<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Różne informacje - część III

  • Spis poległych i zmarłych 1863 - 64
  • Tatarzy polscy
  • Wykaz wsi, dymów i dziedziców w obwodzie Lipnowskim - 1825 r.
  • Lasy Gubernii Warszawskiej w połowie XIX w.
  • Lasy Gubernii Warszawskiej w poł. XIX w.- lista wł. prywatnych cz. 1
  • Lasy Gubernii Warszawskiej w poł. XIX w.- lista wł. prywatnych cz. 2
  • Lasy Gubernii Warszawskiej w poł. XIX w.- lista wł. prywatnych cz. 3
  • Lasy Gubernii Warszawskiej w poł. XIX w.- lista wł. prywatnych cz.4
  • Lista oficerów Brygad Legionowych z 1916 r.
  • Drobna szlachta na Podlasiu w XVI w.
  • Popis wojenny ziemian woj. podlaskiego 1528 r.
  • Popis wojenny ziemian woj. podlaskiego 1528 r.- Lista nazwisk
  • Nieznana szlachta polska A - J
  • Nieznana szlachta polska K - M
  • Nieznana szlachta polska N - S
  • Nieznana szlachta polska Ś - Ż
  • Podróże historyczne po ziemiach polskich
  • Herby rycerstwa polskiego wg. B. Paprockiego > A - C <
  • Herby rycerstwa polskiego wg. B. Paprockiego > D - I <
  • Herby rycerstwa polskiego wg. B. Paprockiego > J - K <
  • Herby rycerstwa polskiego wg. B. Paprockiego > L - N <
  • Herby rycerstwa polskiego wg. B. Paprockiego > O - R <
  • Herby rycerstwa polskiego wg. B. Paprockiego > S - T <
  • Herby rycerstwa polskiego wg. B. Paprockiego > U - Ż <
  • Herby rycerstwa polskiego wg. B. Paprockiego > Statystyka <
  • Powiaty wg. Słownika z r. 1880
  • Rody szlacheckie w powiecie lidzkim na Litwie w XIX wieku
  • Biskupstwo Wileńskie
  • Ormiańskie Rody Szlacheckie
  • Nadania szlacheckie w zaborze austryjackim 1773 – 1918
  • Szlachta powiatu Oszmiańskiego


  • Podróże historyczne po ziemiach polskich
    między rokiem 1811 a 1828 odbyte.
    według  Juliana Ursyna Niemcewicza
     

    PODRÓŻ DO PRUS KRÓLEWSKICH W ROKU 1812.
     
    Wyznaczony przez dyrektora edukacyi publicznej do zwiedzenia szkół w Płocku, Toruniu, Chełmnie, Bydgoszczy, Kaliszu, i t. d., chętnie (acz to obowiązkiem moim nie było) usługi tej podjąłem się, już naprzód dla dobra powszechnego, już nakoniec że ta część Polski nie była mi znajoma.
    Wyjechałem więc z Warszawy dnia 6 września 1812 roku o siódmej z rana, opatrzony od dyrekcyi we wszystkie instrukcye i upoważnienia. Komitywa moja nie odpowiadała urzędowi, przed którym chłopcy i bakałarze drżeć mieli. Dwa szpakowate pożyczone konie, sługa, woźnica i pan zupełne dwa wieki liczyły. Jechałem mimo Bielan, Marymontu, Młocin: trzy piękne zieleniejące się osady wśród morza piasków. Piaski te ciągnęły się aż do Kazunia, Łomna i Sosnowa, włości królewskie, acz nie w lepszych położone gruntach, są jednak wybornie uprawne; domy rolników tak obszerne, porządne, jakich w wielu miejscach urzędnicy powiatów nie mają. Przyczyną tego, że mieszkańcy domów tych są ludzie wolni, są Holendry czyli Niemcy. Trzeba żeby przyjaciele poddaństwa widzieli różnice między rola uprawna niewolniczą ręka, a rolą którą. wolny człowiek uprawia, między bytem i dolą poddaństwa a swobody.
    Wkrótce na stromych i wyniosłych brzegach prawej strony Wisły odkryły się zielone wały i czerwone dachy koszar i kazamat Modlina.
    Przed sześcią laty czyste tylko były tam pola: krocie ludu polskiego z rozkazu Napoleona okryły je potężnemi szańcami. Ruch tam niezmierny; tysiąc mieszkańców pracuje za 15 groszy i kawał chleba na dzień. Praca konieczna, dała miejscu temu postać przemysłu. Warownia posunięta do zadziwienia; lecz czas dopiero i miliony dokończą onę.
    Po całej drodze z Warszawy, spotykałem tylko oficerów jadących, żołnierzy i rolników idących pieszo.
    O ćwierć mili od Modlina leży Zakroczym, wśród gór i przepaścistych parowów, powodziami zapewne Wisły poprzerzynanych. Dziwno, że pierwsi onego mieszkańcy nie założyli raczej miasta tam, gdzie jest Modlin, między złączeniem się Narwi i Wisły. Przecież miasto to jest bardzo dawnem. Czytamy w Długoszu (III, st. 258), iż Bolesław Śmiały fundując w r. 1068 klasztor Benedyktynów w Mogilnie, dziesięcinę dla niego, między innemi miastami, i na Zakroczymiu zapisał. Płaciły miasta te dziewiąty denar, dziewiątego wołu, dziewiątego wieprza, dziewiąte źrebię, dziewiąta rybę. Kościół ośm może wieków już liczy, nie ma atoli żadnych archiwów, któreby datę onego okazywały. W jednej z kaplic okazał mi ksiądz skrzynię, w której zwalone były dawne księgi kościelne. Pleśń, tysiące mułów i robactwo potoczyły i tak je okryły, że ręką dotknąć się ich nie można było. Wziąłem atoli kilka; wszystkie kościelne, jedna z nich, Sermones, w 1490 r. drukowana; więcej może jest rzadszych, niedbalstwo do reszty skarbom tym zbutwieć dozwoli. Prosiłem księdza, żeby je przewietrzyć kazał. Podobny dawnym poprzednikom swoim, choć ubogi, czętował mię szklanicą piwa, lecz książki nie wiem czy przewietrzy. Burmistrz miasta, Gnatowski, szlachcic zakroczymski przy dawnej kancelaryi grodzkiej znajdujący się, człowiek wcale rozeznany, zaprowadził mię do repozytorium. Jest to sklepiony mały budynek, między górami za miastem od wieków wymurowany. W nim złożone są księgi grodzkie, najdawniejsze; ciągną się od roku 1438 aż do podziału Polski, oprócz niektórych, co Prusacy na ładunki podarli. Miasto przeszłego roku zgorzało, 40 tylko domów zawiera. Wdowy chrześcian poprzedawały żydom swe place; takim to sposobem zażydziają się miasta nasze. Ubóstwo i lenistwo ustępować muszą chytremu przemysłowi. Sąsiedztwo dzisiejsze Modlina fatalnem jest dla Zakroczymia; mnóstwo wojska pomieścić się w nowej twierdzy nie mogąc, tu wszystkie domy zajmuje i obywatelom ciąży. Mieszczanie w ogrodach i polach nic zatrzymać niemogą. Zakroczym musiał być niegdyś zamożnym, ma ostatki bruków; ratusz, za Stanisława-Augusta zbudowany, już dachem przykryty, bez okien stoi pustkami. Jest tu elementarna szkółka, latem z 30, w zimie z 50 studentów składająca się, bez książek, z lichym nauczycielem. Ośmiu żydków chodzi tu do szkół; dziwno, że z drukowanych książek nie chcą się uczyć czytać, tylko pisane lubią. Jest tu także klasztor Kapucynów zajęty na skład żołnierski; ma małą bibliotekę. W Zakroczymiu, za czasów polskich, był skład soli; spalony przez Prusaków, przeniesiony został do Modlina.
    O samym zmierzchu przybyłem do Czerwińska. Było to niegdyś opactwo 17 włości i znaczne dochody posiadające. Miejsce przedtem okazałej wspaniałości, stało się miejscem ubóstwa i opuszczenia. Nie znalazłem tylko trzech księży; ci nie byli w stanie okazać gościnności swojej. Stanąłem w celi nieobecnego przeora, zjadłem com z sobą przywiózł, lecz konie moje nie miały ni siana, ni owsa, ani nawet słomy na posłanie. Nazajutrz rano obszedłem kłasztor i kościoł. Klasztor ten, niegdyś zamek książąt mazowieckich, najpiękniejszy ma widok na Wisłę; nie musiał być nigdy obszernym, dziś po części zwalony i opuszczony. Konrad, książe mazowiecki, ten co na nieszczęście nasze sprowadził Krzyżaków, i kraj, któryby był został polskim, zniemczył, umarł w Czerwińsku. Hrabia Dunin fundował tu klasztor kanoników regularnych; pierwszym onego opatem był Facoldus Gallus w 1178 r. Liczną ma bibliotekę, lecz z samych ksiąg duchownych najdawniejszych edycyj złożoną; rzadka atoli z tych książek jest już całą. Kościoł niepierwiastkowej struktury, jak w innych miejscach, kilkakroć gorzeć musiał; dziś budowa jego nic prawie gotyckiego nie ma, żadnych dawnych nagrobków, żadnych pamiątek: w około święte obrazy niegodziwego pędzla. Jeden z nich wyobrażał wojsko polskie, z samej jazdy pancernej złożone, galopujące w obłokach; na czele jego Ś. Stanisław, w infule, z pałaszem w ręku, wpadający na wojsko tureckie będące na ziemi; Turcy uciekają raptem, nie znajdując przed sobą jak morze płomieni piekielnych i wszyscy w niem pogrążeni giną. Msza była śpiewana; organista i dwóch skrzypków składali orkiestrę. Skrzypkowie, i grając i śpiewając razem, detonowali z znajwiększem zuchwalstwem.
    Przywołałem wójta, zapytałem o szkółkę; żadnej nie było, nie zniechęci, lecz z powodu niedostatku. Pobudziłem widokiem własnych korzyści, że od Ś. Michała nauczyciela przyjąć i nową szkółkę utworzyć przyrzekli.
     
     O świcie, woźnica mój chodził po nędzney miasteczku, by dostać wiązkę siana, lub garniec owsa; ale że to był poniedziałek, mieszczanie, pijani jeszcze z niedzieli, spali. Tak nędzny ten lud, rekwizycjami ogołocony z bydła i zboża, nie znajduje innego w biedzie swej środka, jak w pijaństwie szukać zapomnienia dolegliwości.Równa i twarda droga prowadzi z Czerwińska do WYSZOGRODU. Kraj piękny i dosyć żyzny, lecz ludzie i zwierzęta wzięte do wyprawy wojennej, zostawiły wiele plonów na niwach niezżętych jeszcze. Widziałem gdzie niegdzie trzody owiec, gdzie niegdzie trochę bydła; dziękowałem Bogu za ocalenie ich. Od przyjazdu, Wyszogród, jak na polskie miasteczko, dosyć okazałym zdaje się. Jest cokolwiek dawnych domów, nowe mianowicie świecą się wszystkie, dziś puste lub zamieszkałe przez nędzę. Ulice puste zupełnie: chrześcianie bowiem za wkroczeniem Moskali pod Tormansowem, zabrani do gwardyi narodowej, pociągnęli aż do Zamościa; żydzi obchodzący nowy rok albo w boźnicy, albo, których bożnica nie objęła, we własnych domach, na modlitwie zamknięci. Ta pobożność podróżnym wiele na przeszkodzie stoi. W miasteczku można sobie poradzić; lecz po wsiach, karczmy żydowskie zostawione z nędzna jaką kobieta lub dzieckiem chrześciańskiem, bez siana i owsa, przedrożone konie i ludzi na przykry wystawiają niedostatek.Dawni pisarze mieszczą w Wyszogrodzie piękny zamek, winne i najwyborniejsze ogrody. Ruiny zaniku przedali na materyały Prusacy. Nic w nich nie obudzały starożytności polskie; chcąc imie nasze zatracić, zatracali i pamiątki; obecny pożytek, lub nadzieja pożytku, więcej u nich ważyły jak największe wspomnienia. Na miejscu zaniku wznieśli żydzi wspaniała bożnicę z wieżami, nawet już jedna świecącą blachą obita. Wojna przerwała wysokie zamysły, i drugą wieża niedokończona sterczy. Szkoła w Wyszogrodzie elementarna jest tylko.Pięć mil żyznego i pięknego kraju rozciąga się między Wyszogrodem i Płockiem. Wsie nieludne, bo wszystko pod bronią albo też wodą lub wozami prowadzi mąki i suchary dla wojska wielkiego. Pozostali, krzątali się około zbiorów w polach, jedni drugim pożyczali dobytków by plony skryć pod dach czem prędzej. Różnym dzisiaj jest Płock od tego czem był przed wieki; stracił na wspaniałości, lecz zyskał w liczbie porządnych i wygodnych domów. Równie jak poprzednie miejsca przez które przejżdżałeni, Płock był własnością i stolicą książąt mazowieckich. Tam gdzie brzeg Wisły w stromą wynosi się górę, stał niegdyś zamek książęcy drewniany z początku. Po kilkakrotnem przez Krzyżaków spaleniu, Kazimierz Wielki wybudował go z kamienia i cegły, i miasto obwiódł murami; tych, gruzy tylko pozostały. Biskupstwo płockie sięga czasów wprowadzenia wiary świętej do Polski. Mieczysław, mąż Dąbrówki, założywszy dwa arcybiskupstwa w Gnieźnie i Krakowie, siedm biskupstw przyłączył do nich; to jest: poznańskie, smogorzewskie dziś wrocławskie, kruszwickie dziś kujawskie, płockie, chełmińskie, lubuskie i kamienieckie.
    Przy zamku, katedra niezmierna, zawierającą niegdyś zwłoki Bolesławą Krzywoustego; dziś pamięci ich niema, znać że w pożarze 1217 e. spłonęły. W r. 1262 Bolesław Wstydliwy podniósł miasto z gruzów, murami i fosami otoczył. Kazimierz Wielki w r. 1353 przeciw najazdom Litwinów bardziej jeszcze umocnił. Dzisiejszy biskup płocki, chcąc pamięć dzielnego Krzywoustego od zatrącenia zachować, pomnik mu własnym kosztem wystawił. Relikwie świętego Zygmunta, króla Sekwanów (jak go Swięcicki nazywa), dla tego może, że w srebrnej tranie zamknięte były, zniknęły.
    Sławne opactwo Benedyktynów, przemienione później na klasztor Missyonarzów, dziś składem jest wojskowym. Kościoł jezuicki nie, mniej jest bogaty, obficie uposażony i ozdobiony hojnością Łubieńskiego, biskupa płockiego; tenże biskup, jeden z najlepszych dziejopisów naszych, przeznaczył był znaczny fundusz na utrzymanie szkoły muzykalnej. Kościół ten mówię pojezuicki, w krótkim czasie przygodami dzisiejszemi dużo zniszczony, lichy jeszcze przytułek daje studentom. Pałac biskupa, jednego z najmożniejszych w Polsce prałatów, obrócony dzisiaj na szpital wojskowy. W kościele Świętej Trójcy wystawują się teatralne widowiska; u Dominikanów każe paroch luterski. Dziwne odmiany, okazujące gwałtowne i niespodziane koleje przygód., przez którą kraj nasz przechodził, w czasie niedługim.
    Płock jest jedno z miast, które najwięcej pieczołowitości rządu, pruskiego zawdzięcza. Zdaje się, że Prusacy ciężki grzech niesprawiedliwego przywłaszczenia prowincyj polskich, chcieli okupić łagodnością, rządu i pożytecznemi dla kraju zakładami. Udzie przed kilkunastu laty uprawne ciągnęły się niwy, dziś w gmachach obszernych i okazałych domach wynosi się nowe. miasto. W starym Płocku podobnież wiele nowych domów stanęło.
    Mimo uciążliwych licznego wojska przechodów utrzymała się jeżeli nie zamożność, przynajmniej powierzchowna okazałość miasta. Pamięć pobytu wicekróla włoskiego, jego szlachetność, ludzkość, karność, którą w swem wojsku utrzymywał, z czułą wdzięcznością wspominana jest od wszystkich.
    Położenie Płocka jest piękne i wesołe. Wspaniały bieg Wisły, zaćmione wyspy lasami, równiny przerywane górami, ze wszystkich stron miłe wystawiają wejrzenie. Największą niedogodnością jest brak wody; studnie acz głęboko kopane, wydają wodę mętną i słoną. Przyjdzie może czas, gdzie o milę lub dwie wodociąg żywe zdroje prowadzić będzie do miasta. Ile dozwalają trudne dzisiejsze okoliczności, IMP. Rembieliński, prefekt dzisiejszy, utrzymuje miasto w porządku i czystości.
    Poruczone przez dyrekcyą edukacyjną zlecenia zatrzymały mię przez trzy dni w tem mieście. Smutne prawdziwie były obowiązki moje, wzierać w kassę przychodów edukacyjnych i nie znaleść w nich ani szeląga, dochodzić niezmiernych zaległości, i znaleść że nędza powszechna, etc.
    Szkoły płockie departamentowe liczą do 150 studentów. Miasta, od teraźniejszych przechodów wojsk, nieucierpiały tyle, jak okolice wiejskie; sam departament płocki przystawić musiał 30, 000 wołów wziętych od roli i zarżniętych. Tysiące i tysiące idących z Niemiec, Szlązka i Włoch samych; drogi i rzeki napełnione stosami mąk i sucharów. Niemasz w Płocku żadnego księgarza, lecz jest teatr; reprezentacye i granie aktorów lepsze niżeli się spodziewać należało; słuchaczów w proporcyi dwa razy tyle jak dziś w Warszawie. Ludność miasta do 6000 wynosi; żydzi mieszkają osobno. Za staraniem prefekta nie wolno stawiać innych domów, tylko murowane.
    Droga dość twarda, nieraz wyniosłe góry, po lewej ręce bieg Wisły z pysznemi po nadbrzeżach topolami, po prawej pola i na nich krzątający się opóźnionemi zbiorami rolnicy, zawiodły mnie do Dobrzyńca. Jak w innych miastach, tak i w Dobrzyńcu zaniedbanie, upadek i ciężkość czasów dzisiejszych widocznie okazują się. Kilkadziesiąt tylko ubogich domów, przez mieszczan rolą bawiących się zamieszkanych; kościoł Franciszkanów, w nim mała szkółka: to jest, co składa zamożność i ozbobę miasteczka. Wszedłem na wyniosłą górę, gdzie niegdyś stał jeden z zamków książąt mazowieckich; ziemia tylko została, już żadnej cegły, najmniejszego gruzu niewidać. U spodu tylko dawnego zamku leżą stosy tych gruzów i ogromne poły wywróconych murów; cegły ich tak wybornem spojone wapnem, iż żelazo z największą rozbija je trudnością. Przedali go Prusacy za pięćset talarów; amtman z świątyni pańskiej dom sobie postawił.
    Siedząc na górze zamkowej, wiodłem okiem po bystrych nurtach Wisły, pysznie i daleko rozciągających się. Jak wszędzie, tak i tu, Wisła z lekka obmywała z lewej strony płaskie równiny; cały ciężar i głąb nurtów ważył na praną stronę. Tam głęboko ryjąc ziemie, uczyniła brzeg ten wyniosłym i stromym; nigdzie powolnej pochyłości, przepaści prawie wszędzie.
    Spokojność panująca w tych miejscach, lazur nieba odbijający się o czyste wód kryształy, cichy bieg wód tych, jak bieg unoszącego nas czasu, pogrążyły mię w dumania nad ważnemi kolejami, przez które przechodziło to miasto tak zaniedbane dzisiaj. Tu Konrad, niemogąc się oprzeć napadom pogan pruskich, ustanowił, jak powiada Duisburg, czyli sprowadził z Inflant, jak twierdzą kronikarze polscy, braci nazwanych Chrystusowymi. Wybudował im zamek, i ziemię dobrzyńską, a w Kujawach Cedlice nadał, i ztąd oni bracią dobrzyńską nazwani. Ubior ich był płaszcz biały, na boku czerwony miecz i krzyż. Nie zdołali rycerze ci odeprzeć barbarzyńskich tłumów. Z porady więc biskupa Chrystyna, wysłał Konrad do papieża i cesarza z prośbą, by mu kawalerów krzyżackich na pomoc przysłali. Że Krzyżacy ci przez więcej jak dwa wieki krwawemi walkami napełnili dzieje narodu polskiego, że tak ważny wpływ mieli (po zgaśnieniu swem nawet) na losy nasze, sądzę iż namienić należy o początkach zawiązania się zakonu tego w ziemi świętej, o przyczynach dla których do Polski sprowadzonym był, o wyniosłej nakoniec onego potędze i niewdzięczności ku dobroczyńcom swoim.
    Za panowania Baldwina, króla chrześciańskiego w Jeruzalem, Saraceni, w r. 1188, potężnemi najazdy Ptolomaidę oblegać, i chrześcian wszędzie ścigać zaczęli. Wyprawił Baldwin poselstwo do wszystkich prawie mocarzy, żądając pomocy. Ruszył się lud pobożny z Włoch, Wenecyi, Francyi i Niemiec. Rycerze, po większej części Niemcy, wystawili okręt, Krake zwany, i na nim w liczbie 500 do Ptolomaidy przybyli. Trwało przez rok oblężenie to krwawe, z wielką stratą pobitego, a więcej jeszcze rannego rycerstwa; leżało na pobojowisku wielu bez opatrzenia chorych. Aż z przychodniów niemieckich znalazło się ośmiu bogobojnych mężów, którzy, wzruszeni miłością chrześciańską, rozpięli żagiel z okrętu, znieśli podeń chorych; tam maściami, rozmaitemi w krainie tej ziołami, więcej jeszcze pracą, przynosili im ulgę. Został nakoniec dla chorych zbudowany klasztor Ś. Jana, przez rycerzy z wyspy Rodu, później Maltańskimi nazwanych; zwierzchność i staranie nad nim poruczone ośmiu wspomnianym już mężom. Ci rozprzestrzeniwszy ogród, zasadzili go owocem i dobroczynnemi ziołami; założyli nakoniec w Akrze wielki szpital pod imieniem Panny Maryi. Oddani całkiem ludzkości, dalecy byli od tych chciwych i wyniosłych chuci, któremi następcy ich skazili się później. Baldwin, król Jerozolimy, widząc użyteczność ustawy, podobnyż szpital w Jerozolimie wystawił, i nad obydwoma wielkim mistrzem Henryka Walpot przełożył. Pierwszego roku liczono tylko 35 zakonu tego rycerzy; później wielu Saracenów zbudowanych świętobliwem ich życiem, nawracało się na chrześciańską wiarę. Umierające w ziemi świętei majętne rycerstwo, lub pielgrzymujący tylko, majątki im swoie zapisy wali (świadkiem tego późniejszemi czasy Mikołaj Radziwiłł, marszałek wielki litewski). Walpot otrzymał wiele listów od panów chrześciańskich do papieża Celestyna III i cesarza Henryka IV. Wysłany z niemi do Rzymu patryarcha jerozolimski, wyjednał potwierdzenie zakonu tego z tytułem Braci domu niemieckiego, szpitalu Panny Maryi podług reguły Ś. Augustyna. Przywieziony przywilej do Jeruzalem z największą ogłoszony uroczystością. Patryarcha ubrał braci w białe kosztowne płaszcze z krzyżami czarnemi na przodzie i w tyle. Między bracią biorącą tę inwestyturę, czyli ubior zakonniczy, było siedmiu kapłanów i dwudziestu czrerech szlachty świeckiej; tym wolno było we zbroi, miecz przypasawszy, mszą odprawować. Podług zakonu tego, żaden z rycerzy brody nie strzygł, i na worze napchanym słomą sypiał. Rycerz przeciw zakonowi występny, przez samego mistrza tylko mógł być karanym. Drugim był mistrzem Otto Karpen, narodu niemieckiego szlachcic; ten zakonowi nadał za herb orła czerwonego z Panną Maryą, Dziecięciem i 8. Józefem; herbu tego używali Krzyżacy aż do czasów Fryderyka I, tegoż zakonu mistrza. Za tegoż, bracia mieczowi w Inflanciech nastali; a później z pruskimi Krzyżakami złączyli się.Trzydziestu lat od założenia tego zakony nieupłynęło, gdy w r. 1218, za panowania Ottona i Fryderyka II, cesarzów, a Leszka Białego w Polsce, Herman Salza, szlachcic miśnieński, obrany czwartym wielkim mistrzem, ujrzał znacznie powiększony swój zakon wstąpieniem do niego Konrada margrabi z Turyngii, z dwoma tysiącami rycerzy niemieckich.
    Mistrz ten tak był przeważnym, iż powagą swoją spory między cesarzem i papieżem Honoryuszem załatwił. Wszakże ani ta powaga, ani siły wojenne dostatecznemi niebyły do ochronienia ziemi świętej od Saracenów. Wygnani z niej chrześcianie; wygnany zakon Krzyżaków uciekł się do cesarza Fryderyka prosząc o miejsce, gdzieby się uchronić mógł. Niefortunnym zbiegiem okoliczności, zaszło to wtenczas, kiedy Polska osłabiona była nieszczęśliwym podziałem między Krzywoustego synów. Konrad, książe mazowiecki, sam jeden ciężkim napaściom Prusaków oprzeć się niemogąc, z namowy biskupów, Henryka księcia szlązkiego i Agazyi, księżniczki ruskiej żony swojej, wysłał do cesarza Fryderyka do Włoch z prośbą, by Krzyżacy ci na pomoc przeciw poganom przysłani do Polski być mogli. Chwycili się, mówi Naruszewicz, pory tej papież i cesarz Fryderyk; ostatni, jako Niemiec, rad był rozszerzaniu się w krainie sławiańskich ludzi narodu swojego, a jako cesarz, mniemanem świata władnietwem napojony, spodziewał się że powagę swoję od Jordanu za Wisłę rozciągnie; papież, pewny że Krzyżacy, z powołania swego mnisi, jemu ze wszystkiemi nabytkami swemi podlegać będą.
    Ostrożny Herman Salza, chcąc się dowiedzieć, czy ziemia na którą przenieść się miał, odpowiadała chiwym jego zamiarom, wysłał najprzód niejakiego brata Konrada Landsberga z siedmiu innymi rycerzami (Vitae Vladislaviensium episcoporum, Stephani Damalewicz, s. 57), zaleciwszy aby ziemię dobrze przejrzeli, zobaczyli czy bogata, czy żyzna. Stanęli zakonnicy przed Konradem w zamku dobrzyńskim. Postać ich rosła, poważny ubior, ogromne u boku miecze, skromność ułożenia, spuszczone w ziemię oczy, obiecywały dzielną pomoc i posłuszeństwo razem. Konrad atoli nie wszedł z nimi w żadne na piśmie obowiązki; obiecał im tylko, za przyjściem Więcej rycerstwa, puścić ziemię chełmińską na lat dwadzieścia. Podobać się musiała Krzyżakom ta ziemia chełmińska; wkrótce bowiem sam mistrz z 20, 000 rycerzy Niemców przybył do Polski. Wtenczas Konrad nadał im ziemię chełmińską i cokolwiek się zamyka między rzekami Wisłą, Mokrą i Drewienka, pod warunkiem aby pilnie i ustawicznie z pogany o wiarę chrześciańską walczyli, a gdyby już je uspokoili i zhołdowali, żeby ziemię chełmińską jemu lub potomstwu jego wrócili, a podbite na Prusakach krainy z książeciem mazowieckim podzielili. Zakon z powołania bitny, biegły w sztuce rycerskiej, sztuka ta i oświeceniem przechodzący dzikich ziemi pruskiej mieszkańców, łatwo ich pokonał, pokonawszy ujarzmił, i w krótkim czasie wzbiwszy się w potęgę, nie znał już granic uciskom i wyniosłości swojej. Wielu z zamożniejszej szlachty niemieckiej, sami nawet udzielni kiażęta dobijali się o urząd mistrzów. Widzimy w ich liczbie Konrada, księcia Turyngii, który w r. 1250 złączył się z rycerzami mieczowymi w Inflanciech; Godfryda Hohenlohe, Konrada trewirskiego, Rudolfa brunświckiego, Dytrycha oldenburgskiego, Rudolfa saskiego, Henryka Reuss-Plauen, Fryderyka saskiego, Alberta, Fryderyka i Jana-Zygmunta brandeburskich książąt. Ani mistrzowie, ani rycerstwo nie zapominali dawnego rodu swojego, ani wrodzonej ku Polakom niechęci. Wytępiając, ujarzmiając dawnych właścicieli ziemi, znosili się potajemnie na zgubę Polaków z cesarzem i niemieckimi książęty: wyrabiali sobie od nich nadania, jak gdyby dziedzictwa Polski należały do Niemiec. Ileż dobre Jagiełły przez nich oszukiwać się dawały! Do tego stopnia, mówi Stryjkowski, zuchwalstwo ich przyszło, iż w samym początku XV wieku spiknęli się z całą rzeszą niemiecką na wytępienie narodu polskiego i osadzenie ziemi naszej Niemcami. Zwycięztwo Jagiełły pod Grunwaldem przytarło wyniosłą dumę, lecz nie potrafiło jej zniszczyć. Zgubiła się ta duma przez własne okrucieństwa i swywole. Dziejopisowie pruscy zostawili nam długi poczet okrucieństw, pod któremi za panowania ich jęczał lud nieszczęsny. Chcieli Krzyżacy być panami życia i majątków mieszkańców. Zakazano im wszelkiej własności i dziedzictwa; wszystko po śmierci szło na Krzyżaków; żaden z obywateli nic sprzedać i kupić nie mógł bez ich zezwolenia. Broniono szlachcie nosić oręż, znamie rycerskiego stanu; broniono wchodzić w stan duchowny. Przydamy do tego gnanie nędznego ludu do budowania twierdz i gmachów stojących po dziśdzień; niezmierne cła i podatki, codzienne krzywdy i gwałty niewiast, a dziwić się nie będziemy temu związkowi, który obywatele uczynili z sobą by zrzucić tak ohydne jarzmo. Podali w r. 1440 mieszkańcy na piśmie krzywdy swoje wielkiemu mistrzowi, a gdy sprawiedliwości otrzymać niemogli, królowi polskiemu poddać się umyślili. Długo sprzysiężenie to tajemnem przed Niemcami zostało, a gdy postrzeżone że Krzyżacy udawali się do cesarza niemieckiego i ciężkie na mieszkańców wyrabiali wyroki, ci, w r. 1452, za mistrzostwa Ludwika Erlichshausen, wysłali poselstwo do Kazimierza Jagielończyka, ziemie pruskie pod berło polskie oddając; a przekonani, że potęga Krzyżaków najwięcej zawisła na zamkach warownych, zamki ich w Toruniu, Elblągu, Gdańsku i Królewcu zburzyli. Znaleźli posłowie króla powracającego z Litwy przez Sandomierz; wezwani do Krakowa, przed królem i senatem rzecz swą uczynili. Nie byli i Krzyżacy z tej strony nieczynnymi. Pod pozorem uczczenia ślubów królewskich, wysłał wielki mistrz do Krakowa podskarbiego zakonu, dawszy mu 50, 000 czer. zł. na przekupienie panów polskich. Posłaniec ten niewiele w Krakowie wskurawszy, udał się do Piotra Szafrańca, człowieka z rabunków i zuchwalstwa znanego, który dał się namówić do zaburzenia okolic tamecznych. Po niejakiem wahaniu się, przyjął Kazimierz poddanie się Prusaków i do równych przywilejów z Polakami przypuścił. Wysłani Andrzej Opaliński, biskup poznański i Jan Koniecpolski, kanclerz koronny, do odebrania przysięgi nowych poddanych. Niemało atoli srogich bojów kosztowało przyłączenie tych pięknych prowincyj. Krzyżacy, wsparci licznemi posiłkami Niemców, pod Chojnicami zbili Polaków; ci się wkrótce krzywd swoich pod Puckiem i Ornetą pomścili; zniszczone Warmia i Sambia. Po dwudziestu latach bojów, stanął nakoniec pokój w Toruniu, pod warunkiem, że król polski ziemię chełmińską, michałowską i całe Pomorze zatrzyma; resztę mistrz krzyżacki jako hołdownik zatrzymać miał, z obowiązkiem posłuszeństwa na wszystkie króla rozkazy.
    W wojnie tej zginęło 85. 000 Polaków. Wielki mistrz stracił, prócz ludu wiejskiego, 69, 300 bojowego żołnierza, nielicząc w to co utracił lud miejski. Go do wydatków: wysypał król polski na tę wojnę, 190 beczek złota; mistrz krzyżacki 114 beczek, nie licząc w to co miasta wydały. Gdy przyniesiono królowi liczbę poległego ludu i wydanych pieniędzy, odezwał się monarcha ten: "Całe Prusy i Pomorze niewarte tyle, krwi chrześciańskiej, ani skarbów tyle."
    Z 21, 000 wsi, 3, 013 zostało od pożaru i zniszczenia Krzyżaków całych. Zburzono 1, 019 kościołów, wytępiono dobytek i konie; długo rola pługiem nietknięta była; lasy tyko i wody dostarczały żywności; tamte opuszczone przez nieludność, zapełniły się mnóstwem niedźwiedzi, łosiów, dzików, zajęcy i wilków. Tyle klęsk kosztowało nas nieprzezorne wprowadzenie Niemców do polskiej krainy!
    Po tym pokoju, w krótkim przeciągu czasu, czterech wielkich mistrzów, z oporem i wiara dla Polaków wątpliwa, przewodziło zakonowi Krzyżaków. Podniesiony nakoniec na dostojność tę w r. 1518 Albert margrabia brandeburgski, siostrzeniec Zygmunta-Augusta. Ten wiarę luterską przyjąwszy, złożył habit zakonny, z powodu jednak pokrewieństwa z królem, ksiażęciem pruskim i hołdownikiem Polski uznany; Umarł w r. 1560, przewodząc zakonowi przez lat blizko sześdziesiąt. Mąż uczony, przebiegły i zręczny. On to napisał w polskim języku księgę o sztuce wojennej, Zygmuntowi-Augustowi przypisaną. Rzadki oryginał rękopismu tego znajduje się u J. O. księcia Imci jenerała ziem podolskich w Puławach, przez Imci pana Feliksa Biernackiego ze  Szwecyi sprowadzony.
    W r. 1578 król Stefan Batory, potrzebujący pieniężnych posiłków na wojnę moskiewską, dozwolił Jerzemu Fryderykowi, krewnemu Alberta, objąć rządy nad Prusami, i hołd przyjął od niego. Przytomni uroczystości tej posłowie elektora brandebugskiego, z linii Anspachskiej, chwycili się chorągwi, jak gdyby państwo to z prawa do panów ich należało; przeciwili się temu posłowie pruscy wołając, że podług paktów z Zygmuntem zawartych, linia frankońska do lennictwa Prus należała, lecz, na nieszczęście nasze, nie zważano na ich przeciwienie; aż elektor brandeburgski i ostatni lennik pruski, Fryderyk Wilhelm, korzystając z obarczenia Polski przez przemożnych nieprzyjacioł, traktatem welawskim wymógł na Janie-Kazimierzu uwolnienie siebie od hołdu i nadanie prawem udzielnem powiatów lawenburskiego i bytomskiego. Rozszarpanie Polski, spełniło te odwieczne Krzyżaków życzenia.
    Wróćmy do Dobrzynia. Franciszkanie trzymają elementarną szkółkę, lecz prócz czytania i pisania nic więcej nieuczą. Rzecz dziwna, że za pruskiego rządu, zakonnicy postawili nowy klasztor. W budowie i rozporządzeniu zachowali ściśle dawny zwyczaj a nawet i wady. Zakonnicy, jak bobry jakie, czyniąc wiernie jak czynili przodkowie ich, nie
    wiedza co to jest doskonalić. Wielu w tych stronach jest dawnych Holendrów i kolonistów niemieckich; ci albo tylko swoim językiem uczą, albo nie uczą wcale, i szkółek nie maja. Rząd edukacyjny znając jak wiele zależy na tem, żeby tych cudzoziemców spolszczyć, nakazał aby bakałarze, po wszystkich koloniach, umieli i uczyli po polsku; rozkaz ten wcale nic, albo mało zachowanym jest.
    LIPNO po większej części zamieszkałe przez Niemców. Gdziekolwiek naród ten osiada, czy we wsiach, czyli też w miasteczkach, wraz lepszy porządek, czystość i dobrzy byt uważać można. Nie rnożna przypisać tego wyższym zdolnościom narodu tego nad naszym; w oświeceniu i miłości do pracy, wyższości tej ludu niemieckiego nad naszym, szukać należy. Przychodzą do nas Niemcy, i wraz albo kupują rolę, albo na bardzo długie najmują ja czynsze, ztąd własność i swoboda. Ustawy religii ewangelickiej, śpiewanie psalmów, cały tryb służby bożej wymaga umiejętności czytania. W duchowieństwie ich wychowujacem się po akademiach, większa nauka i światło sprawia, że modlitwy ich i kazania są bardziej jak nasze do moralności potocznego życia dążące. Dzień świąteczny u katolików jest dniem modlitwy, lecz po niej bardziej jeszcze dniem pijaństwa i zgorszenia. Wraca wieśniak ewangelicki ze zboru, posiliwszy się, resztę dnia na czytaniu Pisma świętego przepędza, lub w odpoczynku trawi; wraca katolik ze mszy, i najczęściej idzie do karczmy, i tam na rozpuście i pijaństwie dzień niedzielny, a często i poniedziałek traci. Większe oświecenie duchowieństwa i pospolitego ludu naszego, nadana im własność i swobody, dokażą, że z czasem, jak w wielu innych rzeczach, tak i w gospodarstwie domowem, przejdą obcych przychodniów. Lipno dość jest zamożnem miastem, by miało wyższą szkołę jak ta co jest, podwydziałowa.
    Od Lipna, po większej części drogą dużo piasczysta, przebywszy rzekę Drzewicę, stanąłem na noc w Lubiczu. I tu niemiecka osada, także też bez polskiej szkółki. Zastałem familią z parobkami za najogromniejszą ze wszystkich mis, misą kartofli roztartych i okraszonych masłem. Go za wyborne, zdrowe i posilne pożywienie. Ludzie ci uprawili może przez dzień ten roli na wiele korcy zboża; misa kartofli dostarczyła im sił do tego. Wyznać należy, że po chrzcie świętym, kartofle są największem dobrodziejstwem ludziom użyczonem przez nieba; więcej Ameryce winiśmy za nie wdzięczności, niż za kruszce złota i srebra, fatalne chciwości narzędzia.
    Brodząc przez duża mile po piasku niezmiernym, odkryłem nakoniec starożytne wieże TORUNIA. Wązkie o trzech i czterech piętrach domy, wszystkie cecho wieków noszące na sobie, z długiemi oknami, szybami w ołowiu, umocowanemi nieraz kratą żelazną; domy malowane w różne barwy lub ozdobione cienkiemi fugowanemi kolumny, rzadko który cały, wiele niezamieskałych; w pośrodku ratusz, obszernością i pięknym kształtem równający, przechodzący może wiele, tego rodzaju, budowli w Europie; trzy pozostałe jeszcze, pysznej struktury świątynie; na około dawne mury z basztami i fossą szeroką; dom nakoniec Kopernika cały jeszcze: rzadka na ulicach ludność, postać upadku, smutku i nędzy; to jest co składa dzisiaj kwitnący i sławny niegdyś Toruń.
    Mistrz krzyżacki, Herman Balk, w roku 1231, nim miasto jeszcze stanęło, założył famy kościoł dzisiejszy. Sądząc po ogromności i wspaniałości świątyni tej, po bogactwach założyciela i zakonu jego wnosić już można, że Krzyżacy opanowawszy kraj ten sposobem Faraonów, lud nieszczęsny bez zapłaty do pracy pędzili; jeńcy też na barbarzyńskich mieszkańcach Prus zabrani, do wznoszenia tych ogromnych gmachów używani być musieli. Inaczej ciężko pojąć, jak Krzyżacy, w 1222 r. do Polski wezwani, już w 1231 i blizkich potem latach w Toruniu, Chełmnie, Chełmży, Malborgu i w wielu innych miejscach, z takim pośpiechem wspaniałe wznosić mogli budowy. Zamek i same miasto Toruń założone w 1235 r.; Krzyżacy samych osadników Niemców wprowadzili do niego. Zakon krzyżacki długie i krwawe wiódł spory o własność miasta Torunia. Miasto to w tak wielką wzrosło zamożność, bogactwa i siłę, iż w liczbę miast hanzeatyckich policzonem zostało.
    W r. 1454, mieszkańcy Torunia zburzyli zamek Krzyżaków, i poddali się pod berło królów polskich. W r. 1485, Kazimierz Jagielończyk obszerne przywileje i swobody miastu temu udzielił. W r. 1501, Jan-Albrecht, ciągnący na poskromienie Krzyżaków, tu życia dokonał. W 1544 r. zgruchotały lody pół mostu tutejszego. Hennebergerus pisze, że most ten od miasta aż do wyspy miał pięćdziesiąt przęseł, tyleż na wyspie samej, od wyspy zaś aż do góry, kędy most ten kończył się, było przęseł siedemdziesiąt i siedem; długość całego mostu, w 1566 r., na 1, 770 łokci rozciągała się. Most ten sławnym stał się dzielną obroną jenerała Wojczyńskiego przeciw Rakuzanom, 1809 roku. Wiele tu synodów, osobliwie za Zygmunta III i Władysława IV, między ewangelikami i katolikami składanych było; ale ze strony Zygmunta, zamiast rozsądnej i słusznej tolerancyi, sarn tylko okazywał się duch nawracania. Synody te zeszły na niczem w r. 1645. Toruń, niezdolny przeważnym siłom Karola-Gustawa oprzeć się, poddał się królowi temu. Senat przez długie półgodziny perorował do zwyciężcy; Ericus Oxenstierna, kanclerz królewski, gładką mową odpowiedział od tronu. Magistrat z wielką wspaniałością traktował monarchę; podczas uczty osadzili Szwedzi miasto wojskiem swojem i wały działami. Z powodu związków religijnych, Gustaw dość łagodnie obszedł się z mieszczanami, i na nabożeństwo ich uczęszczał. Wkrótce Szwedzi, oblężeni w Toruniu przez Polaków i posiłkowe wojsko austryackie, poddać się musieli. Zdarzenie to pięknym medalem uwieńczone jest.
    Największą chwałą Torunia jest, że dało życie Mikołajowi Kopernikowi, astronomowi, który nowy bieg ciałom niebieskim przypisał. Ojciec jego Mikołaj, do tutejszego miasta z Krakowa przeniósł się. Wieść niesie, że był cyrulikiem; wyższą atoli musiała być jego profesya, gdy pojął za żonę Watzelrodównę, siostrzenicę biskupa warmińskiego, a syn jego potem został kanonikiem tejże kapituły. Byłem w jego domu i w izbie nawet gdzie się wielki ten człowiek urodził; jest to izba dość wielka, dziś tarcicami na pół przeforsztowana, cała pomalowana czerwono; szyby w oknie małe, osadzone w ołów, być może że te same jeszcze, przez które Kopernik ujrzał to słońce, któremu, jak drugi Jozue, stanąć rozkazał. Znalazłem w izbie tej Kopernika, dwóch żołnierzy na kwaterze stojących. Urodził się wielki ten mąż 19 stycznia 1473, umarł 1543 r. Jest u Fary i u Panny Maryi wizerunek jego z takim napisem: Nicolae Copernico, Toruniensi absolutae subtilitatis mathematico, apud externos celeberrima, ne in sua patria tanti viri periret memoria, hoc monumentum positum. Varmice in suo canonicatu, a. d. 1543 d. 2 juni actat. 73.
    Książe Jabłonowski, wojewoda nowogrodzki, posąg Kopernika z białego marmuru uciosać kazał, i temuż piękny położył nagrobek. Ledwiem mógł docisnąć się do pomnika tego, tak kościół zawalony był beczkami sucharów i mąki. Te zawady przeszkodziły mi widzieć wiele innych pomników. Kościół farny jest obszerny i piękny; Herman Balk w r. 1231 wystawił go. Obok świątyni tej jest kolegium pojezuickie obszerne z bogatą sztukateryą po wierzchu; mieszkanie Lojoli, całe dzisiaj napełnione jest taczkami należącemi do twierdzy.
    Poppo ab Ostera w 1252 r. wybudował kościół Bernardynów. Go do murów jest, on nienaruszony; okna, jak za czasów gotyckich żywemi malowane kolory, potrzaskane są na pół. Ksiądz gwardyan zapewnił mię, że potłuczenie to stało się jeszcze za oblężenia szwedzkiego, to jest więcej półtora wieku temu: wyznać potrzeba, że miano czas naprawić je. Wspaniałe jest wejście do Sancta sanctorum, ogromne organy; lecz ani tu, ani w innych świątyniach żadnej wielkiej pamiałki, żadnego grobu Krzyżaków, tych pysznych ciemiężycielów tej ziemi: musiały być jednak. Nie jeden z tych rycerzy mniemał, że w głazie marmurowym nieśmiertelnie oddychać będzie, niemasz go.... takie są ludzkie nadzieje. Dziś posadzka kościoła i strony jego zasypane są sucharami dla wojska; niezmierny konwent, wiekuiste gotyckie filary, łamią się i przerabiają na szpital żołnierski. W tym to kościele widzieć można kaplice i grób Anny królewny szwedzkiej, siostry Zygmunta III; na czarnej trunie widać leżący wizerunek jej z białego marmuru przez umiejętny rękę ciosany. Ubranie kobiece (strasburg po niemiecku zwane); na głowie koronki; brzegi szat, całych są wyzłacane. Tej to królewnie przypisany jest Zielnik polski Syreniusza. Lubo w katolickim pochowana kościele, protestanci wiele mają dowodów, że w ich religii żyła i umarła. P. Friese, w historyi kościoła reformy w Polsce, tak opisuje jej pogrzeb.
    Królewna Anna umarła w starostwie swojem brodnickiem dnia 6 lutego 1625 r., Zygmunt III, brat jej, nieutulonym był po stracie jej i przez dni kilka nikogo do siebie nie wpuszczał. Cały dwór przywdział żałobę. Król pisał do papieża z prośba, by ciało w grobie królów polskich w Krakowie pogrzebionem być mogło; gdy atoli pozwolenie nic przyszło, zostało ciało aż do 16 lipca 1636 r. w Brodnicy, i wtenczas dopiero, za rozkazem Władysława IV, do Torunia następującym sposobem sprowadzone i pogrzebione zostało.
    Do obchodu tego wyznaczył król w imieniu swojem Krzysztofa Radziwiłła, wojewodę wileńskiego, Andrzeja Reja, starostę libiszowskiego i Zygmunta Guldenstern, starostę sztumskiego. Zrana, o godzinie 8 wspomnionego dnia, uderzono w Toruniu we wszystkie katolickie i dyssydenckie dzwony. Obywatele Brodnicy przyprowadzili namaszczone ciało aż do przedszańców toruńskich. Piotr Zimmermann, senior duchowieństwa tamecznego, miał mowę w przytomności niezliczonego ludu. Szli naprzód studenci t obydwóch miast z nauczycielami swymi, potem powoli za nimi mieszczanie w liczbie 500, Liczna muzyka smutnemi przegrywała tony; stu kapłanów z okolic zebranych poprzedzało trumnę. Tu dopiero postępował wóz żałobny sześcią białemi końmi ciągniony; konie te i wóz przykryte były lamą srebrną z wyszywanemi szwedzkiemi herbami, końce wozgłowiów niosło dwadzieścia cztery panien z przedniejszych dyssydenckich familij. Przed ciałem szli mieszczanie Brodnicy w białych sukniach z zielonemi na głowie wieńcami. Szlachetne panny miały także białe suknie i wieńce zielone. Otóż nazwiska ich: Rzepecka, kasztelanka lubelska; Przyjemska, podkomorzanka kaliska; Rejówna, starościanka libiszowska; młoda hrabianka Latalska; panna Anna Orzechowska; panna Marya Sienińska; panna Szpinek; panna Kaszewska; Potocka, podkomorzanka halicka; Strzelecka z swą siostrą; Piecowska; Balńska; Wierzbowska; Bartlińska z siostrą; Siestrzyłowska; Magnuszewska; Tarnowiecka; Kosińska; Ziemięcka. Po obu stronach tych dziewic, szła młodzież szlachecka w białych płaszczach z świecami w ręku. Nazwiska ich następujące: Władysław Leszczyński, wojewodzie bełzki; Floryan Słupecki, kasztelanie lubelski; Jędrzej i Mikołaj Bejowie; Władysław i Adam Miekieccy; Jan Buczacki; Władysław i Stanisław Latalski; Szlichting, kasztelanic nakielski; Mikołaj Abrahamowicz, wojewodzie smoleński; Stanisław Jarkmański; książę Mikołaj Hołowczyński; Wojciech Kurnatowski; Jan Kuszewski, kasztelanie radomski; Sośnicki; Złotnicki; Adam i Jan Żychliński; Zygmunt Twardowski; Jan Jarochowski; Michał Brzostowski; Jan Ziemięcki; Waleryan Jawgiel; Gadkowski; Pogorzelski; Gibowski; Lubowski; Karczewski. Tużza trumną szedł Krzysztof książę Radziwiłł, wojewoda wileński, jako na obrządek ten delegowany od króla. Prowadzili go: Jan i Krzysztof książęta Lignicy i Brzegu, z rodu Piastów, i z nimi Fryderyk, książę anhaltski. Za nim szedł Paweł Działyński, wojewoda chełmiński, jako poseł króla polskiego i szwedzkiego. Tego prowadzili synowie książąt z Lignicy i Brzegu. Dalej szedł starosta starodubowski, jako poseł królewny polskiej, prowadzony przez Bogusława Radziwiłła i starostę Rhedena. Postępowały za nimi przedniejsze polskie damy, każda prowadzona przez dwóch panów.
    Księżnę Ostrogską wdowę po wojewodzie wołyńskim, prowadzili Andrzej Leszczyński, wojewoda bełzki, i Teodor Denhof starosta urzędowski. Słupecką, kasztelanowę lubelska, prowadził starosta i baron Jan Szlichting. Katarzynę Ostrorogowę, kasztelanowę międzyrzecką, prowadzili
     

     
    PODRÓŻ DO PRUS POLSKICH I KSIĄŻĘCYCH W ROKU 1817.
     
    Jeszcze jedna podróż historyczna po kraju! Zwiedziwszy w r. 1811 województwo krakowskie i sandomierskie; w 1812, płockie, chełmskie, gnieźnieńskie i kaliskie; otarłszy się w r. 1816 aż o Wiszniowiec i Horyń, chęć dzisiaj bierze, acz przy starganych siłach, zwiedzić najpiękniejsze prowincye, niegdyś należące do Polski lub hołdownicze królom naszym, dziś, niestety! pod panowaniem tych, co nam służyli.
    Wyjechałem z Warszawy dnia 2 czerwca 1817 r., z roskoszą patrzać na upiększające się miasto, na ruch czynny, którego ciągłe wojny i klęski długo nam widzieć nie dały. Zatrzymawszy się przez półgodziny, aż się odbyły porządki rogatkowe, wyjechałem nakoniec na wolność. Tu, skazani za występki pracowali około prostowania lub robienia nowej drogi. Opieszałość z jaką około tej roboty dłubali, nowym dla mnie była dowodem, że kajdany w niczem nie dodają ochoty. Otwartemi polami, zbyt szczuple osiadłemi na okolice stolicy, ku wieczorowi przybyłem do Błonia, miasteczka, które było i będzie może zamożnem, dziś jednak ledwiesto domostw zawiera. I w Błoniu, jak w Warszawie, był jarmark doskonale do miejsca stosowny. Z Sochaczewa, Łowicza, Strykowa i innych pobliższych miejsc zjechało się wozami brudne żydostwo, a zatoczywszy te wozy jeden koło drugiego, rozciągnąwszy ogromne płachty nad niemi, zrobili z nich czworogran z ulicami, zupełnie tabor błędnych Tatarów przypominający. Pod jednem bowiem przykryciem widać było żydów, żydówki, bachury, konie i towary. Towary te były jedynie dla ludu, z prostych sukien, płócien, chustek, tasiemek i garnków składające się. Co było dla mnie smutnego, że i te tak proste rękodzieła, prócz jednych garnków, świń i krów, wszystkie były z zagranicy, bo już nie z naszej Wielkopolski sprowadzone. Kupcy skarżyli się, że nie było odbytu, jedne tylko świnie popłacały. Wzięte za te drogie stworzenia pieniądze, wszystkie podobno u kramarzy zostały. Rzadko który z poczciwych naszych wieśniaków niepijany powracał; damy także porządnie uraczone były. W tem błogosławionem zachmieleniu, charakter ludu naszego jawnie się odkrywa: wszyscy weseli, słodcy, i aż do rozrzewnienia czuli. Bóg wie, ile naówczas oświadczeń, ściskania i całowania. Nałóg ten im powszechniejszy, im szkodliwszy, tem usilniejszą wzbudzić powinien czujność i starania rządzących nami, by go wykorzeniać. Go ten nałóg pijaństwa od tylu wieków więcej niż w innych krajach uwieczniało i uwiecznia w pospólstwie naszem, jest z jednej strony nieoświecenie, nieswobodny byt ludu naszego; z drugiej, łatwość którą mu sami panowie, stawianiem częstych szynków, podają. Kmieć pracujący tydzień cały, z kościoła idzie do karczmy: napój nietylko mu wypędza z myśli wszystkie troski, lecz nadto sprawia momentalne uczucia szczęśliwości, jakiej nie doznaje bez pomocy kieliszka. Raz zakosztowawszy tego rodzaju zachwycenia, powtarza je, aż się obróci w nałóg, aż w ubóstwo, choroby, w grób nakoniec, nieszczęśliwego wprawi. Jak daleko w ostatnich czasach, średnia klasa ludzi zyskała w dobrym bycie, a nawet zasmakowała w zbytku, w Błoniu widzieć mi się to zdarzyło. Postrzegłem hoże panny w czystych muślinowych sukniach, z dużemi grzebieniami w porządnie utrefionych na głowie włosach; gdym zapytał kto były, odpowiedziano mi, że jedna kowala, druga stolarza córki. Jeśli ojcowie uczciwie zarobili, jeśli ich starczy na to, czumuż i kowale i córki ich używać nie mają? Błonie znacznem było niegdyś miastem. Orzelski, za Zygmunta-Augusta żyjący, powiada nam w rękopismie swoim, iż matka Barbary Radziwiłłówny, sprowadziła z Błonia sławną czarnoksiężniczkę, by ta sztuką swoją wzbudziła w królu ku córce jej miłość. Mniej jednak gusła magiczne, jak wrodzony urok piękności i słodyczy, któremi Barbara była obdarzoną, przyczynił się do czarów tych.
    Nazajutrz, o godzinie piątej z rana, ruszyłem z Błonia ku Sochaczewowi. Kraj otwarty, bez żadnych lasów; drogi, od częstych desczów,
    rozkisłe; czas, na porę roku, dość chłodny. Bo to przecież była wiosna, w której się cała natura odmładza i odradza, w której roślinne i zwierzęce płody nie tak bezrocznie jak ludzie, lecz koniecznie w tej porze wydają pokolenia nowe:
     
    Ziarno rzucone w jesieni,
    Dziś wschodzi, żywym liściem się zieleni.
    Koszlawe kaczki i gęsi krzykliwe,
    Piękną pogodą szczęśliwe,
    Pysznie prowadza do pobliższéj wody
    Żółtych swych dzieci niezliczone trzody.
    Źrebię, co ledwie jeden miesiąc znaczy,
    Już w zawód bieży przy klaczy;
    I córka owcy i pięknego tryka
    Przy matce bryka.
    Skowronek w powietrznych szlakach,
    Słowiki w gajach, zięby w nizkich krzakach,
    Szczęśliwe, że słońce świeci,Że się kochają i że mają dzieci;
    Siedząc na róży, lub w w niebo wzniesione,
    Wrzeszczą z radości, jak gdyby szalone.
     
    Lecz nietak człowiek. Ten, lalo czy zima,
    Jednych uprzedzeń statecznie się trzyma.
    Widzą ptaszyny, w czém szczęście zależy;
    A człowiek niewie i za błędem bieży.
    Niczem dla niego słońce, żona, dzieci,
    Ugania za tém, co zwodniczo świeci;
    A kiedy dopnie co było żądaném,
    Umrze, i prochem sianie się nieznanym.
     
    Wpośród podobnych dumań przybyłem do Sochaczewa, miasta niegdyś polskiego, dziś zupełnie żydowskiego; sami bowiem żydzi mieszkają w rynku i przedniejszych ulicach, pozwalając jednak kilku pozostałym chrześcianom żyć na krawędzi przedmieść. Dwa tylko tutaj są kościoły: Dominikanów i Dominikanek; w pierwszym dwaj księża, w drugim dwie zakonnice mieszkają. Te ostatnie, stare, niepiękne, nie potrzebują trzymać klauzury; jakoż, staremu, pozwoliły mi wnijść do klasztoru. Biedne te panny, dla pomnożenia towarzystwa swego, trzymają łaskawego barana; ten, oprócz milczenia, do wszystkich przepisów zakonnych zdaje się zupełnie stosować. Panna przełożona, to jest przełożona nad jedną siostrą i jednym baranem, mogąca już mieć lat ośmdziesiąt; zdała mi się dobrą i słodką, nadto posiadającą połączony przymiot wieku i płci swojej, mówienia wiele z największą łagodnością. Ona to nauczyła mię, że kiedyś, przed wiekami, trzy siostry, dziedziczki znacznych włości, nieznalazłszy godnych siebie młodzieńców, w czterdziestym piątym roku poświęciły się czystości: przyjęły ubiór Dominikanek, wystawiły klasztor i zapisały mu majątek swój; że zakon ten kwitnął aż do czasu Prusaków, którzy im dobra wydarli, lecz że ich Bóg raz już za to ukarał, i zapowiadała że drugi raz ukarze. Dodała nawet, złośliwiej jak na zakonnicę przystało, że ojcowie królów pruskich byli tylko dzierżawcami czyli podstarościmi królów polskich, i że sobie zuchwale i niewdzięcznie postąpili, i że Nieba skarżą ich za to. Biedne te panny biorą tylko po talarze na tydzień kompetencyi; szczupła nagroda dziedziczkom włości tylu.
    Naprzeciw klasztoru tego, na wzgórku, sterczą rozwaliny dawnego zamku. Nic wieki, lecz niedbalstwo i złość Prusaka zburzyły go. Tu to w r. 1794 zaszła walka w czasie powstania narodu między Polakami i wojskiem tłustego Wilhelma. Tu Hadziewicz, młodzieniec szlachetny i odważny, życie położył. Tu w następującym roku, przy ostatniem rozszarpaniu Polski, zatrzymać się musiała chciwość Prusaka, i granice swoje nad Bzurą położyć.
    Przeszedłem za most do karczmy na popas. Postrzegłem wchodzącą za sobą małą figurkę, trafnie się łaszczącą i badającą. Ostrzegła mię w alkierzu gospodyni, że ta figurka był żyd, utrzymywany przez obrzydłą krajowi policyą, by o mowach przejeżdżających donosił. Próżny, daremny wydatek, niemogący już nawet skusić tego, który się rzemiosła podobnego podejmuje, lecz kuszący tych, którzy do rzemiosła tego najmują.
    Za Sochaczewem, role czarne i żyzne, wsie już gęsto kolonistami Niemcami osadzone. Tu zaczynają się lasy. Giżyce, majętność porządna p. Rudkowskiego; Sanniki, obszerna ekonomia królewska, niegdyś starostwo, od czasów jeszcze pruskich przez p. Pruszaka trzymana. Postawił on dom obszerny i pyszne gospodarskie budowy; rząd teraźniejszy zatwierdził go w dzierżawie. P. Pruszak jest pilny i wyborny gospodarz. Jest w tych dobrach mnóstwo osadników niemieckich przez Prusaków sprowadzonych, już to dla zaludnienia kraju, lecz więcej nierównie dla zniemczenia go, i z latami dokażą tego. Rząd pruski, odmienny język i wiara, osobne osady, nie dozwolą nigdy ludowi temu polszczyć się. Ludność pospolita niemiecka, wywyższana zawsze od rządu, łatwo wziąwszy się z żydami za ręce, dawnych mieszkańców przytłumi do ostatka. Koloniści ci płacą tylko 10 talarów zwłoki, dwa kapłony, gęś i dwie podwody do Władysławka.
    Odtąd zaczynają się lasy i ziemia coraz czarniejszą; lecz dla gęstych ulew, w wielu miejscach powymakało zboże. Gombin, dość liche miasteczko, nędzniejsze nierównie Gostyń, choć w dziejach naszych tak sławne. W r. 1809, w czasie świetnych powodzeń naszych przeciw Rakuszanom i wzięcia Sandomierza, gdy wojsko wypijało zdrowie Napoleona, jeden z oficerów, podochociwszy sobie strzelił na wiwat. Ładunek padł na suchy dach domu w rynku. Wraz zajął się pożar, i całe prawie miasto z kościołem, z archiwami ziemi gostyńskiej od 300 lat, spłonęło. Odtąd Gostyń opieszale powstaje, nieliczy jak siedemdziesiąt domów, z których sześćdziesiąt jest w ręku żydów. W tym to gostyńskim zamku, więzieni byli carowie moskiewscy, przez Żółkiewskiego pojmani. Jakoż, posępniejszego miejsca wybrać niemożna było. Wieniec ciemnego sosnowego lasu zupełnie zamek okrąża; bliżej jeszcze oblewają go naokoło zarosłe błota i stawy; w pośród nich wyspa, otaczał ją niegdyś mur wysoki; za nim zamek z basztami. Przed laty trzydziestu, był on jeszcze mieszkalnym, i młody dość człowiek powiadał mi, że tańcował w nim przed drugim zaborem pruskim. Dach znacznie się był popsuł, starosta miał go był naprawić. Prusacy, znając chlubną ważność pamiątki tej dla Polaków, a chcąc, by zapomnieli, że kiedyś istnieli, więcej jeszcze, że słynęli, Prusacy mówie, zamek ten żydom na cegłę przedali; niewielka tylko pozostała część jego. Powinienby zapewne rząd, choć potajemnie, zachować te drogie szczątki od zagładzenia zupełnego:
     
    Drogie pamiątki srogi gwałt rozprasza!
    Już Kraków, Gniezno, Kruszwica nic nasza;
    Zabrane ludy i kraje!
    Niech szczątki zaników, mchem obrosłe mury,
    Zatarte grobów marmury,
    W szczupłe pozostałéj ziemi
    Istnieją pamiątki swemi!
    Niemasz już dla nas przyszłości...
    W zeszłych wiekach blask i sława:
    Ach! niech w świętéj troskliwości,
    Polak im zginąć niedawa!
     
    Z Gostynia dość smutnym krajem przejeżdża się do miasta KOWALA
    Popasając w karczmie, zastałem w izbie pełno naszych chłopów polskich i kolonistów Niemców. Nigdy mocniej nieuderzyła mie różnica między rolnikami dwóch narodów. Kmieciowie polscy, hojnie traktując się gorzałką, wrzeszczeli i śpiewali, całowali się jak najrzewniéj; na drugiej stronie czterech kolonistów, złożywszy się na szklankę piwa, smoktali ją wszyscy powoli, ponuremu smoktaniu temu towarzysząc harmonijną języka swego rozmową. Lepsza zapewne wstrzemięźliwość niemiecka, od naszego pijaństwa bez miary; lecz gdyby i nasi kmiecie byli na czynszach, gdyby ich duchowni nasi tak nauczali, jak nauczają swoich ewangeliści, zawszeby więcej od Niemców pili, leczby się nieupijali.
    Już było późno; zaczęto mię straszyć rozbojami w ogromnym lesie, który aż do Włocławka samego przebywać mi przychodziło. Lecz spojrzawszy na izbę pełną pijanego ludu, nadto na świeżo zabitego wieprza, którego w tejże izbie rzeźnik oprawiał, wolałem się narazić na rozbójników, niż pozostać wśród wieprzów zabitych, lub też pijanych. Ruszyłem więc w drogę, przez las dwie duże mile ciągnący się bez przerwy. Ze spodu piaski i korzenie, z wierzchu deszcz, po bokach karliste sosny, te były przyjemności towarzyszące mi aż do samego Włocławka.
    Władysławek, dziś przezwany WŁOCŁAWKIEM, po przeniesieniu około 1160 biskupstwa z Kruszwicy przez Honolda Włocha, naówczas biskupa, był ciągle stolicą biskupstwa kujawskiego i pomorskiego. Była to jedna z najobszerniejszych dyecezyi w dawnej Polsce. Dziś nawet, lubo biskupi utracili dochody z odpadłych Prus i Pomorza, przecież niejaką zwierzchność nad duchowieństwem tameczném utrzymywać zdają się. Stolicę tę znakomici zamieszkiwali mężowie: Golanczewski, Henryk książe lignicki, Karnkowski, Górka, Uchański, Tylicki, Lipski, Łubieński, Pstrokoński. Kościoł piękną jest starożytną budową, nie uderza jednak ni pięknością rzeźby, ani też malowań. Wiele w nim nagrobków biskupów i kanoników kujawskich widzieć można. Nie wiem co się z dawniejszémi stało; dziś najstarsze są od r. 1503, to jest Jana Łaskiego, wystawiony przez biskupa Kurozwęckiego i kanonika Jana Sokołowskiego z Wrząsa. Najdawniejszym podobno kościoła tego zabytkiem jest pulpit dębowy z wyrzynaniami XIII wieku; dlatego, że niekusił chciwości niczyjej, ocalał. Po kilkakroć świątynia ta i miasto przez najezdzców zniszczonémi były; a najprzód w r. 1229 przez Światopełka, książęcia pomorskiego, później w r. 1328 przez Krzyżaków. Ci, podchwyciwszy zamek Dobrzyński, przeprawili się przez Wisłę, acz obrońcy wiary i kapłani sami, zburzyli i splondrowali kościoł. Był na ówczas biskupem Maciej Gałązowski Toporczyk, o którego matce Kromer (II, str. 288) pisze, iż razem dwunastu synów powiła, z których biskup tylko pozostał przy życiu. On to dzisiejszy kościoł wystawił, a następni biskupi Kochowski, Madaliński, Czapski, i t. d. przyozdobili.
    Włocławek wygodnie co do handlu jest położonym. Jakoż miasteczko, choć nie świetnieje wspaniałemi gmachami, jest jednak porządne, czyste, oświecone lampami, i przedstawia tu ruch, który tylko handel i przemysł nadają. Nadwiślane położenie uczyniło je miastom składowém zboża; jakoż najwięcej stawiają spichlerzy. Dwaj bracia Engelmann i Reszka, znaczny handel zboża prowadzą. Są tu także warsztaty budowy berlinek. Na wiosnę, gdy statków tych wiele się ładuje, wychodzi i przychodzi, mnóstwo masztów, banderek daje mu postać małego portu. Pobyt komisarza obwodowego i sądów, przyczynia się do dobra miasta, które dziś liczy więcéj 4, 000 mieszkańców. Księża Reformaci z ochoty uczą w szkołach więcej po swojemu, jak podług przepisów komisyi edukacyjnej. Mają atoli przeszło dwieście studentów; po zabraniu bowiem Pakościa przez Prusaków, wiele rodziców przez patryotyzm poodbierało ztamtąd synów swoich i do Włocławka przesłało. Włocławek, jako miasto biskupie, niecierpiał niegdyś żadnego żyda. Prusakom winniśmy dar ten. Ci czterem familiom żydowskim pozwolili osiąść w rynku; familie te tak się rozmnożyły, że już ścieśniają chrześcian, którzy nadarmo wołają i nadarmo zapewne wołać będą, by ich uwolniono od tak przykrego sąsiedztwa. Na miejscu, gdzie był dawny zamek, biskup Ostrowski, potem prymas, postawił pałac w guście saskim. Pałac ten, nigdy zupełnie niedokończony, dziś stoi pustkami; z niewielkim atoli kosztom możnaby z niego wyborne miejsce na szkoły utworzyć.
    Jest gmach nierównie ważniejszy od innych, to jest potężny magazyn zbożowy, przez Prusaków jeszcze postawiony. Jest to kwadrat 125 stóp długości i szerokości mający, o sześciu piętrach; wewnątrz niemasz ścian środkowych, cały gmach potężne tylko dębowe zawiera wiązania. W oknach, na wszystkich sześciu piętrach żaluzye; te za jednem poruszeniem podniosły się, albo też spuszczały się; dach cały był z miedzi. Taką była ta budowa, aż do przyjścia Francuzów. Ci zabrawszy zboże, najprzód koszary, potem zrobili z niego szpital wojskowy. Wtenczas zaczęła się ruina; można ją było jednak naprawić, lecz nawałnica r. 1812, i zamieszania ciągnące się za nią, sprawiły, iż gmach ten opuszczony, stał się pastwą tych wszystkich, którzy go łupić mieli ochotę. Poodzierano więc drzwi, zawiasy, żaluzye; posunęła się chciwość do dachu miedzianego i zdarto go całkiem. Odtąd ta wielka, wspaniała budowa wystawioną jest na wszystkie słoty, i jeżeli wkrótce ratowaną nie będzie, zginie. Udawała się zwierzchność miejscowa do rządu; rząd, niemając funduszów jak tylko na koszary, troskliwy jednak, by gmach od zguby ocalić, proponował, czyliby kupcy niechcieli go reparować, dając im na znaczne lata użytek z niego. Lecz system militarny, lub kwaterunku zbawienne prawidła wywłaszczenia, tak osłabiły ufność publiczną, iż nikt z najkorzystniejszémi warunkami reparacyi podjąć się niechce.
    Wracając od gmachu tego i smutnie dumając, uderzony byłem mocnym zapachem wanilii. Na zapytanie, coby to było, odpowiedziano mi, że to była fabryka cykoryi, przeniesiona z Bydgoszczy. Jakoż znalazłem u brzegu całą berlinkę, tą wanilją polską naładowaną. We Włocławku robią cienką blaszkę ołowianą, do obwijania tabaki.
    Niemogę przenieść na sobie, bym niezapisał tu wdzięczności mojej szanownej kapitule kujawskiej, od której jak najuprzejmiej i najgościnniéj przyjęty byłem, mianowicie przez JW. księdza Lewińskiego biskupa, Imć księży Dziengielewskiego, Pawłowskiego, i t. d. Komisarz obwodowy dzisiejszy, IMP. Sokołowski, gorliwy i czynny urzędnik; małżonka jego ładna i grzeczna.
    O mil cztery od drogi, leżały Płowce, sławne zwycięztwem króla Władysława Łokietka. Choć deszcz, choć zła droga, jakże jej można było nie nałożyć, i nieoglądać tego pola chwały naszej! Wybrałem się więc z Włocławka manowcami. Przejeżdżałem przez Brześć Kujawski, jedno z dawnych miast naszych, niegdyś na najazdy i pożogi Krzyżaków wystawione zarówno z innemi w tych stronach. W niem Kazimierz Wielki w 1338 r. zawarł pokój z Krzyżakami. Było niegdyś całe murowane i w około obwiedzione basztami; mury te i starożytne baszty sprzedali Prusacy na materyały. Miasto, przed rokiem zgorzałe ze szczętem, podnosi się znowu, a co dziwna, że w rynku dotąd od żydostwa obronić się zdołało. Kościół farny, spustoszony przez Francuzów, podobno nie podniesie się nigdy. Była to niegdyś stolica województwa; dziś, dla pożaru, sady nawet przeniesione do Włocławka. Prusacy pożyteczną tu zostawili po sobie pamiątkę; jest to gmach obszerny, zbudowany umyślnie na więzienie. Niemożnażby w tym gmachu sprobować systemu amerykańskiego, któregom plan oddawna już podał rządowi? Na to pytanie już wcześnie odpowiadam sobie, — nic nie będzie.
    Rzeczka Zgłowiązka płynie zaraz za miastem. Ziemia, jak wszędzie w Kujawach, czarna i bujna, lecz tak przez deszcze rozkisła, iż nietylko drogi popsute, lecz urodzaje smutnym sposobem uszkodzone. Rolnicy powtórny raz sieja jarzyny; w wielu miejscach jarzyny w ogrodach wymokły zupełnie. Tak nieba niweczą krwawe prace człowieka.
    Właśnie deszcz nawalny skończył się, gdym przybył do Płowców. Jak imie tak i położenie nieodmieniło się od wieków pięciu. Słowem jednem opisać je można: jak tylko oko, a może i zbliżające szkło zasięgnąć może, nieprzejrzana na wszystkie strony rozciąga się równina; gdzie niegdzie tylko mogiły z ogromnémi kamieniami, smutne bojów pamiątki, przerywają jednostajność widoku. Długosz, ojciec dziejopisów naszych, początki wojny i bitwę pod Płowcami w ten prawie opisuje sposób:
    Władysław, zwany Łokietek, widząc siły swoje podeszłym wiekiem, ciężkiemi panowania trudami, ustawicznemi wojny dużo zwątlone, postanowił ostatnie dni dogorywającego życia spoczynkowi poświęcić. Lubo nieraz przytarł siły krzyżackie, znając atoli niewierność zakonu tego w dotrzymywaniu zawartych sojuszów, by pograniczne kraje zabezpieczyć od ich napadów, zwołał przedniejszych baronów na zjazd do Chęcin, na dzień Świętej Trójcy, gdzie o sprawach królestwa i obronie przeciw Krzyżakom wiele postanowiwszy, dla tem silniejszego i baczniejszego rządu, syna swego, królewicza Kazimierza, młodzieńca największych nadziei, nad Wielkopolską przełożył. Sędziwy starzec, żegnając królewicza ze łzami, te słowa wyrzekł do niego: Synu mój, powierzam ci rządy znacznej części ludu mojego; bądź czujnym na całość granic państwa, nie opuszczaj żadnej pory, byś oderwane od niego Pomorze i Gdańsk nazad do korony powrócił; bądź bacznym na wszystkie poruszenia Krzyżaków i spiknionych z nimi naprzeciw nam Niemców; we wszystkich czynach, miej na pierwszym względzie bojaźń Boga, święty zakon jego, i szczęście dziś moich, wkrótce już twoich poddanych. To mówiąc, ze łzami uściskał syna i do Krakowa udał się.
    Napróżno sędziwy starzec pochlebiał sobie, że przynajmniej nad brzegiem grobu pozna co spokojność, co wytchnienie po pracach. Sprawował przed królewiczem Kazimierzem rzędy nad Wielkopolską Wincenty Szamotulski, herbu Nałęcz, wojewoda poznański, jenerał ziem wielkopolskich. Wyniosły ten człowiek, widząc się przytomnością królewicza oddalonym od najwyższej władzy, od sposobności bogacenia się jak wprzódy niecnémi czynami, niepowierzywszy się nikomu, gniew tylko i obrażoną pychę wziąwszy za poradców, potajemnie z kraju wyjechał i do wielkiego mistrza Krzyżaków Ludera z Brunświku udał się: "Czas przyszedł, rzekł, pomszczenia się krzywd waszych spustoszeniem Polski. Władysław, zgrzybiały, dogorywa w Krakowie; młody królewicz bez doświadczenia; granice bez gotowości do obrony. Wierzcie niesprawiedliwie wzgardzonemu wojownikowi; słuszna go zemsta zapala, ona was powiedzie, ona wszystkie drogi do mordów i łupieztw ukaże."
    Ucieszony wielki mistrz takiem oświadczeniem, ściągnął rycerstwo swoje, przyspieszył zamówione już w Niemczech zaciągi, przełożył nad niemi Teodoryka de Altemburg, marszałka zakonu i Ottona de Lufenburg komendora, zalecając im, aby we wszystkiem Szamotulskiego słuchali. Sam wielki mistrz, by baczyć na obroty najezdzców w Toruniu zostaje.
    Pod Toruniem przeprawia się wojsko przez Wisłę. Prowadzi je niegodny zdrajca do Brześcia i Inowrocławia. Nie bez klęski odparty ztamtąd, lecz niezrażony, spieszy do Pyzdr, by bawiącego tam królewicza podchwycić. Uprzedzony o zbliżeniu się Kazimierz, ledwie miał czas z niewielą swoimi schronić się do niedostępnych lasów. Rozjątrzeni Krzyżacy, że tak świetnej chybili zdobyczy, tem większą zemstę wywierają na miasto i mieszkańców Pyzdr. Wyciąwszy jednych, drugich zabrawszy, choć sami duchowni, złupiwszy kościoły, ztamtąd za przewodnictwem Szamotulskiego całą Wielkopolskę mieczem i ogniem zniszczywszy, niezmiernemi obciążeni łupami, do Torunia wracają. Wielki mistrz, widząc tak łatwe i szybkie powodzenie, tłumy więźniów, bogate niezmierne łupy, głośnemi pochwałami i darami uczcił Szamotulskiego. Uniesiony pychą i szczęściem, już nie o ziemi pomorskiej, lecz o zawojowaniu całej Polski, i zniszczeniu plemienia słowiańskiego rozmyślać począł. Łup tak znakomity całym Niemcom stawiąc za ponętę, z całej niemieckiej rzeszy wzywa zbrojne orszaki.
    Na hasło zawojowania Polski, zbierają się Germany z nad Renu, Wezery i Elby; łączą się do nich Kawalerowie mieczowi z Inflant. Wszyscy wodzowie idą pod Szamotulskiego rozkazy. Z równa jak wprzódy popedliwością, dla zapewnienia sobie żywności przeszedłszy Kujawy bez pustoszenia, biorą szturmem Łęczycę, pustoszą miasto i kraj. Tu dochodzi ich wiadomość, że Jan, król czeski, ciągnie im na pomoc; czekają więc przez pięć dni na tak znaczne posiłki. Gdy się nakoniec omylonymi ujrzeli, za dowództwem Szamotulskiego najprzód do Kalisza, potem do Gniezna, Środy, Nakła, Żnina, Kleczewa, Kostrzynia i innych udali się, wszędy przemagając niewystarczające, załogi, wszystko rabując i obracając w popiół. W Gnieźnie potrafili kanonicy unieść ciało Ś. Wojciecha; lecz złote i srebrne święte naczynia, drogie kamienie najezdzców stały się łupem. Tenże sam los spotkał Uniejów, Sieradz, Wartę, Szadek i Staw. W Sieradzu przeor dominikański ksiądz Mikołaj, dobrze w Elblągu jeszcze z komendorem Krzyżaków, Hermanem, zaznajomiony, gdy go ujrzał wpadającego ze zbrojną zgrają do kościoła, zaszedł mu drogę, i padłszy na kolana błagał, by przepuścił pańskiej świątyni, bezbronnym kapłanom i płci słabej, co się pod pańskie schroniła ołtarze. Komendor patrząc na księdza z pośmiewiskiem, wyrzekł słowo Ne presth, co w pruskim języku znaczy nierozumiem, i natychmiast morderstwo, łupiestwo i gwałty dziewic nakazał.Tak poczynał zakon na obronę wiary sprowadzony z ziemi świętej. Wyznać jednak należy, że nigdyby Krzyżacy tylu okrucieństw, tylu spustoszeń niepoczynili, gdyby wściekły gniew Szamotulskiego, wojewody poznańskiego, niepobudzał ich do nich. Wśród tych klęsk, szlachta i lud polski, mianowicie ci, co nad jeziorem Niezamyśl mieszkali, bojąc się, by okropne najezdzców zagony niedoszły i do nich, od Zwolna i Kępna, aż do Głuszyna usypali wał na siedm mil długi, i głębokim otoczyli go rowem; a dowiedziawszy się wkrótce, iż nad brzegami pomienionego jeziora trzy tysiące Prusaków z wielkiemi trzodami zabranego bydła obozowało, na tabór ten umyślili napaść. Szczęśliwem zdarzeniem, przybył im na pomoc marszałek królewski z kilkuset ludzi nadwornego żołnierza; do tych przyłączyło się mnóstwo wieśniaków, uzbrojonych w kosy i rolnicze narzędzia. Napadają wszyscy na obóz i tabor; pamięć tylu krzywd, wszelką litość wygładza; niedarowano życia nikomu, wycięci najezdnicy, a wznosząca się w pośród błot mogiła, dotąd zaświadcza tę klęskę.
    Raz jeszcze Władysław Łokietek, niepomny na zgrzybiałość swoja, wkłada hełm żelazny i piersi pancerzem okrywa. Litość nad cierpiącym ludem, żądza odwetu zażywia skrzepłą krew sędziwego starca. Na czele krakowskiego, sandomierskiego i innych ziem rycerstwa, ciągnie ku Łęczycy, gdzie naówczas Krzyżacy bawili. Władysław, rozpoznawszy szyki nieprzyjaciela, ujrzawszy nieprzejrzane ich hufce, (znaczne bowiem z całych Niemiec przyszły im posiłki), z odwaga roztropność łączący, uznał, iż niebezpiecznem było z tak przeważnym nieprzyjacielem szczupłemi mierzyć się siłami. Postanowił więc, wstępnego uniknąć boju, przenosić się z miejsca na miejsce, ustawicznemi napadami, trwożeniem w dzień i w nocy, podchwytywaniem małych oddziałów, niespokoić, trudzić i niszczyć nieprzyjaciela. Tak więc nieprzyjaciel, niewiedząc, zkąd polskie wypaść mogą podjazdy, już się więcej rozdzielać i pożarów swoich szerzyć nieważył. Ta podjazdowa wojna więcej nad wstępne boje trudząca, bezsenne w pochodach trawione dnie i noce, ośmdziesięcioletniego króla zdrowie coraz bardziej osłabiały. Do upadających już sił, łączyły się udręczenia umysłu. Gdziekolwiek bowiem obrócił oczy, wszędzie pustynie, pożogi i zgliszcza, lub wznoszące się jeszcze niedawnych pożarów czarne kłęby dymu i okropne płomienie; gdziekolwiek się udał, płacz i narzekania nieszczęsnego ludu, głośne wołania o obronę i zemstę. Trapiły wielką duszę Łokietka te srogie widoki, te krzyki żałości; niechciał jednak losów państwa całego narażać na zbyt niepewną, z tak potężnym nieprzyjacielem jednej bitwy kolej. Miotany na wszystkie; strony niespokojnością, gdy w nocy bezsenny przemyśliwał, coby mu w tak trudnem położeniu czynić przystało, przyszła mu nakoniec myśl, by Krzyżaków temże zażyć podejściem, którem oni i teraz, i w tylu innych razach Polakom szkodzili. Poufałego więc woła rycerza, i w tych słowach daje mu list do Szamotulskiego: " Czas jest, byś zdradą twoją strapioną i nędzną ojczyznę poprzestał już nękać, co więcej na pomoc jej przyszdł. Splamiłeś siebie i ród twój naprowadzeniem nieprzyjaciół, niszczeniem ziemi, która ci życie dała; zatrzesz tę plamę, jeżeli zaufania, któreś u Krzyżaków pozyskał, na zbawienie ojczyzny, a zgubę tychże Krzyżaków użyjesz. Uczyń tak, a choć występek twój ciężki, król twój nazawsze go zapomni."
    Szamotulski przejęty był do żywego tem pismem królewskiem. Stanęła w oczach jego wycięta i spustoszona przez niego polska kraina;
    tyle już zadanych klęsk ugasiło zemsty pragnienie. Odezwała się w duszy jego żądza powrócenia do swoich, zagładzenia plamy sobie i imieniowi swemu zadanej. Odpowiedział więc posłańcowi: "Wszystko, co Ojczyznie mojej zbawienie przynieść może, gotów jestem uczynić. Powiedźcie więc królowi, iż co mi tylko rozkaże wiernie wykonam." Następującej nocy, pod pozorem, iż sam na zwiady chce jechać, z niewielą poufałymi do obozu królewskiego przyjeżdża. Wprowadzony do namiotu króla Władysława, gdzie się królewicz Kazimierz znajdował, padł do nóg królowi, i odpuszczenia winy błagał. Tę łatwo otrzymawszy, tak mówił: "W żalu, szczerości i nowem królowi memu poświęceniu się, szukać pragnę odpuszczenia winy. Nie odważyłbym się może na złamanie danej wiary Krzyżakom, gdybym nie odkrył w mowach i czynach Niemców zawziętego spisku na zatracenie imienia naszego. Aczkolwiek byłem zaślepiony żądzą zemsty, wzdrygnęła się dusza moja na myśl tę; oddaliło wszelkie wahanie się łaskawe pismo twe, królu. Bądź, panie, dobrej nadziei; liczne są wprawdzie Krzyżaków i Niemców szyki, lecz tak nacięte pomyślnością, tak obciążone łupami, tak nieostrożnie pogrążone w zbytkach, iż łatwo pokonać je można. Mam ja wierne i nieodstępne mnie hufce. Dla dania ci, królu, dowodu szczerego do powinności mych powrotu, pierwszy z hufcy temi na nieprzyjaciela uderzę, pierwszy impet jego zatrzymam." Ucieszony Władysław tem zapewnieniem, słodkiemi słowy utwierdził go w przedsięwzięciu i łaskawie go odpuścił. Przed wschodem jeszcze słońca, powrócił Szamotulski do obozu Krzyżaków, zapewniając, iż ze strony polskiej wszystko w spokojności zastał. Tym czasem Władysław Łokietek, acz niezupełnie jeszcze polegać mógł na słowie Szamotulskiego, acz ogromne nieprzyjaciół siły wątpliwą, niebezpieczną może groziły walką, postanowił jednak nie odwlekać jej dłużej, wszystko raczej ważyć, niż patrzeć dłużej na srogie najazdy, niż dłużej w ciężkiem udręczeniu zostawać. Nie chcąc atoli, gdyby sam poległ, zostawić kraju bez wodza, bez króla, ukochanemu synowi Kazimierzowi rozkazał usunąć się z obozu, i w bezpiecznem postawiwszy miejscu, straż osoby jego Jerzemu Nekanda, herbu Topor, powierzył.
    Już też Krzyżacy obóz i tabory swoje we wsi Płowce, inaczej Blewo zwanej, zawiedli: wsi naówczas mało znanej, lecz odtąd w dziejach naszych pamiętnej. Dnia 27 września r. 1331, Łokietek z wprawionem wojskiem do boju, postępować zaczął. Gęsta jesienna mgła ćmiła ja
    sność wschodzącego słońca i długo niedopuścić Krzyżakom widzieć zbliżających się wojsk naszych. Rżenie dopiero i tentent koni, szelest zbroi ostrzegły, iż chwila spotkania się zbliża. Zdziwieni, nieprzygotowani, tłumnie i nieporządnie jęli się w szyki stanowić. Stary król, nim mgła upadła, objeżdżając hufce swoje, tak je zachęcał: " Rycerze! oto ci Krzyżacy, którzy od dziada mego Konrada do ziemi tej sprowadzeni, dobrodziejstwami jego okryci, niewdzięczni zapomnieli wszystkiego. Zaślepieni pychą, wspólnie z innymi Niemcami, zagrzani przeciw imieniowi naszemu nienawiścią i wzgardy, najeżdżają kraj nasz, niszczą go, palą, i już w dumnych swoich odkazywaniach chwalą się, że wyciąwszy całe plemie nasze, zgładzą imię Polaków, i tę dawną ziemię Słowian Niemcami osadzą. Poto sprowadzili tłumy swoich z nad Renu, Wezery i Elby. Kapłani, obrońcy krzyża świętego, hańbią dziewice nasze, wywracają ołtarze pańskie, burzą jego przybytki. Co tylko w oczach Boga, w oczach ludzi niecnem, wszetecznem, okrutnem być może, dopuścili się wszystkiego. I damyż niewdzięcznym cudzoziemcom dłużej przewodzić nad sobą? Nie jesteśmyż jeszcze Polakami Chrobrych i Krzywoustych? Żyją jeszcze wnukowie tych, co Psie Pole trupami Niemców zasłali! Prawda, zebrała się przeciw nam cała rzesza niemiecka; lecz im liczniejszy nieprzyjaciel, tem dzielniejsze powinno być męztwo każdego. Pamiętajcie, że jaka będzie odwaga wasza w tej bitwie, taki los wasz napoiem, lecz nietylko los nas samych, ale żon naszych, dzieci i wszystkiego co tylko jest nam miłem." Tu wielu po imieniu nazywając, zagrzawszy wszystkich do odwagi, zemsty i sławy, najprzód pułki weteranów, przydawszy im hufiec własnych dworzan, na nieprzyjaciela wypuścił. Wszczęła się krwawa i uporczywa bitwa; na miejsce bowiem rannych lub uchodzących, Krzyżacy nowe wywodzili pułki. I nasze szczupłe hufce, w ścisłym trzymając się szyku, ruszyły już wszystkie. Ileż tam czynów odwagi, ile obrotów by się nie dać otoczyć lub złamać! Postanowiono zwyciężyć lub umrzeć. Obecność sędziwego króla, upadających nawet na siłach nowem zażywiała męztwem. Nigdy stary Łokietek tyle nie dał dowodów odwagi i przytomności swojej. Czy to ze skrwawionym orężem, czy z podniesioną do góry pawężą, wskazywał gdzie uderzać, i sam pierwszy uderzał. Mężnie jednak Krzyżacy dotrzymywali boju; zaczęto się nawet trwożyć, by Szamotulski nowej nie dopuścił się zdrady, gdy za ustąpieniem mgły i rozjaśnieniem pogodnego słońca, ujrzano go uderzającego w bok na Krzyżaków. Wierniejszy po przeniewierzeniu się królowi, niż po dobrodziejstwach nieprzyjaciołom, w oczach króla i wojska całego, dokazywał cudów męztwa; w wielu miejscach poprawił bój naszych, słowem, do zupełnego Krzyżaków złamania wiele się przyłożył. Po ustąpieniu tych zakonników, gdy już wielu z ich wodzów, między nimi Herman z Elbląga i Albertus, obadwa komendorowie, polegli, pierzchnęły wojska niemieckie: gonili je i siekli Polacy; nieznająca litości zemsta, niedarowała nikomu. Już zupełnego zwycięztwa radośne wojsko winszowało królowi swemu, gdy wysłani na zwiady dali znać, że nowe Krzyżaków nadciągają szyki. Był to komendor Petrus de Plauen. Ten, oddzielony od wojska dla oblężenia Brześcia Kujawskiego, dowiedziawszy się o bitwie, spieszył swoim na pomoc. Nic tem nieustraszony Łokietek, przedniejszym pojmanym wodzom krzyżackim, jakoto: Teodorykowi d'Altemburg, Ottonowi de Brandsdorff i innym jeńcom straż silną przydawszy, upomniał swoich, by do nowej gotowali się bitwy. Jakoż zachęceni świeżem zwycięztwem, ufni w odwadze i biegłości króla i wodza swojego, rzucają się na te nowe przybywające hufce Krzyżaków, i po silnym z razu oporze, łamią i rozpraszają. Skoro tylko Łokietek postrzegł że nieprzyjaciel ucieka, chcąc go znieść zupełnie, ostatniego dobywszy głosu, woła: "Zachodźcie im z przodu i z tyłu!" Tak czyni posłuszne rycerstwo: choć całodziennym znużeni bojem, ścigają i bodzą; na proźby błagających o życie, przypominają gwałty niewiast, pożogi i rabunki kościołów; wspomnienie to rozjątrza gniew ich, i pomnaża śmierci ciosy. Bitwa zaczęta ze wschodem słońca, trwała do godziny dziewiątej wieczór. Rrzecz podziwienia godna, iż Ośmdziesięcioletni król, troskami i pracą stargany, bez zsiadania z konia, walczył dzień cały. Takimi byli Piastowie. Około 40, 000 Niemców poległo dnia tego; strata naszych w porównaniu zbyt mała. Polegli ze znaczniejszych: Źegota z Moraszewic, chorąży krakowski; Krystyn Ostrowski, chorąży sandomierski, syn Prandoty, kasztelana krakowskiego, Jakób z Szumska, kasztelan Żarkowski, i 500 szlachetnej młodzieży.
    Po skończonej bitwie, gdy już wszyscy zabierali się do spoczynku, król jeszcze odmieniwszy konia, przy blasku księżyca objeżdżał pobojowisko, ranionym pociechę i pomoc przynosząc. Wśród stosu trupów, ujrzał rycerza przebitego trzema włóczniami; wnętrzności jego wlokły się po ziemi. Na ten widok: "Co za srogi ból, rzekł Łokietek, mąż
    ten cierpieć musi. — To mniej boli, panie, odpowie rycerz, od boleści którą człowiek od złego sąsiada ponosi. — Bądź dobrej myśli, rzekł Władysław, jeżeli wyzdrowiejesz, uwolnię cię od twojego sąsiada." Natychmiast kazał go podnieść i lekarzom swoim wszelkie mieć o niego staranie. Rycerz ten zwał się Floryan Saryusz; a gdy przyszedł do zdrowia, król, pamiętny i męztwa jego i obietnicy swojej, kupił część włości złego sąsiada i darował ją Saryuszowi. Nadto herb jego, który był dotąd koźli róg, przemienił na trzy włócznie i nadał nazwisko Jelity. Od tych to Saryuszów pochodzą Zamoyscy.
    Mogiłę, która kości poległych przykrywa, dotąd w Płowcach widzieć można. Ogromność jej oznacza wielkość klęski. Maciej, biskup kujawski, postawił na niej kaplicę. Długosz opisanie bitwy tej kończy słowami, które rzetelność opowiadania jego zaręczać zdają się. Takie są te: "Bitwę tę tak chwalebną dla imienia naszego, dzieiopisowie nasi, jak tyle innych, opisali pokrótce. I jabym jej nie podał, gdybym sam w młodości mojej nie znał tych, którzy jej byli przytomni i podług których powieści, wiernie ją tu opowiedziałem. Tam pugnam, magnifice glorioseque gestum, polonicarum rerum annales, ut fere caeteras omnes, obsciso scribendi genere mandarunt memoriae. Quam nec ego scripsissem extensius, nisi a nonnullis, gui dum gerretur interfuerant, ad mea usque tempom superstitibus, in corruptam illius seriem agnovissem. (Długosz, IX, str, 1008 i dalej.)
    Po dziś dzień, między mieszkającym tu ludem, została pamiątka krwawych tych walk; dotychczas pług wydobywa z ziemi połamane ostatki zbroi i oręża Krzyżaków i naszych, niezmiernej wielkości ostrogi, kawałki mieczów, i t. d. I mnie zdarzyło się dostać nagłówek bronzowy od misiurki. Uzbrajali wtenczas rycerze, osobliwie Krzyżacy, i siebie i konia od stóp do głów; konie ich były rosłe i ciężkie, znać to po podkowach, które chłopi na inne użycia przekuwać zwykli, tak iż ciężko ich dostać. Przed laty czterdziestu, stał jeszcze wśród wsi Płowców kościołek, jak erekcya powiada: propter continenda corpora Polonorum; dziś tylko słup na tem miejscu stoi. Dwojakie jednak są w Płowcach mogiły: jedne z boju owego, drugie równe najdawniejszym czasom osiadłości kraju naszego. Te ostatnie, dotychczas lud nazywa tkliwym prawdziwie wyrazem, Żale. Jakoż, pod niezmiernym stosem kamieni zawierają one urny z popiołami. Niedawno jeden wieśniak wykopał urnę taką, a myśląc że zamyka pieniądze, roztłukł
    Z synem właściciela Płowców, kasztelana Biesiekierskiego, objeżdżałem bojowisko, mianowicie gdzie były mogiły przykryte ogromnemi z granitu polowego głazami; niektóre z nich miały osobliwsze wręby. Kasztelan powiedział mi, iż ojciec jego widział na jednym kamieniu wykowany rok 1331. Płowce należały naówczas do familii Leszczyńskich.
    Już sama ciekawość zwiedzenia miejsc starożytnych, popchnęła mię dalej aż do Inowrocławia, stolicy niegdyś województwa tegoż imienia, dziś już za kordonem pruskim. Puszczono mię przez granicę bez żadnych mitręg doznawanych gdzieindziej. Miasto niezaspokoiło ciekawości mojej: jedna tylko rzecz znalazłem uwagi godną. W kościele Panny Maryi, tak starożytnym, że już się rysować zaczął, i od roku zapieczętowanym jest, w kościele tym, mówię, zewnątrz przy drzwiach, znalazłem wmurowane trzy czworograniaste kamienie, tego kształtu co wspomniane w Płowcach; dwa z nich były większe, jeden mniejszy. Kościoł ten, przed wprowadzeniem wiary musiał być wystawionym; uważałem bowiem, iż więcej jak do połowy stawiany jest podobnie świątyni pogańskiej w Gnieźnie, tojest z polnego granitu ogładzonego. Wypukłe rznięcia wspomniane, należałoby się postarać ocalić, zwłaszcza gdy kościoł rozebranym będzie, co ma wkrótce nastąpić. Fara, jest stary nędzny kościoł. Franciszkanie mieli kościoł pozorny, dziś w ostatniej ruinie.
    Jak w innych miastach, tak i w Inowrocławiu, żydzi pierwsze miejsce trzymają. Uczynili przecie w kordonie pruskim, czego w Polsce uczynić nie chcą: przebrali się po niemiecku. Wątpię, by charakter, prawidła swoje, by Talmud porzucili wraz z suknią. Połamali jednak niewygodne sobie przepisy: niezachowują szabasu, koszernego; słyszałem ich nawet mówiących o kuglu, o cycele z nieuszanowaniem, które mię, acz chrześcianina, zgorszyło.
    Drogą piasczystą, lasami pokrzywionych i karlistych sosen, przybyłem do Torunia. Opisałem miasto to w dawniejszych podróżach moich. Nie odmienił się smutny widok jego, i podobnież, jak przed pięciu laty, żałosne wrażenie uczynił na mnie. Rzadki przechodzący mieszkaniec, wiele poopuszczanych i bez okien domów, mało zamieszkałych całkiem, późno wieczorem ledwie w którym domu widać światło; wszędzie nędza, smutek i cichość. Widok ten zasępia duszę; nic bowiem żałośniejszego nad widok upadku, obok pozostałych śladów wielkości.
    Odwiedziłem dom rodziny i grób Kopernika, farę, 00. Bernardynów. Wszystkie te kościoły w r. 1812 zawalone były mąką lub sprzętami wojsk francuzkich; dziś je bez zawad oglądać można było. Do czterechset katolików liczą w mieście. Fara, piękną jest gotycką budową. Co do pamiątek, rzeźby, malowań, nic osobliwszego niezawiera; portrety wielkich mistrzów, fundatorów, jak tu, tak i u Bernardynów, widocznie później, tojest za burmistrza Rubinkowskiego, były malowane. Gmach OO. Bernardynów, ogromny; niegdyś sześdziesięciu księży mieściło się w nim, dziś dwóch tylko.
    Samemi piaskami i nieurodzajnemu wrzosami, aż do wioski Grzywny, jedzie się do Chełmży; w starym kościele, w Grzywnie, jest niewielki nagrobek, dość ładnie rznięty, Achacego Konopackiego, w r. 1572 zeszłego.
    CHEŁMŻA, nad wielkiem jeziorem miasto 1222 r. założone. Katedra biskupia, jest piękną gotycką budową. Grób biskupa chełmińskiego Kostki, najokazalszą w nim rzeźbą; mniej znaczną groby naokoło mnogich dyakonów i kanoników chełmińskich; najdawniejsze i najciekawsze zapewne, na potężnych flizach w podłogę wprawione, zatarte od tylu wieków chodzeniem, a księża mniej ciekawi, nie mają ich wypisanych. Miasto same ubogie, całkiem prawie z Polaków katolików złożone. Było to jednak zamożne niegdyś miasto, i podług Kromera, naukami kwitnące. Ztąd wyszło prawo chełmińskie, którem nietylko całe Prusy, ale i Mazowsze rządziło się długo. Światopełk, książe pomorski, w roku 1246, zbiwszy na głowę wojsko Chełmianów i Torunianów nad Ossą, nadęty szczęściem, mniemając, że w Chełmży żadnego ku obronie wojska nie znajdzie, postąpił pod miasto to; lecz zadziwiony, gdy całe wały ludem zbrojnym okryte znalazł, odstąpił. Ludem tym, były żony poległych niedawno mieszkańców, które wdziawszy mężowskie zbroje, tem szlachetnem zwiedzeniem ocaliły miasto.
    Przez mil dwie z Chełmży ponurym jadąc krajem, raptownie zachwycającym widokiem ujęty zostałem. Z góry, po lewej ręce odkryłem, jak oko zmierzyć mogło, zielone doliny, gęstemi ozdobione gajami. Dwa srebrne pasy szparko biegącej Wisły, obręczały w około dużą wyspę z pięknemi wsiami. Kończate wieże kościołów, gubiły się w lazurze niebios; niebiosa te były czyste, zachodziło słońce, złotą za sobą rozpościerając zasłonę; powietrze było ciepłe i wonne kwiatów oddechem. Taki widok, sześćdziesięcioletniego nawet starca, znużonego podróżą, słodkiem uczuciem przejmuje..
     
    GRUDZIĄDZ, położony nad sama Wisłą, obroniony w 1807 r. przez jenerała Kalkreuth, silnie od tego czasu utwierdzonym został. Gdyby go był Napoleon, w czasie pokoju tylżyckiego, nie zostawił Prusakom, jenerał York nie miałby się gdzie schronić, i Francuzi znaleźliby byli punkt oparcia. Miasto dość pozorne i zamieszkałe, prowadzi handel zbożowy. Na sejmie w r. 1607, Gomiński, kasztelan chełmiński, mimo przeciwienia posłów pruskich, tyle dokazał, że tam Jezuitów wprowadzono. Sześć mil za Grudziądzem, przebywa się małą, lecz pamiętną dla Polaków rzekę Ossę, gdzie Chrobry nasz, na znak zwycięzkich swoich zaborów, bił słupy żelazne. Prócz świadectwa dziejopisów i podań sławnych, zatwierdza to wieś Słupy, nazwisko swoje od słupów tych biorąca. Słupy te atoli nie były bite przy ujściu Ossy w Wisłę za Grudziądzem, lecz o milę od miejsca tego. Szczęśliwem zdarzeniem, dostało mi się przebywać wszystkie trzy rzeki gdzie Chrobry pozabijał żelazne swe słupy. Dniepr pod Kijowem, Salę w Niemczech, i Ossę w Prusiech, Niestety, jaka dziś odmiana granic naszych! Ci co wtenczas byli niczem, potężni; a my niczem...
    Dalej, kraj częścią piasczysty, częścią twardy, wznoszący się w górę, dobrze uprawny i osiadły, gęste jeziora i gaje przyjemne.
     
    KWIDZYN, miasto opasane murami, z pięknym gotyckim kościołem, gdzie się niegdyś mistrzowie krzyżaccy chowali. Niepozostały już i szczątki ich prochów; potężne nawet flizy co przykrywały trumny, na których gotyckiemi literami czytano wyryte ich nazwiska i czyny rycerskie, ogromne mówię te kamienie widziałem wyjęte z miejsca, połamane w sztuki i stosami składane. Pochowani tu wielcy mistrzowie byli następujący: Konrad, margrabia Turyngii; Sygiryd Feuehtwangen; Dytrych, hrabia na Oldenburgu; Rudolf, książe saski, który z żalu po odniesionej od Litwinów klęsce, życie tu zakończył; Henryk Dusner; Henryk Kniprode; Konrad Zollner (ten co za Jagiełły tak silnie połączeniu Litwy z Polską przeciwił się); Konrad de Jungingen; Henryk hrabia de Plauen; Michał Sternberg; Paweł Rusdorf; Konrad Erlichshausen. I gdzież są ci wszyscy bitni książęta rycerze? Ziemia nawet nieprzykrywa ich kości! Wyrzuceni z trumien, a wiatry prochy ich na wszystkie strony rozwiały! Za mistrza Erlichshausen, Prusacy niemogąc znieść ucisków Krzyżaków, poddali się Kazimierzowi Jagielończykowi; żołnierze zaś krzyżaccy, w Malborgu stojący w r. 1447, sprzedali to miasto królowi polskiemu za 47, 600 zł. ówczasowych. Król pruski wziął
    je sobie w r. 1772, powiadając że jest jego. Kwidzyn niebardzo ludnem zdał mi się miastem. Trafiłem właśnie do Złotego lwa, na obiad, a Ia table d'hóte, i jak zwyczajnie bywa, znalazłem różne figury wojskowe i cywilne. Niezaczepiony od nikogo, przysłuchiwałem się krzykliwszym zapewne niż kiedykolwiek u nas rozmowom. Dwie pryncypalne osoby jaśniały nad innych. Jeden młody elegant, dla którego wszyscy szczególniejsze względy mieć zdawali się; on rozstrzygał wszystkie kwestye, jemu służąca podawała pierwszemu półmiski, on jeden dwie butelki piwa dać sobie kazał, i jak od niechcenia po dwa dytki grał partyą w bilard. Drugi; trefniś stołowy, dowcipnemi nader żartami, głośne śmiechy wzbudzał w stołownikach; on krajał pieczeń, i rozdając, każdemu coś dowcipnego powiedział. Wszystkie te żarty nie uśmierzyły gniewu mego za spustoszenie w katedrze tylu wielkich pamiątek. Wyjechałem więc w drogę do Sztumu.
    Po lewej stronie Wisły leży miasteczko Gniew, po niemiecku Mewe. Mestwin, książe pomorski, by się uwolnić od napaści krzyżackich, darował im to miasto z piętnastu wsiami. W wojnach z Gustawem Adofem i Karolem Gustawem, Polacy i Szwedzi wydzierali je sobie nawzajem. Wtenczas to po wszystkich okolicach, mimo wielkiej Koniecpolskiego w sztuce wojennej biegłości, lała się krew polska. Niezdatność Zygmunta III, obojętność narodu w popieraniu tej wojny, przedłużały klęski tej pięknej krainy.
     
    SZTUM, liche dziś miasteczko, oblane wodą, pamiętnem stało się w dziejach zwycięztwem, które hetman Koniecpolski nad Gustawem Adolfem odniósł. Mógł był po niem całą tę wojnę zakończyć; chciał korzystać z rozproszenia wojsk szwedzkich i ścigać Gustawa uciekającego do Malborga. Lecz Arnheim, wódz austryacki, sprzeciwił się zamiarowi hetmana; został na miejscu, dał czas Gustawowi nietylko przyjść do siebie z przestrachu, lecz okopać się pod Malborgiem. Wypuszczona z rąk pomyślna chwila, niewróciła już więcej. Szturmowano później do szańców, zdobywano je i znów tracono; powiększały się wojska szwedzkie coraz nowemi posiłkami, niszczały nasze. Opieszałość Austryaków, głód i powietrze wszczęte w obozie, znagliły nakoniec Zygmunta III, gdy długo najzyskowniejsze odrzucał warunki, przyjąć najuciążliwsze. Zawarł na lat sześć rozejm, utraciwszy Inflanty i kraje nadmorskie. Ciężkiej tej straty nie powetowała już Polska. Około Sztumu lud wiejski wszędzie mówi po polsku, tak dalece, iż kiedy w Warszawie raz tylko na miesiąc każą po polsku w protestanckich kościołach, tam, w kościołach katolickich, trzy razy po polsku, a raz tylko po niemiecku. I ten to tylko poczciwy lud wiejski sprawia, że język nasz nie upada, i że Niemcy po miastach chcąc kupić masła, jaj, i t. d., krztusić się muszą po polsku. Pamięć walnej tej bitwy została się jeszcze w mieszkańcach; stary mój gospodarz w Sztumie rozpowiadał mi o niej. Przejeżdżałem przez las w którym się był Koniecpolski zaczaił, widziałem dwie mogiły, resztę rozwaliły lemiesze i wieki.
     
    Ciekawość moja widzenia MALBORKA, stolicy pysznych mistrzów krzyżackich, była niezmierna. Pełen niecierpliwości przybywam. Miasto przypomina dobrze wiek XIII i XIV. Potężny rynek, domy wązkie wybiegłe, krużganki w około. Biorę człeka, by mię zaprowadził do zamku. Ten prowadzi mię do nowego, żółtego domu i powiada, ie to zamek. Niewierzącemu oznajmuje, że tam a niogdzieindziej mieszka die regierung. Lecz cóż jest ten gmach stary, niezmierny, rzekłem pokazując na ogromną budowę z pięknym kościołem? To były wprzódy koszary, a teraz jest magazyn zbożowy i mieszkanie des kleines personale. Prowadź mię. Przechodzę, widzę na pysznych schodach jednego z personale kurzącego lulkę. Z największą grzecznością upraszam, by mi pokazono mieszkanie wielkiego mistrza i kapitułę. Odpowiada dość niegrzecznie, że to być niemoże. Obiecuję nagrodę, i to darmo: praczki które tam mieszkają, poszły do rzeki. Udaję się po protekcyą księdza Zamoyskiego, parocha katolickiego kościoła. Ten mię nakoniec prowadzi do kościoła, czyli kaplicy wielkich mistrzów. Po zlutrzeniu ich, przenieśli się tam byli Jezuici; niepozostało nic dawnego, prócz stolni, gdzie siedzieli koinendorowie, w miejscu zaś, gdzie siadywał wielki mistrz, stoi konfesyonał. Kościół i przez połowę nie tak długi, jak w Kwidzynie, lecz piękny. Na spodzie sklepy, czyli groby spustoszone; kilku tylko zostało się Jezuitów, wyrzuceni mistrzowie. Zlutrzenie stało się ich zgubą. Gdyby byli nieodmienili wiary, niebyli tak pysznymi i okrutnymi, mogliby się byli utrzymać, niebyłby na gruzach ich powstał nic naówczas nieznaczący dom Brandeburgski, a i oni i my bylibyśmy cali. Z kościoła poprowadził mię człowiek do zamku. Otworzyły się nakoniec mieszkania wielkich mistrzów. O Boże, co za żałosne zadziwienie! Te lotne na gockich pilastrach wznoszące się sklepienia, wzdłuż i wszerz przepierzone tarcicami na rozmaite klitki! Tarcice te wpuszczone w piękne rycia pilastrów, w klitkach tych praczki i inni pospolici ludzie, w kapitule, w mieszkaniach komandorów, po ustąpieniu żołnierzy zsypane zboże. Gdzież, zapytałem, portrety, gdzie pyszne sprzęty, pamiątki wszystkie? Powyrzucano to, lub do Królewca i Berlina wywieziono. O Boże, zawołałem, i takież to rzeczy dzieją się pod światłym zkądinąd rządem, w wieku dziewiętnastym! Stało się to atoli nie pod dzisiejszym rządem, lecz pod Fryderykiem Wilhelmem tłustym. W Gdańsku pokazywano mi potem ryciny, przez malarza jednego zrobione świeżo w Berlinie pysznych tych gmachów, takich, jakiemi były, nim je przeistoczono. Zdało mi się, żem widział pałace w Grenadzie dawnych królów Maurów. Możnaż było tak piękne dla sztuk i dziejów zniszczyć pamiątki? Lecz ci co nieistnieja jak od wczoraj, nielubią upokarzającej ich przeszłości. Przed kilkunastu laty, były tam jeszcze dwa krzesła, jedno z białego, drugie z czarnego marmuru; na nich to podług rodzaju sprawy, wydawali mistrzowie wyroki swoje; jeżeli cywilne, siadali na białych krzesłach, jeżeli kryminalne, na czarnych. Nieumiano mi powiedzieć, gdzie się te krzesła podziały.
    Patrząc na tyle miast w Prusiech z takiemi gmachami, twierdzami, basztami, dziwi się podróżny, jak je mógł zakon krzyżacki wynieść, dokończyć. Lecz ustanie zadziwienie, gdy sobie przypomnim, że zakonnicy ci ś. p., żelaznem berłem sprawowali lud ten, że nadto branych na wojnie jeńców gnali do kopania fos i budowania zamków. Joannes Leon, dziekan goslandzki w historyi pruskiej (str. 141) wspomina, że za wielkiego mistrza Wernera d'Urseln, 70, 000 jeńców na Litwinach wziętych, do kopania fos i budowania zaników obróconych zostało. Nadto polityka Krzyżaków, więcej zapewne niż gorliwość o wiarę, wyjednywała od papieżów bulle każące krucjaty przeciw poganom Prusakom; szły więc z Niemiec tłumy pospolitego ludu, osiadywały na miejscu wytępionych prawdziwych ziemi tej mieszkańców, i tym ją sposobem niemczyły. Zakonnicy rycerze nieinaczej postępowali z Prusakami, jak Kortez i Pizaro z Meksykiem.
    Im bardziej barbarzyńskie niszczenie i opuszczenie zamku mistrzów krzyżackich w Malborgu oburzyło, tem przyjemniej wyjechawszy za most ujął mię widok kraju, bujność ziemi, i pracowitość mieszkańców. Poniżej Malborga, dzieli się Wisła na dwa koryta. Tu lewy jej strumień zowie się Nogat i do Elbląga prowadzi. Brzegi jego broni od wylewów i ściska w głębokie koryto potężny usypany wał za czasów jeszcze krzyżackich. Podobne wały ciągną się brzegami Wisły, aż do Gdańska i Friszhaff. Ileż pracy kosztowało usypanie szańców tak ogromnych; trzeba było kroci jeńców, by je usypać, trzeba niezmordowanej staranności mieszkańców dzisiejszych, by je utrzymać.
    Od samego Malborga, aż do Tczewa, jedzie się bita tamą, z rowami po obu stronach. Wszędzie obfite pastwiska, gęste, dobrze zabudowane wsie, ze staremi gotyckiem! kościołami, własność niegdyś dawnych Krzyżaków. Najpiękniejsze bydło pasie się trzodami; wszędy żyzność ziemi spiesznie klęski wojny wynagradza. Około Malborga, aż do Czyżewa, lud pospolity niemówi jak po polsku. Dalej zaczynają się wsie Menonitów. Lud ten jest pracowity i skromny. Na całym Nogacie kopia bursztyn, mniej jednak obficie jak dawniej; więcej się go jednak znajduje w ziemi, niż go morze wyrzuca na brzegi. Rzymianie bursztyn płacili na wagę złota. Pliniusz świadczy, iż mała ludzka figurka zrobiona z bursztynu ceniona była, jak wizerunek z marmuru najsławniejszych Rzymian..
     
    TCZEW, niegdyś mocno utwierdzone miasto, założone było w r. 1209. Helmerych, wielki mistrz, w wojnach z Polakami, zburzył je ze szczętem. W roku 1332 Czesi, posiłkując wojska polskie, spalili to miasto i 10, 000 jeńców zabrali. W r. 1627, Gustaw Adolf poraził tu jazdę naszą. Po tylu klęskach, Tczewo lichem jest miasteczkiem; murowane jednak, i lepsze, niż wiele stolic województw naszych.
    Od Tczewa, kraj równie piękny i wsie zamożniejsze, domy z wielkiemi wystawami, pruskim murem budowane, wiele także używają syrówki. Przez wieś Rozenberg i inne płynie rzeczka Radunia; tę Krzyżacy wodociągiem sprowadzili do miasta Gdańska. Wyznać należy, iż rycerze ci, acz splamieni okrucieństwem, dumą i uciskami, wielkie wykonywali dzieła. Świadkiem tego ogromne przez nich postawione gmachy, zakładane miasta, twierdze, zaprowadzony handel, i t. d. Wszystkie te wiejskie okolice znacznie z klęsk wojny powstały. Niestety, inaczej wcale, gdy się do samego Gdańska przybliża! Przedmieście Szotland, gdzie kupcy mieli najroskoszniejsze swe domy wiejskie, stosem jest tylko okopconych pieczysk i rozwalin. W r. 1813 Francuzi, bojąc się z tej strony zbliżenia się nieprzyjaciela, rozwalili je ze szczętem; z tejże przyczyny przedmieście i ogrody od Langegasse Thor, całe wodą zalane zostały. Zburzony kościoł Jezuitów, zakonu, który tu tyle dokazywał i przeciw któremu i tu, i w Toruniu, największa panuje zawziętość. Jezuici, po zniesieniu swojem przez Klemensa XIV, potrafili się jeszcze przez czas niejaki pod rządem pruskim utrzymać. Wyperswadowali Fryderykowi II, królowi pruskiemu, że potrafią wszystkie zakonu swego w Polsce kapitały do Prus sprowadzić. Czekał lat kilka na to przyrzeczenie Fryderyk; ujrzawszy nakoniec, że spełnianem nie było, lekko obiecujących wypędził. Ku wieczorowi przez bramę Langegasse od Szotlandu, wjechałem do Gdańska; brama tu pięknej budowy z ciosowego kamienia w 1555 r. postawiona, herb polski nosi dotychczas.
    Podług wszelkiego podobieństwa, Gdańsk od książąt pomorskich i kaszubskich, około r. 1200 był założony. Mestwin, syn Subisława, z Maryi, córki Mieczysława króla polskiego, czterech synów zostawił. Z tych jeden Swiatopełk oddalił braci od rządów. Zszedł książe ten w roku 97 życia swego, zostawiwszy dwóch synów, Mestwina i Wratysława. Mestwin wziął Pomorze; Wratysławowi dostał się Gdańsk. Ten pojąwszy zakonnicę, nazwiskiem Folka, za żonę, nie mając z nią płodu, zapisał Gdańsk siostrzeńcowi swemu Przemysławowi, królowi polskiemu. W r. 1295 starszy brat jego Mestwin, książe pomorski, będąc równie bezdzietnym, temuż królowi Przemysławowi księstwo swoję testamentem darował. To było pierwsze i niezaprzeczne prawo królów polskich do Gdańska. Nieraz zdradą podchwytywali go Krzyżacy. Kazimierz Wielki przywiedzeniem do porządku zniszczonego królestwa, wyprawą na Ruś Czerwoną zajęty, zostawił ważne to miasto w rękach krzyżackich. W r. 1370, był już Gdańsk jednem z przedniejszych miast hanzeatyckiego związku, aż nakoniec w roku 1656 wszystkie stany krain pruskich, niemogąc znieść dłużej gwałtów i ucisku Krzyżaków, poddały się Kazimierzowi Jagielle, królowi polskiemu. Królowie polscy ciągnęli znaczne dochody z miasta Gdańska. Mianowany przez nich burmistrz, przestrzegał praw i powagi królewskiej. Zwyczajem było królów tych, odwiedzać to miasto; i tak po królu Przemysławie i Władysławie Łokietku, pierwszy Kazimierz Jagiellończyk w r. 1657 z biskupem kujawskim i wielu świeckimi pany w 300 koni rycerstwa przybył do Gdańska. Przyjmowało go miasto z największą okazałością. 500 rejterów, 6, 000 łuczników, magistrat i cechy wyszły naprzeciw niemu i przysięgę złożyły. W r. 1506, król Aleksander z żoną swoją Heleną odwiedził to miasto. Król stał na ratuszu, królowa u burmistrza Macieja Zimmermana. Zygmunt I, najmłodszy syn Kazimierza, przybył do Gdańska r. 1526, dnia 17 kwietnia, już to dla odebrania hołdu, już też, by uspokoić rozruchy między radą i mieszczanami. Przepisał naówczas miastu niektóre statuta; wtenczas przybył powitać króla, Jerzy książe pomorski. Zygmunt półpięta miesiąca bawił w Gdańsku. Dnia 8 lipca 1552 wjechał do Gdańska król Zygmunt August, a gdy na przywitanie jego potężnie z dział strzelano, spadła dachówka na ziemię, i tylko co króla nie obraziła. Król ten kazał sobie podać wszystkie przywileje, i przezierając je przez dni kilka, potwierdzone nazad powrócił i dnia 1 września z Gdańska wyjechał. Tu także Zygmunt III, po obraniu swojem r. 1587, wyładował ze Szwecyi; dyploma electionis w kościele OO. Dominikanów uroczyście było mu oddanem. Żaden król tyle nieodwiedzał Gdańska, już to w podróżach i wyprawach swoich do Szwecyi, już tylko, jak zdaje się, dla samej przejażdżki; zawsze z licznym dworem wspaniale podejmowany. Wr. 1623 wjechał Zygmunt III do miasta z królowa Konstancya, królewiczem Władysławem i królewna Anna Katarzyna Konstancya; było z nim dwadzieścia dziewięć węgierskich otwartych pojazdów, i czterdzieści pięć karet poszóstnych, cóż dopiero dworu i rycerstwa! Władysław IV, Jan Kazimierz i dwaj Augustowie sascy, jak poprzednicy ich, Gdańsk odwiedzili. Jeden tylko Stanisław August, jak gdyby przez smutne przeczucie, że mu miasto to wydartem będzie, nie odwiedził go nigdy.
    Dalekim jest Gdańsk dzisiejszy od tego, czem był przed laty. Odebrana wolność wszystko zasępia i od wszystkiego zraża. Dodają smutku ślady okropnej wojny i powtarzane długie oblężenia i pożary. Sławne niegdyś przedmieście Szotland, ozdobne pięknemi domami i ogrodami majętnych kupców, przez Francuzów w czasie oblężenia zburzone ze szczętem, smutny tylko widok gruzów i pieczysk przedstawia. Inne przedmieścia, mniej więcej, lub woda zalane, lub ogniem spłonione zostały. W r. 1813 Moskale szturmując miasto ze strony Motławy, sto pięćdziesiąt spichlerzy całkiem zburzyli, inne uszkodzili w połowie, lub więcej. Spalona żywność w spichlerzach, niebezpieczeństwo, by ogień ztamtąd nieprzeniósł się do miasta całego, okropny głód, nadewszystko zwątpione położenie Napoleona, przymusiły nakoniec załogę do poddania się. Z innej strony Napoleon przydaniem ogromnych szańców, osobliwie działobitni zwanej kapitolium, uczynił Gdańsk miastem niepodobnem prawie do wzięcia. Słyszałem kupców utrzymujących, że lubo z miasta wycisnął sławny ów zdobywca do 60 milionów kontry- bucyi, wszystko to jednak wysypanem zostało na ogromnej twierdzy wzmocnienie. Nie tu atoli koniec ucisków. Zabrał Napoleon wszystkie składy drzewa, a właścicielom bony przez miasto wydać rozkazał, z przyrzeczeniem pewnej zapłaty; najprzód nierzetelność, dalej zguba obiecującego, niezmierny ten dług zostawiły na mieście, a rząd niemyśli wcale nietylko go podnieść, lecz nawet choć w części ulżyć. Opowiadania ściskają serce słuchającego o okropnościach głodu, w czasie ostatniego oblężenia. Niestało chleba, końskiego nawet mięsa; nędzni mieszkańcy usypiali snem wiecznym na ulicach lub w progach własnych domów. Jeszcze nieszczęśliwi nieodetchneli z klęsk tych, gdy już w r. 1814, po objęciu miasta przez Prusaków, skutkiem nieostrożności dozorców zajęty ogień w składzie prochów, mnóstwo ich wielkie t hukiem podobnym do trzęsienia ziemi w powietrze wysadził. Jak w czasie oblężenia, latały bomby, godząc w świątynie pańskie, w domy prywatnych i przechodzących mieszkańców. Tyla to plagami dotknął Bóg w niewielu latach gród niegdyś tak zamożny i sławny. Dziś jednak miasto same więcej, niżby po tylu klęskach myśleć wypadało, nosi ludności i zamożności postać. Ulice dość szerokie, okazałe domy, wszędzie widać pamiątki ścisłych związków z Holandya. Domy o wielu piętrach, często ozdobione po wierzchu pięknemi z gipsu wyciskami. Taż sama, co w Holandyi czystość, też samo rozporządzenie. Schody piękne, nad niemi idzie w około obszerny ganek, zkąd wnijścia do różnych pokojów. Wszędzie najpiękniejsza chędogość po schodach i w pokojach, wiele obrazów, osobliwie portretów szkoły flamandzkiej, między temi niemało dobrych. Skromne życie codzienne, gościnność i okazałość, najwięcej dla tych, od których się zboże kupuje. Handel zbożowy roku tego był nadzwyczajnie korzystny; korzec pszenicy płacił się po cztery dukaty, żyto w proporcyi; handel drzewa zupełnie upadł, już to, że w czasie pokoju niepotrzebują go tyle, już, że Anglicy wywożą je całkiem z Kanady. Kupiec Franciusz, mający wiele okrętów zbudowanych umyślnie do przewozu drzewa, z ustaniem handlu tego wiele szkoduje. Kupiec jeden angielski powiedział mi, że od niejakiego czasu wiele wełny saskiej Wywożą do Anglii, i że ta wyborne sukna wydaje. Płótna szlązkie, idące niegdyś aż do południowej Ameryki, dziś odbytu niemają. Wczasie systemu kontynentalnego, Anglicy obrócili kapitały swoje na pomnożenie warsztatów tkackich w Irlandyi i ztamtąd obficie opatrują siebie i obcych. Toż samo stało się i z żela-
    zem. Zamknięcie portów moskiewskich, przymusiło Anglików do szukania i powiększenia rud żelaznych u siebie. Tenże system odłogiem niegdyś leżącą bujna Sycylia, brzegi Afryki, ze strata naszę, uprawnemi sprawił. Niemniej gwałtowne odmiany uczynił Napoleon w handlu jak i w polityce. Pobyt jego na świecie długie wieki pamiętać będę.
    Gdańsk, o dobre pół mili położony od morzaj małe tylko okręty wśród miasta przyjmować może. Anglicy atoli zaradzili i temu. Budują oni małe okręciki od sześćdziesięciu łasztów, któremi aż pod same spichlerze do ładowania przychodzą, z wielką szkodą umyślnie do tego zbudowanych przez Gdańszczan przewozowych statków burdyngami zwanych. Rzeka płynąca pod Gdańskiem, zowie sio Motława; wypływa ona pod Tczewem, z jeziora blizko wsi Liebenhoff, i przyjąwszy rzeczkę Radunię, rurami wody dostarcza miastu i wpada w Wisłę. Tam w porze letniej największy ruch widzieć się daje; tam stają szkuty, dubasy, berlinki i galary nasze; tam się napotyka mnóstwo flisów z Wołynia i innych części Polski, handlujących przez Bug i Wisłę. Postać pierwszych, niedaje cudzoziemcom wysokiego pojęcia o oświeceniu i dobrym bycie wiejskiego ludu naszego; często boso, lub w łapciach, nie wyczesani i obdarci. Ci, co z galarami przychodzą, wracają piechotę.; Już powiększaj części opanowali żydzi handel zbożowy, i powracającym biednym flisom, aż do Uściługa i dalej, niedają na całą drogę, jak po dwa dukaty na jednego. Wlekące się kupy takich ilisów, zdarzyło mi się po całej drodze spotykać. Handel nasz zbożowy i inny wywoźny, zupełnie na dobrej wierze kupców gdańskich spoczywa; nietylko bowiem niewolno nam dotąd prosto na okręty sprzedawać, lecz sprzedane nawet zboże prosto zsypywane jest w ich spichlerze, zamykane pod ich kluczem, i oni je potem w przytomności szyprów naszych mierzą. Zboże to znoszone jest przez ludzi gdańskich; schyleni noszą wory na głowach i plecach, mając umyślne do tego ze skóry palonej hełmy z ogromnemi przyłbicami w tył spadającemi na ramiona. Maja oni swoje stacye; jedni niosą wory ze statku do pierwszych schodów, tam czekają drudzy, odbierają je i niosą do drugich, i tak na każdem piętrze, aż nieraz do siódmego: ta ciężka praca wykonywa się za mała bardzo nagrodę, bo ledwie za 2 złp. na dzień. Zboże tym sposobem znosi się nadzwyczaj szybko. Spichlerze w kilka rzędów stoją jedne za drugiemi. Niegdyś strzeżone były w nocy przez srogich brytanów; dziś rządy, przywłaszczywszy sobie wyłączne prawo kaleczenia i zabijania ludzi,
    odegnały brytanów, a na ich miejsce postawiły nocnych stróżów. Rozmaitych towarów składy zajmują wiele dolnych spichlerzy; tam to obok wanilii, kokosowych orzechów, widziałem stare zardzewiałe połamane żelaza. Z żalem przyszło mi oglądać ratusz miejski, tę salo, gdzie się, niegdyś pod łagodną opieką królów polskich wolny senat zgromadzał, gdzie związku hanzeatyckiego ważne stanowiły się sprawy, gdzie zamożni kupcy z monarchami zawierali ugody. Pozazdrościła chciwość małej garstce ludzi rządzić się samym, pochłonęła ich w ogromną masę. tylu sprzecznych ludów, jak gdyby jednemu łatwiej było czuwać nad szczęściem milionów, jak małej liczbie rządzić się samej i znać co jej dogodnem. W sali tej senatu, świecącej od pozłot i obrazów, zbiera się magistrat, dla otwierania przysłanych z Berlina rozkazów. Posępność i cichość panują w tym gmachu; sama myśl zniszczenia swobód i niepodległości, choćby i najmniejszego ludu, poniewolnym smutkiem ogarnia. Napróżno jest pytać się o sławną niegdyś zbrojownią; zaczęli ją wypróżniać Prusacy, dokończył Napoleon, wytoczywszy ogromne działa na nowe szańce, gdzie już rządowemi stały się. Posągi królów polskich misterną sztuką podnoszące się na tronie, słowem wszystkie pamiątki, że Gdańsk niegdyś był polskim, wyrzucili, lub zniszczyli dzisiejsi panowie. Sławne niegdyś gimnazyum gdańskie, obrócone jest dzisiaj na szpital wojskowy; insze atoli ma być urządzone; wyznać bowiem należy, iż rząd pruski nie jest ni skąpym, ni nie czułym na rozszerzanie nauk. Dziś zabroniony przystęp do ksiąg; leżą one w jednej z sal dzisiejszego szpitala, zwalone na kupę; równie pono pokaleczone, jak i żołnierze, co obok nich jęczą. Nauka języka polskiego, dla formy tylko dawaną jest w gimnazyum. Przed laty dwudziestu, wszyscy Gdanszczanie umieli po polsku, dziś tylko trzymają w kantorach chłopców dla rozmówienia się w przypadku z szyprami naszymi. Gdym jednego z kupców zapytał, dlaczego zaniedbali tak świadomego im języka: "uczyliśmy się go, odpowiedział, póki nam był potrzebnym; dziś, dlaczegóżbyśmy tę prace zadawali sobie? Pierwszy wasz stan, to jest szlachecki, nie mówi, jak po francuzku; drugi, to jest żydzi, nie mówią, jak po niemiecku; z trzecim zaś, to jest z chłopami, niemamy do czynienia." Westchnąłem i zamilkłem.
    Był w Gdańsku sławny gabinet historyi naturalnej, szczególniej dla owadów zasklepionych w bursztynie i dla rzadkich muszli ciekawy; wszystko to w czasie wojny popsuto i porozrzucano.
    Z Gdańska, pięknym i żyznym krajem, Dantziger-Werder zwanym, jadąc nieraz ciągiem wspaniałego wału który Wisłę oskrzynia, przewiozłszy się przez nią wieczorem, na drugiej stronie stanąłem w małej wiosce Schoenberg. Wieczór był pogodny, zdaleka kilka statków naszych zwolna popychanych zachodnim wiatrem, sunęło się po Wisły kryształach. Wkrótce wiatr ustał; przytuliły sio statki do wyniosłych brzegów, opadły białe żagle, przywiązano szkuty do palów. Zabłysnęły na ogniskach ognie, żeglujący zabrali się do posiłku i spoczynku.
    Przez całą noc padał deszcz obfity, i tłustą czarną ziemię tak rozwilżył, iż z ciężkością postępować mi przyszło. Na dopełnienie przykrości, znów deszcz lać zaczął; ta mię tylko myśl cieszyła, że po długiej suszy, wielce był rolnikom potrzebnym. Tu wsie dość gęste i zamożne, pola obfite obiecywały żniwa; mało jednak widziałem pszenicy. Ku południowi, znowu przeprawiłem się przez Nogat, i o pierwszej stanąłem w Elblągu.
    ELBLĄG, wśród mokrych położony nizin, był jednem z najbogatszych W Prusach miast, należących do związku hanzeatyckiego. Zabudowany w r. 1239, w r. 1450. z całemi Prusami zmierziwszy jarzmo krzyżackie, poddał się królowi polskiemu. W r. 1521, Albert, margrabia brandeburski i ostatni wielki mistrz, rzucił kaptur, i wiarę luterską przyjął. Już wtenczas o ustaleniu panowania w Prusiech dla rodu swego zamyślający, dwa przeważne miasta, Gdańsk i Elbląg, przyłączyć do lennych Prus swoich i wstępnym bojem zagarnąć usiłował; lecz od obudwóch odparty został ze. stratą. Długo Elbląg szczycił się wiernością swoją ku królom polskim, i dlatego królowie polscy często brali tytuł panów ziemi elblągskiej. Pieczęć także Prus całych w Elblągu zachowywaną była. Posądzono Elblążanów o zachwianie się w tej wierze w czasie napaści na Prusy Gustawa w r. 1626, i później w r. 1655, dla poddania się Szwedom. Pan Fuchs, profesor w gimnazyum tutejszem, piszący dziś historyą Elbląga, usprawiedliwia ziomków swoich z zarzutu tego. Król Stefan, rozgniewany na Gdańszczanów, cały handel do Elbląga chciał przenieść; lecz większa drogość i nawyknienie, obcych kupców wiodły do Gdańska.
    Elbląg był niegdyś znaczną twierdzą. Prusacy przywłaszczywszy sobie to miasto, rozwalili mury, a gdzie były szańce i baszty, postawili nowy z obszernym placem czworogran. Dziejopisowie dawni wiele opowiadająo pysznych budowach i bogactwach miasta tego. Lubo i dziś ma Elbląg piękne, obszerne i weselsze od Gdańska ulice, zdaje się jednak, iż z dawnej swojej zamożności wiele utracił. Napróżno badałem o kolonia czyli faktoryą angielską, która za Zygmunta III znaczne w tem mieście otrzymała nadania; nie zostało i śladu jej. Rzeka Elbląg, wypływająca z jeziora Drauzen, płynie przez miasto, i przychodzące tam płody nasze, wlewając się w Frische Haff, na morze wywozi. Prócz zboża i potażu, zastałem tam dwie galery nasze z prostemi jarkami z pod Sandomierza; nieznalazłszy w Elblągu dobrego odbytu, najęły głębszy statek i Hafem puściły się do Królewca. Miło było widzieć ten przemysł, tem bardziej, że nie żydzi, lecz chrześcianie go mieli. P. Marchand, jeden z pierwszych kupców elblągskich, powiedział mi, że w samych portach gdańskich i elblągskich mniemał, że więcej jak za milion czerwonych złotych kupiono zboża polskiego. Piękny był niegdyś kościoł farny w Elblągu, z wyniosłą wieżą gotycką, pozłotą i różnemi ozdobiony farbami; brzmiały w nim dwa wspaniałe organy; zdobiły dawne piękne malowania i rzeźby. Wszystko to lat kilka przed pierwszym podziałem, w r. 1767, za biskupa warmińskiego Grabowskiego, wystrzał piorunu w proch obrócił. Zwaliła się ogromna wieża, zgruchotane organy, podarte obrazy, runęło na dół pyszne gotyckie sklepienie; same tylko poboczne zostały się mury. Za pieniądze ze zwalisk, zrobiono prosty z tarcic pułap; z rzeźb został tylko grób hrabiego Thurn, który w służbie szwedzkiej przeciw Polakom poległ. Rząd nie jest na podobne przedmioty hojnym, a liczba 3, 000 w Elblągu i na około ubogich katolików, nie jest w stanie przywrócić świątyni tej do dawnej świetności. I tu język polski zupełnie prawie zaginął. Ksiądz proboszcz nie umiał go ani słowa: zastałem go czytającego tragedya Alfierego. Trzyma miasto kaznodzieję polskiego, lecz ten trzy razy tylko na rok w języku tym każe; od trzech razy więc do żadnego, niebardzo daleko. Wiele innych kościołów, dawniej katolickich, zajętych zostało przez ewangelików. Najznaczniejszy jest kościoł niegdyś Augustyanów, z budowy i pozostałych ozdób znacznej starożytności cechę noszący. Między pamiątkami polskiemi widać tam zawieszoną chorągiew Gotbarda Denhoffa, dzielnego za Zygmunta III wojownika. Jak w Gdańsku, w innych przedniejszych kościołach pruskich, tak i tu wystawiona jest duża tablica, na której wypisane są imiona tych, co w ostatniej narodowej wojnie przeciw Francyi, życie za ojczyznę i króla położyli. Ogólnie mówiąc, nie zaniedbuje rząd pruski żadnych sposobów, by ducha obywatelstwa a raczej pychę potęgi pruskiej w sercach poddanych rozżarzać. Miał niegdyś Elbląg akademią swoję; dziś tylko gimnazyum. P. Munde, rektor onego, z największą przyjął mie grzecznością, bibliotekę i małe muzeum pokazał; i jedno i drugie nieliczne i zupełnie początkowe. Liczba uczących się niewielka, bo tylko z dwustu studentów złożona. P. Munde skarżył się, że wszystka młodzież idzie do kupiectwa lub wojska. Odwiedziłem księgarza i księży rozmaitych wyznań, w nadziei, że coś z dawnych książek polskich będę mógł u nich znaleść; lecz próżne były wszystkie starania moje. Elbląg miał prawo bicia monet. Tak nadzwyczajnie rzadki talar króla Michała, w Elblągu był bitym. Lecz równie jak w księgach polskich tak i w medalach, poszukiwania moje daremnemi były. Dowiedziałem się, że stary jeden kupiec sukienny, p. Grubnauer, już nietrudniąey się niczem, wielki medalów lubownik, posiadał znaczny ich zbiór. Pobiegłem natychmiat do domu jego; zastałem ośmdziesięcioletniego starca samotnego; stary kot jedynym był jego towarzyszem. Zapytałem, czy ma jeszcze medale? — Mam, odpowiedział. — Czy do zbycia? — Nieinaczej, ale nie teraz. — Dlaczegoż? — Gdyż pisałem do ministra do Berlina, ofiarując mu zbycie onych; a póki odpowiedzi od niego nie odbiorę, nie mogę niemi rozrządzać. — Czy przynajmniej nie mógłbym ich widzieć? — Niemożna, gdyż córka moja wyjechała na spotkanie królowej i klucz z sobą zabrała. Pokazał mi tylko katalog z dokładnemi bardzo rysunkami. Wtenczas żal mój nad temi zawodami bardziej się jeszcze powiększył. Co tylko najpiękniejszego i najrzadszego w medalach wszystko się tam znajdowało, wszystko mogłem widzieć, gdyby była córka nie zabrała przez zapomnienie klucza; wiele nawet mogłem był nabyć, gdyby przed dwiema niedzielami właściciel nie był uczynił propozycyi swojej ministrowi! Zawody równie wielkie i przykre jak te, które kupiec, uchybiwszy najzyskowniejszych targów ponosi.
    Z Elbląga, często jadąc nad samym Hafem, przybyłem wieczorem do Frauenburga. Z okna mego widzieć mogłem i odnogę Hafu, milę polską szerokości mająca, i ten piasczysty język ziemi, który się naprzeciw aż do Pilawy rozciąga. Nic nędzniejszego wystawić sobie nie
    mogłem, jak tę wązką strefę Frische Nehrung, nie więcej jak milę lub pół szeroką. Nie widać tam, jak rzadkie sosny i kilka domów, wszystkie piaskiem zawiane. Tak wielka jest nieurodzajność tych piasków, że ni kartofle, ni żadna trawa rosnąć na nich nie mogą. Przecież i tam mieszka człowiek, przywiązańszy może do tych rodzimych piasków, jak niejedna pani wytworna, co wzgardziwszy obfite włości i pyszne ojców gmachy, leci zamieszkiwać niemieckie lub francuzkie gospody. Nieliczni mieszkańcy ziemi tej żyją tylko ryb połowem; za te kupują chleb i żywność dla siebie, i dla jedynej tylko krowy która się na całej tej strefie znajduje.
    FRAUENBURG, niewielkie dzisiaj miasteczko, stolicą jest warmińskiego biskupstwa, mającego tu katedrę swoją. Miasto założone było w r. 1297. Zachował się dotąd w wspaniałości swojej katedralny kościoł onego. Obszerna budowa, piękne malowania i rzeźby, mnóstwo polskich nagrobków i napisów; między temi dwóch Górnickich, syna i synowca dziejopisarza, Tretera, znakomitego pisarza XVIIIgo wieku i protonotaryusza papiezkiego, wielu biskupów, dziekanów i kanoników tejże katedry. Żadna katedra niemieściła tylu dostojnych na stolicy swej mężów, jak katedra warmińska. Oznaczyła kapituła te chlubne zaszczyty, zawiesiwszy pod górnem sklepieniem najprzód mitrę papiezką, na pamiątkę że Pius II był biskupem warmińskim, tudzież pięć kardynalskich kapeluszów, znaki tyluż miejsca tego biskupów, którzy posiadali tę wysoką w kościele godność. Lecz nietylko purpurą, słynęli i nauką biskupi warmińscy. Dość wspomnieć Dantyszka, Hozyusza, Batorego, Kromera, Krasickiego, i innych. W ołtarzach piękne obrazy, mianowicie w ubocznych po lewej ręce, wązkie z figurami na stopę wysokości; wyrażają sąd ostateczny, rozdanie chlebów na puszczy i wniebowzięcie Najświętszej Panny. Przy drzwiach kościoła jest owalny obraz greckiego pędzla, w r. 1423 malowany.
    Największym atoli zaszczytem katedry tej jest, że w gronie kanoników swoich zalicza Mikołaja Kopernika. Trwa dotąd kanonicze mieszkanie, które wielki ten człowiek zajmował. Składa się z niewielkiego przedpokoju, pokoju i alkierza. Na drugiej stronie izba do ksiąg i nauki; z tej ganek wązki drewniany, spruchniały już całkiem, prowadzący do wieżyczki, gdzie było obserwatoryum. W tej to małej wieżycze, mąż skromny, pierwszy ciałom niebieskim bieg prawdziwy przepisał. Umarł Kopernik w r. 1543 d. 24 maja. Jest w kościele nagrobek jego przez kapitułę wystawiony; pod nim, na posadzce, jest tafla kamienna, innego niemająca napisu jak tylko wyryta sferę a raczej cyrkuł. Czacki, starosta nowogródzki, zwiedzając tę świętynię, otrzymał pozwolenie odwalenia kamienia tego; nieznaleziono jak tylko kilka kostek, z których starosta wziął jedna. Pewność że Kopernik umarł w Frauenburgu, portret jego, acz później malowany, umieszczony jednak nad kamieniem noszącym wyryte koło na sobie, zdają się dostatecznemi dowodami, że tu pochowany jest wielki ów astronom. Niewiem dla czego Czacki miał jakieś domysły, że Kopernik pochowany był w Królewcu. Będąc w tem mieście pilnie dopytywałem się o to, lecz uczeni królewieccy najmniejszej o tem nie mieli wiadomości.
    Szeroko niegdyś biskupstwo warmińskie rozciągało granice swoje. Biskup był prawie udzielnym książęciem; w sprawach duchownych nie zawisł był jak od papieża samego, w świeckich miał własne jurisdykcye, sądy, magistraty, kanclerza i innych urzędników; szlachta nawet, wyłączona z pod władzy królewskiej, jemu podlegała. Siedmset wsi, prócz zamków należało do biskupstwa; dochody dzieliły się na trzy części, z których dwie szły na biskupa, trzecia na kapitułę. Król pruski wszystko to zabrał, biskupowi wyznaczył 20, 000 talarów, liczbę kanoników z szesnastu zmniejszył do dziesięciu, i po 800 tylko talarów każdemu wyznaczył, i z tych zaciągnięte w czasie wojny długi kanonicy dzisiaj opłacać muszą.
    Frauenburg, acz położony nad Hafem, mały tylko prowadzi handel do Królewca. Mieszkańcy atoli zdają się wesoło skromnych swoich dochodów używać. W gościnnym domu drzwi tylko dzieliły mię od sali, gdzie młodzież miejska obojej płci grywała między sobą komedye. Właśnie i wtenczas czyniono próbę ze śmiechami i wesołością, które i słuchających w dobry humor wprawiały. W Frauenburgu mało co język polski jest znanym; niewielu już nawet kanoników mówić nim może. W kościele jednak widziałem starca, p. Sarnickiego, ubranego po polsku. Niestety, podług wszelkiego podobieństwa był to już ostatni reprezentant panowania naszego w tych stronach! Synowie jego, od dzieciństwa w służbie pruskiej będący, już się z trudnością z ojcem rozmówić mogą.
     
    BRAUNSBERG, miasteczko dość porządne i czynniej prowadzące handel, wraz prawie z Królewcem, to jest przez biskupa Bruno, w r. 1255, założonem było. Położone niedaleko rzeki Passargi wrzucającej się w Haf, należało do związku hanzeatyckiego. I dziś zamożniejszem byćby mogło, gdyby żyzniejsze otaczały je niwy; lecz jakiegoż wywozu piaski i małe Sosenki dostarczyć mogą? Kardynał Hozyusz szczególniej przemieszkiwać lubił w Braunsbergu. Przestraszony szerzący się po Prusiech Lutra nauką, sprowadzenie Jezuitów za najskuteczniejszy środek oparcia się złemu uznał. Jakoż najpierwszych w Polsce Jezuitów osadził w Braunsbergu i Bydgoszczy: collegium Jesuitarum Brunspergae, veluti in statione adversus haereticos collocavit (Gratian, w życiu Commendoniego, str. 152). Ta czarna przednia straż, tak niezmordowane trzymała podsłuchy i czaty, tak najmniejszego bombizę odzywającego się z luterską nauką umiała sprzątać, wypędzać, iż znaczna część Prus polskich i cała Warmia a contagione pestiferae labis opera Hosti salvata fuit. Z zabraniem Braunsberga wraz z Prusy naszemi w r. 1772, Prusacy liczne towarzystwo jezusowe i wspaniałe przez Hozyusza wzniesione dla nich gmachy zastali. Kolegium obrócone i przerobione zostało na gimnazyum; kościoł niedawno rozebranym został. Przedano za bezcen piękne, z ołtarzów, włoskiego pędzla obrazy; gdzie były, dopytać się niemogłem. Dziś, na miejscu kędy ta przeważną gwardya pretoryańska watykanu obozy swe miała, gdzie zwłoki swoje chowała, dziwnem losów igrzyskiem, na samych trumnach jezuickich założony został ogród publiczny.
     
    Już z mózgów synów Lojoli
    Wyrosły dęby i szczyty topoli;
    A gdzie leżą teologi,
    Splatane chwasty i głogi,
    Posępnym cieniem okryte,
    Stawią gęstwy nieprzebyte.
    Tam gdzie pruchnieją królów spowiednicy,
    Buław, starostw rozdawnicy,
    Wyniosłością jak wprzód dwory
    Pysznią się buki i rosłe jawory,
    I jak wprzód, w ruchu swym niepowściągnione,
    Roznoszą burze i wichry szalone.
     
    Coby powiedział na to Hozyusz? Przecież Braunsberg dotąd po większej części katolikami jest zaludniony. Znajduje się w nim szkoła normalna i gimnazyum z biblioteką do 4, 000 książek liczącą. Cała ta biblioteka jest jeszcze po Jezuitach; wszyscy dziejopisowie polscy co po łacinie pisali znajdują się w niej w oryginalnych edycyach swych.
     
    RASTENBURG, znaczniejsze nieco miasteczko, nad rzeką Guber, w piękniejszym jak dotąd kraju. Teraźniejszy król założył w nim gimnazyum. Jest tu mały krzyżacki zameczek; w pokojach komendorskich mieszka dzisiejsze personale. Litwini w napaściach swoich często to miasto pustoszyli; pamięć najazdów ich dotąd trwa jeszcze. Lud ten, w pogańskich jeszcze błędach będący, najwięcej się był zawziął na panny zakonne. Nie było zakonu, któregoby prędzej czy później nie podchwycił, nie splądrował i nie znieważył. Kościoł w Rastenburgu dość jest obszerny, widać w nim jeszcze zbroje krzyżackie.
    Od Rastenburga aż do granicy już lud zaczyna mówić po polsku, dokładnie bardzo, lecz z akcentem mazowieckim. Jakoż sprawiedliwie uważać można, iż akcent ten najobszerniej po polskich prowincyach jest rozciągniętym. Opatrzyłem się w Królewcu w list do profesora Maas, w nadziei, że za pomocą jego, u nauczycieli lub pastorów językiem polskim każących, dawnych postillów będę mógł dostać. Obszedłem jednych i drugich, ale napróżno. Kaznodzieja miał tylko pierwszą edycyą Kochanowskiego. W szkółce polskiej mieli tylko książki do nabożeństwa niedawno drukowane w Krakowie.
    Zatrzymywałem się w dalszej drodze u każdego pastora, lecz pamięć Siekluckich i Maleckich już u nich wygasła. U jednego tylko znalazłem postylle Dombrowskiego, niedawno we Wrocławiu przedrukowane.
    Późno bardzo przybyłem do małego miasteczka Rhein, po polsku Torczyn zwanego. Leży ono nad jeziorem Dołgowiszki, które ku południowi łączy się z jeziorem Spirdyng. Miało niegdyś sławny zamek; dziś w całej osadzie, ledwie ćwierć owsa dla koni moich dostać mogłem.
    Z Torczyna, dla złych i krętych dróg długo błądząc, zostawiwszy po prawej ręce Pysz, po niemiecku Johannisberg, około trzeciej przybyłem do Biały, niewielkiego lecz czystego miasteczka, ztamtąd o dwie mile we wsi Milewo, wjechałem w granice polskie.
    Jakkolwiek bądź stare Prusy nazwać można krajem nieżyznym, przecież lud wiejski w lepszym w nim jest bycie jak u nas. Niezobaczyć tam rolnika czyli to jadącego, czy nawet wywożącego gnój, jak wozem okutym, zaprzężonym czterema dobremi końmi; chowają wiele bydła; widziałem nieraz powracające z paszy trzody, liczne i dość piękne. Tu zamożność wieśniaków pochodzi zapewne z wolności, której używają; wszystkie prawie dobra szlacheckie wykupił król i na czynsz puścił. Rolnik płaci z włoki 21 talarów, oprócz podatków, które do 8 lub 9 talarów na rok wynoszą. Drugą przyczyną lepszości bytu jest zabronienie żydom nietylko szynków po miasteczkach i wsiach, alp, nawet handlu zbożem i roznoszenia lub rozwożenia po wsiach towarów. Wszędzie spotykałem żandarmów pilnie jeżdżących po kraju i przestrzegających tego. Żyd z najmniejszym trunkiem lub kramikiem postrzeżony, wszystko traci i surowo jest karanym. Wolno jednak żydom po miasteczkach trzymać sklepy, prowadzić handel porządny. Tak powszechny, tak szkodliwy w pospólstwie nałóg pijaństwa, rzadko jest miedzy tutejszymi gburami widziany: piją oni, lecz się nie upijają. Między szlachtą, wielka panuje niespokojność; słychać bowiem, iż król ma skasować pańszczyznę, i grunta posiadane przez chłopów dać im na własność.
    Wszystkie niegdyś imiona miasteczek, wsi, jezior, były polskie: przeistoczyli je Niemcy. I tak, zacząwszy od Prus polskich, Bydgoszcz, zowie się Bromberg; Gniew, Mewe; Kwidzyn, Marienwerder; Malborg, Marienburg; Tczewo, Dirschau; Orzesze, Arys; Swatomast, Heiligenbeil; Torczyn, Rhein; Olsztynek, Allenstein; Jezioro, Gardensee; Szlemno, Hohenstein; Melsztynek, Gilgenburg; Dombrowo, Ortelsburg; Sitno, Tilsit; Kłajpeda, Memeł; rzeka Niemen, Memel; i t. d. Niedosyć na tem, ledwo co Prusacy zabrali starodawną Wielkopolskę, natychmiast odwieczne grodów i wsi słowiańskich nazwiska w niemieckie zmienili, i tak familijne nawet nazwiska szlachty polskiej przeistoczono w niemieckie: Przebendowskich, w Prebendau; Orłowskich, w herr v. Adler; Lipińskich, w Linde; i t. d. Co za niesłychana na imie i ród polski zawziętość! Niepowinniżeśmy mieć się na ostrożności, wszelkich używać starań by się tej zawziętości nie dać pokonać? Lecz niestety, sami znarodowieniu temu poddajemy się! Od mamki już dzieci nasze, znieważając własną, do obcej wkładamy mowy; nie jesteśmy szczęśliwi jak tylko za granicą, wszystko ojczyste obmierzłe... Lecz dosyć, osobnej rozprawy rzecz ta wymaga. My zwróćmy oko na chwilę na pozostający kraj przez który przychodziło nam przejeżdżać.
    W Grabowie, wsi należącej do familii Wagów, pierwszy miałem nocleg w karczmie żydowskiej, przechodzącej niechlujstwem wszystkie pojęcia, tak iż w stajni na sianie spać musiałem. Od tego miejsca, aż na kilka mil za Łomżą, drogę miałem nowoprostowaną, poprawną, słowem wyborną, i z obu stron wysadzoną drzewami. Pierwsze po drodze mojej polskie miasteczko było Stawiski, jak mówią, ubogie ale chędogie. Nowym to było widokiem, w tak małem miasteczku, ujrzeć przed wszystkiemi domami latarnie. Przed samą Łomżą spotkałem inżynierów naszych szerzących i prostujących drogi. Most przez rzekę Narew wspaniały; miasteczko świeżo wytynkowane, lecz bynajmniej nieświetne gmachami. Co za różnica od tego, jakiem nam je dawni dziejopisowie podają. Łomża, mówi Maciej Stryjkowski, potężne miasto, ozdobne wspaniałemi z kamienia gmachami. Andrzej Świecicki, w opisaniu swojem Mazowsza, w tych słowach mówi o Łomży: "Miasto piękne, i po Warszawie wyniosłością gmachów, bogactwy i grzecznością mieszkańców nieustępujące żadnemu. Obszerny rynek we wszystkie obfituje towary. Wspaniały pałac królewski, niegdyś często zamieszkały przez książąt mazowieckich, dziś przez starostów. Dom sądowy, inne domy publiczne zastanowienia godne." Niestety, wszystko pochłonęły wojny, nierząd i żydy. Dziś pobyt przez lat kilka prefektury odżywił nieco Łomżę, lecz po wyprowadzeniu jej do Suwałk, znów do dawnego nieznaczenia powróci. Kościoł dawny jezuicki, później Pijarom oddany, w tylnej części swojej grozi ruiną. W obszernym tym gmachu mieszczą się komisya wojewódzka i szkoły podwojewódzkie; zastałem w nich 150 uczniów. Kościoł farny starożytny i piękny, porysowany w wielu miejscach, o najprędszy woła ratunek. Zawiera gmach ten wiele kamiennych grobowców biskupów i starostów swoich, między tymi biskupa Wojsławskiego, starostów Troszczyńskiego, Kossakowskiego, Dunina i Modliszewskiego z całą familią. Ten ostatni był podskarbim kardynała Fryderyka, syna Kazimierza Jagielończyka; znajdował się w bitwie pod Obertynem, umarł senatorem. Acz rzeka Narew spławną jest, pod Łomżą w błotniste rozlewa się zatoki; inaczej być musiało w wiekach pomyślności miasta tego.
    Zbliżając się do Bugu, zostaje po lewej ręce miasteczko, a raczej nędzna wieś, Nur. Przecież, przed dwóchset lat i ta dziś nędzna wieś, bogatym była grodem. "Nur, mówi Świecicki, acz wspaniałemi gmachami chlubić się niemoże, przecież dostatkami mieszczan wiele innych miast przechodzi. Miasto w żyznym położone kraju, tanio nader skupuje zboże i wywozi je do Gdańska. Tu Bug pięknemi oskrzyniony jest brzegami, lecz, jak Wisła, rwie brzegi, odmienia łoże i wysypy tworzy."
    Nocowałem we wsi Jabłonnie, w porządnej dość karczmie. Jak zwykle, mnóstwo chłopów wróciwszy z targu z Sokołowa, wjechało tam, by się zapić do reszty. Uważałem, że wszystkie atencye arendarki żydówki obracały się szczególniej do jednego z chłopów; uderzony tem, zapytałem będącego tam człeka z dworu, co by to znaczyło. Ten chłop, odpowiedział dworski, jest najlepszy w tej wsi gospodarz i rzadko się kiedy upija. Żydówka, wielki filut, dwa razy na tydzień lustruje wszystkie chłopskie spichlerze i gumna, jeżeli znajdzie u którego zapas, póty się koło niego kręci, aż go ze wszystkiego obierze. Bodajby to byli obrońcy żydów słyszeli! Muszą oni być bardzo potężni, wnosić to można po tonie żydów, który niezmiernie poszedł w górę; stali się zuchwałymi jak nigdy nie byli, nieraz nawet natrząsają się z chrześcian, nazywając ich goj, to jest bałwochwalcami, i odkazując się, że już panowanie ich przyszło.
    Ostatni przed Neplami podróży mej popas był w Ostromęczynie. Brudna karczma; ogołoconą była z owsa i siana, szczęściem znalazłem je u chłopa jednego. Nigdym niepopasał przyjemniej; czysta i zamieciona chatka, czysty obrus, świeże jaja i masło, smaczny sen w szopie na sianie, a nadewszystko dobrzy ludzie, którzy przecież ze sześciu zagonów i ogrodu wyrabiali, prócz gwałtów, trzy dni żeńskich pańszczyzny... Nie może być tak zawsze, Hic meta viarum.
     
     

    PODRÓŻ DO LITWY W ROKU 1819.
     
    Dotąd Brześć, stolica rodzinnego województwa, stawał się metą, w której zatrzymywałem objażdżki moje w te strony. Wstyd było, acz w sędziwym wieku, odwlekać dalej historyczną mą podróż do prowincyi, w której i sam i przodkowie moi żywot powzięli, co więcej do kraju, który w wojownikach, statystach, uczonych, nieustępuje Koronie polskiej, do kraju, mówię, który nam dał Jagiełłów, który był ojczyzną Chodkiewiezów, Radziwiłów, Ostrowskich, Sapiehów, w którym życie wzięli Kojałowicz, Poczobutt, Naruszewicz, Reytan, Korsak, Kościuszko nakoniec. Niech inni puszczają się do tchnącej wonią, ozdobnej cudnemi dziełami Auzonii, niech zwiedzają pyszne Paryże i bogate Londyny: ja idę zanurzać się w bory litewskie, nie tak może przyjemne i zabawne, lecz obchodzące mię żywo. bo składają część długo świetnej i długo nieszczęsnej ojczyzny mojej.
    Nim ziemię te opisywać zacznę, przyzwoitą rzeczą sądzę o początkach litewskiego narodu choć pokrótce napomknąć. Podług Kojałowicza, Stryjkowskiego, i innych, Herulowie byli pierwszymi mieszkańcami Litwy. IMP. Lelewel, w nader pracowitej i uczonej rozprawie swej pod tytułem: Rzut oka na dworność litewskich narodów, twierdzi, iż Herulowie osiedli w Estonii i byli ojcami dzisiejszych Finów; mieszkańcy zaś Litwy zdają mu się być raczej Wendanii. Jakkolwiekbądź, osobny język Herulów, rozciągający się do Liwonów czyli Lotwaków, dzisiejszych Inflant, Estonii i Kurlandyi, Meklemburgii nawet, ma w sobie wiele
    słów łacińskich a nawet i greckich. Herulowie, naprzód nąjezdnicy, później przyjaciele Rzymian, długo we Włoszech i Francyi bawiący, wraz z wielu bogatemi łupami, i słowa łacińskie do dawnych siedlisk swoich przynieśli. Stało się to wprzód, nim Włosi do krajów litewskich przybyli.
    Dzieiopisowie, mówiąc o pierwszych wiekach Litwy, niepewność nam tylko podają. Przerwa ta niewiele wzbudzać powinna żalu. Łatwo wnosić można, iż w wiekach barbarzyństwa, samowładztwa i ciemnoty, świetne czyny rządzących i nieszczęścia ludu napełniać je musiały.
    Około roku 900, Włosi, w liczbie pięciudziesiąt mężów, pod wodzami swymi Palemunem, Dorsprungiem, Prosperem Cesarinem Kolumna, Juljanem Ursinemi Hektorem de Bom, morzem Baltyckióm, w zalew Kuronski zawinęli, i po Litwie i Żmudzi osiedli. Stryjkowski, sześcią dowodami, przyjścia tego dowodzi. Jakkolwiekbądź, czyli to Włosi ci z ojczyzny swojej wygnani, czy chroniący się barbarzyńców napaści, czyli nakoniec zaniesieni na brzegi te burzą tu przybyli, nam trudno wiedzieć; to tylko jest pewna, iż wyższością światła, słodyczą obyczajów, tak się umieli mieszkańcom zalecić, iż ci, przez kilka wieków, wybierali sobie książąt z tych włoskich familij. Około 1223, Ryngold, syn Gimbuta, jeden z potomków Palemona, pierwszy wziął tytuł wielkiego książęcia litewskiego. Był on potężnym władzcą; prócz bowiem Litwy i Żmudzi, posiadał Kurlandya, Podlasie, Mazowsze, Pirisk, Polesie, Nowogród, Siewierz. Około roku 12&0, Mendog, syn Ryngolda, pozabijawszy wielu książąt krwi, odziedziczył władze najwyższą, i z 600 przedniejszymi Litwinami wiarę chrześciańską przyjął, i w roku 1252 od papieża Innocentego IV królem uznany, koronę na skronie swe włożył.
    Był to pierwszy i ostatni król litewski; i że był królem, żadnej niepodpada wątpliwości. Będąc przed dwoma laty w Królewcu, sam widziałem zachowany w archiwach krzyżackich oryginalny traktat Mendoga z wielkim mistrzem, w którym taki jest tytuł: Mendog primus rex Letonice. Pieczęć, przy traktacie tym doskonale zachowana, wyraża Mendoga siedzącego na majestacie, z berłem i jabłkiem w ręku. Nawrócenie Mendoga nie było szczerem; wkrótce pokruszył ołtarze prawego Boga, i do bałwochwalstwa powrócił. Omijam okropne najazdy jego, sięgające Mazowsza, Płocka, Lublina; omijani zwycięztwo nad Krzyżakami, złupienic Królewca i innych miast pruskich, zdobycie Parnawy, bitwy na. I Dźwina, i t. d., i t. d. Tyle pomyślności zakończyła śmierć okropna; wkrótce z dwoma synami w łóżu zamordowany został, zostawując państwo Trojnatowi, siostrzeńcowi swemu, wyłączając synowca Wolstynika, dlatego, że przywiązany do chrześciańskiej wiary, żył w monasterze. Litwini jednak, zrzuciwszy Trojnata, Wolstynika, mnicha, księciem swym obrali. Ten zabity w Włodzimierzu od książąt ruskich r. 1267, ostatnim był książęciem z linii Palemona. Przeszło panowanie do innego rodu Włochów, do rodu Dorsprunga, do Swientoroga, syna Witena, dalej do Narymunda i Trojdena, i po zabiciu tego w łaźni, Litwini przywołali do tronu Laura. Ten, sam niechcąc niebezpiecznej godności, zalecił marszałka swego Witena, potomka tych Kolumnów, co z Pulemonem przyszli byli do Litwy. Przykładem przodków, Witenes najeżdżał Mazowsze i Prusy, wycinał i palił. Byli jeszcze książęta z krwi Palemona, między nimi Pelusa, mieszkający w Prusiech i biorący tytuł wielkiego księcia. Witenes, dowiedziawszy się, że jeden z tych książąt, przedniejszych panów litewskich zaprosił na wesele, dobrawszy sobie ochotników i Krzyżaków, wpadł wśród samych godów, siedmdziesięciu pierwszych panów litewskich zabił, pannę młodą, z jej pannami i skarbami porwał i uwiózł. Na tych to godach, wyginęły pierwsze rody litewskie; zabrane kosztowne sprzęty i szaty; każdy bowiem na wesele jak najokazalej wybrał się. Takie to były czyny tych wieków szczęśliwych. Obskuranci i amatorowie despotyzmu znajdą, w obszernem ich opisaniu przez Kojałowicza i innych, obfite do roskoszowania się pole.
    Dawni krajopisowie nasi wystawiają nam pierwotną Litwę, jako krainę zasępioną gęstemi lasami, i zalaną powiększej części przez niezmierne jeziora, lub nieprzebyte błota i bagna. Głuchą pustyń i lasów cisze mieszały tylko okropnych zwierząt ryczenia, lub sroga najeźdzców wrzawa. Jak w pierwotnym, przed stworzeniem świata odmęcie, wszelkie zarody dobrego spoczywały, lub w dzikich sercach mieszkańców, lub w łonie nietkniętej jeszcze i zarosłej ziemi. Jeszcze wiara i wolność nie ożywiły pierwszych; pług, tarczą prawa okryty, nie odział drugiej plony bujnemi. Przedniejszy mieszkaniec, orężem w ręku, puszczał się za Dniepr i Wołgo, lub łupił pobliższe Mazowsze i Prusy. Lud rolniczy w największej jęczał niewoli; posłuszeństwo jego dla panujących i panów tak było ślepe, iż jeszcze za czasów Witołda, na rozkaz jego, sam sobie stryczkiem życie odbierał.
    Taka była powierzchowna postać kraju litewskiego, taki los mieszkańców onego. Te ja skreśliwszy, godnem sadzę uwagi naszej zastanowić się, jakie były w tych ciemnych wiekach religijne obrządki, obyczaje, sposób wojowania dawnych Litwinów.
    Najprzedniejsi bogowie litewscy, żmujdzcy, sambijscy, łotewscy i pruscy, podług Stryjkowskiego, byli następujący:
    Okopirnos, bóg nieba i ziemi; Szwaistiks, bóg światłości; Auszlawis, bóg niemocnych, chorych i zdrowych; Atrympos, bóg morza, stawów, sadzawek i jezior; Potrimpos, bóg rzek i wszystkich wód ciekących; Gardoaitis, bóg okrętów i żeglarzy; Pergrubius, bóg ziół, jarzyn i trawy; Pilwitos, bóg bogactw i obfitości; Perkunas, bóg gromów; Poklus, bóg piekła, chmur, zaćmienia i latających duchów. Te były przedniejsze bożyszcza, mianowicie Prusów starych i Kurlandów. Litwini i Żmujdzini, oprócz tych, mieli osobnych bogów. Najprzedniejszy: Prokorymos, któremu na ofiarę bili kij mi białe kapłony, nie rzezac ich, których część jedli ofiarnicy, część sami, cześć zaś palono. Kuguczis, bóg kwaśnych i kisłych potraw; temu kurzycę jarzabatą ofiarowali. Ziemiennik, bóg ziemny; dla tego chowali węże, karmili je mlekiem i bili na ofiarę czarna kurzycę. Krumine dawczyni zbóż wszystkich; tej ofiarowali kury z grzebieniem nizkim a gęstym, siekali ich mięso w drobne sztuczki aby się żyto gęste, kłosiste, rodziło. Lietuwanis, bóg deszczu; ofiara, kury jarzabate. Chauturej, bóg koni; temu młode koguty ofiarowano, rosłe i czerstwe, aby się też podobne konie rodziły. Był on także bogiem wojny; gdy go o pokój proszono, czyniono mu ofiary i modły, siedząc na koniu za piecem. Sotwaros, bóg bydła. Siemi Dewas, bóg czeladzi; ofiara kapłony. Upinis Dewas, bóg rzek; ofiara, prosięta białe. Bubilus, bóg miodu. Kapłan, trzymając wielki garnek pełen miodu, po zwykłych modlitwach, z ogromnym krzykiem, tłukł go o piec; prosząc Bubilusa aby się pszczoły hojnie rodziły. Didis Lado, to jest wielki bóg. W miesiącach maju i czerwcu obchodziły święto jego niewiasty i panny na łękach i po ulicach, ująwszy się za ręce tańce stroiły, śpiewając żałośnie, a powtarzając Lado, Lado, Didis musu Dewie, to jest, wielki nasz boże Lado. Gongelis Dewas, bóg pasterski i leśny, u Rzymian Satyrus, Faunus zwany; temu jądra końskie, wołowe, ofiarowali. Gulbi Dewas, genjusz, czyli anioł stróż każdego. Swieczauksztynis, bożek zawiadujący kurami, gęsiami i ptastwem; temu nic nieofiarowali, mówiąc że zawsze lata. Kielo Dewas, bóg podróżnych; temu
    czyniono ofiary, ubrawszy się w łapcie. Puschaitis, bóg ziemny; ten mieszkał między bzami, i u tegoż drzewa czyniono mu częste ofiary i modły, prosząc, aby puschaitisów, czyli genjuszów małych, posyłał po gumnach, dla przysporzenia zboża.
    Ze wszystkich w Europie krajów, najpóźniej Litwa chrześciaństwo przyjęła. Wyliczyłem jej bogów, jako ostatnie pogaństwa zabytki, które po przyjęciu nawet wiary świętej długo jeszcze w Litwie trwały. Stryjkowski, około roku 1560 Litwę zwiedzający, sam jeszcze widział wiele pogańskich obrządków, zwłaszcza przez lud prosty zachowanych po Litwie. Tak ciężko jest wygładzić podane wiekami wrażenia. Znaczniejsze jest stopniowanie w cywilizacyi, niżeli w dzikości. W jakim stanie nowe podróżujących odkrycia zastały nieogładzone jeszcze oświatą narody, w takim właśnie dzieiopisowie podają nam Litwinów. Ubiory ich, mówi Stryjkowski, były zwierzęce, wszystko ze skóry, obuwie z łyka; zamiast hełmów, nosili kudłate łby żubrów, niedźwiedzi i wilków. Buda nakryta darnią za mieszkanie służyła im. Długo walczyli pałkami; złupione na Kusinach pługi, pierwszy im dały pomysł broni żelaznej; przekuli je na żelazca do strzał i włóczni. Krótko na jednem przebywali miejscu; nienawidzili niewoli, tak dalece, iż łatwiej było Litwina zabić, niż go skrępować. Okrutni w, wojnach, gdy którego z Nemców lub Rusinów złapali, palili go wraz z koniem krzycząc: Pietos Gudos Dziewic płak poczisz. Taki to prawie zwierzęcy żywot, przez długie czasy wiedli Litwini, aż wielcy książęta Zywibund i Montwit rolnictwo i obyczajność wprowadzać do nich zaczęli. Ci to, mówi wspomniany już dziejopis, Litwę i Żmujdź całą w porządniejszym stanie mieć chcieli. Ci nauczali najprzód woły w jarzmo wprzęgać, i chleba z wnętrza ziemi ostrym pługiem dobywać. Przebywali rzeki na łodziach i czółnach, uszytych ze skór żubrowych; szwy, dla nieprzejścia wody, potężnie namazywali łojem. Dwóch ludzi niosło łódź, w której wielu mieścić się mogło, konie bowiem, za uzdeczkę trzymane, płynęły obok łodzi. Tych tak lekkich, tak łatwo przenosić się mogących obozów używano i później; na takich Dymitr Wiszniowiecki przeprawiał się przez Don, Dniepr i Dunaj.
    Późno bardzo, piśmienne nauki przeszły do Litwinów. Jednak, mówi Stryjkowski:
     
    Jednak sława ich głosi dzielnymi mężami,
    I Mars krwawy ich zowie swoimi uczniami.
    Zawsze z orężem, mało o sobie podali,
    Bo częściej swym sąsiadom, szablą łby pisali.
     
    Po dwudziestodwuletniem panowaniu, umarł Witenes roku 1315, synowi Giedyminowi zostawując rządy nad Litwa. Od Giedymina rozjaśniają się dzieje; każą je niekiedy krwawe podstępy i mordy, lecz uświetniają przeważne zwycięztwa i wielkie podbicia. Najświetniejszem było podbicie Kijowa. Zwyciężywszy w r. 1321 połączonych przeciw sobie książąt ruskich, wszedł zwycięzki Giedymin do Kijowa i wielkim książęciem był wykrzyknionym. Po kilku dniach odpoczynku, ruszył do Siewierza; Czerkassy, Slepowrót, Brarisk, Pereasław, swojemi uczynił, i aż do Putywla granice Litwy zakreślił. Wielkie ztąd spory w dalszych latach między Litwą i Polską wszczęły się, gdy Polacy Kijów jako podbój Chrobrego, Litwini zaś jako zaniedbany później przez królów polskich, a zhołdowany przez książąt swoich, własnością swoją mniemali. Uspokoiwszy Ruś, Giedymin w Kiernowie, stolicy naówczas Litwy, świetny odprawił tryumf i kosztownemi darami rycerstwo swoję obdarzył. W siedm lat potem, w wojnie przeciw Krzyżakom, z kuszy raniony, odwieziony do Litwy, życia dokonał, i zwyczajem pogan na polu Swientoroga ciało jego na wyniosłym stosie spalone było. Olgierd, syn jego, następca po ojcu, w 1330 r. okropnie całe Prusy splondrował, szczęśliwe boje toczył z Tatarami.
    Niezapomnieli książęta ruscy wydartych sobie przez Giedymina prowincyj. Dymitr Szemiaka, dumny z pokonania najpotężniejszego z hanów tatarskich Mamaj - Temnika, jął myśleć o odzyskaniu utraconych prowincyj. Wysłał posła do Olgierda bawiącego naówczas w Witebsku. Dumne było i pełne barbarzyństwa poselstwo to, mówi Kojałowicz. Poseł w jednem ręku miecz, w drugiem ogień trzymając: "takie, rzekł, dary w przyszłą Wielkanoc od pana mego odbierzesz, jeżeli wcześnie, poddaniem Litwy całej, gniewu wielkiego kniazia nie ułagodzisz." Olgierd, niechcąc by wśród zgrozy na takie zuchwalstwo, odpowiedź jego wykroczyła z rostropności szranków, zamilkł, i pod pozorem uczczenia posła zatrzymał go na dworze swoim. Tymczasem, naradziwszy się z bratem swym Kiejstutem, potajemne po całej Litwie zaciągi i przygotowania nakazał. W środopoście stanęły wojska pod Witebskiem. Poprzedzało je mnóstwo wieśniaków z siekierami, dla przecinania odwiecznych borów i naprawiania dróg; 2, 000 konnych żołnierzy, strzegło ich od napaści. Na wszystkie strony wysłano podjazdy, zakazano jak najsurowiej wszelkich rabunków. Gdy się już wojsko z tych lasów wynurzyło port Możajsk, po małym odpoczynku, Olgierd postawił je w szyku, i przywoławszy legata, niewiedzącego dotąd kędy go wiedziono, dając mu zapaloną pochodnię: "Idź, rzekł, i powiedz panu twemu, że mu oszczędziłem trudów ciągnienia samemu do Wilna, i że nim się ta pochodnia dopali, już będę w Moskwie i kopją tę o dworzec jego skruszę, i tę mu dam naukę, że nie ten jest biegłym wodzem, kto wyprawy swoje do czasu odwleka, ale ten który z czasu najśpieszniej korzystać umie." Ośmnaście jeszcze mil pozostawało między Moskwą a Olgierda obozem; przecież z takim pośpiechem i ochotą ciągnął żołnierz, iż poseł ledwie kilka godzin przed pokazaniem się onego pod murami poprzedził. Właśnie to była wielkanocna sobota, i wielki kniaź udawał się do cerkwi, gdy poseł doniósł mu, że już nieprzyjaciel w Możajsku. Zadziwienie i przestrach pomieszały rozwagę wszelką; niechciano wierzyć posłowi, dawano rozkazy, i znów je cofano; samo niepodobieństwo ściągnienia tak prędko sił dostatecznych sprawiło, że nieściągano żadnych; nadto, niechciano przerywać zaczętych religijnych obrzędów. Wśród tej trwogi, równo ze świtem, runął głos po mieście, iż wojska litewskie już są na górze Pokłonnej. Trwoga i rozpacz ogarnęły i dumnego cara i cały lud jego. W niesposobności obrony, udano się do próśb; wysłani posłowie z ofiarowaniem Olgierdowi pokoju i przyjaźni. Mądry pan, przekładając pokój z potrwożonym nieprzyjacielem, nad niepewne w przeciągnionej wojnie korzyści, dał się ubłagać. Podpisany i zaprzysiężony sojusz, granice Litwy posunięte do Możajska i rzeki Ugry; koszta wojenne wraz car wypłacić musiał. Olgierd, dotrzymując słowa, wśród rycerstwa swego wjechał do Moskwy, i krusząc kopją o mury, te słowa wyrzekł: "Widzisz Dymitrze, że w czasie wojny ja raniej wstaję od ciebie."
    Olgierd, w r. 1381, w późnej już sędziwości życia dokonał, wyznaczywszy następcą, ulubionego sobie syna, Jagiełłę. Zostawił Olgierd licznie rozkrzewione plemię. Na jedenastu dorosłych synów poglądał sędziwy książe w późnej starości swojej; każdy z nich potem pod jednym z zwierzchników osobne księztwo posiadał: Włodzimierz, książe kijowski, od którego szedł Olelko, książe słucki; Jan Zedziwid, książe podolski; Szymon Lingwen, książe mścisławski; Andrzej Wigundus, od którege idą książęta Trubeccy; Konstanty Czartoryski, książe czernichowski; Teodor Lubartowicz Sanguszko, dziad Kowelskich i Ko-
    szyrskich książąt; Skirgiełło; Swidrygiełło; Korybut, od którego idą książęta Zbarażscy i Wiszniowieccy; Dymitr, książe korycki; Wigundus, po przejściu na wiarę rzymską, Aleksandrem zwany, książe siewierski i kiernowski. Niemniej liczne i Kiejstut, brat Olgierda, zostawił potomstwo. Synowie jego byli: Witołd, Patryk, Totiwilus, Ligisdus, Wajdarus, Dengothus.
    Jagiełło zdał rządy państwa na Wojdyłłę, nizkiego urodzenia, lecz ulubionego sobie pochlebcę; czem stryj jego, Kiejstut, dla świetnych dzieł swoich, wielce wzięty u Litwy, żywo obrażonym został. Wojdyłło tak Kiejstuta niebezpiecznym przed Jagiełłą okazać potrafił, iż ten postanowił go zgładzić. Uprzedził Kiejstut cios zamierzony na siebie, pojmał Jagiełłę, a Wojdyłłę powiesić rozkazał. Witołd, pragnąc gorszące spory między książętami krwi zagodzić, namówił ojca by wypuścił Jagiełłę, i dwa księztwa, między któremi było witebskie, z wielkiemi skarbami, znalezionemi w zaniku wileńskim, Jagiele odstąpił. Źle odpłacił przysługę tę Jagiełło; podstępem schwytawszy Kiejstuta, w więzieniu udusić go kazał. Syn jego, ów sławny później Witołd, wierności żony swej Anny, która go własnemi odziawszy szaty, wywiodła z więzienia, wolność i życie był winien.
    Roku 1334, Jagiełło, za pomocą Radziwiłła, szeroko Mazowsze i Sandomierz splądrował, wszedł do Zawichosta, wpadł do klasztoru Benedyktynów na Łysej górze, i część krzyża Chrystusowego uwiózł do Wilna; później jednak drogie te szczątki powrócić musiał. Te były ostatnie Litwy w kraje polskie zagony. Po długich i krwawych najazdach i wojnach, złączyły się dwa narody, najpiękniejszym ze związków, bo związkiem dobrowolnej braterskiej jedności. Ręka pięknej Jadwigi wytrąciła oręż z dłoni zapalczywych; spełnione u pańskich ołtarzy małżeńskie z Jagiełłą obrządki, stały się świętemi dwóch ludów ślubami, trwały one przez wieki, trwały aż póki chciwość, niewieścia duma i zemsta, nie rozerwały związku, tak silnie spojonego wzajemną i braterską przychylnością.
    Litwa, za czasów Giedymina, Olgierda i Witołda, zakreślała granice swoję od wschodu do państw moskiewskich, od zachodu do Mazowsza i Pras, od północy do Inflant, od południa do Ghersonesu tauryckiego, słowem, wielcy książęta litewscy jednym końcem berła dotykali morza Czarnego, drugim morza Bałtyckiego. Niemen, Dźwina, Dniepr, Wilja, Prypeć, przerzynały kraj w rozmaite strony. Ziemia w wielu
    miejscach obfita, wody pełne wybornych ryb, lasy niedostępne dla gęstwy i drapieżnego zwierza. Brzęczące w nich roje pszczół, nieużyteczne sączyło miody. Takim był kraj ten długo jeszcze po Unii. Zygmunt Stary i Zygmunt August pierwsi go do porządku przyprowadzać zaczęli. Batory szczególnie Litwę upodobał sobie. Odtąd spiesznie oświecał się kraj ten, kwitnął, i aż do chwili politycznego zgonu naszego, przeciwne i pomyślne losy podzielał z Polską.
     
    Ten to więc kraj, w pierwszej młodości mojej bez zastanowienia zwiedzany, w sędziwym dziś wieku chciałem raz jeszcze pilniej widzieć i poznać.
    Wyjechałem ze Skoków, z bratem mym Janem, d. 28 czerwca 1819, do Wistycz, opactwa księży Cystersów, gdzie jest cudowny obraz Matki Bozkiej, gdzieśmy nieraz ofiarowali się iść piechotą, i gdzie dotąd wisi ex voto moję dziecinne. Ileż dla starca, dzieciństwo tkliwych wspomnień budzi, tem tkliwszych może, że mu już prędki i ostatni zachód przywodzi!
    Piękną krainą, przez którą wije się rzeka Leśna, jechaliśmy do Czernawczyc. Wszędzie zapach świeżo skoszonego siana mile zawiewał, wszędzie szum pienisty kołatających młynów i kręcących się kół. Słońce po deszczu z różowych dobywało się obłoków, wisiały duże krople po krzewach i kwiatach; ciemnozielone, z lekka powleczone złotem czajki, polatywały tu i owdzie; wędrowny bocian, postępował poważnie po mokrzystych dolinach.
    Przyjechaliśmy de Czernwczyc, nędznego miasteczka, dziś już zupełnie oblazłego przez żydów. Majętność ta, należąca niegdyś do rodu Jeliniczów, przeszła później w dom Radziwiłowski. Kościoł przez nich stawiany, a odnowiony przez Radziwiłła Sierotką zwanego, dosyć jest piękny, dosyć nawet starożytny. Obraz Zdjęcia z krzyża, niezłego jest pędzla. Grób Radziwiłłów jest w Nieświeżu; tu trzech ich tylko leży: jeden nieznajomy, dwóch drugich, Jakób i Dominik, już za pamięci naszej zeszłych ze świata, pierwszy w zupełnem zmysłów obłąkaniu, drugi ze smutku. Ksiądz Eysmont, pleban miejsca tego, przykładnym i starannym jest kapłanem.
    O pół mili od miasteczka, widać dawne książąt mieszkanie, Turna zwane. Kto go nie widział, nie wie co były ogromne dawnych panów polskich dwory. Jest to potężny dwór drewniany, zbudowany w r. 1671, o jednem piętrze, z dużym na słupach gankiem. Wchodzi się do niezmiernej sieni, po której bezpiecznie kareta sześciokonną możnaby się obracać. Po obu stronach idą drzwi do również obszernych prowadzące pokojów. Zniknęły dawne ozdoby i sprzęty; kilka tylko portretów zostało. Z jednej z tych komnat jest wnijście do ogrodu, acz w dawnym guście, obszernego i wspaniałego; bokami wynoszą się ogromne modrzewy; dalej ciągnie się zwierzyniec, gdzie dziarskie pasą się daniele. Dziedziniec, kilka zawierający morgów; po bokach stajnie, wozownie i skarbiec, prócz ostatniego, wszystko drewniane, wszystko równie, jak i sam dom, stare. Jedna tylko pozostała w tych gmachach kolekcya, a ta jest odwiecznych Radziwiłowskich pojazdów. Pamiętają one zapewne pierwsze dni wynalazku karet. Nic niezgrabniejszego, i ciężarem swoim nic okropniejszego dla koni. Prawda, że poważni dawni ojcowie nasi, nie jeździli jak szłapią; truchtu, w gwałtownych tylko pozwalali wypadkach; lecz i tak, jak ciężko musiało być dla koni, te ogromne zamki ciągnąć za sobą. Patrząc na te wszystkie zbutwiałe starożytności, pomyśliłem sobie: gdyby też dzisiejsza szarniantka, powracająca prosto z Paryża, du faubourg Saint-Germain, osadzoną została w Czernawczycach, mieszkać musiała w tych ciemnych, obnażonych komnatach, jeździć zasklepionemi na pół stopy od ziemi pudłami, cóżby się z nią stało?... Chciałem napisać odpowiedź... lecz okropność jej wytrąciła mi pióro z ręki.
    Przecież przed laty pięćdziesięciu, mieszkał tu pan wielki, książe Radziwiłł, krajczy wielki litewski. Że wkrótce sławne nawet tradycye ustaną o tym nadzwyczajnym człowieku, dla ciekawości, niestety, dla obrazu zepsutych wieków, to co dziecinną objąć mogę pamięcią, to com słyszał od pamiętających go jeszcze, pokrótce opowiem.
    Wziętych z urodzenia gwałtownych passyj, nie uśmierzyła zaniedbana pańska edukacya. We wszystkiem pobłażanie w młodości, wpoiło weń mniemanie, że wszystko czynić mu wolno. Ztąd gwałty i występki, o których lepiej dla sławy naszej zamilczeć. Dosyć będzie wspomnieć szaleństwa. Pojął on był w małżeństwo piękną ze szlacheckiego domu pannę Trębicką, a lubo wszystko sobie pozwalał, tak był o żonę zazdrośny, iż w pokoju przy drzwiach, przy każdem oknie, co więcej, na kominie nawet, dzień i noc stały straże. Miał on 6, 000 wojska, gotowego na wszystkie jego rozkazy. Łatwość nasycenia wszystkich passyj prowadzi do dzikich chuci. Zachciało się książęciu zostać ż
    ydem, i został nim. Wybudował bożnicę; zlatywały się z Brześcia uczone rabiny do Czernawczyc na szabas. Wtenczas książe, w łapserdaku, na którym order Ś. Huberta był przewieszony, kiwał się i wrzeszczał na czem świat stoi. Szaleństwo nakoniec bluźniące świętej wierze naszej, obudziło i familją i opinia publiczną. Wyrobiono na księcia kuratelę, i zawieziono go do Nieświeża, gdzie jeszcze żył lat dwadzieścia ośm.
    Przejeżdżaliśmy dalej przez Czerewaczyce, majętność brata mego, zrabowana od Rakuszanów, spaloną ze szczętem od Moskali. Ileż pracy, ile nakładów i trudów kosztowało brata mego, by w wielu latach podnieść i naprawić to, co w dniu jednym zburzono. Tu się toczył ów bój krwawy, gdzie przez zdradzieckie żydów naprowadzenie 2, 000 Sasów ujrzało się w obliczu kilkunastu tysięcy Moskali, pod Tormansowem, i długo walcząc uszło, jednak bardziej przewagą liczby niż męztwem zwalczone.
    W KOBRYNIU dojechałem do poczty; niechciano mi jej jednak dać, z przyczyny, że za dwa dni miał przejeżdżać Aleksander, książe wirtembergski z żoną i dziećmi swemi. Co był za związek między mającym przejeżdżać za dwa dni książęciem, a mną przejeżdżającym w tejże chwili, nie pojmuję. Jednak tak się tu dzieje. Skoro astronomowie pocztowi odkryją, że ma się pokazać jakieś wielkie światło, natychmiast zastanawiają ruch wszelkich innych podróżnych. Pilno synowi do konającej matki, siostry, żony; idzie nieszczęśliwemu o sprawę, od której całe jego mienie zawisło: czekać i tracić wszystko musi, aż światło to minie. Przeciwny porządek samym nawet ciałom niebieskim. Widziałem właśnie na niebie zjawionego dużego kometę: przecież wszystkie inne i planety i gwiazdy najmniejsze, jak zwykle odprawiały podróż swoję.
    Leży Kobryń nad ciemnym Muchawcem. Widać w nim szczątki dawnego zamku. Była to niegdyś ekonomja królewska, przez Katarzynę Suwarowowi za ludzkie i szlachetne czyny popełnione na Pradze, nadana, przez syna jego rozprzedana na części obywatelom brzeskim. Ziemia w tym powiecie rodzajna i do pszenicy sposobna. Tu Muchawiec staje się już spławnym. Powierzchnia ziemi jest po większej części płaska, pokryta lasem i błotami; grunt lekki i żwirowaty.
    Trzeba było całego kredytu brata mego, żeby późno w noc otrzymać konie dla mnie. Z radością usłyszałem dawną trąbkę polską, którą na
    Wołyniu i w innych zabranych nam prowincyach, zastąpiły smutne dzwony, jak gdyby po zgonie ojczyzny naszej jeszcze dzwoniące.
    PRUŻANY, równie jak i Kobryń, dobra królewskie stołowe, przez Katarzynę Rumiancowowi dane, przez tegoż szlachcie naszej rozprzedane zostały. Niezmierne kapitały, za kupna te, z województwa brzeskiego wyszłe, dotąd kraj ten w ogołoceniu z pieniędzy trzymają. Szlachta siliła się nad możność swoję, zapożyczała, by dobra te nabywać; ztąd wielkie kłopoty, exdywizye i upadki.
    Hojną była niezmiernie niepokalana Katarzyna w szafowaniu zagrabioną królów polskich własnością. Wszystkie niezmierne dobra stołowe, któremi się przez tyle wieków utrzymywali królowie nasi dostojnie i wspaniale, rozdała na kochanków, lub na wykonywaczów niecnych swych rozkazów. Tak jednem słowem, ekonomją szawelską, Jurburg, i t. d., 14, 000 dusz męzkich mające, nadała Platonowi Zubowowi. Bóg wie kto nie brał. Rubanów, faworytny cyrulik Bezborodki, dostał klucz stanisławowski, u bram Grodna leżący. Szczęściem, że wszystko to poodkupywali, lub odkupują jeszcze Polacy.
    Prócz sławnej puszczy Białowiezkiej, gdzie żubry zaczynają już ginąć, powiat prużański niewiele ma lasów; przerzynają go rzeki: Muchawiec i Jasiołda. Powiat wołkowyski, weselszy ma pozór. Kraj bardziej wzdyma się w pagórki, jak na Podlasiu; tu i owdzie rozrzucone gaiki, domy obywatelskie czyste i z gustem zabudowane, ocienione są pięknemi ogrodami i laskami. Drogi wyprostowane i nad potrzebę szerokie (1). Ileż one często niepotrzebnie kosztują pracy ludzkiej; drogim atoli być powinien pot człowieka, tyle jest prac potrzebnych, iż napróżno nigdy sączonym być nie powinien. Drogi te po obu stronach w jeden, a czasem i we dwa rzędy drzew są wysadzane, a że sadzenia te robiły się najczęściej w nieprzyzwoitej porze roku, zamiast zieloności, niewidać jak suche wiechy. Posłuszne wierzby wszędzie się przyjmują, lecz inne drzewa, więcej ducha niepodległości posiadające, śmią się opierać ukazom. Jakkolwiek bądź, osadzenia te drzew wyprężonych, równemi szeregami stojących, tę mają korzyść, iż przypominają najużyteczniejszą rzecz w świecie, to jest, paradę.
    Około Michalina, napadła mię największa w świecie ulewa; lecz szybkość poczt tutejszych, postawiła mię wkrótce pod dachem. Stanąłem wcześnie w Różannie.
    RÓŻANNA, nad rzeka Zelwą, siedlisko niegdyś zamożnego domu Sapiehów, dziś więcej jeszcze przez zaniedbanie niż przez doznane klęski krajowe upadła. Pałac, który przed laty czterdziestu widziałem pysznym wspaniałemi ozdoby i sprzęty, jaśniejącym tysiącznemi światłami, brzmiącym muzyka, napełnionym tłumem gości, w którym nakoniec, w r. 1642, Władysław IV, z żoną swą, Maryą Gonzagą, przez dni dziesięć wesoło gościł, dziś jest częścią składem zboża, częścią obróconym na fabrykę przędzenia wełny. Fabrykę tę utrzymują żydzi, lecz nie używają żadnej hebrajskiej ręki; owszem najmują chrześciańskie, żywiąc je i dając każdej dziewczynie po rublu na miesiąc. W jednym z gabinetów znajduje się biblioteka niebardzo szczególna, ni to przez wybór ksiąg, ni też przez liczbę onych. Ciekawszym jest gabinet rękopismów, składający się z 232 dużych tomów; sięgają one końca XVgo wieku, a na schyłku XVIIIgo kończą się. Wiele w nich ciekawych do historyi znajduje się materyałów; jakoż ksiądz Kognatowicz obficie w nich czerpał do dzieła swego żywotów Sapiehów. Listy do hetmanów, ministrów, biskupów, przyjacioł domowych, oprawne są latami. Szkoda, że przy końcu nie ma alfabetycznego regestru z treścią rzeczy. W skarbcu okazują sławny puhar, sapieżyński zwany. Nieużywano go jak dla monarchów, kiedy odwiedzali Różannę; wynoszono go wśród bicia dział; mówią że jest cały z jednego szmaragdu. Zostawuję bieglejszym sprawdzenie tego mniemania.
    Prowadzony przez grzecznego IMP. Czudowskiego, zawiadowcę dóbr tych, miałem czas oglądać wszystko: o godzinie bowiem dziewiątej z rana, w oczekiwaniu na księcia wirtemberskiego, poczta zamkniętą została dla podróżnych i nie otworzyła się jak późno w wieczór. Miasto, choć drewniane, dobrze zabudowane, zamieszkałe całkiem prawie przez żydów. Cały przemysł miejscowy obrócony jest do robienia kołder i sukien. Nie zyskuje tu wieśniak, jak w innych krajach zyskują okolice miast rękodzielnych. Jakaż bowiem jest konsumpcya miasta napełnionego tak wstrzemięźliwym ludem jak żydzi? Wnieśmy że ich jest 1, 000 dusz; każda dusza żydowska, prócz szabasu, nie potrzebuje na siebie, jak dwie główki czosnku i kawałek chleba. Choćby czosnku w swoich nie uprawiała ogrodach, choćby go kupowała, wydatek na dzienne pożywienie familii żydowskiej z pięciu głów składającej się, wynosić więcej nie może jak pół szeląga na głowę: dajmy, cały grosz miedziany na familią; dwieście zatem familij, konsumuje czosnku dziennie za zł. 6 gr. 20, przydajmy 3 grosze ogólnie na dorosłych żydów i bachurów na chleb, uczyni zł. 20. Konsumpcya zatem dzienna tysiąca żydów wyniesie się. do zł. 26 gr. 20, suma która zapewne nie zbogaci tysiąca żyjących w około rolników. Że w małych miasteczkach tak skromne jest pożywienie żydów, wątpliwości nie ma. Nie biją tam bydła jak raz na tydzień, to jest w piątek, a to by żydzi mieli kawałek mięsa na szabas; a że chrześcianie mięsa w dzień ten nie jedzą, wypada, że cały tydzień pościć musza, i że cielne ofiary dla Hebrajczyków tylko padają. Wszędzie tu widać nieobecność właściciela; niemożna powiedzieć, że oko pańskie tuczy konia.
    Zmordowanemu drogą, miłym był spoczynek w gościnnym domu marszałka gubernskiego, Kazimierza Grabowskiego, w Podorosku. Izabelin, pobliższe miasteczko, zbudowane było przez hrabię Fleminga, podskarbiego wielkiego litewskiego, i imieniem żyjącej jeszcze córki jego, księżnej Czartoryskiej, jenerałowej ziem podolskich, nazwane. Miasteczko to jest całe wystawione z muru pruskiego. Tu, w czasie spalenia w ostatniej wojnie Wołkowyska, przeniosły się powiatowe sądy.
    Dojeżdżając do Wołkowyska, uderzony jest podróżny widokiem usypanego z ziemi ogromnego zamku, i zewnętrznych onego wałów. Czyli to jest dziełem natury czy ręki ludzkiej, niewiedzieć. O kilka staj z tamtąd, leży Wołkowysk, nad rzeką Wołkowyją, w r. 1812, w czasie bitwy między jenerałem Saken i wodzem francuzkim Regnier, spalony. Na zgliszczach spalonych drewnianych domów, powstają drugie drewniane domy, żeby się znów spaliły. 1 tu robienie kołder, całym jest żydów przemysłem. W tem to mieście przyjęci byli posłowie polscy, wysłani na spotkanie Jagiełły, z tajemnem Jadwigi zleceniem, by postać jego dobrze obejrzeli. Posłowie ci byli: Włodko z Ogrodzieńca, podczaszy krakowski, Krystyn z Ostrowa, Piotr Szafraniec z Łuczyc, Hincza z Rogowa. Wiadomo, że posłowie widzieli króla w łaźni, i znaleźli go silnym i kształtnym. Niedaleko Wołkowyska, w miejscu zwanem Hniezna, znajduje się cerkiew ruska, która jeszcze poganom za świątynią służyć miała.
    Posuwając się dalej krajem wzniesionym w pagórki, lub uchylającym się w doliny, przejechałem przez Różyce, własność JWPani Uszyńskiej, z pięknym ogrodem i domem, i tam Niemen przebyłem. Wiele tratw i płytów, częścią zklepką, zbożem i pienką, częścią z balami zatrzymanych tu zastałem, już to dla małości wody, już dla braku flisów. Wszystkie te spławy należały do żydów. Ale jak na lądzie tak też i na wodzie, nietknie się żyd niczego. Chrześcianie, wyschłemi piersi swemi, ciągnąc muszą dla nich obładowane wiciny. Żyd tylko pieniądze bierze. Skarżą się na targi. Kopa klepek przedaje się od 6 do 7 dukatów. Powszechne w Litwie narzekania na uciążliwości, zwłoki i zdzierstwa komor krajowych. Nieznośniejszemi są one na wodzie niżli na lądzie. Są urzędnicy spławni, którzy wszystkie statki, choć już ekspedjowane, przetrzymują to pod pozorem, czyli tyle jest czetwerti ile na pierwszej komorze podano, to znów czy flisi mają należyte paszporta, czy statek nie jest zbudowany z kaziennego drzewa, to nakoniec celnicy nie mają czasu; tyle trudzą i męczą, aż płynący dobrze się opłaci: wtenczas dopiero raptem wszystko jest w porządku, i statek idzie, aż nanowo zatrzymanym nie jest.
    Dnia 1 sierpnia przybyłem do Grodna. Ileż pamiątek nieprzypomina to miasto, drugie w rzędzie wielkości i znaczenia w wielkiem księstwie litewskiem! Dziejopisowie dawni zowią je Garten albo Grodno. Od kogoby założonem być miało, nie jest wiadomo. W r. 1363, mistrz pruski, Henryk Szindekopf, obiegł zamek onego; odpędzony atoli ze stratą przez Patryka, syna Kejstutowego, a wnuka Olgierda. W czasie wojen między Jagiełłą a Witoldem czytamy o wyższym i niższym zaniku, na Witoldzie przez Jagiełłę długo oblężonym i wziętym. Tu Gliński spełnił okropną swą zemstę na nienawistnym sobie Zabrzezińskim, marszałkiem wielkim litewskim. Stryjkowski tak o tym mordzie wspomina. "Zaraz po wyjeździe króla Zygmunta z Litwy, kniaź Michał Gliński, zbuntowawszy stare towarzystwo, w siedmset zbrojnych przeprawił się przez Niemen u Liskowa i prosto jechał do Grodna, mając wiadomość przez szpiegi, iż tam Zabrzeziński, jego najgłówniejszy nieprzyjaciel, w dworze swoim mieszkał. Nanieszczęście, tejże nocy, spotkał przed Grodnem miłośnicę jego, która od niego jechała, a pojmawszy ją kazał mękami straszyć i pytać tajemnic Zabrzezińskiego. Kobieta dla strachu wszystko musiała powiedzieć. Wtenczas Gliński, obskoczywszy go we dworze, kazał do pokoju drzwi wybić. Szlejnic, szlachcic z Niemiec, przyjaciel Glińskiego, pierwszy wpadł, i leżącego w pierwosnach, w pościeli zabił; kazał Turczynowi głowę uciąć, wetknąwszy ją potem na szablę, przyniósł przed Glińskiego, który kazał wetknąć na drzewo; niesiono ja przez mil cztery, aż do jeziorka jednego jadąc do Wilna, gdzie ją kazał utopić, i gdzie jeszcze i dziś słup murowany nad temże jeziorkiem w boru stoi."
    Od ostatniego połączenia Polski z Litwą, Grodno otrzymało alternatę dla sejmów. Później trybunał litewski z Nowogrodka był tam przeniesionym. Król Stefan Batory, lubił położenie Grodna; przebywał w niem często. W r. 1577 pamiętne za króla tego zjechały się tu poselstwa. A naprzód poseł wielkiego kniazia moskiewskiego, mając z sobą 1, 200 ludzi pysznie ubranych. W ten sam czas przybyli posłowie tureccy, tatarscy i wołoscy. Król wszystkim pod namiotami lub gołem niebem stanąć rozkazał; żaden z posłów lub dworu jego, bez pozwolenia królewskiego i przystawy Polaków, do miasta wnijść nie mógł. Szanowani na ów czas byliśmy! Tu zwycięzki Batory życia dokonał. Co nam dziejopisowie w rękopismach o ostatnich chwilach i zgonie wojownika tego podali, nie odrzeczy będzie powiedzieć.
     
    O śmierci króla Stefana, list od sekretarza J. K. M. Jerzego Chiakor, do JW. Volfganga Kownackiego, kanclerza księstwa siedmiogrodzkiego.
     
    "Gdy JW. Veselini wysyła umyślnego z listami do księcia Imci prymasa i senatorów, donosząc im o fatalnym zgonie najjaśniejszego króla Imci pana naszego, nie chciałem opuścić okazyi w opisaniu wam obszernie jak się to stało. Codziennie bowiem zapisywałem wszystko, co tylko jako obecnemu świadkowi pod oczy moje podpadło. Nie bez wylania wielu łez przychodzi mi tego obowiązku dopełnić. Któż bowiem śmierci tej opłakiwać nie będzie, mianowicie my Węgrzyni, pozostali w tym kraju jak trzoda bez pasterza, tracący w tym bohaterze wszystkie zasług naszych nagrody i nadzieje. Czwartego, miesiąca grudnia 1586, najjaśniejszy pan powrócił do Grodna, i przez trzy dni łowami się bawił. We dwa dni potem, gdy król wybornie miał się na zdrowiu, lekarz Buccella otrzymał pozwolenie udania się do małego synowca swego, który był w majętności jego zachorzał. Szóstego dnia, w niedzielę, uczuł król ociężałość i bole jakieś po ciele; z tem wszystkiem był na nabożeństwie i publicznie jadł obiad. Wieczorem atoli spać niechciał, i owszem podług przepisu Buccelli życzył, by mu nacierano ciało całe; lecz lekarz Simmonius radził, by tylko ręce i nogi nacierać, oraz by król, dla zjednania sobie snu, dwa kielichy starego wina z kawałkiem chleba wypił. Co się też i stało, i król do spoczynku się udał. Dla gorączki atoli i bolu głowy, król, usnąć niemogąc, wstał i poszedł do pobocznego małego alkierza, gdzie okna były zawsze otwarte, żeby się ochłodzić. Powracającego ztamtąd napadła słabość, tak iż bez zmysłów padł na ziemię i o ławkę mocno, choć niegłęboko, zranił sobie prawe kolano. Na hałas ten, przybiega obok śpiący p. Veselini, podnosi z ziemi i okazuje skrwawione stłuczenie. Król nie przypominał sobie jakimby się to stało sposobem; przecież o swojej mocy powrócił do łoża. Przywołani natychmiast p. Veselini i z nim lekarz Simnionius. Ten, przyłożywszy do rany białek od jaja z trochą miry, powiedział, iż przypadek ten stał się z zawrotu między ocuceniem i snem, tudzież zawiania wiatru, lecz że to żadnego złego skutku mieć nie będzie, byleby król nazajutrz zażył trochę manny i pozostał w łożu, dla prędszego wyleczenia się z rany. Król ocknął się bardzo rano, przywołał Veseliniego do siebie i rozkazał mu pójść do panów kanclerzów, aby dnia tego nic przychodzili do niego z żadnemi sprawami. Ściśle nadto zalecił, aby nic o zaszłym w nocy przypadku niewspominano, i że gdyby się kto pytał, aby powiedziano, że dla zwykłych hemoroidów pozostaje w łożu. Przykazał nadto aby klucze od komnat Veseliniemu oddane były. Nikomu więc, oprócz trzech tych osób niewolno było wchodzić do króla. Simnionius lekarstwo swoje w pokojach przygotował, dał królowi, później sam obiad zaniósł. Obiad ten składał się z klejku jęczmiennego, z cielęciny i potrawki z kapłona. Za pozwoleniem Simmona, pił także wino i wody cynamonowej tyle, ile zwykł pić, gdy się od wina wstrzymywał. Tymczasem dane lekarstwo nic, albo mało co sprawiło. Nad wieczor, przybiegł doktor Buccella, przywołany co prędzej od Veselina, a usłyszawszy o chorobie z ust króla samego, prosił, aby się najjaśniejszy pan przez dni kilka od wina wstrzymać mógł. Na co król: — Pozwolił mi go przecie doktor Simnionius, a dla wielkiego pragnienia wodę cynamonową, jak przy obiedzie. — W dzisiejszym przypadku, rzekł Buccella, należy, miasto wina, pić przygotowaną szałwią z cukrem, albo li też limonadę, jak przyjemną i wzmacniającą głowę. Tym czasem Simnionius dowiedział się, że Veselini sprowadził ze wsi Buccellę, zaczął mu to wyrzucać, jak gdyby niedosyć na nim, i innego przywoływać potrzeba było. Rozgniewany, na wieczerze nie przyszedł do króla. W czasie tego pokarmu, gdy król nalegał o wino, Buccella, długo sprzeciwiając się temu, pozwolił nakoniec zmieszanego z wodą.
    Król, skosztowawszy tylko, wolał pić wodę cynamonową. Po wieczerzy, przyszedł Simmonius. W przytomności Veselina, Buccella rzekł mu: — W mniemaniu mojem, jest to choroba, z którą żartować nietrzeba, i albo wraz krwi upustem, albo mocnem przeczyszczeniem pokonać ją. — Niemasz nic niebezpiecznego, odparł Simmonius, niepotrzebne ni krwi puszczanie ni purgans; nietrzeba króla turbować, który i na te lekarstwo ledwie zezwolił; dosyć będzie dać choremu panu konfekt z brzoskwiń, który chce przyjąć. Buccella, długo się z kolegą swoim spierając, nakoniec milczeć musiał. Nazajutrz, wziął król konfekt, brzoskwiniowy: w czasie obiadu, za pozwoleniem Simmoniusa, pił wino, i przez resztę dnia był wesoły. Podczas wieczerzy, widząc iż Buccella bardzo się krzywił gdy przyniesiono wino, jeden tylko kubek wypił, i dwa cynamonowej wody. Po wieczerzy, po opatrzeniu rany, rzekł Simmonius: — Bądź W. K. M. dobrej myśli, niema żadnego niebezpieczeństwa. — Wiem dobrze że nic niema, rzekł król z niecierpliwością; lecz natychmiast wyrzuciwszy nogi z łoża, słupem oczy podniósł do góry, zaczął zgrzytać zębami. Przestraszeni przytomni, ręce załamywać i wołać zaczęli, aby się król uśmierzył. — Cóż wy robicie? zawołał król. — Źle się W. K. M. masz, rzekł Veselin. — Prawda, odpowiedział król, niezmierną czuję gorączkę, i straszny ból głowy. Słowa te przerywane były ciężkością oddychania. Nastąpiły po nich niespokojność i nudzenia. Wtenczas dopiero postrzeżono, iż to był Paroksyzm o tejże prawie godzinie przypadły, co i ostatni. Natenczas Simmonius zgodził się, by Buccella dał królowi pigułki, a że ich król nie lubił, rozpuszczono je w wodzie z konwalii, przydawszy pięć gram extracti helloboris. Ten zlekka przeczyścił króla czterykroć. U obiadu znów się wszczęła kłótnia o wino; przemogło atoli zdanie Simmoniusa, że paroksyzm nadchodzi, i że woda mogłaby zaszkodzić. Gdy Buccella nastawał, by przynajmniej wino zmięszano z wodą: same wprzódy wino chcę pić, odpowiedział król, a potem samą wodę. Lecz skoro wychylił dwa kubki najstarszego wina: dosyć już na tem, rzekł, niepotrzeba wody. Na obiad były jaja, rosół z kapłona i pieczone jabłka z cukrem. W godzinę potem, wiele rozmawiał z podkanclerzemu koronnym, wolno oddychał, i ledwie widać było że chorzał. Ztemwszystkiem Buccella, widząc że król zamierzał sobie nieporzucać wina, a sądząc je najniebezpieczniejszem w tej chorobie, prosił kuchmistrza koronnego, aby o stanie królewskim ostrzegł kanclerza, iż chorobakrólewska była bardzo ciężka, i tem cięższa, że w sposobie leczenia jej nie zgadzali się z sobą lekarze. Niech więc, przydał, JJWW. senatorowie naradzają się wcześnie, co w tym przypadku czynić im należy. Toż samo oświadczył podkanclerzemu litewskiemu, prosząc by o tem i kasztelanowi wileńskiemu doniósł, najtajemniej jednak, z przyczyny królewskiego zakazu. Nadeszła godzina wieczerzy, na której król podobnież nie chciał pić wody, mówiąc, że zawsze się po niej ma gorzej. Gdy się zabierał do spoczynku, przypadł trzeci paroksyzm, lżejszy jednak jak pierwszy. Dalej paroksyzmy napadały codziennie. Buceella zaklinał króla, surowo upominał Simmoniusa, by wina poprzestać. Zezwolił nakoniec król i przyrzekł. Tu znów wszczęła się między lekarzami kłótnia o rodzaj choroby. Buceella nazywał ja epilepsyą, Simnionius astmem. Ten spór przyczyną był, iż ledwie zgodzić się mogli na lekarstwo, jakie dać należało. Zgodzili się jednak na dekokt z hyzopu, jako niemogący szkodzić w żadnej chorobie; przydano kilka kropel ekstraktu siarczanego, postawiono cztery pijawki na plecach, dwie na krzyżu, te do ośmiu uncyj krwi wyciągnęły, przydano nieco kamienia bezoar i kopyta łosiowego, które król zawsze chętnie zażywał. Podczas obiadu, niepokazał się Simmonius; przyrzekł bowiem Buccelli, iż dnia tego zamilczy o winie. Buceella, by oddalić wszelką okazyę wołania o napój ten, przygotował rozmaite zaprawne wody, między któremi jedną z cukrem i grzankami pszennemi, tę król ostudzona pił w czasie obiadu; potrawy też same prawie były co wprzódy. Po obiedzie, król zawołał o zwykłą sobie w gorączce wodę, w której konserwa różowa była rozpuszczoną. Tę wypiwszy, spał spokojnie przez dwie godziny. Ocknąwszy się, przywołać rozkazał kanclerzów litewskich. U pół nocy powróciła trudność oddychania. Simmonius poszepnął Veselinowi, czyliby król nie napił się wina, mówiąc, jeżeli się go nie napije, wkrótce umrze. Znów między lekarzami rada, i postanowiono dać też same co wprzód pigułki, lecz te nic nie sprawiły. Podczas obiadu, król koniecznie dać sobie wina rozkazał, na co Simmonius chętnie pozwolił. Natychmiast Buceella wysłał synowca swego do podkanclerza litewskiego, że król wkrótce umrze, i że choć zdaje się mówić wesoło i nie tak jest znękany chorobą by wstać i chodzić nie mógł, przecież, jeżeli się Bóg nie zlituje, w największem zostaje niebezpieczeństwie. Usłyszawszy to podkanclerzy, bez zwłoki uwiadamia o tem przytomnych senatorów, niewymieniając jednak że od Buccelli miał tę wia-domość, tego bowiem lekarz ten żądał. Obadwa kanclerze udali się natychmiast do zamku. Ku wieczorowi, król znów napił się wina, umoczywszy w winie chleb, straszne bowiem cierpiał pragnienie, i nadzwyczaj był smutny i milczący; a gdy go Buccella cieszył i dobrej myśli być kazał: Oddałem się już w ręce Boga, odpowiedział król, przygotowany jestem do śmierci, nie trwoży mię ona; jeżeli nie mówię, to dlatego że mi cięży głowa i chciałbym usnąć. Tu już zbliżyli się kanclerze do komnaty królewskiej, wyrzucając lekarzom, że ich wprzódy o niebezpieczeństwie królewskiem nie ostrzegli. Odpowiedział Buccella, że gdy król nikogo do siebie wpuszczać nie kazał, lękali się rozkazowi temu sprzeciwić; lecz gdy teraz zapytany jest przez nich, oświadczyć im musi, iż król wkrótce pożegna się z życiem. Ledwie te słowa wyrzekł, gdy gwałtowny paroksyzm porwał króla. Buccella i Veselin, ile mogli, starali się utrzymać go spokojnie. Wtenczas Simmonius pierwszy raz odezwał się do senatorów, iż i on rozumie, że choroba królewska jest śmiertelną, lecz jak długo żyć może, z drugiego dopiero paroksyzmu będzie mógł sądzić. Wtem zawołano go do nacierania króla, pomagał mu sam Veselin; lecz natychmiast drugi przypadł paroksyzm, tak okropny, iż oddał w nim ducha, ten nasz najlepszy pan, najwaleczniejszy z królów. Veselin, zalany łzami, wyszedł do senatorów, i przywiódł ich do zmarłego już króla. Oddał im natychmiast klucze od skarbu, i wszystko co miał przy sobie. Buccella rzekł: — Jeżeli panowie mniemają, że śmierć królewską dla dobra publicznego taić potrzeba, łatwo się to uczynić może. — Naradziemy się o tem z senatorami, odpowiedzieli przytomni; tymczasem nietrzeba tego rozgłaszać. Gdy noc już nadchoziła, posłano po podskarbich, by tajemnie przyszli do zamku. Ci natychmiast skarbiec i komnaty gdzie były sprzęty królewskie zapieczętowali, i całą noc z dwoma pódkomorzemi, dwoma lekarzami przy ciele królewskiem czuwali. Rano bardzo już się wieść o śmierci królewskiej rozeszła po Grodnie. Panowie radni, dworscy, mieszczanie, z wielkim płaczem zbiegać się zaczęli do zamku. Tejże nocy, Simmonius żonę swoję z pieniędzmi i ruchomością wysłał z miasta. Nazajutrz rano, z rozkazu senatorów, otworzono ciało już puchnąć zaczynające, w przytomności Buccelli, Simmoniusa, Goslasa, medyka, chirurga, i innych. Simmonius oznajmił, iż wszystkie wnętrzności znalezione były zdrowe, oprócz małych kamyków w pęcherzu, i że pęcherz nie żółcią, lecz czysta wodą był napełniony. Taka
    jest ta smutna i nigdy nieopłakana przygoda, które JW. Panu, ze szczerą prawdą opisaną, posyłam. Nic mi nie zostaje. Sam sobie postanowiłem, skoro należytość moję odbiorę, co rychlej do JW. Pana pospieszyć, życząc byś JW. Pan i Oświecone Książe nasze długo fortunne lata pędzili.
     
    Dan w Grodnie, dnia 19 grudnia 1586 roku.
    Jerzy Chiakor."
     
    Za Jana Kazimierza, w r. 1665, gdy nieszczęsna Polska od wszystkich sąsiedzkich mocarstw, hołdownika nawet swego książęcia pruskiego, razem napadniętą została, Moskale, pustosząc Litwę całą, i Grodno okropnie zburzyli; wtenczas to zgorzał piękny most, przez Zygmunta III postawiony na Niemnie. Później, ileż tu doszłych i niedoszłych sejmów aż do ostatniego w r. 1793, gdzie jakby na pośmiewisko, zebrani reprezentanci Targowicy, otoczeni wojskiem i działami, widząc obok tronu jenerała moskiewskiego, w ministeryum hetmana w mundurze moskiewskim, zamknięci, morzeni głodem, usłyszeli nakoniec podany przez posła moskiewskiego traktat, w którym napisano było, iż naród polski trzy części odwiecznych własności swoich dobrowolnie Katarzynie II i wiarołomnemu Brandeburgczykowi odstępuje. Przeczytano ten traktat. Okropne w izbie panowało milczenie. Igielstrom obumarłą zdrętwiałość wziął za przyzwolenie, i zmyślony testament Polski podpisał.
    Przed ostatnim atoli śmiertelnym ciosem naszym, widziało Grodno świetne czasy dla siebie. Był za Stanisława Augusta człowiek niestarannie wychowany, ze znanego w dziejach pochodzący domu, siniały w przedsięwzięciach, w wykonaniu niebaczący na sposoby, wyniosły, czynny, nieposiadający nauki i wykształcenia wieku swego, lecz zgadujący co dobre i pożyteczne, był mówię Antoni Tyzenhaus, administrator dóbr królewskich, który przez wiele lat całą Litwą, jak niegdyś wielcy książęta, władał udzielnie. Jeżeli słusznie zarzucić mu można wiele nadużyć i gwałtów, mianowicie opanowanie sądów i kierowanie niemi nie wedle sprawiedliwości, lecz podług pasyi lub widoków swoich, z drugiej strony, przyznać należy, iż on pierwszy, porządek w administracyi, rachubach i nowych zakładach zaprowadził w Polsce.
    Stoją dotąd wystawione przez niego gmachy na Horodnicy, Łołosnie i po wszystkich prawie ekonomicznych dobrach.
    Grodno, pod rządem dzisiejszym, nie mogę powiedzieć że co zyskało. Świecą się białe onego domy, lecz ludność cała jest prawie czarna, to jest żydowska, tak dalece, że oprócz dwóch rossyjskich markietanów, wszyscy kupcy tutejsi są żydzi; lądowy i wodny handel całkiem się przeniosł do nich. Oni nadto mają wszystkie arendy, kabaki, podrady; oni frymarczą asygnatanii, wywożą srebrne ruble do mennic pruskich, a pruską monetą zalewają kraj cały. Tak obszerny jest ten handel, iż od Brześcia do Litwy nie widziałem jednego srebrnego rubla i jednej grzywny moskiewskiej; cała bieżąca moneta jest pruska lub polska. Gała ludność dość obszernego na widok miasta, nie wynosi jak około 5, 000 dusz, z których większa nierównie liczba jest żydowska.
    Za najdawniejszą w Grodnie starożytność liczyć można cerkiew i klasztor księży Bazylianów na Kołoży. Struktura cerkwi jest osobliwsza; niewielka, w środku pełna dziur: są to wychodzące szyje próżnych dzbanów, zasklepionych w samych ciemnych murach. Zewnętrzne mury, wykładane są w polewane kafle, w krzyże i inne wzory. Ze strony zachodu, widać wyryty na kamieniu cerkiewnemi literami, następujący napis: Położon Rob Boży Eliazar lata od sotworenia mira 6998; co odpowiada na rok nasz 1490. W przywileju króla Aleksandra, w r. 1500, na dobra Czeszczewlany opactwu temu nadanym, powiedzianem jest, iż to się czyni przez wzgląd na dawność cerkwi tej. Niektórzy mniemają, iż postawioną była przez rycerzów mieczowych inflanckich. Jakkolwiek bądź, długo ona poprzedziła wprowadzenie chrześciaństwa do Litwy. Rzeczą bowiem jest pewną, iż na wiele lat przed Jagiełłami, chrześciaństwo kwitnęło już w Litwie i wielkiej doznawało tolerancyi. Wielu książąt litewskich brało za żony ruskie, już chrześciańskie księżniczki. W r. 1332, Franciszkanie już w Litwie fundowani byli. W zamku królewskim, gdzie się. odbywały sejmy, jest dziś szpital moskiewski wojskowy. W dawniejszym naprzeciw zamku, gdzie zwycięzki Batory przebywał i umarł, stoi dziś gubernator wojenny. Znaczna część zamku tego jest zrzucona, reszta odnowiona; piękna brama dawniejsza została. Fara, najdawniejszy i najpiękniejszy kościoł, obrócony jest na schyzniatycką cerkiew. Osobliwsze dzwonienie, jakby na gwałt, oznajmiło, że się lud grecki zbierał na modlitwę.
    Wszedłem: zamkęły się popy, dziak śpiewał bez końca modlitwy, nikt nie siedział, lud stojący w koło, wywracał bez końca schyzmatyckie koziołki. Kościół pojezuicki, dziś farny, i kościoł dominikański przedniejsze są miasta ozdobą. Księża Dominikanie utrzymują gimnazyum gubernskie; gorliwości ich winniśmy zebrana znaczna bibliotekę, zbiory do mineralogii, fizyki i chemii. Ksiądz Szukowicz zrobił własną ręką obszerne dwa globusy ziemskie i niebieskie. Jedni Dominikanie grodzieńscy wystawili nagrobek, tak dobrze naukom zasłużonemu, ostatniemu królowi naszemu Stanisławowi Augustowi.
    Cała ludność gubernii grodzieńskiej wynosi do 500, 000 mieszkańców; od wojny w r. 1812, ludność ta zmniejszyła się więcej jak o 40, 000. Ach, w tym to roku 1812, mniemało Grodno, mniemaliśmy my wszyscy, że już przyszedł dzień wyzwolenia ! Wszedł Hieronim, brat Napoleona, król westfalski, na czele połączonych bitnych wojsk francuzkich i polskich. W mniejszej liczbie, z potrwożonym ludem, stał Bagration, jenerał moskiewski. Hieronim, zamiast rozbicia go co prędzej, w spóźnionej już porze roku, tydzień cały strwonił w Grodnie, rano kąpiąc się w mleku i rumie, tańcując w wieczór. W siódmym dniu nawet przygotowany był bal wielki, gdy przyszedł rozkaz od Napoleona by ciągnął naprzód. Lecz już zapóźno; Bagration już był daleko.
    Chcąc miejsca w dziejach pamiętne odwiedzić, jakoto: Merecz, Kowno, Troki, Pożajscie, w Grodnie nająć musiałem furmana; trakt bowiem pocztowy nie idzie tamtędy. Kto nie widział pustyń Afryki, niech jedzie na Merecz. Nie jechać, lecz literalnie orać w piasku potrzeba. Rzadkie lasy, nędzne urodzaje; nie widać zwierząt, nie słychać głosu ludzkiego, ni ptasząt pienia, wędrowny nawet bocian stron tych unika. Około Wołkowyska i Grodna, lud mówi po polsku. Tu już zaczyna się język litewski: tum ujrzał potomków Herulów nad kwaterką gorzałki z żywością nim rozmawiających. Wszystkich siermięgi były białe. Kto wie, zwyczaj ten może idzie od czasów Jagiełły, gdyż, jak wiadomo, król ten chrzcząc poddanych swoich, rozdawał im białe odzieże. Kształt i rysy twarzy ludu tego są przyjemne, i jak mi się zdało, od słowiańskich różne.
    Unużenie z tak nieprzyjemnej drogi, nagrodziło się na noclegu w Rotnict, maleńkiem miasteczku nad strugiem żywej wody leżącem. Nieznany w Warszawie przysmak czekał mie na wieczerzy; były to wyborne pstrągi. Włościanie w piasczystym kraju, że siedzą na czyn-
    szach, zamożni są; żydzi próżniacy trzymają mnóstwo kóz, i mlekiem ich tylko żyją. U chrześcianki wygodny miałem nocleg. Chcąc się pozbyć co rychlej tak nieprzyjemnej drogi, wstałem równo ze świtem.
     
    Mniemałem, o losie zwodny,
    Że pierwszy chwycę, polnych kwiatów wonie,
    I że zefir luby, chłodny,
    Siwe me włosy owionie.....
    Wychodzę, alić w rogu brudnej klitki.
    Już się kiwa Lejba brzydki!
    Wstał on niezmiernie rano,
    Mając u kolan cycele,
    Z rzemiennym guzem na czele;
    Przedemną zorzę powitał rumiana.
     
    Te tak sprzeczne sobie obrazy, świeża poranna jutrzenka obok brudnego żyda, wzbudziły we mnie uczucia, których wyrazić nie zdołam. Tąż sama, jeśli można bardziej jeszcze piasczysta drogą, przez ośm godzin wlokłem się do Merecza.
    MERECZ, amenissimi situs opidum, jak mówi Cellari, w widłach między Niemnem i Mereczanką zbudowany, mimo korzystnej posady swojej, dziś nędznem jest tylko żydowskiem miasteczkiem. Dominikanie przeniesieni do pojezuickiego klasztoru, trzymają tu wydziałową szkółkę. Oprócz rozsypanych wałów i gruzów dawnego zamku, co górował nad Mereczanką i Niemnem, dwie tylko z murów ruiny pozostały w tym nędznym grodzie: ratusz i dom starościński, w którym Władysław IV, często tu zjeżdżający na łowy przemieszkiwał, gdzie nawet życia dokonał. Przed laty trzydziestu pięciu, dom ten był jeszcze mieszkalnym; dziś, bez dachu i okien, smutne tylko wystawia zwaliska Wszedłem w nie jednak, a pełen wielkich pamiątek, gdym sobie wystawiał komnaty królewskie napełnione okazałymi panami, gdy mi się zdało, żem widział Kazanowskich, Ossolińskich, Radziwiłłów w sobolich szubach stojących przy Władysławie, obejrzałem się — aż w rogach zwalisk ujrzałem kóz kilka, szukających chłodu w tem opuszczonem schronieniu. Na widok ten, na pamięć zmiennych rzeczy ludzkich kolei, na te powszechne wszędzie ujarzmionego kraju mego ruiny, ścisnęło się serce moje, myśl posępnem zachmurzyła się dumaniem. Długo trwałoby było to smutne rozpamiętywanie, gdybym niepomniał, że nie-
    tylko to niegdyś przygodne mieszkanie króla naszego, ale. ogromne gmachy i grody całe, uległy smutnym przeznaczenia ciosom.
     
    Coż jest stałego na świecie?
    Człowiek, dzielna jego praca,
    Gmachów niebotycznych dziwy,
    I siłą w mężu, i piękność w kobiecie,
    Wszystko czas nielitościwy,
    Burzy, niszczy i wywraca.
    Gdzież są, co krocie stały do potrzeby,
    Pyszne setnemi bramy, Palmira i Teby?
    Kędyż Alrydów Miceny,
    Memfis, Korynt i Ateny?
    Niemasz ich, a przechodnia ciekawość niesyta
    Próżno o imię ich pyta.
    Tak było i tak będzie! Darmo myśl człowieka
    We snach wiecznotrwałości dumnie się zacieka.
    Nie wie, w zawrocie pysznym i nierozeznanym,
    Że kto dziś słynie, jutro będzie zapomnianym;
    Że państwa, choć bez mety kreślą swe nadzieje,
    Mają swego upadku i wzrostu koleje.
    O! jak nikczemne nasze starania, zawody,
    Czas w locie swoim zmiata mocarstwa i grody.
    Kto wie, czas len nadejdzie, może niedaleki,
    (W nieskończoności bowiem, cóż znaczą dwa wieki)
    Kto wie, czas może przyjdzie, gdzie to wielkie państwo,
    Co tyle ludów w smutne posłało poddaństwo,
    Gdzie dumne samowładce, butne wojowniki,
    Pójdą w muzyki.
     
    Merecz, jako dogodne miejsce do łowów, ulubionym był Władysława IV pobytem. W tem to mieście, ten ostatni możny, szeroko rozkazujący król nasz życia swego dokonał. W ten sposób o zgonie jego żyjący naówczas Kochowski wspomina:
    Podobało się Bogu wszechmocnemu najjaśniejszego króla Władysława z niestałego królestwa do wiecznotrwałego przenieść. Nieszczęsny dla nas zgon, chwile na które z boleścią i smutkiem patrzałem, jak najwierniej opisze. Wyjechawszy z Wilna, czwartego dnia stanęliśmy w Mereczu. Wypocząwszy przez dzień, nazajutrz, to jest 4 Maja 1648 r., król w licznej komitywie panów z hurmem myśliwców, równo prawic ze dniem wyjechał w pole, i niepowrócił jak ku zachodowi słońca.
    Te to gwałtowne łowy dla pana tak otyłego, niezupełnie jeszcze z niedawnej słabości przyszłego do siebie, nieodżałowanej śmierci stały się powodem. Jechał król w myśliwskim broszku przez zagony i przepaściste drogi z taką żądliwością, iż gdy woźnica, lękając się go utrząść, powoził ostrożnie i powoli nieco, król zrzuciwszy go z kozła, porwał lejce i wesoło się powożąc, ni pojazdowi, ni sobie nie pofolgował. Za powrotem, o drugiej z północy, uczuł niezmierne boleści pleury. Nazajutrz poprawiło się znacznie; a lubo trwało pragnienie i ckliwość, zaczęto na dzień następny nowe polowanie układać. Dnia 7 Maja powstały niezmierne boleści we wnętrznościach i krzyżach, a przy tych ból głowy, gorączka, pragnienie, bezsenność, nakoniec niespokojność i febra. Udano się prócz lekarstw sztuki, do pomocy niebios. Napomknienie spowiedzi przyjął król ze spokojnością i ochotą. Ciężko jest wyrazić, z jaką skruchą odprawił spowiedź; ustawna czkawka niedozwoliła przyjąć najświętszego sakramentu, proszono więc lekarzy-, by czkawkę tę uśmierzyć starali się. Jakoż, po kilku godzinach ustała, lecz powiększona gorączka blizki zapowiadała koniec. Słuchał atoli król mszy w łóżku, o to tylko Boga prosząc, by mu grzechy odpuściwszy. do wiecznego przeniósł go zbawienia. Po przyjęciu najświętszego sakramentu, trzy dni w okrutnych dręczył się boleściach, a gdy już wszelką stracono nadzieję, przyszła godzina, gdzie zapaśnik chrześciański ostatniem pomazaniem nowych sił nabrać powinien. Z wielką natychmiast pobożnością pomazanie to przyjął, i wziąwszy w ręce krucyfiks: chciałbym, rzekł, żeby świat cały patrzał, z jaką ufnością w Bogu, z jaką spokojnością umieram. W nocy, z dnia 19 na 20, postrzeżono znak przybliżającego się zgonu; przed drugą po północy, jak najspokojniej Bogu duszę oddał.
    Z Władysławem zniknął ostatni promień sławy naszej. Żył lat 53, panował 16. Syn Zygmunta III i Cecylii Renaty rakuskiej, córki i siostry Cezarów, małoletniego z niej syna Zygmunta Kazimierza przed zgonem swoim z wielkim narodu żalem postradał. Był to pan z wielkiemi duszy przymiotami zrodzony, odważny, sławy chciwy, gardzący bogactwem. W młodości chowany w obozach, stał się doświadczonym i szczęśliwym wodzem, rozprzestrzenił państwa granice, Polskę jak ojczyznę, Polaków jak dzieci swe kochał. Był wzrostu sporego, włosów jasnych, poważny, a lubo znacznie otyły, w męzkich ćwiczeniach zręczny i skory. Zapieczętowany testament oddał w ręce Leona Kazimierza Sapiehy, podkanclerzego litewskiego. Spowiednikiem jego był Jerzy Schnenhoff towarzystwa Jezusowego; lekarzem Antoni Crauth.
    Długo brodzącemu po piaskach z Grodna do Merecza, jak mile rozweseliła oko żyzna i zielona cała postać krainy! Kraj przelegający się w pagórki, pasmem ciągnące się pola, łany nawet pszenicy, lasy czarne, w nich strugi czystej i wybornej wody, drogi twarde, wszędy obfitością nagrodzona praca rolnika. Lecz rolnik ten, im zdolniejszy do pługa, tem bardziej wystawionym jest, by niepotrzebny pług ten porzucił, i całe życie nosił zbawienny i użyteczny bagnet. Na lace blizko drogi, ujrzeliśmy koszącego człowieka. Zastanowił się furman mój. Przyjacielu zawołał, brat twój kazał ci powiedzieć, byś co rychlej dalej w świat uciekał, gdyż szukają cię wszędy. Dowiedziałem się, że hoży młodzieniec, któremu tę przestrogę dawano, przeznaczony był w Grodnie na rekruta; porzucił rodziców i żonę, tu zaszedł, a teraz dalej jeszcze tułać się musi.
    Zbliżyliśmy się wieczorem ku miasteczku PUNIOM, niegdyś starostwu w ręku Brzostowskich. Miasteczko na dość wysokiej położone jest górze. Wjechaliśmy w przepaściste parowy, już gasły zorze wieczorne, klekotki powracającego z różnych stron bydła przerywały ciemne nocy milczenie. Tu i owdzie skromne błyszczały ogniska; gdzie niegdzie znużony praca dzienna wieśniak, z pracowitą żoną i drobną drużyną, pod nizką wystawą, przy ożywiającym chłodzie, posilał się ziarnem zebranem przez siebie. Późno już wdarłem się piechotą na górę. Chciwy spoczynku, udałem się do najpierwszej karczmy, wołając co prędzej o słomę na posłanie; lecz żydzi wręcz mi powiedzieli, że ni słomy, ni siana, ni owsa, ni piwa, ni wódki niemają, że właściciel starostwa puńskiego, jenerał moskiewski Kochowski, na wszystko ustanowił kabak, to jest monopolium, że wszystko było w ręku jednego żyda, że nadto tenże Kochowski, wolnych, niegdyś czynsz tylko płacących mieszczan, obrócił w poddaństwo i pańszczyznę robić im kazał. Trzeba więc było po wszystko posyłać do kabaku; tam nim zważono, odmierzono na pudy, północ minęła. Wtenczas dopiero znużone nie członki, na sianie złożyłem.
    Jasny poranek rozpędził smutek, którym mię kabak i ucisk wśród żyznej krainy biednego ludu ogarnął. Przejeżdżałem przez JEZNO, majętność niegdyś rodu Paców, dziś pana Pęczkowskiego. Zdaleka jeszcze okazał się piękny pałac z ogrodem, i wzbijające się w lazur niebios szczytne wieże kościoła. Był to dzień prażniku, czyli odpust. Wyprzeżone z jarzma juńce, wolne w ten dzień od pracy, wesoło od jeziora wracały. Rozkoszujące się w strumieniu, ogromne, lecz niezgrabne bawoły, stały jeszcze w jeziorze; zdroje wody lały się z otwartych nozdrz ich. Lud wiejski, w świąteczne odziany ubiory, ze wszystkich stron spieszył na modlitwę. Wszystko w nim oznaczało obfitość i byt dobry. Kobiety, na porządnych wozach, dobremi końmi wiezione od mężów; mołodce spieszyli wierzchem. Zagabnąłem jednego i chciałem się wdać z nim w rozmowę; lecz ze wstydem moim wyznać muszę, że choć Litwin, niezrozumiałem go; mówił bowiem po litewsku. Wszedłem do kościoła poświęconego Ś. Michałowi. Świątynia ta piękna i ozdobna, ma jeszcze ciemny podziemny ustęp; tam lampy przed cudownym gorzały obrazem. W każdem zapewne miejscu, serce napełnione Bogiem, z gorącą skruchą wznosi do Niego poziome modły swoje; lecz to podziemie, ta ciemność, te gorejące światła, ta przytomność doświadczonego łaskami bóstwa, nową ufność i skruchę w serca wiernych wlewały. Wychodząc z kościoła, spotkałem nakoniec wieśniaka umiejącego po polsku. Niedziwiłem się dłużej dobremu bytowi ludu tego, dowiedziawszy się, że włościanie tutejsi byli na czynszach. Czemuż ten przykład nie przeniesie się wszędy?
    Zatrzymałem się na popas we wsi Kroniach, niedalekiej od Niemna, należącej od wieków do rodu Ogińskich. Gdybym się ślepo kochał w etymologicznych zaciekach, powiedziałbym, że przed Chrystusem było na tem miejscu zamożne miasto Chron, od nazwiska swege nadające rzece imie swoje Chronus, to jest Niemen. Lecz rozprawę o tem, uczeńszym odemnie zostawiam. Ciekawa jest, w tem miejscu starożytna schyzmatycka cerkiew; w niej groby Ogińskich, Samuela i Bohdana. Nadgrobek po polsku opowiada czyny ich wojenne, a choć nie unici, mężni wojownicy ci walczyli z równo wierzącemi sobie kupami kozaków. Oni to wzięli w niewolę sławnego Nalewajkę. Pod wyrytemi na marmurach sławy ich dowodami, leżą w ziemi martwe ich popioły; lecz i tym wściekłość żołnierska spokojnie nie dozwoliła leżeć. W roku 1812, wraz z innemi i ten kościoł napadli Francuzi, a złupiwszy święte naczynia, odbili groby, odarli zwłoki z ozdób ich, wyrzucili głowę Bohdana na cmentarz, i strzelali do niej jakby do celu. Taka była karność w wojskach przeznaczonych do oswobodzenia Litwy! Zadziwił mię strój wieśniaków dostatni, podobny do dawnego stroju
    mieszczan naszych. Byli to chłopi i chłopki ruskie; od wieków w te strony przeszli i osiedli, a dziś już jak mowę tak i strój przybliżyli do polskiego. Mają się dobrze; bo pracowici, przemyślni i wszyscy na czynszach. Podług dobroci gruntu i dobroci właścicieli, płacą od 12 do 90 rubli od włoki; nadto, dwadzieścia dni na rok roboty i daninę w drobiu, grzybach, orzechach, i t. d.
    Jechałem przyjemna droga, po prawej ręce mając pięknym lasem okryte do wierzchołka, pasmem ciągnące się góry; po lewej, Niemen, na drugiej stronie dzisiejsze królestwo polskie. Lubo obadwa brzegi od wieków i niedawno jeszcze jedno składały państwo, lubo mimo zaborów, odmiennych przezwisk, dla niewyrodnych Polaków, wspólną zawsze składać będą ojczyznę; nie wiem dlaczego serce moje, bardziej ku lewemu skłaniało się brzegowi. Pochodziło to pewnie z tego imienia: brzeg polski.
    Przejeżdżałem przez małe miasteczko Rumszyszki, sławne niebezpiecznemi na Niemnie porohami. Nie sterczą one wysoko nad wodą; nieuważnie jednak płynących przywodzą o pewną zgubę. Tu pod oczyma memi niezgrabne wlekły się wiciny; ta która zdradliwe minie już porohy, zatrzymuje się w poprzek rzeki, i mocnym głosem woła na idące za sobą jak mają kierować, by się ostrych ustrzedz boków. Mimo tych ostrożności, częste zdarzają się rozbicia. Przed kilku laty, gdy najjaśniejszy Imperator przejeżdżał tędy, a flisi ciągnęli do góry wicinę, pękła lina, i uderzeniem swojem potężnie jednego z flisów raniła. Natychmiast ludzki monarcha skoczył z powozu, sam skaleczonemu niósł pomoc, obwiązał rany, i hojnym datkiem los cierpiącego wieśniaka opatrzył.
    Brzegi Niemna są nizkie, równające się prawie z powierzchnią wody. Lubo mieszkańcy dwóch brzegów pod jednem dziś żyją berłem, i tak są blizko siebie, iż mówić z sobą mogą, przecież jakby były nieprzyjacielskie, jakby w czasie wojny, niepotrzebną ostrożnością przerwanem jest wszelkie między nimi spotkanie. Na brzegu Polski widać wysypane szańce, w wojnach ostatnich i dawnych.
    Ku wieczorowi przybyłem pod górę, na której sławny Klasztor pożajski księży Kartuzów jest zbudowany. Otaczają go wiekuiste ogromne dęby, okrąża w około lasek z drzew rozmaitych. Zachodzące słońce złociło strzałami swemi wzbijającą się nad tym zielonym wieńcem kopułę. Chciwy oglądać co prędzej to samotne pobożnych pustel-
    ników schronienie, zostawiłem pojazd, sam piechotą udałem się pod górę; lecz wziąwszy drogę na prawo, obszedłem wprzód cały borowy lasek, nimem na drogę do klasztouru wyszedł. Błąkałem się długo po obszernych ogrodach, rozległych korytarzach, nim napotkałem człeka, który mię do księdza przełożonego zawiódł. Zastałem go u wieczerzy z kwestarzem bernardyńskim i jednym świeckim młodzieńcem. Oświadczyłem życzenie moje, obejrzenia kościoła. Przełożony poczęstowawszy mię piwem, polecił klerykowi, by mi wszystko pokazał. Poszliśmy do kościoła. Co do budowy mianowicie, i co do wewnętrznych ozdób, jest to bezwątpienia najpiękniejszy klasztor w Polsce. Wiadomo, że go fundowali Pacowie, z rzadką prawdziwie hojnością. Wszystkie kolumny, pilastry, ściany nawet są z najprzedniejszych z Włoch sprowadzonych marmurów, rozmaitej farby; kapitele ze spiżu pozłacanego; balustrady w koło ołtarzów z marmuru czarnego, przykryte spiżowym pokładem; świeczniki, chrzcielnica, i inne ozdoby, również, gustowne i bogate. Co było ze srebra lub złota, ornaty nawet, zabrano, poszarpano w krucyacie 1812 r. Obrazy w ołtarzach pięknego pędzla włoskiego; dwa po bokach wielkiego ołtarza na murze al fresco malowane, szczególniej uwagę moję ściągnęły. Wyrażają one przedmioty z dziejów polskich. Jeden przedstawia senatarów polskich przychodzących do klasztoru Clugny, ofiarować Kazimierzowi Mnichowi koronę. Osnowy drugiego, gdy zgadnąć nie mogłem i zapytywałem o nią prowadzącego mię kleryka, a potem i zakonnika, krótką odebrałem odpowiedź: nie wiemy. Przecież kleryk już lat cztery, zakonnik dwadzieścia siedem w klasztorze tym mieszkali! Pytałem o bibliotekę, odpowiedziano mi, że od czasów wojny francuzkiej, jak była przerzuconą, dotąd w nieporządnych stosach leży pod dachem. Przecież, rzekłem, przez lat siedem, był czas ułożyć ją i spisać. My się w tych rzeczach nie kochamy, była całaodpowiedź. Jeżeli pierwszy fundator klasztoru tego nie żałował wydatku na ozdobienie i uposażenie go jak najhojniej, następca jego nie był oszczędnym w opisywaniu na grobowcu jego i żony, jak najchlubniejszych pochwał. Założyciel jest najpierwszym w świecie człowiekiem, małżonka jego, z domu panna de Mally, spokrewniona z Kondeuszami i Burbonami i cesarzami wschodniemi. I gdzież te wszystkie wyliczane zaszczyty?.. na grobie! W oficynie, naprzeciw kościoła, jest sala do przyjęcia i częstowania gości. Wiszą w niej dwa portety Paców, i wizerunki konwentu całego. Nie znajduje się dziś w tym konwencie jak
    czterech kapłanów i pięciu kleryków. Znaczna część dóbr oderwany została od Pożajścia; jednakże 70, 000 zostaje im dochodu. Pod pozorem szczupłości intrat, zakonnicy wyrobili sobie pozwolenie jedzenia z mięsem. Idąc nazad, przechodziłem około potężnej skrzyni, pełnej spleśniałej wody. Tam Kameduli, gdy jeszcze ściśle trzymali się reguły swojej, chowali i mnożyli żółwie; dziś kurczęta, wołowina i barany zastępują te nędzne płazy. Powracającego szarym już mrokiem, smutne ogarnęły dumania: z żalem pomyślałem sobie, jak wstydliwa gnuśność wielu zakonników dzisiejszych, nieużyteczność ich, same dają powód do znoszenia ich i przeistaczania na inne przedmioty. Czemuż, mający dostatek i spokojność, obok powinności religijnych, nie zatrudniają się naukami, oświeceniem ludu, pełnieniem litośnych i dobroczynnych uczynków? Zakonnicy tacy, ileżby sobie przynieśli zalet. i ile religii i ludzkości pożytków, jakżeby silnie odbili przez to pociski, które w tym wieku tak licznie zewsząd wymierzone są na nich! Późno już stanąłem w Kownie.
    Jakaż może być bardziej uderzająca sprzeczność jak ta, którą znajdujemy między obecnym stanem miast naszych, i stanem w jakim były w wiekach szczczęśliwszych ! Kowno, więcej tego może niż inne miasto dowodzi. Spójrzyjmy jakiem je opisują dawni krajopisowie, pozostałe nawet miejskie archiwa. Pominąwszy długie wojny miedzy Krzyżakami i Litwą, wojny na samych zburzeniach i wycięciach kończące się zwyczajnie, do późniejszych przystąpim czasów. Skoro Litwa, połączeniem swem z Polską i przyjęciem wiary świętej nabrała oświecenia, stalszego rządu i większej w sojuszach pewności, Kowno między spławnemi rzekami Niemnem i Wilią, w najdogodniejszej dla handlu posadzie, wcześnie jęło budzić przemysł mieszkańców. Powiedzmy pokrótce, jak ze szczytu zamożności do dzisiejszego upadku miasto to przyszło.
    W tak ciężkich i często powtarzanych najazdach moskiewskich, szwedzkich, francuzkich nakoniec w r. 1812, archiwa miejskie częścią zatracone zupełnie, a w ostatniej napaści tak zostały podarte, iż wiadomości o Kownie urywkami tylko zasięgnąć można. Zebrał je ile mógł IMP. Maciuński, światły obywatel powiatu tego, i mnie onych udzielić raczył. Pośród tych dokumentów, najdawniejszy pozostały jest autentyczny Witolda, w r. 1408, potwierdzający wszystkie przywileje przez wielkich książąt litewskich, poprzedników jego, miastu temu nadane. Później Kazimierz Jagielończyk w r. 1463, król Aleksander w r. 1492
    król Zygmunt w r. 1507, 1508 i 1540, po nich następni królowie aż do Stanisława Augusta, znając ważność położenia Kowna, coraz nowemi przywilejami zbogacali to miasto. Widać z nich, jak królowie jagieloriscy znali co handel i miasta czyni kwitnącemi, gdyż wszystko co do tego dążyć mogło, nadali i zabezpieczyli. Jakoż za ich czasów, widzimy w Kownie ustanowione banki, kantory holenderskie, angielskie i szwedzkie, mnóstwo murowanych szpichlerzów nad obiema rzekami, składy wszystkich towarów i najgłówniejsza komorę tu umieszczono. Wnosić ztąd można, jaka była ludność w tak kwitnącem mieście; zaginęły papiery oznaczające ją; z pozostałych tylko, niepodartych zapisów miejskich, widzieć jeszcze można ilość rzemieślników. W roku 1554, było krawców samych 39, dzisiaj 3; szewców 98, dzisiaj 15. Już po ciężkiej wojnie za Jana Kazimierza, i srogim naówczas przez Moskwę najezdzie w r. 1663, było jeszcze cieślów 18, dzisiaj 4; będnarzów 9, dzisiaj 2; mularzów 20, dziś 5; rzeźników 32, dziś 7; kowalów, puszkarzów, slusarzów, nożyczników, kotlarzów, miedników po 40 i po 50, dziś z wszystkich tych rzemiosł zostało tylko 9. W r. 1782 było tkaczów jeszcze 32, dziś żadnego; garbarzów, wedle ksiąg poszarpanych przez Francuzów było 100, dziś tylko jeden; stolarzów, tokarzów, szklarzów, według tychże ksiąg, było po 50, dziś tylko wszystkich 5. Piekarzów chrześcian, za ostatnich już czasów polskich, było 19, dziś niema żadnego. Z tych pozostałych z tylu opisów liczby rzemieślników, wnosić można, że ludność całego miasta do kilkadziesiąt tysięcy wynosić musiała. Miasto było całe murowane, pełne wspaniałych świątyń pańskich i gmachów ogromnych. Widać dotąd mnóstwo murów dziś tylko w sterczących gruzach od ziemi, codziennie podmywanych i walących się w Wilią lub Niemen. Tak się do szczętu obala dawny zamek; mury dziś jeszcze nazwisko Mennicy noszące. Siady pewne trzech ulic mieszkalnych: Garbarskiej, Powilejskiej i Niemieckiej.
    Zastanówmy się na chwilę, jakiemi stopniami przyszedł do nędzy gród tak niegdyś kwitnący i tak zamożny. Przez półtrzecia wieku kwitnął w pokoju pod bacznym rządem i troskliwą Jagielonów pieczą. Przez ten czas nietkniętą była z tej strony ziemia polska najezdników orężem. W początkach dopiero XVII wieku, upór i niezręczność Zygmunta III ściągnęły na Prusy i na Litwę natarczywy oręż Gustawa Adolfa. Za Jana Kazimierza, gdy od wschodu i zachodu bronili się Polacy spiknionym na siebie nieprzyjaciołom, Moskale, mszcząc się
    dawnych klęsk i upokorzenia swego, okropnym sposobem zostawioną bez obrony Litwę spustoszyli. Oni to obrócili w ruiny potężne zamki w Wilnie, Grodnie, Kownie, Trokach i Lidzie; dziś stoją tylko potrzaskane ich baszty i ściany. Po takich klęskach, utraciło Kowno, utraciły miasta nasze dawna swa świetność. Wojny za Karola IX, przechód nareszcie wojsk moskiewskich do Prus w czasie siedmioletniej wojny, cios ostatni zadały Kownu. Wtenczasto rozebrano kilkadziesiąt kamienic na murowanie piekarni do pieczenia chleba dla wojska. Przydajmy do klęsk tylu, nieczułą, ospałą gnuśność rządu naszego wtenczas, gdy po wydobyciu się Prus z hołdownictwa naszego, dom hrandeburgski wszystkie starania, całą swoję usilność zwrócił do rozkrzewiania handlu w Królewcu. Kiedy upadły przywileje miejskie, kiedy Kowno przestało być składem wszelkich towarów, król pruski, przekopawszy kanał łączący Niemen z rzeką Preglem, ułatwił przez to spław dla wszystkich statków do Królewca i innych miast pruskich. Wtenczas zamożni kupcy kowieńscy, przedniejsi nawet mieszkańcy, przenieśli się z kapitałami swemi do Królewca i innych miast pruskich. Okropny pożar w r. 1730, niemało się także do przeniesienia mieszkańców i zmniejszenia ludności przyczynił. Przecież, tak korzystnem jest dla handlu położenie Kowna, iż mimo tych wszystkich klęsk, mimo przeszkód niechętnego sąsiada, jeszcze za panowania Stanisława Augusta nie przyszło było do zupełnego upadku. Jeszcze była w niem jakaśkolwiek ludność, jeszcze było z krajowców samych kupiectwo. Liczono 10 kupców handlujących zbożem i krajowemi płodami. Statków, zwanych strugami i bajdakami, liczono 21, dwa razy na lato idących do Prus i powracających nazad. Kupców, handlujących samem drzewem, liczono 15; z tych wszystkich kupców każdy blizko 20, 000 dukatów obracał w handlu; a zatem, wsziąwszy wszystko w ogóle, około 500, 000 dukatów rocznego przemysłu obracało się w Kownie. Liczono chrześciańskich domów 357, prócz miasteczka Wiliampola za rzeką Wilią, i prócz żydów, w liczbie równających się prawie chrześcianom. Konsumcya była znaczna, i stan miasta, lubo względnie pomyślnych wieków niezmiernie zniżony, porównany ze stanem dzisiejszym, żal i smutne wspomnienie nieci w mieszkańcach. Ostatni podział kraju, ostatnim był ciosem dla Kowna. Kraj zaniemeński, obszerny i bogaty, niemający własnego znacznego miasta, kordonem zamknięty, nazawsze odłączonym został od grodu, który go zasiłał i przezeń nawzajem byłzasilanym. Ustały wszelkie dowozy i targi. Pożar w r. 1800 celną część miasta obrócił w popioły. System kontynentalny, wszelkie związki z morzem przez lat sześć przerwał. Najazd francuzki i odwrót nieszczęsny w r. 1812, zniszczył nietylko duchownych i świeckich dawnych zabytków ostatki, lecz poszarpał, z żalem dla nas, z hańbą dla siebie, wszelkie księgi i zapisy, co przypominając nam dawną pomyślność, w niedoli dzisiejszej choć smętną były pociechą.
    W takim ja stanie znalazłem Kowno, jak za otworzeniem wieka od trumny mężnego niegdyś rycerza zbutwiałe reszty kości i zbroi. Gdzie niegdzie ułomki baszt, ułomki murów niegdyś otaczających to miasto zamożne. Przy każdej bramie żyd postawiony od kabaku, trzęsący podróżnych, czyli nieprzywożą gorzałki. Zamek przezornie przy samem łączeniu się Wilii wzniesiony, pod którym nigdyś krzyżackie łamały się zastępy, zamek ten mówie, codziennie dużemi szmatami wpada do Wilii. Został wspaniały kościoł farny, jeden z największych w kraju naszym. Budowa onego zupełnie krzyżacka; być może, że gdy w roku 1362 Krzyżacy opanowali Kowno, i kościoł ten postawili. Augustyanie zawiadują nim dzisiaj; probostwo bowiem ze znacznemi dochodami obrócone zostało na dochód akademii wileńskiej. Kościół Bernardynów równie obszerny, z potężnemi organami. Odwiedziłem przełożonych obudwóch tych klasztorów, przyjęty od obduwóch gościnnie i grzecznie. Pierwszy nauczył mię, iż w murach probostwa, danych niegdyś przez króla Aleksandra z dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego mieszkania, gdy wybijano framugę, znaleziono zamurowany w niej posąg Zezylii, czyli Wenery dawnych Litwinów, cały z ołowiu ulany. Było to w niebytności proboszcza Imci księdza Frąckiewicza. Wikary jego, uradowany tym skarbem, zgorszony razem nagością bogini, wraz stopić i wszystkie rądle pobielić nią kazał. Ksiądz Frąckiewicz za powrotem swoim, tak zdarzenie to w notatach kościelnych zapisał. "Wikary mój N. N., znalazłszy w dawnych murach posąg Wenery, pogan Litwinów, bardziej pobożny, jak smakujący w starożytnościach, stopić go kazał; za powrotem moim, już znalazłem wszystkie rądle pięknie pobielone, lecz niebyło i kawałka bogini." Przełożony księży Bernardynów, opisał w aktach klasztoru swego naturalnem piórem, lecz jasno i rzetelnie, przechód przez Kowno Francuzów, i wszystko co klasztory i mieszkańcy ucierpieli od rozpustnego żołnierstwa. Najdawniejszy w Kownie jest kościoł księży Franciszkanów. Francuzi obrócili go na skład broni i prochów, a w nagłym odwrocie swoim, zapalili i wysadzili część znaczną klasztoru. Światły gwardyan dzisiejszy podnosi ile może pozostałe zwaliska. Blizko Franciszkanów, jest starożytny bardzo kościoł. Rozumieją mieszkańcy, że jeszcze pogański; nie jestem atoli zdania tego: jest budowy niemieckiej, przypomina wiele struktur XIV wieku w Niemczech. Był on niedawno w obrębie obszernych posiadłości jezuickich. Ogromny kościół obrócony jest na sprzęty wojenne, klasztor na szkoły. W tyra to klasztorze ksiądz Oderborn pisał dokładną historyą cara Iwana Wasilewicza, u swoich groźnym, u postronnych okrutnym zwanego.
    Z pysznego niegdyś miasta Kowna, niepozostało jak dwieście sześćdziesiąt nędznych domów i przedmieście za Wilia, bez żadnego chrześcianina, samymi żydami osiadłe. Jak w czasach Atalii, przemógł tam bóg Baala. W samem mieście, jakkolwiek jest jeszcze handel zbożowy, ten całkiem w rękach żydowskich. Dwóch tylko pozostało znaczniejszych chrześcian, PP. Koloff i Reisch, lecz i ci opuścili handel i samem tylko syceniem lipca bawią się. Zastałem w porcie cztery dwumasztowe okręciki królewieckie, przybyłe z solą, a biorące zboże i pienkę. Na wielką wodę statki te 1, 500 korcy brać mogą. Czemuż nienaśladowane u nas? Czemuż się trzymać niezgrabnych, dwudziestu ludzi potrzebujących wiciu i szkut, kiedy na lekki, kilku tylko ludzi potrzebujący, z bocznym wiatrem idący statek, równą prawie wielość towaru prędzej i bezpieczniej zabrać można? W wielu zaiste przedmiotach potrzebują kraje nasze wydoskonalenia i odmian zbawiennych, w żadnym gwałtowniejszych, jak w żegludze przedniejszych rzek naszych. Te częste rozbicia, to nadewszystko opieszałe ciągnienie pod górę statków naszych piersiami ludzkiemi, to opóźnienie (nieraz bowiem prędzej się z Ameryki staje w Europie, niż z Gdańska na Wołyniu), wszystko, jeżeli już nie rządu czem innem zatrudnionego, to przynajmniej uwagę i staranie majętniejszych mieszkańców i kupców ściągnąć co rychlej powinno.
    Winienem wdzięczność tak duchownym, jako też i świeckim obywatelom Kowna, za ich uprzejmość dla mnie. Oprowadzali mnie wszędzie. Przejście Napoleona, w mocnej tkwi tutaj pamięci. Pokazują dom gdzie mieszkał, sterczące jeszcze nad Wilią pale mostu, przez który wojsko pierwszy raz wtargnęło w ziemię litewską. Któż przy radosnych naówczas okrzykach, mógł się później spodziewać tylu łez i klęsk tak
    ciężkich! Trafiłem do Kowna na obfity połów łososi, i drugiej niezmiernej ryby, z rodzaju także łososi, zwanej kruk; funt ich sprzedaje się po złotemu. Ryby te równie i dziś obfite w Kownie, jak były przed laty; ludzie tylko zniknęli.
    Słyszałem nie jednego z koronnych obywateli mniemanie, że prowincya litewska nieurodzajna i ubogą jest kraina. Ktokolwiek ja zwiedzi, pozna błąd takowego mniemania. Jakoż, za piaszczyste części niektórych powiatów, ileż obfitych i żyznych! Żmudź, część wołkowyska, nowogrodzkie, Wiłkomierz, Inflanty, Biała Ruś nawet niewątpliwie przechodzą w żyzności gruntów prowincye składające dzisiejsze królestwo polskie. Słusznie więc o Litwie dawni krajopisowie mówią: Regio est in Sarmatia Europea et singulari ubertate agrorum et omnium rerum ad tuendam hominum vitam pertinentium opinia Litvaniea no — mine appellata.
    Przez taką to krainę prowadziła mię droga z Kowna do Trok; wszędzie grunt przyjemnie przelegający się w doliny i wzgórki, wszędzie wesołe gaje, obszerne jeziora, obfite żniwa, choć niegęste, nie rzadkie jednak łany pszenicy, dostatek czarnych lasów, mnóstwo zwierza, ptastwa i ryb wybornych. Dostatnie i ozdobne szlachty mieszkania, rzekłbyś, że w niej szczęśliwa mieszka swoboda; lecz nieszczęsnem jakiemsiś zaklęciem, zanurzona w bezdennych procederach i pieniactwie. Pieniactwo to mięsza całą życia obywatelskiego spokojność. Ciągną się tu sprawy przez rozmaite subsellia; w ostatniem senackiem przegrywa i pozywający i broniący się, sąd tylko jeden wygrywa. Gdym się w myślach litował nad tym nieszczęśliwym stanem mieszkańców, rozlane jeziora, nakształt morza ciągnące się, na wyspie onych, ogromne ściany i baszty miasta Trok, uderzyły me oczy.
    ... Wjechawszy już w mury miasta, zmniejszyło się omamienie.
    Co za odmiany! Jleż nowych stanęło gmachów i domów, ileż dawnych poodmieniało i imię i postać! Poszedłem za zanikowa bramę, obok której mieszkałem w r. 1781. Obszerny plac; za nim dwa zamki królewskie, jeden na górze, drugi na dole, zawsze były w dziejach Wilna sławnemi. Ileż tu wspomnień! Ta cała przestrzeń zwała się niegdyś Zgliszczem i była miejscem, gdzie ciała wielkich książąt i znakomitych wodzów palono. W pogrzebie, który wielki książe Gierymund ojcu swemu sprawował, zostały nam o tej żałobnej uroczystości pamiątki. Tak o nich Kojałowicz wspomina: Swentoróg, zapuściwszy się raz na łowach w przyjemne miejsce, gdzie rzeka Wilna pomiędzy wznoszącemi się w około górami kwieciste smugi przebiega, ujęty pięknością położenia, już stary i blizki zgonu, prosił Gierymunda syna i następcy swego, aby nie gdzieindziej ciało jego spalono i pogrzebiono, jak na tem błoniu, i aby miejsce to nazawsze ku pogrzebom wielkich książąt poświęconem zostało. Posłuszny syn ziścił ojca życzenia. Oczyścił plac szeroki z zarośla, zostawiwszy tylko gaj poświęcony, Perkunowi wystawił świątynia, postanowił kapłanów, którzy świętego ognia wiecznie strzedz byli powinni; miejsce to nazwał Swentoroże, to jest sancta area. Imię to i następujący sposób grzebania monarchów, zachowały się aż do Jagiełłów. Skoro wielki książe zawarł powieki, przedniejsi panowie ciało jego nieśli na stos, już przygotowany poteniu; obok ciała zmarłego, kładziono zbroję, której od młodości używał, jako to: miecz, kopją, sajdak z łukiem i kołczan ze strzałami, poniżej sokoły, dwa psy gończe, sługę i konia, które za życia najwięcej miłował. To wszystko, gdy podnieconym ogniem spłonęło, lud cały płaczliwe krzyki podnosił, a przedniejsi panowie, pazury niedźwiedziów i rysiów, jako ostatni upominek, rzucali w płomień. Podług bowiem tych pogan, Bóg mieszkanie błogosławionych na wyniosłej i niedostępnej górze umieścił; rzucano więc pazury drapieżnych zwierząt, by za ich pomocą książęta łatwiej się do przybytku wybranych wdrapali.
    O założeniu Wilna, stolicy wielkiego księstwa, tak mówią dziejopisowie litewscy: "Giedymin, rozciągnąwszy panowanie swoje aż pod Możajsk i Ugrę, niedaleko Kiernowa zbudował Troki, i tam stolicę swą przeniósł. Wkrótce między rzekami Wilią i Wilną, gdzie na miejscu Swentoroże ciała książąt palono, znajdując się na łowach, zabił na górze potężnego żubra. Znużony myśliwstwa trudami, usnął Giedymin na miejscu Swentoroże; gdy we śnie, na tejże górze, gdzie żubra zabił, ujrzał olbrzymiego wilka uzbrojonego całkiem w blachy żelazne, w których sto mniejszych wilków zawartych przeraźliwe wydawało wycia. Obudzonemu ze snu, widzenie to, w poświęconem okazane miejscu, nadzwyczajnem zdało się. Przywołał więc wielkiego kapłana; Lizdejko, czyli inaczej Kriwe-Kriwejta, dostojność tę posiadał. Ten, w dzieciństwie, podług jednych w gnieździe orłem znalezion, podług drugich w kołysce zawieszony na drzewie, i znaleziony od Witenesa, wychowanym był przez kapłanów, i w nauce wieszczby wielce stał się biegłym. Zapytany Lizdejko: "bądź dobrej myśli o książe, rzekł mu, idź za upomnieniem bogów; uzbrojony wilk oznacza zamek, który na tej górze wystawisz, ten stanie się głowa litewskiego narodu, stolica książąt, którzy sława dzieł swoich świat napełnia. " Usłuchał Giedymin słów wielkiego kapłana, poświęcił uroczyście to miejsce, otoczył plac Swentoroga ostrym wałem i rowami; resztę równiny na miasto przeznaczył. Cudowne przepowiedzenie dodało miejscu sławy, mieszkańcom ochoty. Tak prędko miasto to w święte, publiczne i prywatne gmachy wzniosło się, iż proroctwo kapłana nie próżnem okazało się. "I pewnie, mówi dalej Kojałowiez, za naszych wieków, do takich przyszło obszerności i ozdób, iż z najpierwszemi miasty o lepszość iść może. Wielkością, bogactwem, ludnością, powaga świątyń, szkołą główną, handlem, przemysłem, stolicą nauk, sprawiedliwości, pobytem pierwszych obywateli, Wilno w stronach sarmackich świetnie jaśnieje, na żadnej mu chwale niezbywa; bodajby mieszkańcy onego pamiętali, że swobody, bogactwa, spokój nawet nie murami i basztami, lecz cnotą, wiarą i obyczajami bezpiecznemi stają się; bez tych, wyniosłe mury wzgardę tylko w nieprzyjacielu wzbudzają."
    Od czasów Kojałowicza, od zmienienia rządu, powiększyło się Wilno w mury; wszystkie kamienice pięknie pomalowane, co ludność onego, to jest łapserdaki żydowskie, tem brudniejszemi sprawia. Przebieżmy pokrótce przedniejsze zdarzone w tym wielkim grodzie przygody. W r. 1390, Witołd, wnuk Olgierda, a syn Kiejstuta, mszcząc się na Jagiełłę okropnej śmierci ojca, za pomocą Krzyżaków, obiegł dolny stolicy litewskiej zamek. Zamknięci wewnątrz stronnicy jego, zapalili gmachy te, tak, iż l4, 000 ludzi zginęło w nich. Powrócił w następnym roku Witold oblegać zamek górny; lecz zostawiony w nim Oleśnicki z Polakami, odpędził oblegających. — W r. 1506, w początkach panowania Zygmunta I, zaczęto Wilno obwodzić murami. W r. 1513 zgorzał nanowo zamek królewski. Roku 1562, Jan, książe finlandzki, później król szwedzki, ojciec Zygmunta III, zaślubił sobie w Wilnie Katarzynę, córkę Zygmunta I. Roku 1571, niesłychany głód strasznego pomoru stał się w Wilnie przyczyną. Roku 1578, król Stefan, po świetnych zwycięztwach swoich, powracając od Moskwy, w tryumfie od szkolnej młodzieży był przyjmowanym. Była to należyta wdzięczność królowi temu, za ufundowaną przez niego akademią. Lubo bowiem Waleryan
    Protasewicz, biskup wileński, a raczej Warszewickim wprzód byli sprowadzili jezuitów, najpiękniejszy kościół, wielkie dobra i najlepsze w mieście majętności oddali im, przecież szkoły ich nie miały królewskiego przywileju, ni potwierdzenia; w roku dopiero 1581, król Stefan założył akademia, a papież Grzegorz XIII bullą swoja potwierdził. Spalenie w tymże roku, z rozkazu duchowieństwa, ksiąg luterskich i kalwińskich, strasznego buntu stało się powodem. Niemniej straszne było powstanie studentów w r. 1644. Gdy na uśmierzeniu ich, król Władysław IV wysłał ulubionego sobie rotmistrza Osińskiego, ten w małym poczcie, bo tylko czterdziestu piechoty, uderza na tłumną i zapalczywą młodzież i gorliwości swojej pada ofiarą. W r. 1655, okropniejszem klęski dotknęły miasto Wilno. Zatrudnioną naówczas Polskę wojną szwedzką i kozacką, ogołoconą z obrony Litwę, najechał car moskiewski, Aleksy Michałowicz, zburzył i popalił wszystkie zamki i grody w Litwie, i dnia 29 lipca 1655 r. szturm przypuścił do Wilna. W szturmie tym 15, 000 ludzi wyrżnięto, wiele gmachowi świątyń pańskich zburzono. Deploranda tandem est dades, mówi Cellari: qua Moschi hanc urbem affecerunt, miseranda incolarum conditio, qui in tlorentissiino statu versantes, nunc, sub fero barbarorum jugo gemitibus indesinentibus miseriam suam deplorant.
    Nikt atoli dokładniejszego stanu dawnej zamożności Wilna nie zostawił nam, jak Alessandro Cilli, sekretarz Zygmunta III, opisujący okropny pożar miasta tego w r. 1611, pożar któremu sam był przytomnym. Cilli tak się tłómaczy:
    " Wilno pierwszem jest miastem, w Wielkiem Księstwie Litewskiem. Leży ono w dolinie, przy znacznej dość rzece, zwanej Wilna; otaczają je mniejsze i większe wzgórki. Jest to miasto wielkie i ludne, ozdobione pięknemi kościołami, pałacami i innemi gmachami; lecz na nieszczęście wszystko szpeci i zaraża stek rozmaitego heretyctwa. Odszezepieństwo to publicznie obrządki swoje odprawia. Kacerze ci, prawie wszyscy cudzoziemcy, bardzo są królowi i krajowi polskiemu nieprzychylni, szczególnie najliczniesi z nich Rutenowie, trzymający się wyznania moskiewskiego. Ci, co wyznają luterską, lub kalwińską wiarę, są Niemcy, Francuzi, Flamandczykowie, Anglicy, Szkoci, i t. d. Często oni podczas prooessyj naszych, za nieprzyzwoite sprawowanie się karani bywają; często i z nieprzyjaciołmi państwa, Niemcami i Moskwą, znoszą się. Przekonany Rusin, jeden z najznaczniejszych i najbogatszych mieszczan tutejszych, że obwieszczał oblężonych w Smoleńsku o wszystkiem, co się na stronie polskiej działo, przekonany u sądu, ściętym i ćwiertowanym był. Surowa ta, lecz sprawiedliwa kara, oburzyła różnowierców; z ciężką zemstą, z podłożeniem pod miasto ognia, odkazywać się zaczęli. W browarach i częściach miasta, gdzie były domy drewniane, znachodzono podkładane palne materyały. Ostrzeżona o tem, w czasie oblężenia Smoleńska, mieszkająca w Wilnie królowa, powierzyła straż i bezpieczeństwo miasta podkanclerzemu koronnemu, Feliksowi Krzyskiemu, herbu Prawdzie, i innym mieszkającym przy boku jej panom. Wierni mieszczanie, (nie żydzi, jak dzisiaj), czuwając sami nad całością swoją, dzień i noc odprawowali czaty; pełne wody kadzie mieli przygotowane. Mimo tego pokazywał się ogień, żyliśmy w ustawnej trwodze; ustawne bicia w dzwony, uderzania w bębny, głosy wołające: ogień, ogień, sprawiały, iż każdy się porywał i najdroższe swe sprzęty starał się ukryć po kościołach, magazynach, podziemnych sklepach. Alić dnia 30 czerwca, 1611 roku, czyli to z podłożenia, czyli z dopuszczenia bożego za grzechy nasze, dało się słyszeć okropne bicie w dzwony i głosy: ogień! ogień ! Zajął się pożar u kowala jednego, w miejscu, gdzie były same domy drewniane i browary z szychtami drew suchych do warzenia piwa i wódki. W mgnieniu oka ogarnął to wszystko płomień, powstał wiatr, kłęby dymu i iskry na pół mili roznosząc; taki był przestrach i pomieszanie wszystkich, iż miasto ratowania, każdy stał jak osłupiały, patrząc na dom, bogactwa, i sprzęty swoje pożerane przez ogień! Napróżny nawet byłby ratunek; tęgość płomieni takie w około sprawiło gorąco, iż nikt do pożaru przybliżyć się nie mógł. Niewiele pomogło królowej Imci Konstancyi mieć senatorów, panów, dworzan, i dwór znaczny przy sobie. Ogień uchwycił się wieży kościelnej, w której był piękny zegar, ztamtąd przez korytarze dostał się do zamku, tak dalece, iż królowa Imość z całym swym dworem wyjść musiała przez bramę mostową do domu wiej skiego, o pół mili od miasta, i tam pozostać przez kilka dni, aż inne pokoje, w pozostałej części miasta na przyjęcie jej wygotowanemi były, póki nakoniec nieznośny fetor ze spalonych ogniem tylu koni i bydła, wiatrem oddalony niezostał. Odwagą i pracą gwardyi królewskiej, znaczna część zamku ocaloną została; lecz z drugiej strony szerzył się dalej ogień, pochłaniając i zmiatając wszystko przed sobą. Waliły się wyniosłe pałace, świątynie, wieże, dzwonice, same nawet ogromneciężkie dzwony topiły się, jak się topi wosk najmiększy. Lały się te roztopione kruszce po przepalonych murach i zgliszczach. Dziwno to było nam; lecz większe podziwienie wzbudzały i we mnie i w księdzu lmci nuncyuszu Franciszku Simoneta cierpliwość i zdanie się na wolą Bożą dobrego ludu tego. Ten ostatnia chudobę swoją widząc stracona, nie rozpaczał, nieskarżył się nawet. A gdy nuncyusz zapytywał najuboższych, gdzie się podzieją nazajutrz i dni następnych? Ten Bóg, odpowiedzieli, co nam dał niewiele i znów odebrał, da nam moc znieść to dopuszczenie, i nagrodzi nam je sowicie. Nuncyusz, obracając się do mnie rzekł: słyszałem oddawna, że lud polski wielką ufność w miłosierdziu boskiem pokłada, lecz święta jego dzisiaj cierpliwość powiększa poważanie moje dla niego. Wiele pałaców i gmachów wspaniałych stało się ognia ofiarą; cztery cerkwie schyzmatyckie, zbory lutrów w i kalwinów, bożnica żydowska, kościoł i konwent księży Karmelitów, za rzeką osobno stojący i o wystrzał tylko od zamku, kościoł świętego Ducha księży Dominikanów, kościoł księży Jezuitów z najpiękniejszem kolegium i bogatą biblioteką, kościoł katedralny, wspaniały z bogatych ozdób swoich, z przepysznych organów, kosztujących więcej 10, 000 szkudów. Kościoł ojców Franciszkanów, obserwantów, kościoł zakonnic świętej Klary, acz otoczone na około płomieniem, zostały całe. Zakonnicy kościołów tych, spieczeni tak blizkim ogniem, ujść musieli z konwentów; toż samo uczyniły i wspomniane zakonnice. Te, widząc płomień już sięgający parkanu ogrodu ich, wyszły przelęknione ze spowiednikiem swoim i udały się na pagórek, na którym i my staliśmy. Tam raz smutnie patrzyły na pożar, znów ręce wznosząc do nieba, o odwrócenie klęski gorące słały modlitwy. Trwał pożar przez godzin sześć; w przeciągu czasu tego, całe prawie miasto poszło w perzynę. Przez wiele dni potem, ogień zakradziony pomiędzy ruinami w piwnicach, w drewnianych domach, ustawnie wybuchał; ustawnie waliły się przepalone poły murów, leciały i połapy z niemałem niebezpieczeństwem przechodzących; jakoż wielu, dla uniknienia przypadków, niewychodziło z domów. Gdy już niebezpieczeństwo ustało, zaczął lud schodzić z pagórków; wielu niemogło znaleźć miejsca, gdzie były ich domy. Byłem i ja z tej liczby, nieznajdując, jak czysty plac, gdzie był dom mój; a że dom ten był aptekarza, który miał wiele oleju, smoły, i t, d., ogień wszystko na około pochłonął, przeniósł się nawet do składu drzewa blizko zamku, popalił nawet wodne młyny, aż do samej rzeki. Gdybyprzepalony ogniem bruk pozwolił nam był stać na jednem miejscu, bylibyśmy się długo przypatrywali temu okropnemu i nadzwyczajnemu widowisku. Magazyny nawet, acz z żelaznemi drzwiami i kratami, spaliły się wszystkie z bogatemi sprzętami, które tam złożono. Ja sam, rzeczy moje schowawszy do skarbcu z żelaznemi drzwiami, w głębokości czterdziestu schodów, wszystko straciłem. Jak gdyby zrządzeniem opatrzności, zostały gdzie niegdzie domy, do których ludzie pozbawieni swoich, tymczasowie chronić się zaczęli. Skoro się każdy umieścił jak mógł, zaczęto żyć i handlować, jak gdyby się żadne nie zdarzyło nieszczęście. Zaczęto co potrzebniejsze stawiać mieszkania, co dla gęstych naokoło lasów szło z pośpiechem, tak dalece, iż we trzy lata powstało Wilno z popiołów swoich ozdobniejsze i ludniejsze, niż dawniej. Gdyby klęska taka przytrafiła się była we Włoszech, wieku całego potrzebowanoby do odbudowania się nanowo; słyszanoby przez dziesięć lat skargi, lamenta i narzekania. Tu nie słychać było skarg tych; taką ufność lud ten pokłada w Bogu. Jakie szkody sprawił pożar ten, każdy łatwo wniesie, kto tylko zważy, jak ogromne było to miasto, jak bogatą, jak ludną, ta stolica potężnego państwa, do której cisnęli się wszyscy kupcy z towarami swemi, cisnęli się z dalekich krajów lądem i morzem. Byli tam kupcy bławatni i sukienni z Wenecyi, Anglii i innych krajów, z których każdy do 100, 000 czerwonych złotych utracił. Nie liczy się w to złoto i srebro, kute już pieniądze spalone. Pieniądze tak były przepalone i zepsute, iż na nic przydać się nie mogły. Ja mniemam, iż licząc zniszczone ogniem kościoły, pałace i inne gmachy, licząc bogate sprzęty, obicia, srebra, pieniądze i inne kosztowne ozdoby, licząc koszt wybudowania miasta nanowo, szkody pożaru tego do dziesięciu milionów czerwonych złt. obrachować można bezpiecznie; zdaje się mi nawet, żem powiedział za mało, gdy zważym, że nietylko meble, ozdoby, ale i ciosowy nawet kamień, z dalekich krajów sprowadzać potrzeba. Lecz tak się podobało Bogu."
    Po tak okropnym pożarze, po zniszczeniu w piędziesiąt lat potem miasta przez Moskali, po klęskach, jakie później ucierpiało Wilno, któż w niem starożytności i dawnych zabytków szukać będzie? Jakoż, można powiedzieć, iż nowem jest, albo nowo wybieloném miasto całe. Niezostawiono tu nawet w pańskich świątyniach i tej ciemnych wieków powłoki, która nas ze smutną słodyczą zatapia w przeszłości i świadczy, że nie jesteśmy ludem od wczoraj dopiero. Od zmienienia rządu i berta, jakież w całem Wilnie, jakaż w tej części odmiana! Jedna tylko baszta i niektóre ułomki pozostały z zamku górnego. Zamek niższy Jagiełłów (któregom jeszcze oglądał mury) rozebrany; z materyałów onego wystawiono arsenał. Stoi jeszcze kaplica na górze, z której Bekiesz spuścił się na koniu, i gdzie, jak mówią, zwłoki jego były złożone. Katedra inną przybrała postać. Dom Gasztoldów, Radziwiłowski potem, gdzie mieszkała piękna Barbara, obrócony na dobroczynność; pałac biskupi z ogrodami, na mieszkanie wojennego gubernatora. To jest co uderzyło me oczy; lecz myśl w przeszłość zagłębiać się lubiąca, oddalała obecne widoki i chciwie w dawne przenosiła się czasy. Zdało mi się żem jeszcze widział ten starożytny zamek Jagiełłów, te ganki, któremi Ś. Kazimierz na nocne do świątyni pańskiej udawał się modlitwy. Obok tych świętych wspomnień, kreśliły się światowe Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłówną miłości.
    Nie od rzeczy będzie przywieść tu, zachowane w archiwach Radziwiłowskich opisanie, jak się zaczął ten czuły związek, przez śmierć tylko samą zerwany. W następujących słowach kronika dawna wspomina o nim: "Król August, pan młody, niemogący udzierżyć wrodzonej chciwości swojej ku białogłowom, począł miłować panią Barbarę z Radziwiłłów, wdowę po panu Stanisławie Olbrychtowiczu Gasztoldzie, wojewodzie trockim. A mieszkała przy matce swojej pani Mikołajowéj Radziwiłłowej, pani wileńskiej, i bracie swoim panu Mikołaju Radziwile, podczaszym. I król uczyniwszy sobie chodzenie z pałacu swego do pałacu Gasztoldów, zaczął do niej chodzić nocami i często się widywał. I było o tem gadanie po całej ziemi polskiej. A wtenczas bracia prosili króla, aby im tej niesławy nie czynił, i poprzestał do siostry ich chodzić. Król im to obiecał, i przez czas niejaki nie chodził; ale niemogąc długo się oprzeć przyrodzonej krewkości, poszedł do niej w nocy samotnie. Radziwiłłowie pilnowali już tego, i skoro dowiedzieli się, że król młody wszedł do ich siostry, i oni tam weszli. — Miłościwy królu, rzekli mu, przyrzekłeś nam nie chodzić do naszej siostry, a teraz znowuś przyszedł. — A cóż wy wiedzieć możecie, rzekł im król, może dzisiejsze przyjście moje, uczyni siostrze waszej i wam samym wielką sławę, cześć i pożytek. A oni rzekli: — Boże daj to. I wraz kapłana przywiedli, i oddali królowi siostrę swoję potajemnie, i nikt o tem z panów rad, duchownych i świeckich, nikt z dworzan nie wiedział, tylko Radziwiłłowie i pleban co ślub dawał. Król długo ożenienie to taił, i żona mieszkała przy matce. Potem, król młody, lata bożego 1546, w post Ś. Filipa, jechał do Polski odwiedzić ojca swojego, i powiedział o ożenieniu swojem księdzu Maciejowskiemu, biskupowi krakowskiemu, i p. Tarnowskiemu, krakowskiemu, i oni mu tego nie przeczyli. Powrócił król do Wilna, w r. 1548, w wielki post; i panowie rada, jako do wielkiego książęcia swego, zjechali do Wilna, a dowiedziawszy się z pewnością, że się król z tą panią ożenił, serdecznie żałowali tego, upominali, prosili króla aby tego nie czynił i nierównej sobie poddanki za małżonkę nie brał. Jakoż, wszystkim ludziom i całej ziemi ożenienie to nie było miłem. Wielu temu wiary dawać niechciało, mnogie paszkwile biegały po mieście, przylepiano je po ulicach, po ratuszu, u bram zamku samego, nieraz dostawały się do rak samego Augusta. Doszło to nakoniec do króla starego i do królowej matki, którzy surowe listy pisali do syna, aby związek swój zerwał; ale król August na to nie zważał, i ani upomnieli rodziców, ani przełożeń panów koronnych i litewskich słuchać nie chciał."
    Niepospolite wdzięki, rzadkie duszy zalety posiadać musiała Barbara, gdy tak silne przywiązanie, tak niczem nieporuszoną stałość w młodym Auguście wzbudzić umiała. Uczą nas dzieje, wystawia podług nich piękna tragedya Felińskiego, jak nieporuszonym król okazał się na wszystkie panów radnych i sejmu całego nalegania. Oryginalne listy jego dowodzą, jak głęboki był żal jego po zgonie pięknej królowej.
    Jest to prawdziwie rzeczą zastanowienia godną, że w dwóch stolicach Polski i Litwy, najsławniejsze z bogactw, przepychu i wesołych godów gmachy, dziś są schronieniem cierpienia i nędzy. W Wilnie dom Gasztoldów, w Warszawie dom Kazanowskich, tak i u postronnych nawet z przepychu swego słynny, na mieszkanie ubogich pod dozorem dobroczynności obrócone zostały. Kościoł katedralny wileński, przez Władysława Jagiełłę założony, a przez Bodzantę, arcybiskupa gnieźnieńskiego, poświęcony, pierwszym biskupem swoim miał Andrzeja Vasilo; Urban VI bullą go swoją mianował. Dzisiejszy kościoł przerobiony z dawnego, a raczej całkiem nanowo wzniesiony, ogromnym i wspaniałym jest gmachem. Daje on prawo do sławy budowniczemu swemu p. Gucewiczowi; miał on wielkie myśli, widać że pozostałe wzory pysznych greckich i rzymskich budowli znajomémi mu były. Dawny kościoł obrócony jest w średnią nawę, przybudowano do niej dwie poboczne; te, przedzielone ogromnémi doryckiemi pilastrami, dwanaście kaplic składają. Przysionek na podobnegoż kształtu wsparty jest kolumnach; czoło zdobi wypukła rzeźba niebardzo poprawnego rysunku. Na szczycie onego stoi posąg religii i dwa inne olbrzymiéj i zbytecznej wielkości; we framugach podobnież kolosalne figury. Wnętrze świątyni odpowiada wspaniałości powierzchniéj; wielki ołtarz daleko oddalony od muru, duży krzyż złoty i święte naczynia stoją na nim. Z tyłu dopiero drugi ołtarz, na nim obraz Ś. Stanisława, w chwili gdy cios śmiertelny Bolesława już ma go ugodzić. Obraz ten, równie jak i inne obrazy w tym kościele, jest pędzla Szmuglewicza. Najtrafniej podobno o tym artyście powiedziećby można, że to jest chybiony wielki malarz. Jakoż, w obrazach jego, obok wielkich piękności, z żalem oko wielkie wady, w rysunku zwłaszcza, odkrywa. Ani się dziwić należy; wiadomo, że artysta ten nadto sobie ufał, nigdy się nie radził natury, komponował i rysował z pamięci.
    Kaplica Ś. Kazimierza, przez Zygmunta III zaczęta, przez Władysława IV skończona, nietkniętą była w przeistoczeniu świątyni tej. Trumna świętego ze szczerego srebra; malowania Dolabelli po bokach, godne byłyby wyrycia na miedzi. Więcej mię jeszcze obchodził grób Witolda, wystawiony, jak świadczy Kojałowicz, przez królowę Bonę. Starowolski (Monumentu Sarmut.) zostawił nam następujący nagrobek, przez tę królowę Witoldowi wystawiony, a późniéj przez biskupa Waleryana Protasewicza temuż Witoldowi wznowiony.
     
    BONA SPHORTIA, REGINA POLONIA, ETC, ETC.
    INCLYTO PRINCIPI, ALEXANDRO VITOLDO, MAGNO DUCI
    LITHVANIA, DE PATRIA SUA OPTIME MERITO, ET RERUM
    GESTARUM GLORIA PER UNIVERSUM ORBEM CLARO.
    DUM VIVERET, LAPIDEM HUNC PARAVIT.
    VALERIANUS DEMUM
    EPISCOPUS VILNENSIS, BENEFACTORI TEMPLI HUJUS, MONUMENTOM
    HOC ALTARI EJUS APPOSUIT, OSSAQUE EJUS ANTE NON
    PRO DIGNITATE SERVATA, IN EO CONCLUSIT.
    A. D. MD LXXIII.
     
    Szukałem go wszędy; aż w jednej z kaplic, po prawej ręce od wnijścia, postrzegłem ogromną flizę z ciemno czerwonego szwedzkiego marmuru, na niej rycerz w zbroi trzymający rozwijającą się chorągiew
    Ogromna postać, twarz, w której się i męztwo i srogość zarazem malują, obwisłe uszy, zuchwałe spojrzenie, zdają się zgadzać z tym charakterem Witołda, w jakim go nam dzieje skreśliły; u nóg jest herb wyrznięty, wyrażający Centaura strzelającego do węża, litera W, dwa księżyce i jeszcze płomieniste zwierze. Był to herb noszony przez Witołda na tarczy, a niewątpliwie herb dawnych książąt litewskich, nim pogoń przyjęli. Stryjkowski, mówiąc o wielkim księciu litewskim Zywibundzie z rodu Dorszprungów, tak się tłumaczy: "Herb Kitaurus, z przodków miał, pół konia, pół męża, a z ogromnego łuku strzała mierzy w węża." Ten to właśnie Centaur i wąż znajdują się na grobowcu, o którym mówię, i oczywiście dowodzą że grób ten jest Witołda. Godzien był zaiste wódz ten wiekopomnej Litwinów wdzięczności: któż dalej granice ich rozpostarł, któż bardziej uświetnił ich oręż? W Giedymina i Olgierda wstępując ślady, niezmierne ich podbicia za Psków i Nowogrod posunął, przeszedł za Wołgę, gdzie dotąd pamiątki jego, pod imieniem Łaźni witoldowych trwają. Do niego uciekali się carowie zawołgscy; on to hana ich Tochtamisza okazale w Wilnie przyjąwszy, szłyk kosztownemi kamieniami i perłami sadzony na głowę mu włożył i za Wołgą panować rozkazał. Lubo Jagiełło panował nad Litwą, on jednak rządził nią udzielnie; dochody jej, bardziej jeszcze łupiezkie wojny, uczyniły go jednym z najbogatszych monarchów na świecie. Bogactw tych umiał hojnie używać. Z jakąż wspaniałością przyjmował zebranych na zjeździe w Łucku monarchów, jak kosztowne rozdawał im dary! Gdy się Warneńczyk urodził, Witołd, jako chrzestny ojciec, podarował mu kolebkę ze szczerego srebra ulaną. Z jakąż królewską pompą przyjmował Władysława Jagiełłę, ilekroć ten odwiedził go w Wilnie. W roku 1415, podejmując przez wiele dni z największą okazałością, przy wyjezdzie, oprócz innych kosztownych darów, dał królowi 20, 000 grzywien srebra, 100 dzielnych koni, 40 szub sobolich, i 100 sukień ze złotogłowia perskiego.
    W grobowcu tym Witołda, rzeźba, styl, podobne są bardzo do tych, które w czasach królowej Bony rznięte były w Krakowie. Lubo wiemy z dziejów, iż król Aleksander umarł i pochowany był w Wilnie, grobu atoli jego ani znaleść, ani dopytać się nie mogłem. W kościele fundowanym przez niego, księży Dominikanów, jest tylko portret króla tego i jego spowiednika, lecz widocznie malowane w późniejszych czasach. Gdy groby możnych królów, przed trzema wiekami zmarłych tak prędko, tak łatwo idą w zapomnienie, któż sobie trwałą pamięć obiecywać będzie?
    Szkoda, że w przeistoczeniu katedry dzisiejszej, niemiano większego starania o zachowanie i uporządkowanie dawnych pamiątek i nagrobków. Zachowano ich wiele, lecz te nanieszczęście powprawiane są w pilastry lub mury. Pierwsza katedra w Litwie nie. ma jeszcze pasterza swego. Lubo dochody jego to na akademią, to na inne przedmioty są obrócone, zostało jednak dosyć do dostojnego utrzymania się. Kapituła liczna i dobrze uposażona; nabożeństwo z przyzwoitą odprawia się okazałością.
    Akademia słusznie szczególniejszą uwagę podróżnego ściągnąć powinna. Jakoż, ile czas pozwolił, akademii poświęciłem me chwile. Ustanowienie jej winna Litwa walecznemu królowi Stefanowi Batoremu. Wraz ją zagarnęli Jezuici, i aż do zniesienia zakonu tego przez ojca świętego, zarządzali nią wyłącznie. Poszła potem pod dozór komisyi edukacyjnéj. Sławny astronom, ksiądz Poczobut, był jej wtenczas rektorem. Byłem przytomny, gdy w r. 1781, podług nowego urządzenia otwierał tę szkołę główną. Rząd polski nie szczędził na nią. Za komisyi edukacyjnej, stanął wielki kwadran i inne astronomiczne narzędzia, przez Dolonda w Londynie umyślnie sporządzone. Nie mogła być jednak komisya tak hojną, jak dziś panujący monarcha, który wiele duchownychi innych funduszów na szkołę tę przeznaczywszy, dochody jej do 105, 000 rubli srebrnych podwyższył. Nadto, obszerność własności akademii w domach, murach i placach jest bardzo znaczna. Wszędzie widać umysł monarchy, zalecającego oświecenie narodów jako pierwszą zasadę pomyślności publicznej. Biblioteka akademii niedawno ukończoną została; nie jest ona ani co do gmachu tak wielką, ani co do liczby i rzadkości ksiąg tak bogatą jakem się spodziewał; nie ukazuje ni inkunabułów, ni editiones principes; liczą ksiąg do 40, 000. Interesujące są księgi przez Zygmunta Augusta Jezuitom darowane, z herbami jego. Z rzadkich, widziałem Psałterz łacinsko - polski mistrza Wróbla, w Krakowie u Schaffenbergera, r. 1540; Psałterz sławiański cerkiewny przez Jana Albrychta Chlebowicza, podskarbiego wielkiego litewskiego, cerkwi Ś. Mikołaja darowany, pisan złotem i kiernowarem, to jest cynobrem, z miniaturami; Summaryusz kapituły katedry wileńskiej, przez księdza prałata Bohusza; ciekawy reskrypt Dobrogosta, biskupa poznańskiego, w czasie nawrócenia Litwy za Władysława Jagiełły. Przesyła biskup bullę Urbana VI, naznaczającą na pierwszego biskupa wileńskiego, niejakiego biskupa imieniem Andrzeja. Niewydano jeszcze rękopismu Dogiela Codicis Diplomatici, zawierającego traktaty i negocyacye z Moskwą, Szwecyą, Turkami. Najdawniejsza data jest z r. 1470; jest to list papieża Pawła II do Kazimierza Jagielończyka o salvum conductum dla posłów moskiewskich do stolicy apostolskiej wysłanych. Dawna niezmiernie Biblia drukowana w r. 1474 u Antoniego Coberger, obywatela Norymbergskiego. Dzieło któreby i u nas mieć należało, jako zawierające do dziejów naszych wiele rzeczy ciekawych: Notices et extraits des manuscrits de la bibliothéque du roy. Piękne lecz bardzo kosztowne dzieło: Le Jupiter Olympien, ou l'art de Ia sculpture antique, par Quatre - Mére de Quincy. Dzieło to jaśnie tłómaczy ogromność posągów Praxitela, i sposób, jakim przedniejsze części jego ze słoniowej kości i złota składane były. Przeglądającemu piękne rycia dzieła tego, IMP. Sękowski, profesor hebrajskiego jeżyka (któremu wiele, winienem w wyszukiwaniach swych pomocy), ciekawą rzecz mi powiedział. Ksiądz Raczyński, arcybiskup gnieźnieński, bibliotekę swoją, złożoną szczególniej ze zbiorów rycin, wyrażających najprzedniejsze galerye w Europie, podarował kolegium księży Jezuitów w Połocku. Ci, skoro otrzymali tak drogie skarby, wraz wszystkie wizerunki posągów i obrazów, które nie były okryte, czarnym atramentem nagość pozamazywali, tak, że i Appolo watykański wygląda jak murzyn. Ciekawym jest nader zbiór pozostałych rękopismów niespracowanego ś. p. biskupa Albertrandego. Składa się 011 z historyi polskiej od Mieczysława do Henryka Walezyusza. Ciekawy bardzo dyaryusz sejmu 1793 r., dokładnie i bezstronnie po francuzku pisany, osobliwie sławna sesya podziału 23 września; tudzież dyaryusz rewolucyi 1794 do 3° Maja. Wszystkie wypisy dziejów naszych tyczące się, tak z bibliotek rzymskich jako tez i szwedzkich wyjęte. Tegoż dzieło o medalach i bibliotece Stanisława Augusta. Albertrandi liczy bibliotekę tę królewską do 16, 500 ksiąg, medali zaś do 8, 158. których wartość ceni 66, 656 złp. Rękopismów jego wszystkich, mniejszych i większych, pozostaje tomów 18. Ani się tak wielkiej pracy dziwić należy; w jednym bowiem przypisku znajduję, że w życiu swojem, Albertrandi codzień pisał godzin trzynaście, nigdy zaś mniej jak dziesięć lub najmniej ośm. Przy bibliotece jest druga sala dolna, obok zaś wygodna sala do czytania. Kościoł akademii Ś. Jana należał zawsze do archi - prezbiteryi wileńskiej. Warszewicki, mówi Ossoliński w żywocie jego (t. I, str. 210 i 211), pierwszy założyciel Jezuitów w Polsce, z wielką trudnością dostawszy ich dwie pary z Ołomuńca, pożyczył kościoła tego od archidyakona Piotra Roizyusza czyli de Ruis, Hiszpana, sławnego naówczas prawnika. Podobała się pożyczona własność. Warszewicki tyle przez Nuncyusza Portica i królewnę. Annę czynił u króla starania, tyle nalegał, iż pożyczony kościoł nadanym został Jezuitom. De Ruis, ze zmartwienia wkrótce życia dokonał. Dostawszy kościoła, zaczęli się Jezuici fundować i rozprzestrzeniać w mury. Dziwna prawdziwie jest rzeczą, jak dwie pary tylko zaprowadzonych do Wilna Jezuitów, wzorem gołębi, rozmnożyły się. Czytamy bowiem w dziejach zakonu tego, iż wr. 1618, to jest we dwadzieścia lat po zaprowadzeniu, było ich w Wilnie, nielicząc nowicyuszów, samych kapłanów 57, w całej zaś Litwie 240, w Koronie 300: razem 540 kapłanów; przydajmy drugie tyle kleryków i laików, będzie 1, 080. Raptowne prawdziwie rozmnożenie, z dwóch tylko par sprowadzonych z zagranicy.
    Wszystkie zwyczajne w uniwersytetach facultates znajdują, się w wileńskim. Znani są światu dwaj PP. Śniadeccy, jeden astronomii, drugi chemii profesor; P. Frank, medycyny; ksiądz Jundził, botaniki, i inni zdatni uczeni. Obserwatoryum, przez panią Puzyninę najprzód założone, przez komisyą edukacyjną opatrzone w kosztowne i dokładne Dolanda instrumenta, chlubi się znanymi już uczonemu światu obserwatorami, Poczobutem i Śniadeckim. Katedra prawa i niektóre inne, przez zastępców tylko są osadzone. Ćwiczący się w różnych umiejętnościach kosztem akademii za granicą młodzieńcy, za powrotem swoim, chlubnie ją napełnią. Najzupełniejszą zdała mi się być facultas medycyny. Jest fundusz imperatorski na pięćdziesięciu młodych uczniów sposobiących się do medycyny; ci, wychodząc, muszą albo powrócić koszt na nich łożony, albo odsługiwać go w wojsku lub po guberniach. Teatrum anatomiczne, w cerkwi niegdyś Ś. Spasa, wyborne; kolekcye do tego obfite, preparata dochodzące sztuk 600. Pierwsi w odnowionej akademii profesorowie Briotet i Bisio, w r. 1777 zbiory te czynić zaczęli. Gabinet anatomii porównawczej już do 400 sztuk zawiera. Wszystko to jest pod zarządzeniem gorliwego profesora Lobenwejna. Imperator Paweł I wielkim był anatomii znawcą i protektorem. Smutne to są widoki. Między innémi przyrządzeniami, jest kuchnia do gotowania ciał ludzkich i blicharnia do bielenia ich kości. Szpital kliniki dzieli się na trzy części. każda po 12 łóżek co zbyt jest mało); jedna sala do chorób obłożnych, druga do ran, trzecia położnic. Kolekeya bandażów, gabinet weterynaryi z samokościami różnych zwierząt. Bogatym jest zbiór mineralogii. Większa onego część składa się z kolekcyi, przez jednę osobę, profesora Symonowicza, zebraną, a po śmierci jego dla uniwersytetu nabytą. Wiele tam widzieć można kruszców sybirskich i z gór uralskich, między innemi ołów czerwony, wiele gatunków soli zawierający w sobie. W Litwie okruszyny tylko znajdują się gór początkowych; wszystko oznacza pobyt morza i niedawne ustąpienie onego: spojone ostrygi, muszle, a nawet pod Pińskiem okrętowe kotwice. Z Uralu, rodowite żelazo (fer natif), jak mi mówiono z obłoków spadłe. Gabinety fizyczny i chemii, w najpiękniejsze narzędzia opatrzone obficie. Jest także szkoła malarstwa i snycerstwa: pierwsza pod zarządem p. Rustema, druga p. Jelskiego. Mimo talentów i ochoty nauczycielów tych, gdy niema ani zbioru pięknych obrazów, ani nawet wycisków gipsowych i wzorów posagów i biustów, ciężkoby artyści wysoko wydoskonalić się mogli. W ryciu na blasze, pp. Podoliński i Kizling, pod biegłym nauczycielem p. Saunders, już okazują piękne dowody talentów swoich. Jenerał Kossakowski, miedzy rzadkiémi zbiorami i ciekawościami, posiada obrazy, któreby ćwiczącej się w malowaniu młodzieży za piękne wzory służyć mogły.
    Trafiłem do Wilna właśnie na zaniknięcie uniwersytetu przed wakacyami. Obrządek ten odbył się z przyzwoitą, a podług mnie koniecznie potrzebną, okazałą uroczystością. Nie przyjęli jeszcze profesorowie akademii wileńskiej tego pogardzającego wszelką powierzchowną okazałością systemu; nie rozumieją, że opięte pluderki i militarne mundurki najlepiej czcicielom Minerwy przystoją; trzymają się dawnych zwyczajów w Oxfordzie, Cambridge, Glasgowie, Paryżu, Upsalu, Marsylii, Bononii, Ameryce i innych najdawniejszych uniwersytetach święcie zachowywanych dotąd. Nie w mundurkach więc z rożenkami u boku. w trójgraniastych grzybach na głowie, lecz w dostojnych, złotem ozdobionych, ponsowych togach, zasiada prawdziwy akademicki senat. Niesiono przed rektorem berło, jeszcze przez króla Stefana dane; sam rektor był w ponsowej aksamitnej todze, niedziw że podszarzanej troche, gdyż sławny ksiądz Skarga nosił ją jeszcze. Po ceremonii zamknięcia szkół, rozdaniu nagród, senat akademicki, mając za sobą tłum ucz-
    niów, udał się do kościoła, gdzie biskup miejscowy zaintonował hymn: Te Deum.
    Długo byłoby mówić o kościołach wileńskich. Są one liczne i piękne. Najdawniejszy, Franciszkanów, w czasie wesela córki Giedymina z Kazimierzem Wielkim, w r. 1332 wystawiony. Wspominają dzieje, powtarzają ustne podania, okropne prześladowanie, któremu pierwsi ci zakonnicy ulegać musieli, mianowicie, gdy w niebytności wielkiego księcia, lud pogański, podniecony przez swych kapłanów, zamordowawszy kilkudziesięciu Franciszkanów, resztę zaniósł na górę i ztamtąd zepchnął w Wilia, a rzucając krzyże za nimi, z urąganiem wołał: "To drzewo, co nam jak Boga czcić każecie, niech was ratuje." Nie uszła ta zuchwałość bezkarnie. Gasztold, już chrześcianin, za powrotem wielkiego księcia, karę śmierci na zbrodniarzów otrzymał. Stoją dotąd trzy czerwone krzyże na górze, z której Franciszkanów spychano. Kościoł Ś. Anny, za Zygmunta Augusta zaczęty, doskonałej jest gotyckiej budowy. Wspomniony król silnie w testamencie swoim nalega i zaleca, aby gmach ten co rychlej był dokończonym, dodając, iż gdyby umarł w Litwie, aby w kościele tym był pochowanym. Nienależy opuścić kościoła księży Bernardynów i cudownego wizerunku Matki Boskiej Ostrobramskiej. Kaplica jej nad sama umieszczona jest bramą, i dzień cały na ulicę otwarta. Wielką lud zachowuje pobożność ku obrazowi temu; dzień i noc widać mnóstwo klęczących na ulicy przed nim. Od niepamiętnych czasów lud ten nie dopuszcza, by żyd jaki przez tę bramę przechodził. Dziś, gdy żydzi tak wiele znaczą i wszystko mogą, prosili rządzcy wojennego, by przez tę bramę przechodzić mogli. Z łatwością otrzymali pozwolenie; weszli więc licznie; lecz lud porwał się do kamieni, rozbił pejsakowate zastępy. Odtąd, nie odważyli się żydzi chodzić tą bramą, a jeżeli który przejdzie, lud mu zdziera jarmułkę i do bramy ćwiekiem przybija.
    Warta jest widzenia księgarnia IP. Zawadzkiego; posiada ona przedniejsze dzieła tak w narodowym jako i w obcych językach. IP. Zawadzki porządną ma drukarnię; a lubo kraj niema konstytucyą zabezpieczonej wolności druku, wychodzą jednak pisma śmiejące (gdy na to zasłużą) i urzędnikom przyganiać. Świadkiem dowcipne i użyteczne pismo peryodyczne, pod tytułem: Wiadomości brukowe. Pierwsze w Litwie dowcipy członkami są towarzystwa Szubrawców.
    Zwiedziłem ogród botaniczny, w pięknem miejscu, zasłonionem górami, na Zarzeczu założony. Ile ostry klimat pozwala, znajdują się tam wszystkie krzewy; obszerna oranżerya daje schronienie zagranicznym i rzadkim bardzo. Znany już krajowi z umiejętności i dzieł swoich Imć ksiądz Jundził przywodzi założeniu temu. Szkoda, że nic widać w młodzieży gorącej do botaniki chęci.
    Odwiedziłem Instytut Towarzystwa Dobroczynności, jakem już wspomniał, umieszczony w pałacu niegdyś Gasztoldów, potem Radziwiłłów, gdzie królowa Barbara mieszkała. Instytut ten winien istność swoję pobożnej gorliwości przykładnego ze wszech miar prałata ś. p. Imć księdza Kossakowskiego, biskupa wileńskiego, niemniej staraniom ś. p. Tomasza Wawrzeckiego, senatora, wojewody królestwa polskiego, i innych znakomitych mężów. Książe Ogiński, będący dziś na czele ustanowienia tego, oprowadził mię wszędy. Znajdowało się w domu tym 350 ubogich, przez pół prawie starych, niedołężnych mężczyzn i kobiet, przez pół ubogich wyrostków. Ci ostatni zajmują korpus pałacu: przędą, tkają, uczą się stolarskiej, szewieckiej i innych robót. Dać pożywienie dzieciom nędznych rodziców, przyzwyczajać ich z dzieciństwa do pracy i porządku, nauczyć ich na przyszłość rzemiosła, jest to prawdziwem dobrodziejstwem. Druga część ubogich, starych i niedołężnych, lekką tylko trudni się pracą. Widziałem tam starca mającego lat sto czternaście, z wielką czerstwością, i sił i zmysłów. Są w instytucie tym kąpiele siarczane, jedne dla ubogich darmo, drugie za pieniądze; te ostatnie utrzymują i pierwsze. Instytut ten ma pewnego rocznego dochodu 6, 000 rubli srebrnych ze składek regularnie opłacanych, prócz ofiar dusz pobożnych i ludzkich. Wszędy panuje największe ochędóstwo i porządek. Z upokorzeniem wyznać muszę, iż opiekunowie, gorliwsi od wielu naszych, powinności swe pełnią, a obywatele, raz zapisane opłaty regularnie wnoszą.
    Ma Wilno ciągle trwający narodowy swój teatr. Dyrektor gorliwie się nim zatrudnia; aktorowie i aktorki okazują prawdziwy talent. Pani Ledochowska rzadką grą swoją wielu widzów sprowadza, acz w tragedyi mało jej kto wtórować zdolen. Wszystkie sztuki narodowe, niepotrzebujące wielkiej okazałości, bywają na scenie tej grywane.
    Trudno jest widzieć miasto leżące w tak pięknem położeniu jak Wilno, skropione przez dwie rzeki, otoczone wzgórkami, czarnym lasem lub przyjemnemi zacienione gajami. Okolice jego są najprzyjemniejsze, położenie Werek nie ustępuje najpiękniejszym w Szwajcaryi,
    Ogromne gmachy, które tani wzniósł ksiądz biskup. Massalski. obrócone przez Francuzów na szpital, zrujnowane i zniszczone, smutne tylko przedstawiają ruiny. Dzisiejszy właściciel, mimo najlepszych chęci, nie jest w stanie ani gmachów tych podnieść, ani ich utrzymać. W znoszące sio na Antokolu pyszne starodawne pałace Sapiehów i Służków, postradały właścicielów swoich, i na inne użyte przedmioty. Pałac Sapiehów, ozdobny dotąd pięknemi malowaniami, rzeźbą, rozkosznym ogrodem, przedany najprzód za niewielkiego solitera, znów nabyty i znów ustąpiony rządowi, obróconym jest dzisiaj na szpital wojskowy. Pałac Służków przedany na browar; wyryte wszędy klejnoty herbowni' tych wielkich domów, stały się znakami boleści lub szynków.
    Przedmieścia wileńskie składały się powiększej części z niebardzo poczesnych domów. Rządca wojenny, widząc upiększenia Warszawy, też same chciał i do Wilna przenieść, lecz jak różny w sposobach ! W Warszawie każdy zrzucony dom hojnie opłacono, każdy właściciel zyskał; w Wilnie arbitralnie ceniono; i tak: za jeden dom, który 1, 000 rubli sr. czynił dochodu, za całą własność dano 300 rubli assygnacyjnych. Powstają wprawdzie na miejscu dawnych kletek, otwarte, drzewami sadzone bulwary; lecz iląż łzami skrzywdzonych skropione są te nowe przechadzki!
    Cały handel Wilna, i wielki i mały, wyłącznie w ręku żydowskich; koniec roku 1812, był dla nich złotem żniwem. Iluż skościałych od mrozu, lecz obciążonych złotem, z nieszczęsnej wyprawy moskiewskiej powracających Francuzów, okrutnie przez nich pomordowanych i poduszonych zostało! Nie było najuboższego kupca, żeby złota trzosami nie liczył. Któżby zgadł, że tak ogromne bogactwa znikną w kilku lat przeciągu? Przecież dokazała tego zręczność urzędników. Wciągniono najbogatszych żydów w ogromne podrady, a gdy je dostarczyli, pod różnemi pozorami lub nieuiszczono się, lub dotąd odwleczono zapłatę. Wciągniono ich w przemycania towarów, konfiskowano potem z ogromnem sztrofami, tak dalece, iż wszystkie zdradą i morderstwem zebrane bogactwa, przeniosły się w ręce zwierzchników. Żona sławnego lekarza Lejboszyca, sama do 80, 000 dukatów na konfiskatach straciła.
    Przeniesienie komisyi Radziwiłowskiej do Wilna, a z nią i dawnego książąt archiwum, uwolniło mię do umyślnej drogi do Nieświeża. Co za szczęście, że w powszechnym w r. 1812 tego starożytnego domu rabunku, ocalały przynajmniej archiwa; co za żal dla mnie, że krótko użyczony mi czas do oddalenia się, nie dozwolił tyle się w nich rozpatrzyć, ilebym życzył. Niezmierne są te archiwa, w najogromniejszej części do spraw duchownych, do spisów statystycznych i ekonomicznych, tak rozległych po Koronie i Litwie majętności służące. Jest jednak ogromny wolumen, zawierający same akta do dziejów krajowych służące. Tak tych, jako i innych pism, katalog jest bardzo porządny. Korespondencye Radziwiłłów z królami i pierwszemi w kraju osobami, ich relacye, poselstwa, negocyacya, traktaty. Najwięcej listów Zygmunta Augusta do brata królowej Barbary, lub własnoręcznych, lub pod dyktowaniem jego pisanych. (Ciekawa korespondencya króla tego z Barbarą usuniętą została. Napróżno pytałem o drugi tom Dyaryusza Alberta Radziwiłła, kanclerza (gdyż pierwszy tylko mamy); niemożna go było znaleść. Jakkolwiek bądź, archiwum Radziwiłowskie porządnie przejrzane i roztrząśnione. ciekawych i ważnych do dziejów naszych dostarczyć może materyałów. Życzyćby należało, aby wcześnie, w komisyi majątkiem Radziwiłowskim zawiadującej, otrzymać można pozwolenie przekopiowania, co jest ważniejszem.
    Tu miejsce wspomnieć, o okropnem odwiecznych skarbów Radziwiłowskich zrabowaniu. Ukryte one były tak starannie, iż wszystkich wymierzonych na dom ten ciosów, uszły szczęśliwie, Nienaruszyły ich i w r. 1812 ciągnące przez Nieśwież francuzkie i moskiewskie wojska. Po skończonej dopiero wyprawie, przyszedł umyślnie jenerał Tuczkow, w celu zrabowania Nieświeża. Sławny żyd Dyllon; bo cóż się przed żydem ukryje? wskazał, gdzie były zamurowane drogie te sprzęty. Rzucili się na nie żyd z Moskalem; już wiele naładowanych wozów pociągnęło w głąb Moskwy, gdy szczęściem, jenerał Czeczagow do Nieświeża przyciągnął. Na widok rabunku, obruszyła się szlachetna i uczciwa dusza rycerza. Kilka wozów, co ujść nieuśpiało, cofnął, i do głównej kwatery imperatora zaprowadzić kazał. Wyznaczona komisya na Tuczkowa, uznała go niewinnym. Obruszony tak bezwstydnym sądem monarcha, wyznaczył drugą komisya, i ta w zbrodni ledwie błąd, czyli pomyłkę znalazła. Mówią, że Tuczkow od służby oddalonym został. Odbita mała część skarbu, schroniona do imperatorskich gmachów. Słyszałem, iż ma się tam znajdować kosztowny bardzo namiot zlotem i perłami szyty.
    Z sercem wdzięczności pełnem za niezasłużone względy, świadczonemi przez obywateli, młodź akademicku i mieszkańców, wyjechałem z Wilna.
     
    Okolice stolicy litewskiej, drogą do Lidy, są górzyste i niebardzo żyzne. W Żyżmorach już się kończy język litewski, a polski mieszany z ruskim zaczyna.
    LIDA, starodawne miasto litewskie, dziś sławne minami ogromnego zamku. Jestto czworogran, którego zewnętrzne cztery mury całkowicie prawie są. zachowane. We środku, niewidać ni fundamentów ni murów poprzecznych, oznaczających sklepy, lub mieszkania. Miasto, jak inne wszystkie zamieszkałe przez żydów. Jeden z nich na hazardowne bardzo odważył się spekulacye: pojechał do Warszawy, i sześć postawów sukna, po dwa pudy kawy i cukru zakupił. Nie było mowy między żydami, jak o szaloneni zuchwalstwie negocyanta tego.
    Z Lidy jechałem krajem piasczystym. Na pierwszej zaraz poczcie nie mogłem dostać koni, wszystkie bowiem pod wielkiego kniazia do Bielicy wysłane. W całej wsi trwoga i zamieszanie. Latały po wszystkich drogach wysłane na zwiady z Nowogródka i Słonima żydy:
     
    Zapoceni, zabryzgani,
    Z rozczochranymi pejsaki,
    Lecą, jakby opętani,
    W rozmaite Litwy szlaki.
    Z wywieszonymi ozory
    Z góry na dół, z dołu w góry,
    Szkapy knutem siekąc srodze,
    Gubiąc pantofle po drodze,
    Lecą. A kiedy do miasta przyjadą,
    Wrzeszcza przed całą gromadą:
    Wot wielkij kniaż, rabiata!
    Wtenczas, jakby koniec świata,
    Już zemdlał sprawnik, horodniczy blady
    Wzywa strapczego pomocy i rady.
    Jak, kiedy od sosny blizko
    Ktoś kijem ruszy mrowisko,
    I w różne drogi rozchodzą się mrówki:
    Tak czarno żydy, żydówki,
    Mężowie, dzieci i żony
    Krzątają się w wszystkie strony.
    Ten kończy wapnem pobielać swe mury;
    Ta Siksę myje, ta czesze bachury;
    Tamta pędzi do spiżarni,    
    By świeczki szukać do brudnej latarni.
     
    Niemogąc więc prosta droga jechać do Słonima, a niechcąc próżno czasu trawić, z wielką trudnością nająłem konie do Niehrymowa, po drodze do Nowogródka, gdzie dawny mój znajomy, dawny przyjaciel domu Radziwiłłowskiego, znany z obywatelstwa swego, wice-marszałek powiatowy pan Mackiewicz mieszkał. Przeprawiłem się przez Niemen, i jadąc mil trzy krajem piasczystym i leśnym, stanąłem u niego. Wśród deszczu i utrudzenia, schronienie pod dach przyjacielski, gościnny spoczynek w nim i posiłek, nader miłemi stały się. Gospodarz raczył mie końmi swemi odesłać do Nowogródka. Cała ta droga była leśna i piasczysta, świeżo jednak zrobiona. Ciężkoby wierzyć, gdyby mię najmocniej niezapewniały osoby miejscowe, iż cała ta droga mil dwóch, w trzech dniach zrównaną, rowami, okopami i drzewami osadzoną została. Pracowało koło niej codziennie ludzi tysiąc ośmset czternaście.
    NOWOGRÓDEK, jedno z najdawniejszych miast w Litwie, zbudowany był przez wielkiego księcia Erdzwiłła, w r. 1217. Wielu książąt litewskich tam miało groby swoje. Udałem się na miejsce do księży Bazylianów; ci zapewniali mię, iż groby te pod cmentarzem ciągnąć się muszą, lecz niewiadomy otwór do nich, ani się znajdują ciekawi starożytności badacze, coby je odkryć chcieli. Z dawnego zamku książęcego, ruiny cerkwi i dwie pozostałe baszty. Dalej, ku południowi, jest góra, grobem Olgierdowym zwana. Wiadomo, że ciało jego spalone było; kto wie, może. urna z popiołami w głębi góry tej znajduje się.
    Księża Dominikanie trzymają szkoły i znaczną liczbę mają studentów. Pałac Radziwiłowski przedany dziś żydom. Fara zbudowana jest na dole dawnego zamku. Ciekawy w niej umieszczony grobowiec przez Rudominę, rotmistrza usarskiego znaku, dziewięciu towarzyszom z chorągwi jego na wojnie chocimskiej w r. 1621 poległym. Wszyscy ci towarzysze wyrażeni są wypukłe na kamieniu, klęczący, lecz bez głów: pozdejmował je bułat turecki. Następujące czytamy imiona tych dzielnych rycerzy; Musiatycki, Wieliczko, Faliszewski, Bykowski, Czudowski, Mogilnicki, Wojna, Tyszkiewicz, Rudomina. Wspaniały kościoł i klasztor pojezuicki, długo na magazyny, lub szpitale wojskowe używany, dziś zeszpecony i porzucony. Ileż klasztorów, ileż gmachów dawnych panów polskich widzimy dzisiaj tym sposobem zniszczonych ! W Łucku, Brześciu-litewskim i innych, sterczą tylko spalone, lub zgnojone świątynie, pyszne pałace w Wołczynie, Rożanie, Słonimie, Wilnie, Perkałowie, nielicząc wielu w Warszawie i innych miejscach, również niszczącej wojskowości stały się łupem. We wszystkich miastach widać skutki nieszczęsnego systemu wojennego. Małe te miasteczka nietylko się nie wzniosły, ale upadły. Ktokolwiek z początku dom nowy postawił, wraz go na kwaterunek zajęto. Dziwić że się, że nietylko domów nowych niestawiają, ale właściciele, bojąc się kwaterunku, okna, posadzki, piece wyjmują z domów swoich, by się od niego uwolnić?
    Kraj za Nowogródkiem do Nieświeża piękny iest i żyzny, tak dalece, iż po ośmset kop pszenicy obywatele zbierają. Przeciwnie, droga do Zdzięcioła idzie lasami i piaskami. Zdzikcoł w piękniejszem położeniu, zawiódł mię w nadziei oglądania w nim JW. Sołtana, za sejmu 1791 r. marszałka nadwornego litewskiego. Znalazłem atoli syna jego; ten chlubnie odprawiwszy kilka wypraw wojennych, złożył oręż, chwycił się pługa i w nim spokojność znajduje. Zdzięcioł należał najprzód tło rodu kniaziów Połubińskich; od nich przeniósł się przez małżenstwo do Lwa Sapiehy, dalej do Radziwiłłów; dziś jest Sołtanów własnością. Miasteczko niewielkie, lecz czyste i porządne. Gdym wszedł do pałacu, Jakimże smutkiem ogarnął mię widok trzech portretów obok siebie wiszących: pani Sołtanowej, pani Mostowskiej i Józefa Wejssenhofa. Ze wszystkimi byłem z młodości połączony przyjaźnią, wszyscy znakomici pięknemi przymiotami duszy i ciała. Wyrażeni tu w wiośnie dni swoich, w ciemnych grobach już tylko ich prochy; a ja, który ich znałem, z którymi tyle chwil wesołych spędziłem, jeszcze chodzę po tym padole płaczu.
    Stanąłem na noc w Słonimie. Tu widok większej nieco zamożności. Wokoło, ziemia bujna, obfitemi okryta żniwami. Rzeka Szezara, sama spławna, wiążąca się z innemi spławnemi, przechodzi przez miasto. Ulice szerokie, dość porządne i czyste. Ludność; każdy rozumie że mówię o żydowskiej; ilość znaczna; oznaki nawet niejakiego przemysłu. Szum kilku młynów i tartaków daje jakiś pozor zażywienia i ruchu. Przyszła nawet jedna ogromna bryka z jarmarku warszawskiego, naładowana suchemi towarami. W innych krajach, uwaga ia, byłaby śmieszną, tu jest znaczącą. Wśród przyciśnionego, śpiącego w tym kraju przemysłu i handlu, najmniejsze poruszenie przemysłowe jest ważnem. W Jakimże stanie widziałem Słonim w r. 1778, a w jakim znalazłem go dzisiaj. Przed laty czterdziestu był mieszkaniem zamożnego w bogactwa i zaszczyty hetmana Ogińskiego. Liczny i świetny dwór, tłum gości z Litwy całej, teatr polski i włoski, śpiewacy, muzycy, ogromne stoły, złote i srebrne rozbuchany i puhary. Dziś, wszystko w zwaliskach. Pałac, obrócony na szpital, naprawia się dopiero; sterczą tylko mury, gdzie włoscy muzycy śpiewali; zarosły chwastem ogród, zarosłe sitowiem kanały; wszędzie samotne sterczące kolumny lub na pól obalone poły murów, a w mieście i w całem państwie słonimskiem, Moskal, Nowosilców, właścicielem i panem!
    Nie minąłem RÓŻANY bez wstąpienia raz jeszcze do księgarni pałacowej i przejrzenia znajdujących się tam manuskryptów: zawierają się w nich oryginalne i ważne bardzo; podziękowałem Bogu, że je od tylu rozbojów i rabunków uchronił. Na poczcie! znów trwoga niezmierna dla nastąpić mającego przejazdu; ledwiem do pierwszej poczty otrzymał konie. Lubo to była niedziela, na gwałt pracowano koło dróg; co dziwniejsza, w lipcu, choiny po obu stronach sadzono. Niechcąc się spotkać z wielkim dworem, w Michalinie, samotnej karczmie, wśród ogromnego lasu, nająłem konie do Berezy kartuzkiej i do Piesków, majętności marszałka słonimskiego, Pusłowskiego.
    O godzinie czwartej z południa, stanąłem przed sławnym klasztorem księży Kartuzów. Prócz szumu ogromnych drzew, powiewających nad szczytem wspaniałej świątyni i rozległego pustelników klasztoru, ani tu ludzki, ni zwierzęcy glos nie uderzył uszu moich. Zamknięty był kościoł od wnijścia. Wszedłem w pierwszy dziedziniec, taż sama cichość. Postrzegłszy otwarte drzwi, znalazłem się na korytarzu. Po obu stronach wisiały starożytne Sapiehów, założycieli konwentu tego, portrety. Przez otwarte drzwi w końcu korytarza wszedłem do kościoła. Co za pogodna wesołość, jaka przytem wspaniała, uroczysta, w całym gmachu powaga! Uderza ogromny wybornego pędzla obraz w wielkim ołtarzu; cała rodzina Kazimierza Lwa Sapiehy, żony jego Radziwiłłówny, wyrażoną jest w postaci klęczących. Dziwna rzecz, iż Sapieha len, nigdy nie miał włosów ni na brodzie, ni na wąsach; tak go wyrażają wszystkie ówczesne wizerunki, tak podają ustne tradycye. Nie-
    mniej wspaniałe były i inne ozdoby. Zajmował mię żywo gmach ten; tu bowiem złożone są popioły prapradziada mego. Samuela Ursyna Niemcewicza, w r. 1648 zmarłego. Pamiętam, żem przed czterdziestu laty widział portret i nagrobek jego. Szukałem go pilnie po wszystkich ścianach, po wszystkich kaplicach. Głuchy odgłos stóp moich rozlegał się po świętym gmachu; słyszały go może schronione od dwóch wieków w ciemnościach grobu cnotliwego poprzednika prochy, lecz nie odezwał się żaden głos ludzki; zniknął wizerunek i nagrobek. Długo chodząc, wyszedłem znów na korytarz; ten otaczał na około cały gmach czworograniasty. Taż sama cichość, toż samo milczenie. Jużem zaczął rozpaczać, gdy w dalekim ciemnym zakręcie, biały habit zakonnika mignął mi w oczach moich. Podwoiłem krok mój i wkrótce dognałem młodego kleryka. Postać jego była blada i wyschła, lecz ujmująca uprzejmością i słodyczą. Na zapytanie moje, czemu konwent, tak przed laty osiadły i ludny, tak głuchym, tak dzisiaj był opuszczonym: Jesteśmy bliżey zgonu naszego, odpowiedział młody zakonnik; po trzydziestu nas przedtem bywało, dziś tylko jeden przełożony kapłan, dwóch drugich pojechało do synodu petersburskiego; przełożony chory tak dalece, że obcego zakonnika do odprawowania mszy trzymać musimy. Jest nas pięciu kleryków, lecz tym od lat kilku wyświęcenie wstrzymują; wielki jest zamach na skasowanie nas, synod chce dobra nasze zabrać na siebie, wojsko godzi na klasztor, Sapiehowie słusznie jak o pierwotną swą własność odzywają się o nią dla siebie. Sami jedni reguły naszej w prowincyi litewskiej, bez jenerała, bez opiekuna, wysłaliśmy dwóch kapłanów, by u monarchy praw naszych bronili; Bóg wie czy co wskurają i kiedy powrócą. Prosiłem, żeby mnie zaprowadził do przełożonego; uczynił to. Znalazłem leżącego na łóżku, lecz skoro usłyszał że wchodzę, wraz przykrył się i odwrócił. Wróciłem więc z mym klerykiem na korytarze, rozmawiając o regule i przepisach zakonu. Ostre są Ś. Brunona ustawy: o godzinie jedenastej w wieczór idą do chóru i modlą się do drugiej; ztamtąd na odpoczynek; znów wstają o szóstej do kościoła i modlitwy; dalej na przemian zabawy ręczne lub medytacye; o jedenastej obiad, o szóstej wieczerza. Kapłani przystępując do pańskiej ofiary, na pamiątkę modlitwy Zbawiciela naszego w Ogrójcu, kładą się przed ołtarzem bokiem na ziemi i w tej postawie przez czas niejaki zostają w rozmyślaniu. W pokarmie trzymają się zakonnicy całej surowości przepisów swoich; nigdy niedzą mięsa, same ryby i mączne i roślinne potrawy; kurki wodne, bobry, żółwie, są im pozwolone; za napój: dwa razy w tydzień wino, dwa miód, resztę piwo. Każdy z zakonników mieszka i je osobno; w pewnych tylko dniach i godzinach schodzą się do ogrodu lub refektarza, i wtenczas rozmawiać im wolno. Widać, iż celem Ś. Brunona było, zupełnie zakonników swoich odosobnić od świata, poświęcić ich całkiem modlitwie i przygotowaniom do wieczności. Pod względem apostolskim nawet nie są oni tak pożyteczni jak inni duchowni. Nie trzymają curam animarum, nie słuchają spowiedzi, nie miewają kazań, słowem, zbawieniem dusz własnych i pokutą zdają się być tylko zajęci. Ktokolwiek z ludźmi nie rozstał się szczerze, ktokolwiek całkiem nie zniechęcił się do świata, kto jakichkolwiek wspomnień pamiętać i żałować nie przestał, niech się nie zamyka w tych głuchych ustronnych mieszkaniach. Lecz kto kubek życia już głęboko wychylił, kto poznał znikomość obłud światowych, kto się zawiódł w przyjaźni, w miłości, kto patrzył na zdradzoną, skrwawioną, zniszczoną, rozszarpaną ojczyznę swoję, kto doświadczył jak mało polegać można w Polsce na sprawiedliwości, słuszności, słowem na tem wszystkiem co szczęście ludów stanowi, kto się nakoniec przekonał o znikomości i nikczemności wszystkiego, ten w tych głuchych zaporach znaleźć może ostatnie dla człowieka dobro — zapomnienie. Ach, stokroć lepsze dobrowolne wyrzeczenie się wolności, niż zwodnicze swobody!
    Kiedy w tych pogrążony byłem uwagach, znów cień wybladły mignął przed oczyma; był to posłaniec od Imć księdza przeora Oskierki, z zaproszeniem, bym się udał do niego. Sędziwy i schorzały starzec przyjął mię grzecznie. Na zapytanie, dla czegoby wizerunek i pamiątkę poprzednika mego wygnał z kościoła, odpowiedział, iż gdy jeden z następców jego odebrał dane klasztorowi przez poprzednika dobra Lewoszki, oni przez sprawiedliwy odwet i pamiątkę odesłali do składu sprzętów: jakoż portret ten pokazano mi w tym składzie. Nie dosyć na tem, fundowana przez tegoż msza z muzyką u Ś. Kazimierza, od tegoż czasu ustała.
     
    Tantoene animis calestibus irae !...
     
    Prosiłem przeora o pozwolenie widzenia biblioteki; nie dozwolił, ażem musiał wypić dwa kieliszki nieprzyjemnego wina z Odessy.
    Trzeba było wielo czasu, nim znaleziono klucz od księgarni, starego sługę klasztornego za przewodnika, nim pod szczytem znaleziono bibliotekę samą. To wszystko silnie przywiodło na myśl niektóre z Monachomachyi sceny.
    Biblioteka nieodpowiedziała oczekiwaniu mojemu. Prócz niewielkiej liczby dawnych klasycznych edycyj, reszta ksiąg ascetycznych, wiele kazań i medyfacyj w rękopismach. Przed laty, znaczna część zakonników była Niemców. Ci, wrodzonej pracowitości swojej zostawili dowody. Wiele jest meblów, zegarów nawet zrobionych przez nich. Przed laty czterdziestu, sam pamiętam jednego zakonnika, Niemca, który dwa razy całą Biblią Świętą przepisał.
    Przyjemną jest droga z Berezy do Piesków. Jakoż, zielone gaje, niwy wszędzie bujnemi okryte plonami, rozmaite ich podług gatunku odzienia, już pozłocone promieniami słonecznemi kłosy pszenicy i żyta, zielone jeszcze jęczmiona i owsy, białe gryki, kity pros zawiesistych, przywodząc obfitość i nadgrodzone rolnika znoje miły widok sprawiały. Niemniej okazałym jest dom mieszkalny właściciela Piesków. Dom obszerny z pięknym przysionkiem, dostatnie komnaty. Miłośnik sztuk pięknych, Józef Sierakowski, wziął na siebie ozdobienie ich pięknemi we Włoszech nabytemi obrazami. Wyborne znajdują się w ich liczbie. Wszystkie okna od dziedzińca są z jednej taili szkła. Jak miłem zachwycenie było, gdy przez szkła te ujrzałem nieścigniony okiem kryształ wód przezroczystych. Było to jezioro tak naokoło obszerne, iż przeciwny brzeg onego zdawał się jak blada niebieska taśma, gdzie niegdzie zielonym gajem przerwana. Widok ten morza, dawnego żeglarza mile zachwycił. Krzyk i unoszenie się białych rybitw, w oddaleniu żagle statków rybackich, później, za zerwaniem się wiatru, marszczenie się wód, wzdęcia się ich w małe bałwany, dopełniły iluzyi. Liczna familia krewnych i domowników, stół dostatni, przewy borna z własnych sług orkiestra, nadewszystko uprzejmość i gościnność gospodarza, pobyt w domu tym czynią wielce przyjemnym.
    O małe ćwierć mili od domu, postawił marszałek Pusłowski piękny kościoł z obrazami w ołtarzach, jakich mało jest w Litwie. Niedosyć na gościnnem przyjęciu, dobry gospodarz chciał mi jeszcze pokazać ciekawe, nietylko w Litwie lecz wszędzie, miasto Pińsk. W towarzystwie jego najprzyjemniej odbyłem tę podróż.
    W poniedziałek rano wyruszyliśmy. O pół mili od Piesków, zarzynają się zarośle zwane Mchy; rzeka Jasiołda, ze szkodliwemi dla spławów młynami, przerzyna je w różne strony. Miasteczko Chomsk, dziedzictwo niegdyś Naruszewiczów. później kniaziów Dolskich, dalej Wiszniowieckimi i Ogińskich, zawiera dziś najznaczniejszą w Litwie rękodzielnię sukienną, założony, przez marszałka Pusłowskiego. Przeszło 300 młodych wieśniaków i wieśniaczek pracuje w niej; wyrabiają do 1, 500 postawów sukna, od rubla do 4 rubli srebrnych łokieć. W bok Chomska. są reszty mocnego zamku nazwiskiem ZABIERZ. W nim to, w r. 1706, załoga polska zatrzymała popędliwość Karola XII. Król ten będący bez dział szturmowych, niemogąc prędko wziąść mocą tej twierdzy, udał się do przekupstwa, i nanieszczęście powiódł mu się ten sposób. Przywodził w zamku niejaki Botman, Niemiec w służbie naszej będący; za 2, 000 dukatów przedał zamek i dobrą sławę, Gdy otworzono bramy, Botman stojący na czele wojska oddal królowi klucze, Karol XII. nie mogąc wstrzymać wzgardy swojej dla zdrajcy, szpadą uderzył Botmana po głowie.
    Celuje w tych okolicach BEZDZIEŻ, żyznością gruntów swoich i pięknym urodzajem pszenicy. Jest dotąd intratną probostwa trockiego własnością, do 80, 000 złotych rocznie czyniącą. Po śmierci atoli dzisiejszego proboszcza, już jest, jak tyle innych własności duchownych, na rzecz akademii wileńskiej przeznaczony. Pamiętnym zostanie Bezdzież w dziejach Konfederacyi Barskiej. Gdy hetman Ogiński, znieść niemogąc, obelg zadawanych dostojeństwu narodu przez carowę Katarzynę II, zgromadził był w Słonimie kilka pułków naówczas pod oddzielnem dowództwem hetmanów będących, pułkownik moskiewski Albiszew, w kilkaset ludzi pod Bezdzieżem stojący, wysłał do niego adjutanta, upominając zuchwale, aby się poddał. Za całą odpowiedź, hetman Ogiński zatrzymał oficera, i wraz ku Albiszewowi z hufcy swemi podstąpił. Moskale stali od młynka; hetman rozkazał zapalić wieś; uratował się jednak nieprzyjaciel. Długo bez żadnego skutku strzelano do siebie, gdy jenerał Bielak uczynił poruszenie dla wzięcia tyłu nieprzyjacielowi, a prosty strzelec z Telechan, skradłszy się na brzuchu pod młynek, poznawszy wodza nieprzyjacielskiego po ponsowej galonowej kamizelce, tak dobrze wymierzył do niego, iż wraz położył go trupem. Śmierć walecznego wodza, największe w Moskalach sprawiła pomieszanie. Korzystał z niego hetman litewski, wysłał trębacza wzywając do poddania się; wezwanie to przyjęto: 400 Moskali złożyło broń i poddało się. Bodajby ta pomyślność nie zaślepiła była niezwyczajnego jeszcze do wojny rycerstwa. Ogiński pociągnął pod Stołowicze; Bielak o mile ztamtąd. Gdy bez czat, bez żadnej ostrożności, po dobrym posiłku wojsko zanurza się w śnie głębokim, Suwarów, pułkownik tylko naówczas, spiesznym pochodem, po północy wpada do Stołowicz, uśpionych, nieostrożnych zabiera w niewolę; hetman Ogiński i Chomiński ledwie w kilka koni ratują się ucieczką. Konfiskata dóbr, co więcej zrażenie w świeżo podnoszących się hufcach litewskich były tej ślepej niedbałości skutkiem. Był to pierwszy czyn tego Suwarowa, co później pod Izmajłowem, Benderem, na Pradze tyle krwi ludzkiej rozlał.
    Nieprzejrzane równiny, nieprzebrnięte piaski, z niewielkiem pięknych gruntów wyłączeniem, wiodły nas aż do Pińska. Znużonego niemi oka, żaden wesoły przedmiot nie rozrywał, nie zastanawiał.
     
    Takie najczęściej w podróżach odkrycia!
    Wszystko w nich obrazem życia:
    Tak, juk wędrownik w zwiedzanej krainie
    Spotyka wiry, piaski i pustynie,
    Za jedno źródło, tysiąc bagn stojących:
    Tak w biegu naszych dni przemijających,
    Za dzień pogodny, co czasem zabłyśnie,
    Ileż trosk co człeka ciśnie!
    Wreszcie, cóż znajdzie kończąc dni niemile?
    Smutną mogiłę!...
     
    Nie należy atoli rozumieć, by wszystkie okolice Pińska były tak piasczystemi, jak droga która do miasta tego prowadzi. Znajdują się w około zamożne i obfite włości, składające niegdyś lenność przez królów dawaną, do 400, 000 złotych rocznego dochodu czyniącą. Posiadał ją hetman Ogiński. Przy ostatnim podziale Polski, darowała ją Katarzyna kniaziowi Repninowi; dziś, od sukcesorów całkiem już odkupiona. Te to raptowne wszystkich dóbr stołowych i starostw, w mgnieniu oka przez Katarzynę roztrwonienie, sposobność w naszych taniego od nich nabycia, wysilanie się ich, pożyczanie, by dobra te nabyć, sprawiły dzisiejsze ogołocenie Litwy z pieniędzy, okropne zadłużenia i eksdywizye.
    Mało jest podobno położeń nietylko w kraju naszym, ale i w innych, tak sposobnych do handlu jak położenie Pińska. Znali to przodkowie nasi; poniższe opisanie, z archiwów miejskich wyjęte, dowodzi, jak troskliwie królowie nasi opiekowali się niem, w jak kwitnącym stanie było to miasto aż do klęsk za Jana Kazimierza poniesionych w wojnach kozackich. O tem wszystkiem wypisane z akt pińskich, a łaskawie komunikowane mi przez Imć księdza przeora księży Franciszkanów, szczegóły poniżej kładziemy.
     
    Opisanie Pińska, wyjęte z księgi archiwum powiatowego pińskiego, zawierającej sytuacyą, posiadłość obywatelów Pińska, i wyszczególnieniem opłaty arędowej.
     
    "To miasto Pińsk, przed sześciuset i kilkudziesiąt laty postawione, w możne handle kupieckie zakwitło, i tak nad rzeka Piną, z jednej strony na wschód płynącą od folwarku Imci księdza biskupa, na zachód aż do Leszcza, klasztoru Leszczyńskiego, na wschodzie będącego, na dobrą pół milę wzdłuż się dosyć gęsto nasadziło, i od wielu królów prawami i wolnościami wielkiemi nadane było, iż liczbę domów na pięć albo na sześć tysięcy liczono. Mieszkańcy schyzmatycy, tak się w dostatki wzbili, że siła ich najdowało się po sto tysięcy w handlach mających. Owo, zgoła wszyscy mając się dobrze za pobłażaniem zwierzchności, w pychę się podniosłszy, zwierzchnością, najprzód królem Imci już nominowanym, senatorem i książęciem Imci panem kanclerzem, starostą swym, nawet prawami i wolnościami swemi wzgardziwszy, z zuchwalstwa zdradziecko miasto rebellizantom kozakom podali, potajemnie ich przed wojskiem nominowanego króla Imci Jana Kazimierza zesłanem, do miasta wprowadziwszy, sami się z kozakami sprzysięgli do gardł przy kozakach miasta bronić i Lacha bić. Kozakom 7, 000 do boju w pole wojska obiecywali, i sami do obrony przy parkanie w mieście zostać obiecując. Jakoż, komparując rzeczy a rachując ich w domach na sześć tysięcy po dwóch, uczyni 12, 000, po pięciu z domu, uczyni 30, 000, a pewnie każdy ubogi dom nie był, aby po dwóch, trzech wyprawić nie miał; a kupcy którzy na 20 wozów handlowali, każdy samo 20sty mógł do boju stawać, którzy tak się na katolików naszych gotowali z żonami, dziećmi, jako na gwałt do parkanu na głowę zbiegli, kamienie z łazien, drwa rąbane z domów pobrawszy, pod parkan zaniosłszy, katolików jak mogli, kto ręczną strzelbą, kto kosami, kto kijami, inni kamieniami, polanami i czem kto mógł naszych bili. Dnia 6 sierpnia 1648 r., Imć pan Komorowski, do Imć pana strażnika do Chomska, mil dziesięć od Pińska po armatę i posiłki słał. Tegoż dnia, JW. pułkownik piński z chorągwiami swemi, IMP. Gąsiewskicgo chorągiew na podjazd szli i pod Pińskiem z wzięcia języka o zwróceniu się kozaków z za Jasiołdy. którzy za Imci panem pułkownikiem pińskim chodzili i o zabiciu IMP. chorążego pińskiego pewna wiadomość otrzymali, i o tem, że kozacy z miesczany polskiemi się sprzysięgli do gardł w Pińsku się bronić, i aby kozacy z miasta aż do Hożego Narodzenia nie ustępowali. Mieszczanie 10, 000 złotych kozakom i każdemu osobno kozakowi pewny żołd po kopiejek 10, kożuchy. buty, czapki obiecywali każdemu. Dnia 7 ejusdem Imć pan strażnik wielkiego księstwa litewskiego z wojskiem i armatą z Chomska przyszedł, i w Ochowie we wsi księży Franciszkanów na noc stanął. Dnia s tamże w Ochowie z wojskiem stali na ściągnienie piechoty i armaty oczekiwali. Dnia 9 junii, pan Morski, pułkownik rzeczypospolitej, z wojskiem stał wszystkiem i armata; z (Jehowa się ruszył, i chorągwie Imci pana pułkownika pińskiego pod parkan podeszły; wojsko w polu uszykowali, gdzie harcownik z obu stron był, kozaków samychże 200 z miasta na barc było wypadło, lecz tak kozacy z pola uchodzili, że się żadnemu z naszych raźnie zetrzeć z kozakiem niezdarzyło; potem, gdy harcownika kozackiego z pola nasi spędzili i z dział ośmiu pod miasto zatoczonych do miasta wystrzelono, za instancyą, IMP. pułkownika pińskiego, na godzinę strzelanie się uspokoiło, który do mieszczan pińskich przez trębacza i chłopa, upominając ich, list pisał w te słowa:
    "Łukasz Jelski, marszałek i pułkownik powiatu pińskiego, i wójt miasta Pińska, oznajmuję: ponieważ się po was tak jawna pod przyszłym już nominowanym jego królewską mością panem naszym miłościwym i rzeczypospolitą, pokazała się zdrada, żeście umyślnie rebelizantom kozakom do wszystkiego złego będąc powodem, kościoły boże złupili, domy szlacheckie z nimi najeżdżali, teraz tedy za zrządzeniem bożem i zwierzchnością onego, iż wojska królestwa polskiego, pod regimentem książęcia IMP. hetmana wielkiego księstwa litewskiego będące, z potężną armatą pod Pińsk się ściągnęły, i za pomocą bożą miasta dostać, rebelizantów i zdrajców ogniem i mieczem pokarać chcą. Ja tedy, jako człowiek, będąc wójtem waszym, zabiegając aby dziatki niewinne i płeć białogłowska, lak srogiej sprawiedliwości karaniem, uciążone nie były, IMP. regimentami wojsk i wszystkiego wojska gorąco upraszam, aby mnie do dania wam znać, a wam do oburzenia się nieco czasu użyczywszy, sprawiedliwości świętej rękę, zatrzymali, jakobyście się wy w powinnościach waszych przeciw królom panom swym przejrzawszy, tej zdradliwej rady swej poniechali, a głowy swojo do pokory skłaniając, do IP. pułkownika JK. Mości już nominowanego ich wojska z pokorną się prośba uciekli, żeby przy winnych, niewinni od karania nieco wolni zostawszy, cokolwiek miłosierdzia zażyć mogli. Czego gdy nie uczynicie, sprawiedliwości boskiej nad wami, żonami i dziećmi waszemi srogie karanie co rychle uznacie. — Pisan w obozie pod Pińskiem, dnia 9 sierpnia 1648 roku. Wam życzący prędkiego upamiętania i poprawy, Łukasz Jelski, marszałek i pułkownik powiatu pińskiego własną ręką.
    Mieszczanie pińscy, listem i napomnieniem Imci marszałka i pułkownika pińskiego pogardziwszy, przy kozakach się oponowali, i do gardł stać obiecowali. Tedy znowu IMP. Strażnik do miasta kazał z dział potężnie bić, i do szturmu dragonów sto dwudziestu IMP. Gąsiewskiego i piechoty IMP. Piotra Podlewskiego dwieście, do miasta, do bramy siewierskiej popuszczono. Chorągwie zaś IMP. pułkownika pińskiego, same dwie dobrowolnie do szturmu skoczywszy, odstrzelawszy nieprzyjaciela do bramy leszczyńskiej, pomienioną bramę kobylinami obwarowaną i ludem, tak mieszczany, jako i kozaki dobrze opatrzoną zdobyli; i tak ze dwóch stron, jezdni bramą leszczyńską, a piechota bramą siewierską do miasta, w posiłkach zaś chorągwie IMP. Gąsiewskiego i IMP. Pawłowicza kozackie, IMP. Szwarcocha rajtarska, wpadłszy, i w zapalonem mieście rycerską ręką, za bożą pomocą, hardą myśl kozacką i zdradę Pińczuków uskromiwszy, rebelizantów i kozaków, ogniem i mieczem karali. Jakoż niemal do każdego domu szturmować musieli; bo nieprzyjaciel od parkanu i kobylin odbity, w domach zamknionych potężnie się bronił, że począwszy od południa tego poniedziałkowego dnia, nazajutrz do tejże południowej godziny, całą noc i dzień, rycerska ręka w pracach nieustawała. I jednych, tak kozaków i mieszczan, na miejscu zabijając, drugich, do wody uciekających, potonionych, sprawiedliwości świętej ręka pokarała; bo i młyny dwa pod miastem na łodziach będące, strugów para, do których się mnóstwo ludzi nacisnęło, z młyny zatonąć musieli do samego dna gruntu. A gdy już wieczór następował dnia pomienionego, ostatek kozaków z mieszczany, którzy uchylając zdradliwej szyje swej od ręki rycerskiej,
    z Pińska na zachód słońcu, rzucili się za folwark Imć księdza biskupa pińskiego, nad rzeką Piną uchodzić myśląc, w pole wypadli; lecz za porzadnem obwarowaniem roztropnego wodza, JW. Połubińskiego, wojewodzica parnawskiego trafili, gdzie także niewszytkim kopją się zdradzieckie rebellizanty kruszyć przyszło, bo innym, opuściwszy kopje, pałaszami łby zdzierać trafiło się. Zaczem ci zdrajcy, których rycerska niedosięgła ręka, jedni nazad pod miecz do miasta wracać się, drudzy do wody przymuszeni, topić się musieli; tak te dwa dni krwawego beju, zabawą godziny skrócone były. Ale to co było, znać prodeestinatio Dei sprawiła: bo jako pewna doszła wiadomość, tak od pozostałych niedobitków miejskich, jako i od postronnych ludzi, że kometa straszny na niebie się okazał dnia 8 sierpnia 1648 roku, przed północkiem, nad samem miastem Pińskiem, miecz ostrzem na dół, a rękojeścią do nieba, sam miecz krwawy; ten stał na godzinę i dalej, na co mieszczanie i kozacy wielu patrzyli. Potem nazajutrz, gdy już sprawiedliwości świętej ręka nad miastem panowała, znowu nad miastem drugi raz miecz krwawy na niebie sio pokazał i miotła niebieska, na co ludzi zacnych, mianowicie Imć panów oficerów i towarzyszów wojskowych niemało patrzali, i to pod sumieniem twierdzili. Tak się tedy stało, że miecz i miotła niebieska miasto Pińsk zniszczyły. Dnia 10, wojsko w obozie zatoczonym pod Pińskiem stało, a czeladź, co na zdobyczy, tak od kozaków, jako od zdradliwych mieszczan zabawiała się, do obozu niezaraz z łupem w rzeczach wziętych zawitała. Dnia U, toż się działo; miasto Pińsk wielkim pożarem pogorzało, gdzie kościołów z klasztorami dwa; cerkwie schyzmatyckie z monasterami dwie; cerkwi w unii będących pięć; domów zaś plus minus kosztem niemałym budowanych, z pięć tysięcy pogorzało i więcej. Po którem takowem zniszczeniu miasta Pińska, i wycięciu z kozakami mieszczan, że temuż miastu Pińskowi same oryginały przywilejowe od wielu królów na prawa i wolności wszelkie nadane, razem z ratuszem pińskim pogorzały, w pośledniejszym czasie, r. 1650. najjaśniejszy król Jan Kazimierz, na suplikę reszty niedobitków mieszczan pińskich, dwoma ekstraktami takowe przywileje antecesorów swoich, z ksiąg metryk kancelaryi swojej większej wielkiego księstwa litewskiego wydać kazawszy, aby ad pristinum statum, toż miasto przyjść mogło, na instancyą JO. księcia Albrechta Stanisława Radziwiłła, kanclerza wielkiego księstwa litewskiego, starosty pińskiego, pokazał osobliwszą łaskę swoję za nowem berła królewskiego objęciem. Dawniejsze prawa, przywileje niektóre we wszystkiem stwierdzając i onych nienuruszajac w niczem, niektóre zaś objaśniając, nowemi przyozdobił wolnościami, których przywilejów ekstrakt z grodu pińskiego in authentico wyjęty, mieszczanie! pińscy, nam lustratorom, przy suplice swojej prezentując dla objaśnienia desiderium sadowi komisyi skarbowej wielkiego księstwa litewskiego, w taryfie naszę lustratorską zoblatowali, który słowo w słowo tak się w sobie ma:
     
    Wypis z ksiąg grodzkich, powiatu pińskiego, r. 1765 Januarii 22 dnia. Na  urzędzie J. K. M. grodzkim pińskim, przed aktami starościńskiemi, stanąwszy personalnie sławetni Jan Rybczyński i Atanazy Czosnek, obywatele miasta J. K. M. Pińska, ten ekstrakt przywileju z konfirmacyi i praw miastu Pińskowi nadanych, ad acta podali, którego tenor sequitur talis.
     
    Jan Kazimierz, z Bożej łaski, król polski, wielki książe litewski, ruski, pruski, żmudzki, mazowiecki, inflancki, smoleński, czernichowski, a szwedzki, gocki, wandalski dziedziczny król: oznajmujemy tym listem naszym, komuby o tem wiedzieć należało, iż byliśmy proszeni o wydanie z ksiąg kancelaryi naszej większej wielkiego księstwa litewskiego, ekstraktu sprawy niżej wyrażonej, która po tytule naszym tak się w sobie ma: Oznajmujemy tym listem naszym, komuby o tem wiedzieć należało, że pokładane były przed nami excerpty dwa z metryk kancelaryi naszej większej wielkiego księstwa litewskiego wyjęte. Przywilej od śp. króla Imci pana brata naszego, miastu Pińskowi dany; i to co w sobie zawiera, in toto stwierdziwszy i zmocniwszy, niektóre punkta w nim opisane objaśniamy, a przytem i osobliwe wolności temuż miastu Pińskiemu nadajemy. Drugi ekstrakt, przywilej tego króla Imci pana brata naszego, w dacie tegoż roku 1633, dnia 21 marca w sobie inkludujący, którym przywilejem śp. król Imci pan brat nasz tymże mieszczanom pińskim śp. króla Imci pana ojca naszego, konfirmacyą listu wielkiego niegdyś książęcia Zbarazkiego, kasztelana krakowskiego, starosty pińskiego, na wolne zbudowanie ratusza w rynku pińskim, także wystawienie jatek mięsnych i chlebnych, z płaceniem z nich od stołka każdego po dwa pieniądze białe, na każdy tydzień do ratusza mieszczanom pińskim danego, z przydaniem niektórych punktów w sobie includujący, stwierdza i approbuje. Wniesiona przytem do nas była przez Wielmożnego Albrechta Stanisława Radziwiłła, księcia na Ołyce i Nieświeżu, kanclerza wielkiego księstwa litewskiego, pińskiego, i t. d. starostę, imieniem sławetnych Stefana Kozakowicza, Zdana Ostafiewicza i Iwana Lewoszewicza, rajców, i wszystkich mieszczan naszych pińskich prośba, abyśmy, względem pogorzeniu z ratuszem pińskim samych oryginałów przywilejowych, podczas blizko przeszłej wojny kozackiej, z całego wyżej specyfikowane przed nami extraktami pokładane, a osobliwie króla Imci Stefana przywilej na prawo magdeburskie i inne wolności dany, który wypisem z ksiąg grodzkich pińskich przed nami pokładany był. i inne wszystkie przywileje od śp. królów Imciów przodków naszych miastu Pińskiemu nadane, także i dekreta na stronę ich zaszłe stwierdzili, zmocnili i aprobowali. Które dwa ekstrakty przywilejów pomienionych, słowo w słowo wypisując po tytule naszym, tak się w sobie mają. Oznajmujemy tym listem naszym, komu to wiedzieć należy, iż byliśmy proszeni o wydanie z ksiąg metryk kancelaryi naszej większej wielkiego księstwa litewskiego, ekstraktem sprawy niżej mianowanej, która się znalazła w księgach za panowania śp. króla Imci Władysława IV, pana brata naszego, temi słowy pisana: Władysław IV, oznajmujemy tym listem naszym, wszem obec, i każdemu z osobna, komuby o tem wiedzieć należało, iż był pokładany przed nami przywilej, oryginał pargaminowy od śp. króla Imci Stefana, miastu Pińskiemu dany, ruskiem pisany pismem, cały i nienaruszony z podpisem ręki jego, i z pieczęcią mniejszą wielkiego księstwa litewskiego, pod datą w Melejczycach, roku pańskiego 1581, miesiąca stycznia, 20 dnia, którym prawo magdeburskie, przykładem innych miast naszych, i insze ku pożytkowi i rządowi dobremu tegoż miasta służące i potrzebne prawa i wolności są nadane, a zaś przez śp. króla Imci Zygmunta III, pana ojca i dobrodzieja naszego potwierdzone, z podpisem także ręki jego, pod datą w Wilnie r. 1589, miesiąca czerwca, 15 dnia. Który to potwierdzenia przywilej, iż przez pożar ogniowy, z dopuszczenia bożego, jest temu miastu zniesiony, vidimus tylko z ksiąg kancelaryi naszej większej wyjęty, pod pieczęcią tak naszą wielkiego księstwa litewskiego był pokazywany, i suplikowali nam mieszczanie nasi pińscy, mianowicie sławetni Hrehory Kozorzeowicz, lantwojt, Bohdan Stojanowicz, rajca, i Fiedor Michajłowicz, pisarz, i wszystkiego miasta imieniem, przez wielmożnego Albrechta Stanisława Radziwiłła, książęcia na Ołyce, kanclerza wielkiego księstwa litewskiego, pińskiego, i t. d., starostę naszego, i niektórych panów urzędników dworu naszego, przy boku naszym będących: abyśmy im te prawa, od śp. królów Ichmościów polskich, Stefana nadane, i przez Zygmunta III, pana ojca naszego potwierdzone, powagą także naszą królewską, za osobliwym przywilejem naszym, ku polepszeniu prawa, nie ku ubliżeniu poprawili, i nowych wolności z objaśnieniem dawnych przyczynili. Tedy My, uważając ich potrzebę być słuszną, ku ozdobie tej korony i wielkiego księstwa litewskiego, dobremu rzeczypospolitej pożytkowi, miast państw naszych, i ich obywateli rozmnożeniu i rozszerzeniu co dalej większemu a chcąc im łaskę naszę osobliwszą pokazać, za nowem przez nas berła królewskiego objęciem, nowemi też to miasto nasze Pińskie, dawniejsze niektóre we wszystkiem stwierdzając, i onych nienaruszając w niczem, niektóre zaś objaśniając, przyozdabiamy wolnościami, których kontenta przy tamtych pierwszych wolnościach z taką poprawą, objaśnieniem i przypadki mieć chcemy. Najprzód, co tknie arędy miejskiej, iż przedtem do niej miasteczka i wsi starostwa pińskiego, gdzie tylko karczmy są, należały, tedy przyjmując teraz one, a do miasta Pińska nienależące, a to względem innych nadań wolności z przyczynieniem pożytków miasta, ustanawiamy tym listem naszym: aby z samego tylko miasta Pińska arędy od napojów, jako miodu, piwa, gorzałki i trzech kół młyńskich, także i browaru na targowisku rybnem będącego, po pięćset kop groszy litewskich mieszczanie pińscy płacili, warując im, aby ku przeszkodzie tej arędy. innych pokątnych karczem nie było w miasteczkach i włości pińskiej. Ponieważ też zdawna karczmy były i teraz są, tedy te w osobnej arędzie chodzić mają, i wolno będzie ludziom postronnym one arędować. Też burmistrzów na każdy rok aby pospólstwo obierało z rady miejskiej dwóch ludzi na ten urząd burmistrzowski godnych i w mieście osiadłość mających. Także też, aby katolików, jako się wszędzie w miastach zdawna za wniesieniem prawa magdeburskiego zachowuje, do ławice przyjmowali, i na radziectwo, potem na burmistrzowstwo, jeżeli się znajduje taki, że będzie na ten urząd godny, w mieście osiadły, obierali. Warujemy też i to, aby stanu rycerskiego ludzie, obywatele powiatu pińskiego, sądów ziemskich, grodzkich i innych wszelkich spraw pod żadnym pretekstem na ratuszu miejskim pińskim nieodprawowali, który to ratusz tylko mieszczan samych jurisdykcyi, ku sprawom ich należeć ma, i powinien będzie. Także wójta pozwalamy, aby i tegoż sami obierali, to jest, dwóch elektów, a po konfirmacyą do nas odsyłali, któregobyśmy z dwóch obranych, jednego do żywota potwierdzić im mieli, i tak wiecznemi czasy. Go się tknie jarmarków, te już nie cztery, ale dwa dorocznie w mieście naszem Pińskiem, jeden na nowe lato ruskie, a drugi na Wniebowzięcie Panny Maryi ruskiej; także święta każdego jarmarku po dwie niedzieli; wolnych czyniąc przerzeczonych mieszczan naszych pińskich, podczas tylko tych jarmarków, od płacenia myt na komorach, i przykomorkach pińskich, po wyjściu zaś jarmarków, aby już kupcy, goście przyjezdni, wszelkie towary swoje nikomu inszemu, tylko mieszczanom pińskim, a nie gościom, i nie tym ludziom, którzy w mieście Pińskiem, pod prawem magdeburskiem osiadłości swej niemają, i żadnej powinności z mieszczany do ratusza niepełnią, nie przedawali, i z nimi nie handlowali. Takie też kupce, i goście przyjezdni i mieszczanie, osiadłości swej miejskiej niemając, handlować funtem, kwarta i łokciem mierzyć, i stołków swoich z towarami i rzeczami strawnemi na rynku mieć i stawiać nie mają, bez wiadomości i pozwolenia burmistrzowskiego. Młyny na rzece Strumieniu, aby też i tym mieszczanom pińskim wolno było mieć, i pożytek z nich na ratusz obracać pozwalamy. Ku temu w nagrodę tych miasteczek i wsi, do starostwa pińskiego należących, a nie pospołu, jako przedtem w arędzie miejskiej będących, na opatrzenie ratusza i potrzeby miejskie z woskobojnie, wagi, postrzygalnic, z łaźni, także pomierne, skopne, i od jatek stolnych, chlebowych, miejskich, i od wszystkich rzemieślników, mięśnie i innych wszelkich jatek, niełącząc tego do arędy, jako pierwej używali w samym rynku i na targu rybnym nad rzeką, pożytki i dochody obracać będą. Z komor też rynkowych, w każdym roku czynsz doroczny do ratusza pomienieni mieszczanie pińscy wybierać mają wiecznemi czasy, a komor zaś kramnych w rynku, bez pozwolenia magistratu, nikomu nie ma być wolno budować. Żydzi w mieście mieszkający, którzy teraz świeżo domów sobie nabyli, zarówno z mieszczany pińskiemi wszelakie ciężary z tych domów nowo nabytych, oprócz co dawnością zaszłych, ponowić mają; a więcej domów, aby im niewolno było kupować, ani też jakimkolwiek sposobem nabywać, pod straceniem tych domów. Warujemy też i to, iż któryby mieszczanin, w mieście Pińsku zasiedziawszy, dawność osiadłości w mieście sobie nabył, takowego mieszczanina żaden szlachcic za ojczycza i zbiega swego odzyskiwać i
    prawem o to turbować niema. Co wszystko powagą naszą stwierdzając, wiecznemi czasy, tak dawne prawa ich od śp. najjaśniejszych królów polskich nadane i Zygmunta III, ojca pana naszego potwierdzone, jako też i co sio z osobliwej łaski naszej pańskiej w tych prawach objaśniło, polepszyło i nowych przyczyniło wolności (ile z prawa jest), ten nasz list-przywilej ręką naszą podpisaliśmy i do niego pieczęć wielkiego księstwa litewskiego przycisnąć rozkazali. Pisań w Krakowie dnia 5 miesiąca marca, r. p. 1633. panowania królestw naszych, polskiego pierwszego, a szwedzkiego trzeciego roku, Vladislaus rex. Marcin Tryzna, referendarz i pisarz wielkiego księstwa litewskiego. — My król, bacząc, być prośbę słuszną, te sprawę z aktu kancelaryi naszej w ten list nasz wpisać, i z nich ekstraktem pod pieczęcią wielkiego księstwa litewskiego, stronie tego potrzebującej wydać rozkazaliśmy. Pisan w kancelaryi naszej dnia 22 novembra, r. 1650, panowania naszego polskiego drugiego, a szwedzkiego trzeciego roku. U tego ekstraktu pieczęć większa wielkiego księstwa litewskiego, podpis rąk temi słowy Albrycht Stanisław, kanclerz wielkiego księstwa litewskiego, Jan Karol Młocki, sekretarz J. K. M."
     
    Drugi ekstrakt po tytule naszym tak się w sobie ma.
    "Oznajmujemy tym listem naszym, wszemu w obec i każdemu z osobna koniu o tem wiedzieć należy, iż byliśmy proszeni o wydanie z ksiąg metryk kancelaryi naszej większej wielkiego księztwa litewskiego, ekstraktu sprawy niżej wyrażonej, która się znalazła w księgach za panowania ś. p. króla Imć Władysława IV, pana brata naszego, temi słowy pisana: Władysław IV, oznajmujemy tym listem naszym, wszem w obec i każdemu z osobna komu o tem wiedzieć należy, iż był pokładany przed nami imieniem burmistrzów, radziec i wszystkich mieszczan miasta naszego Pińskiego, przywilej ś. p. króla Imci Zygmunta III, pana ojca i dobrodzieja naszego, konfirmacyi listu zeszłego JW. księcia Jerzego Zbarazkiego, pińskiego i sokalskiego naówczas starosty, na zbudowanie ratusza, jatek mięsnych i chlebowych, na rynku albo gdzieby się im najsłuszniej widziało, także i na branie powinności zwykłej od każdego przekupnia z jatek, na tydzień po dwa pieniądze białe onym dany: prosząc nas abyśmy to im niniejszym listem naszym stwierdzili, który słowo w słowo w ten list nasz wpisując, tak się w sobie ma: Zygmunt III, Bożeju miłostyju korol polski, wełyki kniaź litowski, ruski, pruski, Żmujdzki, mazowiecki, inllandzki a szwedzki, gotski, wandalski dedyczny korol: oznajmujem tym listom naszym, komuby o tom wedaty należało: pokładano pered nami Hospodarem, imenem burmistrow, radec i wsich meszczan mesta naszoho pinskoho, list welmożnoho kniazia Jurya Zbarazkaho, kasztelana krakowskoho, starosty naszoho pinskoho i sokalskoho, meszczanom naszym pińskim na zbudowanie ratusza, jatek mesnych i chlebowych na rynku, albo hde sia im najsłusznej wydęty budet, także i na branie powinosty zwykłoje od każdoho prekupnia z jatok na tyżdeń po dwa pienieży bełyje dany, proszeczy nas hospodara, aby jesmo ony łyst prereczony miesczanom naszym pinskim, osobływym listem i prywilejem naszym utwierdyty i wsej nasz list wpisaty jeho wełeły. My hospodar, czołom bytye ich wyduczy byt słusznoje, łaskawojesmo na to pozwoływszy, wełeły jesmo toj łyst kniazia Zbarazkaho, kasztelana krakowskoho, w sej nasz łyst wpisały, kotory wpisujuczy słowo od słowa, tak se w sebe majet: Jerzy Zbarazki, kasztelan krakowski, piński i sokalski starosta, oznajmuję tym listem moim, iżem pozwolił mieszczanom pińskim, ratusz na rynku pińskim pobudować, gdzie onym najsłuszniej widzieć się będzie, by i kramnie miejskich i żydowskich przyszło znosić. Tedy od tego miejsca gdzie ratusz będzie, czynszu do zamku pińskiego nie będą powinni; jatki też mięsne i chlebne, przekupki w domach szlacheckich i osób duchownych mieszkając, aby wszyscy powinności zwykłe każdy od stolca w tydzień po dwa pieniądze białe do ratusza pełnił. Których przekupek i przekupniów, urzędnicy moi pińscy bronić nie maja, ale burmistrzowie i rajcy tego miasta, albo komu od nich to zlecono będzie, na ratusz wybierać maja, wiecznemi czasy. Na co dałem burmistrzom pińskim ten mój list z podpisem ręki i przyłożeniem pieczęci mej. Data w Warszawie, roku pańskiego 1623 marca dnia 2. U toho listu peczat prytysnena odna, podpis ruki temy słowy: Jerzy książe Zbarazki, kasztelan krakowski. Kotory toy łyst wełmożnołio kasztelana krakowskoho, starosty naszoho pinskoho i ręcz pomeneniu wo wsim pry mocy zachowały i sym łystom prywilejom naszym utwierdyty i tym prereczonym mieszczanom naszym pinskim ratusz na rynku, albo hde im najsłusznej widat se budet, zbudowały pozwalajem i nadajem, z kotoroho miejsca hde ratusz budowan budet, nykotoroho czynszu do zamku starostę naszemu pinskomu płatyty ne budet powinny. Także jatki mesnyje i chlebowyje prowentom zamkowym nyczeho neujmjuezy.
    a prekupnewe tam w dumach szlacheckich i osób duchownych nieszkajuczyje, powinnosty zwykłyje z tych jatok, każdy z nich od stołka w tyżdeń po dwa pienieży biełyje, burmistrom abo ich arędarom do ratusza i skrynki meskoje wiecznymy czasy płatyty winny budet. Wczom meszczanom naszyn pinskim uradniki zamkowyje, teperyszne i na potom buduczyje, żadnoje pereszkody czynit nie mohut. Na szto dla lepszoje twierdosty dałyjesmy mieszczanom naszym pinskim łyst priwiłej z podpisom ruki naszoj, do kotoroho i peczat wełykoho kniastwa litowskoho prytysnuty wełeły. Pisan w Warszawie roku tysiacza szest sot dwadcet treteho, mieseca marca 14 dnia. Sigismundus rex. Aleksander Korwin Gąsiewski, referendarz i pisarz. — My tedy, król wyż mianowany, Władysław IV, widząc potrzebę ich być słuszna, ten przywilej ś. p. króla Imci, kontirmacyi listu JW. kasztelana krakowskiego, mieszczanom pińskim danego, we wszystkich paragrafach i punktach cale zachowujemy, niniejszym listem konfirmujemy, to onym z osobliwszej łaski naszej nadając i warując, aby na ratuszu ich pińskim żadne sady odprawowane nie były, oprócz tylko ich miejskie. Co wszystko stwierdzając, dajemy ten przywilej z podpisem ręki naszej i pieczęcią WKL. Pisan na sejmie walnym koronacyjnym, d. 21 marca roku 1633, panowania naszego polskiego i szwedzkiego pierwszego roku, Vladislaus, rex. Marcin Tryzna, referendarz i pisarz wielkiego kięstwa litewskiego. — My, król, bacząc być potrzebę słuszną, tę sprawę z akt kancelaryi naszej w ten list nasz wpisać i z nich ekstraktem pod pieczęcią WKL. stronie tego potrzebującej wydać rozkazaliśmy. Pisan w kacelaryi naszej, dnia 22 miesiąca decembra roku pańskiego 1650, panowania naszego polskiego drugiego, a szwedzkiego trzeciego roku. U tego ekstraktu pieczęć większa WKL., a podpis rak takowy: Albrecht Stanisław Radziwiłł, kanclerz wielkiego księstwa litewskiego. Jan Karol Młocki, sekretarz jego królewskiej mości. — My tedy do prośby, imieniem pomienionych mieszczan naszych pińskich, do nas wniesionej, łaskawie się skłaniamy; wyżej inferowane przywileje dwa ekstraktami z metryk większych wielkiego księstwa litewskiego wyjęte, przytem przywilej króla Imci Stefana, na prawo magdeburgskie i inne wolności miastu pińskiemu dany, wypisane z ksiąg grodzkich pińskich, przed nami pokładane z przywilejem konfirmacyjnym króla Imci pana, ojca naszego, we wszystkich ich punktach, kondycyach, klauzulach i paragrafach, mocą i powagą naszą królewską stwierdzamy, zmacniamy i approbu-
    jemy. Punkt jeden z przywileju króla Imci Stefana strony elekcyi burmistrzowskiej reassumujac, tak go deklarujemy: iż gdy elekcya burmistrzów przypadnie, która w każdy rok powinna być, tedy mieszczanie pińscy i wszystko pospólstwo, z pośrodku rajców czterech elektów na burmistrzowstwo obranych, do starosty pińskiego pro confirniatione odsyłać maję, a starosta piński, z tych czterech elektów, dwóch na burmistrzowstwo potwierdzać powinien będzie. Na co, dla lepszej wiary, ręką się nasza podpisawszy, pieczęć wielkiego księstwa litewskiego przycisnąć rozkazaliśmy. Dan w Warszawie, dnia 31 miesiąca grudnia roku pańskiego 1650, panowania królestw naszych, polskiego drugiego, a szwedzkiego trzeciego roku, podpis ręki naszej temi słowy: Jan Kazimierz, król. Jan Dowgiełło Zawisza, referendarz i pisarz wielkiego księstwa litewskiego. — My, król, bacząc być prośbę słuszna, tę sprawę z akt kancelaryi naszej w ten list nasz wpisać, i z nich ekstraktem pod pieczęcią wielkiego księstwa litewskiego, temi słowy: Albrycht Stanisław Radziwiłł, kancelerz wielkiego księstwa litewskiego. LS. Konnotacya zaś i podpis WJP. sekretarza JKM. in eum tenorem za sprawą JW. Albrychta Stanisława Radziwiłła, księcia na Ołyce, Nieświeżu, kanclerza wielkiego księstwa litewskiego, pińskiego, gniewskiego, tucholskiego, i t, d. starosty, kowieńskiego, wileńskiego, daugowskiego, bejsagolskiego, gieranońskiego, lipskiego, i t. d. dzierżawcy, administratora ekonomii kobryńskiej. Jan Karol Młocki, sekretarz jego królewskiej mości. A korrekta, jako na każdej stronicy tego ekstraktu, tak też na ostatniej, oraz instalacya his exprimitur verbis: correxit fintio. Ekstrakt przywileju z konfirmacyi praw miastu pińskiemu nadanych, który to ekstrakt przywileju za podaniem onego przez osoby wyż wyrażone do akt, jest do ksiąg grodzkich przyjęty i wpisany, z których i ten wypis pod pieczęcią urzędową grodzką pińska starościńską, stronie rekwirującej jest wydany. LS. Correxi Jan Katowski, suseeptant i vice-rejent grodzki powiatu pińskiego.
    Po którem takowem nadaniu, praw nowych przez najjaśniejszego regnanta Jana Kazimierza przyczynieniu, gdy Pińsk w trzech osadzony okopach, w pierwszym w dolnej fosie nad rzeką Piną, sam zamek dobrze już był od WJP. starosty opatrzony; w drugim okopie rynek, ratuszem i krainami od magistratu pińskiego miejskiego przyozdobiony, a w trzecim okopie samo miasto, ulicami w swem zabudowaniu osadzone i bramami wystawionemi opatrzone, ad pristinum przychodziło statum, już ostatni r. 1704 tempore hostili, jak od Szwedów przez ogień zdezolowane zostało, ullatenus powstać niemogło, przez co i mieszczanie zamożniejsi, uboższych opuściwszy, do różnych miast rozwlec się musieli, i sady magdeburgskie ustały i do tego czasu non adinvenitur, lecz tylko żydowstwo osadziwszy się i na siebie wszelkie intraty przyjąwszy od JWP. starostów kontraktami arędownemi trzymali, et hujusque trzymają, który kontrakt i od teraźniejszego JWP. starosty instruktarzem perceptowym intraty dany, a przez nas lustratorów konnotowany, dla wyciągnienia kwarty w tę taryfę de verbo ad verbum, wpisujemy.
    Między skarbem JWP. Przezckieckicgo, podkanclerzego wielkiego księstwa litewskiego, starosty pińskiego, z jednej, a między Chaimem Meszełowiczem i Gierszonem Berkowiczem, żydami, obywatelami pińskiemi. z drugiej strony, stanął kontrakt roczny na aredę miasta Pińska, w ten sposób: Ci dwaj, Chaim Meszelowicz i Gierszon Berkowicz, obywatele miasta Pińska, a teraz jeneralni pińscy arędarze, z pomiędzy pińskich za arędarzów obrani, biorą i wzięli arędę miejska pińską ze wszelkiemi prowentami i pożytkami w tym kontrakcie wyrażonemi i w inwentarzu szerzej opisanemi, na rok jeden, zaczynający się od dnia 24 junii 1765, a w roku da Róg przyszłym 1766 miesiąca junii także dnia 24 kończący się. za summę złotych polskich tysięcy dwadzieścia, curenti bez braku in regano moneta, z terminem wypłacenia takowej arędy do skarbu pińskiego dwiema ratami: pierwsza na Trzy Króle 1766 r. dziesięć tysięcy złotych polskich; druga i ostatnia rata przy ekspiracyi arędowego roku na Ś. Jan, to jest 24 junii, drugie dziesięć tysięcy złotych polskich, bez żadnego najmniejszego zawodu, pod winą i karą na zawodnych i przeciwnych secundum demeritum ściągającą się. Wolni tedy i mocni arędarze pińscy, Chaim Meszelowicz i Gierszon Berkowicz, gorzałki, piwa, miody, wiszninki i inne trunki szynkować, z woskobojni skarbowej odstępki, wagi, wybojki według instruktarza bez najmniejszej ni od kogo przeszkody, i t. d."
    Po ostatnim podziale, miasto to nietylko się niepodniosło, ale i owszem upadło. A lubo po pogorzeniu przed laty kilku, ulice jego są szerokie i domy dosyć poczesne, nic jednak nie oznacza ni przemysłu, ni handlu, ni zamożności. Przebog, pod czynnym rządem, czemżeby nie było to miasto! Tu Pina, Strumień, Jasiołda, Horyń, Styr, wlewając swe wody, tworzą, iż tak rzekę, wśród Litwy morze, na przeszło sto mil rozlewające się aż do Dniepru pod Krzemieńczukiem. Lecz morze to, zarosłe jest sitowiem, zaszłe nieprzeczyszczonym od wieków kałem i mułem. Wszędzie tu widać znaki pobytu morza i handlowej żeglugi. Często konchy morskie, nierzadko wydobywają się okrętowe kotwice. Połączenie pod rząd jeden krain naddnieprskieh i czarnomorskich niewiele tu zażywiło przemysł. Przed laty kilku przychodziło tu około sto statków bajdakami zwanych, 1, 500 pudów soli krymskiej noszących. Dziś, gdy dowóz soli pruskiej dozwolonym został, nie przychodzi ich jak czterdzieści. Gdy okręty amerykańskie nie potrzebują jak sześciu niedziel by od brzegów swoich stanąć w Europie, statki naddnieprskie w dwunastu niedzielach stają dopiero w Pińsku. Cały ich ładunek jest sól, której beczka, bryłowatej, przedaje się po jednym dukacie; białej, po 24 złote. Cały ten handel jest w ręku żyda Rabinowicza. Statki te po większej części powracają napróżno; niektóre biorą cokolwiek wódki, a przyszedłszy do Niżu, to jest w Mozyrskie, ładują dziegieć, smołę i węgle. Pińsk więc jest wielkim składem soli dla całej prowincyi litewskiej. Nie widziałem atoli ni składów, ni handlowego ruchu. Ach, gdyby "najlepiej życzący" imperator Aleksander chciał na lat dziesięć usunąć swoję tamożnie, swoich sprawników, swoje załogi, gdyby na lat dziesięć pozwolił kompanii angielskiej lub amerykańskiej zająć się handlem pińskim, w jakież kryształy wód zmieniłyby się te błota zarosłe, ileż białych żagli snułoby się po Pinio, Horyniu i Styrze; jakież gmachy podniosłyby się w Pińsku, napełnione produktami Europy i Azyi! Przy swobodach, rozpleniłaby się ludność, zakwitłyby rolnictwo i przemysł. Lecz w wieku bagnetów, wszystko to jest tylko snem próżnym.
    Widać jeszcze niektóre dawnego Pińska zabytki. Wśród miasta, po prawej ręce nad błotami, obszerny zamek ziemny jak gdyby portu strzegący. Z  tego to zamku odkrywa oko te obszernie, zarosłe błota, kręcące się pomiędzy niemi srebrnem pasmem strumienie, rozrzucone wyspy, wioski i kościoły na nich. Najznaczniejszym jest Horodyszcze, zamożny klasztor księży Benedyktynów. Naprzeciw, kościoł pojezuicki, jeden z największych. Wyniosłe są niezmiernie mury jego z dwoma rzędami okien, jedne nad drugiemi. Klasztor ma stu zakonników. Wszystkie te gmachy i sama świątynia zajęte są dzisiaj przez czernców rossyjskich. Dziwną rzeczy ludzkich koleją, ci Jezuici, co prześladowaniem swojem pierwszą buntów kozackich byli przyczyną, dziś, sami wygnani, puścizny swoję przeciwnikom zostawić musieli.
    Prócz, nowo wystawionych drzwi carskich, kościoł dawny, postać zachował. Zostawione w nim nagrobki polskie i cała historya życia. śmierci i cudów Ś. Stanisława. W lochach kościoła tego, znajdowało się niegdyś ciało błogosławionego Boboli, S. J. Nie ścierpieli Jezuici, by święty ich leżał pod schyzrnatycka opieką; niedawno więc przysłali z Potocką poszóstną karetę. z dwoma dworskimi i pajukami, którzy, zabrawszy ciało Błogosławionego, do Połocka je odwieźli.
    Na przedmieściu miasteczka, zwanem Leszcz, należąłem niegdyś do książąt Wiśniowieckich, widać zburzony niedawno zamek tychże książąt i dwie regularne baszty wystawionej przez nich fortecy. Najznakomitszym jest tutaj kościoł księży Franciszkanów. Pokazują w nim portret fundatora Zygmunta, wielkiego księcia litewskiego, i żony jego Eleonory, księżniczki mazowieckiej. Książe ten zabity został od spiknionych na niego. Imci księża Franciszkanie z wielką gorliwością nauczają tu w szkołach i piękną posiadają bibliotekę. Miasto Pińsk liczy do 3, 000 żydów i 200 może mieszczan wyznania greckiego.
    Nocowaliśmy o ćwierć mili od miasta, w nowonabytej od marszałka Pusłowskiego majętności Zapału. I tu, ruiny zamku niegdyś Wiszniowieckich. Nigdzie nie widziałem tak ogromnych lip. Pięknie się udał siany dębowy lasek. P. Butrymowicz uczynił tu szczęśliwe z grzybami doświadczenie. Zerżnięte grzyby kazał posiekać, i zmieszawszy je z woda, gąszcz polał pomiędzy lipami; we dwa lata wszędy piękne puściły się grzyby. Uważać należy, iż grzybów tych nietrzeba z korzeniem wyrywać, lecz tylko zrzynać.
    Za Chomskiem, pożegnałem się z grzecznym towarzyszem podróży mojej, i każdy z nas w swoją udał się drogę.
    Przed Kobryniem zatrzymałem się w Tarakanach, jednym z najznaczniejszych klasztorów księży Bazylianów. Założony on był w r. 1515 przez paą Piaseczyńską, kasztelanowę wołyńską. Liczny w nim jest nowicyat. Imć ksiądz Kaczynski jest dzisiaj opatem; Imć ksiądz Falkowski, dawny zakonu jenerał, tu sobie obrał mieszkanie. Kościoł niebogato przybrany, lecz biblioteka liczna i piękna. Tegoż wieczora stanąłem u brata mego w Adamkowie.
     
    Skończywszy tę podróż po znaczniejszej części Litwy, cóż mam o ogólnym stanie, i kraju, i mieszkańców, powiedzieć? Ach, jakże dalekim jest od tego bytu, w którymby go i życzenia nasze widzieć pragneły i położeniu jego pod lepszem zarządzeniem postawić mogło. Wiem, że niewolno jest niemiłych prawd ni pisać, ni głosić; niech się jednak na lepsze czasy choć na tej karcie zostaną. Ileż niebezpiecznych, zaraźliwych chorób toczy tę część politycznego ciała ojczyzny naszej! A najprzód, co stanowi pierwsze dobro obywatela, spokojność, zniszczona jest wadnyni trybem sprawiedliwości i powszechną pieniactwa zaraza. Każdy powiat ma swoje sądy osobne. Mnóstwo osób potrzebnych do tego, ciężka ztąd praca odbywana bezpłatnie, a trudność w dobraniu na urząd sędziowski osób znakomitych znajomością praw i cnotą. Tłum obcych nawet awanturników, zyskawszy sobie za rewersem posiadłość ośmiu dusz, drze się na urzędy te, i z szafunku sprawiedliwości pewne gotuje dochody. Cóż, że jest ostatnia apelacya do senatu petersburskiego? Któż tam kiedy wygrywając nie przegrał'? A gdy po ostatnim, choć ciężkim wyroku cieszył się, że koniec wydatkom i niespokojnościom położył, ostatni wypadły wyrok znów się niszczy i sprawa na nowo zaczyna. Wiadomo, że senat petersburski nie ma prawie spraw imperii, zatrudniają go całkiem procesa prowincyj polskich: pieniactwo nasze obfitych mu do tego dodaje żywiołów. Chciwość, próżność nabywania majętności ziemskich na kredyt lub za pożyczone pieniądze, niesposobność po tylu klęskach uiszczenia się w słowie, porodziły tyle prawie majątków, ile eksdywizyj. Korzyści, które ztąd sędziowie i adwokaci ciągną, sprawiają, że się chciwie i porywczo zabierają do nich. Dodajmy kłótnie o granice. W takim stanie, któż żyje spokojnym lub pewnym swego? Pójdziemyż do rolnictwa, cóż znajdziem? W wielu bardzo miejscach nadzwyczajny ucisk włościan, zabiegi, nie żeby mieć rolę dobrze uprawną, lecz żeby ją jak najobszerniejszą posiadać. Przy ściśniętym zakazami handlu, przekupstwie celników, możeż przemysł zakwitnąć? Przy postojach wojskowych, zabierających darmo wszystkie domy na kwatery, wszystkie gmachy i klasztory na szpitale i składy, któż się zadziwi, że miasta upadają już całkiem? Z tymże postojem po wsiach nietylko ucisk, ale jakież zgorszenie, jaka niemoralność szerzy się po całej prostej i nędznej rolników klasie! Wieśniak jednę ma tylko izbę; obok żony jego, biednej drużyny, leżą ogromne draby. Na cóż wtenczas wystawionemi nie są, i czystość; małżonek, i wstyd niewinnych dziewic, i mężów cześć własna? Słowem, powszechna niemoralność, chciwości zaraza, jeżeli prędkie i skuteczne nie nastąpią zaradzenia, w wątpliwym nawet połączenia przypadku, nie przyniesie nam jak zawsze drogie, lecz ciężkie do sprostowania nabycie.
    Jakiemikolwiek przedmiotami uderzonym jest człowiek, sądząc o nich, porównywa je z innemi. Ileż traciła biedna Litwa moja, gdym ja w umyśle moim równał z innemi w Europie krajami! Pytałem siebie, czyliż grunta, czyliż rodzajność Brandeburga, wielu części Saksonii, Szampanii we Francyi, skalistej Szkocyi i Szwecyi, lepsze są od ziemi naszej na Żmudzi, w kowieńskiem, nowogródzkiem, wołkowyskiem, i t. d.? Łatwa odpowiedź: iż Litwa nasza żyzniejszą jest w płody ziemskie od wszystkich tych pomienionych krain. Czemuż, zapytałem znowu, w ubogich nawet prowincyach Francyi, Szkocyi, Szwecyi, w piasczyste nawet Brandeburga, widzimy lud swobodny, porządne miasteczka, uprawne role i wysilony przemysł człowieka, nagrodzony dobrym bytem? Małe, otoczone burzliwym oceanem na wyspach Orkadach miasteczko, nierównie jest bardziej i kwitnącem i zamożnem, jak panujące nad wielu rzekami Kowno lub Pińsk. Odpowiedź na to wszystko jest równie łatwa, jak niebezpieczna.
    Mówią, że człowiek, to duchem i światłem niebieskiem obdarzone jestestwo, wszystkie swoje zdolności do wydoskonalenia siebie i bytu swego obracać powinien; mówią, że te nabycia, pokolenia pokoleniom w dziedzictwie oddawać powinny. Jam w zabranych prowincyach widział przeciwnie. W nich, nie wydoskonalenie zdolności umysłów, lecz coraz większe zepsucie i nędzę pokolenia podają sobie.[..]
    wykorzystano materiał z Biblioteki Cyfrowej


    29 września 2006 r.
     
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005