając język rosyjski, szybko zaprzyjaźniłem się z żołnierzami. A że wszyscy prawie, to analfabeci, stałem się również i ich generalnym pisarzem. Z nadejściem każdej poczty szukali mnie i wołali, wtykając przy tym kostki cukru, suchary, porcje mięsa z menażki a często i kopiejki. Z tych powodów zapewne do dziś jeszcze mam szczególną sympatię do ludu rosyj­skiego, do ich mowy i pieśni.


    Pod jesień i wojna dała znać o sobie. Od zachodu zbliżał się głuchy odgłos armat, a nocą dostrzegaliśmy z trwogą coraz jaśniejsze na niebie odbicia pożarów. Aż wreszcie, któregoś dnia, zupełnie niespodzianie, przed samym wieczorem wybuchła strzelanina i złapała jeszcze sporo ludzi na polu. Zrobił się popłoch i wielkie zamieszanie. Padła jedna krowa, ktoś został ranny i lekarz-oficer ruski poległ pod gruszą za stodołą.


    Nocą walka jeszcze bardziej się nasilała. Co chwi­lę rozlegały się przerażające „hurra!”, bieganina, wrzaski żoł­nierzy oraz nieustająca bliższa, to dalsza kanonada.


    Uciekliśmy wszyscy z izby i skryli do piwnicy. Z dziadkiem obaj wtaszczyliśmy tam dzieci, a babcia z matką po­duszki i pierzyny. Było tam bardzo ciemno i dzieci ze strachu płakały, ale poukładane jakoś po omacku w betach, uspokoiły się wkrótce i posnęły.


    Do dziś zapomnieć nie mogę tego denerwującego w piwnicy przebywania. Matka z babką, gdzieś w kącie, głośno najpierw odmawiały pacierze, a potem zawodziły pieśń „kto się w opiekę”, śpiewając ją kilkakrotnie od początku do końca. Dziadek przez cały czas kluczył tylko milcząco przy wejściu i uchyliwszy drzwi, wyglądał, czy aby się nie pali. Ja bez przerwy trzymałem się dziadka i ani na krok go nie odstępowałem. Zabrakło ojca, więc jego teraz darzyłem całym zaufaniem.


    Koło północy wszystko na dworze jakoś się uciszy­ło. Odczekaliśmy jeszcze dłuższą chwilę, a gdy dziadek zbadał, że nic groźnego już się nie dzieje, zabraliśmy dzieci i chyłkiem wrócili do chałupy. W izbie zapaliliśmy lampę, przykręca­jąc knot do najmniejszego płomyka, pokładli dzieci na łóżka, a sami siadłszy przy nich, postanowiliśmy czekać tak do rana. Tylko dziadek znowu, gdy tylko jakiś pies zaszczekał, zaraz podchodził do okna a wypatrywał, czy aby nie dzieje się co no­wego.


    W pewnej chwili słyszymy, że ktoś do drzwi kołacze. Zerwał się dziadek, ale babcia już za nim i iść mu nie pozwala. Woli sama, bo jakby co, to zawsze bezpieczniej kobiecie. Wychodzi. więc do sieni i pyta lękliwym głosem:


    - Kto tam?


    - Żołnierz matko. Otwórzcie!


    Słyszymy chrobot odmykanej, drewnianej zasuwki, szurganie butów w sieni i we drzwiach staje żołnierz, trzymając w ręku karabin z nadzianym, długim bagnetem.


    - Niech będzie pochwalony - mówi zaraz od progu.


    - Na wieki wieków amen - odpowiadamy wszyscy, mocno podszyci strachem.


     Żołnierz rozglądnął się po izbie, a widząc, że się boimy, uśmiechnął się do nas i opuścił do nogi karabin.


    -Nie bójcie się - powiada - a dajcie mi chleba!


    - A skąd wy?- pyta matka - która także nabrała od­wagi.


    - O, wcale niedaleko stąd, ze wsi, spod Lublina.


    - O, mój Boże, mój Boże, - lamentuje babcia - może tak samo, i mój Łukasz i Wawrzek szukają gdzie u ludzi chleba.


    To powiedziawszy, weszła czym prędzej do komory, wyniosła pół dużego bochna, a wręczając go żołnierzowi, życzyła mu płaczliwie:


    - Niech wam będzie na zdrowie! I niech was Matka Boska przy życiu zachowa!


    - A jakże tam z Niemcami ? - dopytywał się ciekawie dziadek.


    - Nie wiem ojcze, be jeszcze jest noc, ale tak wygląda, jakby się ze wsi wycofali.


     Wsadził chleb pod pachę, podziękował i zabierał się do wyjścia, ale jeszcze spojrzawszy na mnie, bo stałem przy nim i bacznie mu się przyglądałem, wsunął dłoń do kieszeni, wy­ciągnął garść naboi i dając mi je de garści, powiedział:


    - Nie mam co ci dać chłopcze, to weź choć te patrony i pobaw się nimi!


    Pochwalił znów Pana Boga, odwrócił się i jak przyszedł, tak też i zniknął za drzwiami.


    Po jego odejściu jakoś trochę raźniej w domu się zro­biło. Matka z babcią pokładły się zaraz przy dzieciach, ja wyciągnąłem się „w nogach”, a dziadek wyszedł nawet na podwórze, by za­glądnąć do bydła.


    - No, jak tam? - zapytała babcia, gdy powrócił do domu.


    - Koło nas jakoś cicho - powiedział. - ale na Starej Wsi, to psy szczekają, a szczekają.


    Postał jeszcze chwilę, nie wiedząc co robić, zażył spory niuch tabaki, a potem siadłszy sobie na „lepce” przy piecu, postanowił nie kłaść się a czekać tak do rana.


    Już drzemałem mocno, gdy znowu rozległo się do drzwi kołatanie. Podnieśliśmy głowy, patrzymy a do izby wchodzi zupełnie inny żołnierz, któremu dziadek już zdążył drzwi otworzyć. Ten też miał w ręku karabin, ale z zupełnie innym, do noża podobnym bagnetem a na głowie taką dziwną czapkę, bo z wysta­jącym do góry szpikulcem. Wyglądał obco i groźnie, ale tylko przez chwilę, bo podobnie jak tamten, też po naszemu pochwalił Pana Boga i jeszcze przy tym powiedział:


    - Nie bójcie się ludzie, ja Polak! Ruskich już we wsi nie ma!


    Nie była to dla nas zbyt radosna nowina, bo właśnie Ruskich zwykliśmy uważać za swoich. Tam przecież byli wszyscy nasi chłopi - i ojciec, i stryjek i wujek! Ale te swojskie słowa rozładowały przynajmniej pierwsze przerażenie.


    - A skąd wy? - spytała znowu babcia.


    - Ze wsi, z Poznańskiego.


    - O, mój Boże, mój Boże - westchnęła teraz matka - jakaż to dziwna ta wojna!


    Żołnierz ten nie chciał chleba, tylko prosił o jajka. Dała mu babcia ze cztery i jeszcze dwa jabłka dołożyła. Poszedł sobie, a my wszyscy przez chwilę popadliśmy w głęboką zadumę.


    Nad ranem słychać było jeszcze trochę strzałów a potem zobaczyliśmy, że po wsi chodzą Niemcy. Walki przesu­nęły się na wschód, ale niedaleko, bo dochodziły jeszcze jej odgłosy i widać było, jak płonęła Drzewica. Wieś nasza jakoś szczęśliwie ocalała.


    Niektórzy ludzie, bojąc się nawrotu walki, zaczęli ładować na wozy niezbędny dobytek, zabierać bydło i uchodzić do lasu. Trzy nasze spokrewnione rodziny postanowiły ratować tylko dzieci. A było nas razem może z dziesięcioro. Wywiózł nas wujek za las do Studzianny. Tam mieszkała nasza wspólna ciotka i ją obdarzył całą naszą gromadą. Siedzieliśmy jej na głowie może dłużej jak tydzień. Kłopotu z nami było wiele, bo spaliśmy wszyscy na podłodze, na słomie, którą trzeba byłe co dzień wno­sić i wynosić do stodoły. Ale ja tamtejszy pobyt wspominam bardzo mile. Ciotka mieszkała blisko przy Panieńskiej Górze, więc ta stała się zaraz terenem naszych zabaw, gonitw i dziecięcych igraszek. Gęsty żarnowiec doskonale się nadawał do gry w chowanego a w brzezinie rosły białe borowiki, których szukaliśmy zawsze namiętnie. Udało mi się w tym czasie wkraść w łaski kościelnego, który mnie raz wprowadził do klasztornego podziemia. Zobaczyłem tam cały szereg zmarłych zakonników, jakąś parę małżeńską w jednej trumnie i szlachcica w kontuszu, zapewne dobrodzieja tutejszego klasztoru.


    W Studziannie, jako że była w lasach na uboczu, Niemcy prawie się nie pokazywali. Dochodziły nas tylko o nich słuchy, że srogo obchodzą się z ludźmi i wszystko rekwirują.


    Po powrocie do domu sam zaraz odczułem ich dotkliwie, gdy nam ładną, czerwoną jałówkę zabrali. Całe szczęście, że wojska rosyjskie niedługo gdzieś Niemców zaszły od tyłu i ci pewnej nocy w pośpiechu od nas się wycofali.


     Ściągnęły znów do wsi masy ruskiego wojska. Front ustalił się na Pilicy, a że było to niedaleko, więc jako na za­pleczu stale panował ruch, bo jak jednych wysłano do walki, to drudzy na ich miejsce, na odpoczynek wracali.


    Pewnego dnia zjechał do nas cały pułk Tatarów. Wiedziałem już o nich z opowiadań babci, więc bardzo pilnie ich obserwowałem. Dowodzili nimi Kozacy i krótko ich trzymali. Mimo, że zimno wtedy było, zabroniono im kwaterować w mieszka­niach, tylko wszystkie stodoły i szopy pozajmowali. Bałem się ich, bo wilkiem im z oczu patrzyło. Miałem wrażenie, że gdyby tylko mogli, to zaraz po tatarsku do wszystkich by się zabrali. Dziadek wciąż się denerwował, bo na środku podwórza palili sobie ognisko i na nim jedzenie gotowali. Przed wieczorem zawsze obsiadali je w koło i do późna w nocy swoje pieśni śpie­wali. Melodie mieli monotonne i bardzo podobne do siebie. Zwłaszcza jeden refren, który w tych pieśniach powtarzał się stale, tak utkwił nam w pamięci, że potem długo jeszcze, bawiąc się w Tatarów, wszyscyśmy go śpiewali.


    Wczesną wiosną powrócił ojciec do domu. Zwol­niono go z wojska z powodu przewlekłej choroby żołądka. W ro­dzinie była wielka radość a przy tym z całej wsi zbiegowisko. Każdy liczył na jakieś wiadomości o swoich. Przychodzili nawet i z odległych okolic, tak że przez kilka dni nie można było opędzić się od ciekawych. Odtąd życie zaczęło nam układać się lepiej, bo ojciec łatwo dogadywał się z żołnierzami, świadczył im różne usługi, a oni za to znosili nam żywność i różne wojskowe przysmaki.


    Od Pilicy dochodzą do nas wciąż odgłosy armat, a nocą słychać nawet strzały karabinów i wrzaski żołnierzy. Wśród wojska mamy już wielu znajomych i przyjaciół, którzy lgną do nas jak do najbliższej rodziny. Martwimy się, gdy posyłają ich do walki ma front i cieszymy, gdy cało powracają. Ale o niektórych przynoszą nam tylko smutną wiadomość i wtedy wspólnie ich żałujemy.


    A tu któregoś dnia, po południu, wszyscy zostaliśmy do głębi wstrząśnięci dziwnym wydarzeniem, które babci się przytrafiło. Wracając przez podwórko z udojem od krowy, przy­widziało jej się, że najmłodszy syn Wawrzek stoi smutny przed progiem, cały jest pokrwawiony i patrzy na nią żałośnie. Gdy weszła do izby była blada jak ściana. Słaniając się, postawiła skopek na ziemi, a potem załamała ręce i zaczęła bez przerwy wołać rozpaczliwie:. - Zginął mój synuś! Zabili go! Gdy szlochając, opowiedziała nam wreszcie, o co chodzi i nas zaczęło ogarniać najgorsze przeczucie, tym bardziej, że od stryjka już przez dłuższy czas nie było żadnej wiadomości. Nawet kwaterujący żołnierze, którzy byli świadkami tej sceny, ogromnie się wzruszyli i poradzili ojcu, aby zaraz napisał do dowództwa tego pułku z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego brat tak długo nie daje znaku o sobie.


    I nie czekaliśmy długo na odpowiedź. Nadszedł list, pięknie i wzniośle napisany, że „za cara”, że „za matkę Rosję” poległ śmiercią bohatera wasz syn i brat, Wawrzyniec Walentynowicz Szczepański od armatniego pocisku w bitwie pod Gorlicami.


    Teraz to i dziadek nawet sobie cichutko popłakał. Ot, tak po chłopsku. Oparł głowę na rękach przy stole i długo, długo tak siedział nieruchomo, dopóki swej ojcowskiej boleści w sercu nie przetrawił.


    Śmierć stryjka i mnie też dotknęła boleśnie. Choć mało z nim przebywałem, był mi jednak po rodzicach i dziad­kach najbardziej bliskim z całej rodziny. Od czasu, gdy za­czął wyjeżdżać na roboty do Niemiec i co roku, przywozić stam­tąd każdemu szczodre podarunki, stał się dla mnie nawet przedmiotem dużego uwielbienia.


    Gdy w rok przed wojną urodził nam się braciszek, stryjek odbywał wtedy służbę wojskową w Kijowie, z wielkiej czci, jaką miałem do niego, uparłem się, by koniecznie ochrzcić go stryjka imieniem. I dotąd zanudzałem rodziców, aż swój cel osiągnąłem. Przez to imię niechybnie mały Wawrzuś stał się dla wszystkich szczególnym faworytem. Odkąd nauczył się chodzić, nie odstępował mnie ani na krok, a ja z przyjemnoś­cią zawsze mu ojcowałem. Cukier i inne łakocie, które za pisanie listów dostawałem od żołnierzy, w większości przezna­czałem dla niego.


    I dobrze się stało z tym imieniem, bo teraz gdy stryjka naprawdę już zabrakło, wydało nam się, że nie zgi­nął cały, że jest po nim Wawrzuś, godny jego zastępca.


    A na arenie wojny również zaczęły zachodzić zmiany. Którejś letniej nocy wszystko wojsko, jak wymiótł, wyniosło się ze wsi. Pozostał tylko mały patrol kozacki, który przyczaił się za domami. Zaciekawieni, co będzie dalej, wycho­dzimy na podwórko i wyglądamy dokoła zza płotu. Ktoś dostrzegł i pokazał, jak od lasu przez pola posuwa się rój ludzi, to wychodząc, to ginąc za wzgórzami. Naraz od końca wsi drogą nadjechało kilkunastu huzarów. Są już coraz to bliżej a my denerwujemy się, że Kozacy jeszcze nie uciekają. Przewidujemy walkę, więc pośpiesznie kryjemy się w domu i czekamy z niepokojem. Za chwilę rozlegają się strzały. To tamci z zasadzki dali salwę i co sił pognali w po­le. Zaczęła się gonitwa, skutkiem której do dzisiaj trzech Kozaków spoczywa w piasku pod krzyżem przy rozstajnej drodze.


    Odtąd, aż do zakończenia wojny, znaleźliśmy się pod austriacką okupacją, a za Pilicą nadal panowali Prusacy.


     




     


     


                                           i




    8 czerwiec 2014 - 4 sierpień 2014 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005