<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Różne informacje - część II

  • Bitwa o Dobre - 17 luty 1831 r.
  • Lista osób aresztowanych 19-20.01.42 r. oraz wywiezionych do Oświęcimia 17.04.42 r.
  • Proszą o westchnienie...
  • Święta i ludowe tradycje obrzędowe
  • Mazowsze wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Mazowsze leśne wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Mazowsze stare wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Morowe powietrze ...
  • „Handel chłopami w dawnej Rzeczpospolitej” Janusz Deresiewicz
  • Chałupa, chata wg. Z. Glogera (XIXw.)
  • Ziemia wyszogrodzka
  • Mazowsze w XVI wieku
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 2
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 3
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 4
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 5
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 6
  • Spis miejscowości w lustracji z 1578 roku
  • Historia włościan wg. W. A. Maciejowskiego r. 1874
  • Obyczaje i zwyczaje do XVII w. wg. Maciejowskiego
  • „Statystyka” parafii Żuromin w latach 1838 - 1865
  • Lista imienna oficerów Wojska Polskiego 1817 - 1830 A - K
  • Lista imienna oficerów Wojska Polskiego 1817 - 1830 L - Ż

  •  

     

    „ Morowe powietrze ”
     


    Samborski - The End - obraz współczesny
     


    Jedną z istotnych klęsk ludzkości w dawnych wiekach, które dziesiątkowały populacje, było „morowe powietrze”. Te różne choroby niejednokrotnie niszczyły całe wsie i miasta. Działały hamująco na procesy gospodarcze, nie tylko na terenach Polski, ale w całej Europie.

    W poniższym rozdziale starał się będę zamieszczać opisy i wydarzenia historyczne obejmujące okresy występowania tychże chorób – pandemii, a także ich wpływ na rozwój społeczno-ekonomiczny naszych przodków...

     



    GROZA Z DALEKA wg. „Kalendarza polskiego” Józefa Szczypki

     

    Wyobrażano ją sobie jako niewiastę w białej zasłonie i z nietoperzymi skrzydłami. Przelatywała niewidzialnie nad światem, pozostawiając za sobą śmierć i zniszczenie. Można ją było wyczuć, gdyż wówczas skomliły przerażone kundle, bydło ryło rogami po ziemi, a kury rozbiegały się w popłochu na wszystkie strony, zanosząc się ochrypłym pianiem kogucim. Lubiła zatrzymywać się nad spowitymi mgłą łąkami, aby naprawić tam swoją wiotką szatę, najpewniej pokiereszowaną podczas gwałtownych przelotów, a może również zszarpaną przez różne straszliwe duchy, które kryła w fałdach. Bali się tej niewiasty ludzie i nawet nimfa z goplańskiego jeziora, widząc jak gwiazdy spadają do wody - co było znakiem, że biała zbliża się - uciekała głęboko w toń. Biała, którą od czasu do czasu oglądano, gdy wspinała się nad ranem ku obłokom, rozpościerając swoją zasłonę po niebie, zachowywała się bezlitośnie. Rzucała śnieć na zboża, otrząsała ziarno z dostałych kłosów, paliła najpiękniejsze trawy. Zatruwała wodę w studniach i rozpuszczała wszędzie robactwo. A przede wszystkim jej lekki, niewyczuwalny dotyk zabijał ludzi i zwierzęta, z wielu bowiem zajęć umiłowała sobie najbardziej ponure rzemiosło śmierci.

    Kiedyś dziewczyna przyniosła ją w warkoczach do wsi. Był Krzyżak, któremu wskoczyła do hełmu i, nie zdradzając swej obecności, tak wędrowała z nim, dokądkolwiek pojechał. Pewien zaś chłop zgodził się ją nosić na plecach, gdy obiecała, że ocali go wraz z rodziną. Ludzie umierali wszędzie po ich przejściu i może działoby się tak nadal, gdyby nie to, że biała nie dotrzymała umowy: rodzina chłopa zginęła. Zrozpaczony chłop, wiedząc, że okrutnica nie znosi wody, rzucił się z nią do głębokiego źródła. Utonął, ale ona, niestety, wypłynęła, uciekła w bory karpackie i przebywała w nich przeszło sto lat. Rodziła samych karłów i gnomów, aż wypędził ją stamtąd duch gór, dzięki pomocy wężów, jaszczurek i ropuch, które polazły za nią na niziny, nie chcąc, by atakowała tam ludzi...

    Czasem ostrzegał przed nią grajek-widmo, który, snując się po lasach i polach, rzępolił smutnie na skrzypcach lub dął przeraźliwie w trąbę. Niekiedy chodząc od chałupy do chałupy stukało nocą do drzwi zapłakane dziecko albo z samej ziemi wydobywało się grobowe "Biada wsi". Któż to jest ta tajemnicza niewiasta? Niewiasta zmieniająca się niekiedy w dziewczynkę, jak w tym makabrycznym wierszyku dziewiętnastowiecznym, który zapewne wtedy był przez wielu czytelników czytany z największą powagą:


    Mówią, że gdzieś chodzi w świecie

    jakieś dziwne ciche dziecię.

    Dziewczyneczka to jest mała

    twarz jej śniada, suknia biała,

    wzrok ma zimny uroczy,

    jakieś martwe, trupie oczy.

    W polne maczki się przebiera,

    po cmentarzach kostki zbiera,

    krwawą chustą głowę słoni,

    czarny pręcik nosi w dłoni.

    A gdzie idzie, tam jej ramię

    wszystkie kwiatki niszczy, łamie.

    A gdzie przejdzie, tam i w wiośnie

    trawka nawet nie porośnie.

    Próżno człek ją pyta, bada,

    sama tylko z sobą gada

    jakieś straszne, dzikie słowa,

    których ludzka nie zna mowa...


    Tak bajano kiedyś o zarazie, popatrując ze strachem na tych co zetknęli się już z nią i zdołali przeżyć. Jak żywioł, ale żywioł przemożny, a przy tym świadomy, z nikczemnym rozmysłem mogła zniszczyć wszystko. Już wiemy, że dziewczyneczka "wszystkie kwiatki niszczy, łamie". A o czym to śpiewał Mickiewiczowski wajdelota, nim zaczął sławić "arkę przymierza" ludowych bajań i żalić się na krzyżacką podłość?


    Kiedy zaraza Litwę ma uderzyć,

    Jej przyjście wieszcza odgadnie źrenica;

    Bo jeśli słuszna wajdelotom wierzyć,

    Nieraz na pustych smętarzach i błoniach

    Staje widomie morowa dziewica,

    W bieliźnie, z wiankiem ognistym na skroniach,

    Czołem przenosi białowieskie drzewa,

    A w ręku chustką skrwawioną powiewa.

    Strażnicy zamków oczy, pod hełm kryją,

    A psy wieśniaków, zarywszy pysk w ziemi,

    kopią, śmierć wietrzą i okropnie wyją.

    Dziewica stąpa kroki złowieszczemi

    Na sioła, zamki i bogate miasta;

    A ile razy krwawą chustą skinie,

    Tyle pałaców zmienia się w pustynie,

    Gdzie nogą stąpi, świeży grób wyrasta.


    Dziewica zabijająca morem, morowym powietrzem lub krótko - jak jeszcze w niektórych modlitwach, - powietrzem zjawiała się kiedyś nader często. Oto lata wzięte tylko z trzech wieków, kiedy - według Glogera - nękała Polskę: 1301, 1307-1310, 1312, 1315, 1317, 1319, 1335, 1343-1345, 1348-1350,1359-1360, 1362, 1365, 1370-1372, 1382-1384, 1385, 1408, 1412-1413, 1419-1420, 1425--1427, 1430, 1432, 1438, 1440, 1446, 1451-1452, 1455-

    1456, 1464 -1467, 1472-1473, 1475, 1480, 1482-1484, 1491, 1495 -1497, 1505 -1510, 1512-1516, 1520, 1524-1525, 1528-1530, 1535, 1538, 1540, 1542-1544, 1546-1549, 1551-1553, 1557, 1562-1566, 1568, 1570:-1573,  1575, 1578, 1580, 1585-1593, 1598 - 1600. A przecież takie w innych wiekach, zarówno wcześniejszych, jak późniejszych, sytuacja przedstawiała Się prawie tak samo: straszna niewiasta, towarzysząc natrętnie historii raz po raz ,nachodziła nasze ziemie. Najwcześniejsze zapiski o morze w Polsce pochodzą z lat 985 i 987,a choć w zasadzie uporaliśmy się z nim pod koniec XVIII wieku, jeszcze niejednokrotnie potem dawał znak o sobie. Nie potrafimy już dzisiaj wyobrazić sobie w pełni tych dantejskich scen, jakie rozgrywały się przed wiekami, gdy dziewica morowa potrząsała swą skrwawioną chusteczką. Zaraza nadciągała do nas z Europy zachodniej, albo przywożono ją z Lewantu, mogła być dżumą, cholerą czy czarną ospą, lecz w istocie nie było przed nią ratunku. Daremnie próbowała jej sprostać medycyna, bezradna ze swoją wiedzą i środkami. Brud, niska świadomość higieniczna, zamęt powstający na wieść o "powietrzu", brak bardziej zorganizowanego przeciwdziałania - wszystko to wzmagało tylko tragizm sytuacji i mnożyło ofiary. Wymierały niekiedy całe okolice. Oblicza się, że podczas epidemii dżumy, jaka panowała w 1348 roku, zmarła czwarta część ludności ówczesnej Europy, czyli 43 miliony osób!

    Na wieść o zarazie zamykano bramy miast, przegradzano ulice i zalecano ruszać się jak najmniej, by móc również jak najmniej oddychać. Ustanawiano "burmistrza powietrznego” i tworzono specjalne oddziały ni to strażników, ni grabarzy, a także przepędzano na cztery wiatry żebraków. Ludzie zresztą, zwłaszcza ci możniejsi, opuszczali sami niebezpieczne skupiska, chroniąc się w lasy, "dżumne góry" i skryte przed innymi zakątki. Ale nie zawsze było to możliwe. "Roku 1708 koło świętego Jana - notuje kronikarz - na kształt jakiego pożaru tak nagle morowe powietrze opanowało Warszawę, że prawie i czasu nie było do ucieczki; w całym mieście jeden był tylko dom wolny op. zarazy; w Zamku z 40 osób tylko 3 zostały, w pałacu Kazimierzowskim z 50 osób tylko 8, we dworze wojewody płockiego z 72 osób tylko 5 zostało. Klasztory m prawie zupełnie wymarły, oprócz księży teatynów i pp. Karmelitanek; w radzie zostało tylko 3 radców, 2 ławników i 3 gminnych. Ze 150 szewców polskich 8, z 36 niemieckich tylko 3, z 21 mieczników tylko 1. Było przed powietrzem 4 kapeluszników, 4 tokarzy, 5 białoskórników, a poumierali wszyscy podczas „powietrza”; tak się działo i z innymi cechami. Ze sług i pachołków miejskich zostało z 40 tylko 2. Dyspozytorów i grabarzy umarło blisko 100. Z bractwa, Św. Benona, które najwięcej chorych doglądało, umarło 49. Na Lesznie zostało tylko3 gospodarzy na Solcu ani jeden. Wielu było, co powietrze przetrzymali, a potem z niego umarli, tak dalece, że blisko 30 tysięcy ludzi ta zaraza z tego świata zgładziła".

    Uciekając przed zarazą pozostawiano chorych na pastwę losu, co zresztą było w niegdysiejszych warunkach najlepszym, choć brutalnym sposobem walki z epidemią. Opuszczonymi niekiedy zajmowały się litościwe dusze, jak choćby dzielne siostry szarytki, które z Francji sprowadziła do nas Maria Ludwika. Częściej wszakże pozbawieni opieki, nie otrzymując nawet kubka wody, podawanego niekiedy w takich przypadkach na kiju, umierali po kątach, w atmosferze chaosu, trwogi i rozboju, jakby świat naprawdę pogrążał się w oparach Apokalipsy. Biły dzwony, stukały młotki, którymi zabijano drzwi i bramy, rozlegały się pijackie głosy straceńców wyznaczonych bądź ugodzonych do pilnowania porządku. Władysław Orkan w powieści Pomór uczynił głównym bohaterem chłopa Jamroza, który z rozpaczy, straciwszy podczas zarazy rodzinę, przystał do takich nieszczęśników. "Jeździli na gnojakach w postawach stojących - czytamy w tym posępnym utworze uważanym kiedyś za arcydzieło równe Głodowi Hamsuna - ze śpiewami, jako ci drużbowie, uzbrojeni niby w kopie - w osęki, i gdzie jeno zaraza przyskrzynęła kogo, tam oni zaraz zjawiali się za nią. Stojąc z dala, wkręcali osęki w łachy - i na Dział - do dołu ! Obcując wciąż ze śmiercią, pijani szałem, gorzałką, nabierali powoli dzikości, podobnie jako te psy od sadyb ludzkich odstrychnięte. Zarówno im się stawało życie czy śmierć - człek żywy czy uśnięty. Nieraz też i nie czekali - robota nagliła - gdy ino zaraza na kim siadła, brali żywcem... W strachu powszechnym oni jedni śmierci się nie bali.

    Orkan, jakże mi bliski swojak z Poręby, pisząc Pomór nie stworzył może arcydzieła o "ojcu zadżumionych" spod Turbacza, przedstawił jednak w tym utworze sceny oparte na rzeczywistych zdarzeniach. Powieść odwołuje się do wypadków połowy ubiegłego wieku, kiedy to cholera zaatakowała Galicję. To wówczas żydowski plebs z Krakowa ubrdał sobie, że zarazę roznosi Żyd –Wieczny Tułacz, który właśnie z synem na plecach zbliża się do miasta. Raz nawet przepędzono jakiegoś przybysza od uliczek kazimierskich, wyczuwając w nim owego groźnego Żyda. Pojawił się jednak nazajutrz. Próbowano wtenczas go udobruchać i wręczono mu krągłą sumkę, aby się więcej nie pokazywał, a kiedy niebawem, już byli pierwsi chorzy, naprędce pożeniono dwoje żebraków na kirkucie, bo i to miało zapobiegać epidemii.

    Wielki strach, wielka bezradność. Dziewica przez wieki stawała do swego dance macabre. Trupy zalegały dokoła, zdając się czatować na ostatnich żywych, albo zwalone na stos i przykryte niezdarnie ziemią przerażały długo jako miejsce grozy. Jak się uchronić przed nieszczęściem? Noszono - jak w XVII wieku - karawaki, hiszpańskie krzyże o dwu poprzecznicach, poznaczone mniejszymi krzyżykami (na każdym po siedem) i literami-symbolami o cudownym znaczeniu. Stawiano te "krzyże choleryczne" również na rozstajach albo przy mogiłach ofiar zarazy. A przede wszystkim: "Odpowietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie..." Przez wieki rozlegało się to wołanie, błagano o pomoc Matkę Najświętszą i wyszeptywano modlitwy do licznych świętych, którzy strzegli przed morem. Rozalia, Roch, Antoni, Sebastian... Wznosiła się ciemnym, smutnym wiewem pieśń do tej, co znała nieodłącznego druha bólu, choroby, umierania - samotność:


    Przezacna księżna dziewica

    Rozalija pustelnica.

    Ze krwi Karola Wielkiego

    Cesarza chrześcijańskiego.

    Pogardziłaś dostatkami,

    Dworem, państwem, pieszczotami.

    Na pustyniąś się udała,

    mieszkaniem Twym była skała...


    Wielkim kultem cieszył się święty Roch. Co roku w dniu jego święta, 16 sierpnia, księża błogosławili gospodarzy przy wypędzaniu bydła. i paliły się ognie, przez które zwierzęta musiały trzykrotnie przebiegać, żeby biała się nie mściła.

    Nie zaszkodziło wziąć z tego ognia parę węgielków i zanieść do chałupy, by w razie czego służyły pomocą, przydawało się oborywanie wsi, a dobrze także było zawiesić nad drzwiami, umieścić w izbie na stragarzu albo wsadzić na płot czaszkę po którymś siwku czy kasztanku. O, nie będziemy drwić z tych aktów nadziei przywoływanej zabobonnym sposobem przez naszych przodków. Cóż mieli czynić? Białej byle co nie pokona, bo to córa antychrysta, podobno zaś końska czaszka odpędzała ją czasem precz. I podobno tę straszną babę poskramiała jeszcze szabla, stara, nigdy nie tępa szabla polska. Raz szlachcic jednym zamachem uciął rękę szalejącej dziewicy. Sam zginął wprawdzie razem z rodziną, ale - jak to podaje znów Mickiewicz - ocalił swoją wieś, ocalił ów jakiś wystraszony płatek Litwy, by mogła dalej być "jak zdrowie".





    „Pochód czarnej śmierci”
    - Anna Brzezińska

    przedruk z Pomocnika Historycznego nr. 19 z 13.05.2006

    (skrót artykułu - opracowanie własne)

     

    660 lat temu wkroczyła do Europy czarna śmierć. Jej pierwszy atak trwał zaledwie 5 lat, ale odebrał życie co trzeciemu mieszkańcowi kontynentu. [...]

    Na początku XIV w. w Mongolii, na skraju pustyni Gobi, wybuchła zaraza. Podczas następnych piętnastu lat traktami lądowymi rozprzestrzeniła się na wschód i zachód, bez litości pustosząc Chiny i dziesiątkując wspólnoty nestorian w Kirgizji. W krąg historii europejskiej wkroczyła na Krym w 1346 r. wraz z mongolskimi wojownikami, którzy oblegali w Kaffie Genueńczyków. Kiedy wśród wojsk Złotej Ordy pojawiła się epidemia, ich przywódca, chan Dżanibek, miał podobno rozkazać, aby ostrzelano oblężoną twierdzę trupami - i dał tym samym początek historii broni bakteriologicznej. Podstęp się udał. Wprawdzie Genueńczycy natychmiast wrzucili zwłoki do morza, ale wkrótce sami ulegli chorobie. Co więcej, odtąd czarna śmierć miała wraz z zakażonymi Genueńczykami korzystać z dobrodziejstw morskiej żeglugi, co ogromnie przyspieszyło jej ponury pochód. Już w 1347 r. zawitała do wielkich portów Morza Śródziemnego, Konstantynopola i Aleksandrii, nieco później zaś opanowała Cypr, Kair i Tunis.

    Tymczasem już w październiku 1347 r. do Messyny przybyło kilka statków z uciekinierami z Kaffy: część z nich była chora, inni już konali. Zapewne mieszkańcy sycylijskiego portu nie domyślali się, że staną się pierwszymi w Europie ofiarami czarnej śmierci, potężnej pandemii, która niebawem dotknie większą część Europy i dotrze aż na same jej krańce, do Szwecji, Norwegii, na Wyspy Owcze i Szetlandy, aby wreszcie, po pięciu latach wędrówki przez spustoszony kontynent, poprzez Ukrainę i dorzecze Wołgi powrócić na Krym. Trzeba tutaj pamiętać, że była to jedynie pierwsza fala czarnej śmierci. Zaraza nie wycofała się bowiem na dobre i powracała jeszcze wielokrotnie, z początku co 6-12 lat, później co 15-20 lat, tak więc stała się częścią życiowego doświadczenia właściwie każdego Europejczyka. Szczególnie dotkliwe były jej dwa pożegnalne akordy- epidemia w Londynie (1665 r.), która pochłonęła 20 proc. ludności miasta, i mór w Marsylii (1720 r.), gdzie straty szacuje się nawet na 50 proc. mieszkańców.



    Pierwsze uderzenie czarnej śmierci 1346 - 1351 r.


    PRZYJMUJE SIĘ, ŻE SPRAWCĄ OWEJ KATASTROFY DEMOGRAFICZNEJ, KTÓRA WEDLE POWSZECHNYCH SZACUNKÓW POCHŁONĘŁA 1/3 LUDNOŚCI EUROPY, była bakteria Yersinia pestis, odkryta w 1894 r. podczas epidemii dżumy w Hongkongu. W zależności od objawów choroba ta przybiera trzy formy: dżumy dymieniczej (charakterystycznym objawem są powiększone węzły chłonne), dżumy posocznicowej (bakterie przenikają bezpośrednio do krwi i śmierć następuje zwykle już w dniu zarażenia) i dżumy płucnej. Zachowane opisy czarnej śmierci podkreślają, że ofiary cierpiały od gorączki oraz nabrzmiałych guzów, a na ich skórze pojawiały się czerwone plamy, przez co zwykle utożsamia się ją z dżumą dymieniczą.

    Yersinia pestis jest chorobą szczurów, przenoszoną przez pchły pasożytujące na gryzoniach. Właśnie insekty miałyby być odpowiedzialne za przeniesienie choroby na człowieka. Jednakże trudno wędrówkami szczurów wytłumaczyć błyskawiczny pochód czarnej śmierci poprzez wsie i miasta Europy, zwłaszcza że szczur śniady, jakkolwiek pokonuje znaczne odległości, nie garnie się zbytnio do ludzkich siedzib, jego krewniak zaś, szczur wędrowny, ochoczo popasa u ludzi, ale też niechętnie wędruje. Co więcej, szczurze pchły żerują na człowieku jedynie po stracie swego naturalnego żywiciela, a źródła europejskie, w przeciwieństwie do chińskich i muzułmańskich, nie wspominają o szczurzej hekatombie, która poprzedzała wybuch zarazy. Dlatego też czasami nosicieli czarnej śmierci upatruje się również w ludzkich pchłach i wszach. Niektórzy badacze podejrzewają wręcz, że pałeczka dżumy zmutowała i dlatego bakteria odkryta w czasach nowożytnych jest nieco odmienna od czarnej śmierci. Jeszcze inni uważają wręcz, że za plagę odpowiedzialny był wąglik lub inna choroba (na przykład jakaś forma gorączki krwotocznej albo dur plamisty). Być może w przyszłości uda się ostatecznie zidentyfikować sprawcę epidemii na podstawie kompleksowych badań genetycznych szczątków ofiar.

    Spór wokół klinicznej natury czarnej śmierci nie może w żadnym razie przesłonić sprawy podstawowej - niezmierzonego ogromu zniszczeń, jakich dokonała. Oczywiście istniała pamięć, choćby czysto literacka, o wcześniejszych zarazach: gorączce peloponeskiej, o której pisał Tukidydes, czy morze (mór, pomór) Justyniana, który spustoszył Cesarstwo, pochłaniając m.in. 40 proc. ludności Konstantynopola. W średniowieczu znano też - nierzadko z doświadczenia własnego lub najbliższych - choroby zakaźne, np. odrę i ospę, które zbierały okrutne żniwo wśród dzieci. Ale choroby te występowały stale i dotykały najsłabszych, oszczędzając osoby w sile wieku, a po ich przebyciu zyskiwało się stałą odporność. Słowem, nie miały charakteru zarazy i były wpisane w życie średniowiecznego wieśniaka i mieszczanina.

    Czarna śmierć okazała się czymś wykraczającym poza tę skalę doznań: oto w krótkim czasie, podczas dni lub tygodni, wymierały całe rodziny, całe ulice, miasteczka albo wioski. O skali szoku, wywołanego przez chorobę, najlepiej świadczą nazwy nadawane jej przez współczesnych. Ludzie Zachodu obwołali ją bowiem wielką śmiercią lub wielką morową zarazą, podczas gdy muzułmanie określali ją jeszcze barwniej - powszechną plagą, plagą ludzkiego rodzaju, wielkim zniszczeniem, wielką zarazą, wielkim morem albo rokiem zagłady.

    PRZYCZYN ZARAZY UPATRYWANO PRZEDE WSZYSTKIM W GNIEWIE BOGA, KTÓRY ZSYŁAŁ JĄ NA ŚMIERTELNIKÓW W ODPŁACIE ZA CIĘŻKIE PRZEWINIENIA. Biblia dostarczała wszak cennych analogii w postaci plag, którymi obrażony Jahwe smagał naród wybrany, a w historii zachodniego chrześcijaństwa zachowały się opisy zarazy, której kres położył papież Grzegorz Wielki, kiedy w wielkiej procesji pokutnej obchodził Rzym, aż wreszcie ukazał mu się anioł, chowający do pochwy miecz Bożego gniewu. Tak więc na Zachodzie zarazę uważano za karę zesłaną na wielką i grzeszną w swej masie zbiorowość wiernych. Na Wschodzie zaś wierzono, że śmierć od moru była zsyłana przez Boga rozmyślnie na każdego z osobna, stąd też zupełnie bezcelowe były próby jej uniknięcia czy ucieczki z ziem ogarniętych zarazą. Przeciwnie, islam nauczał, że zarazę powinno się powitać z radością, jako że wierni nią dotknięci znajdą się od razu w raju.

    Na Zachodzie przyczyn czarnej śmierci upatrywano również we wpływie ciał niebieskich. Wierzono, że zła koniunkcja planet lub przelot komety może skazić powietrze, które wypełniają wówczas złe i jadowite trucizny, odpowiedzialne za szerzenie się zarazy. Przed owym skażonym powietrzem należy się bezwzględnie chronić, najlepiej uciekając, dokąd oczy poniosą. Ale niebezpieczne jest też wszelkie "otwarcie" ciała, które pozwala, aby powietrze przeniknęło pod skórę: nadmiar humorów, ćwiczenia fizyczne i pocenie się rozszerzające pory. Właśnie w czasach zarazy upowszechnił się

    zwyczaj żegnania ust przy ziewaniu i życzenia zdrowia przy kichaniu - oba zapewne miały w jakiś sposób chronić przed zetknięciem ze złym powietrzem. Skażenie mógł przenosić wiatr, przy czym osobliwie zjadliwy był wiatr wiejący z południa. Należało też unikać kąpieli oraz zmysłowych przyjemności, które w średniowieczu powszechnie łączono, gdyż łaźnie były przybytkami nie tyle czystości, ile rozkoszy. Stąd też od czasów czarnej śmierci liczba łaźni regularnie maleje, a ich los przypieczętuje kolejna z wielkich chorób, które naznaczyły nieodwracalnie historię Europy - syfilis.

    Złe powietrze usiłowano rozmaitymi sposobami oczyszczać. Ponieważ zarazę kojarzono z wilgocią i mgłą, powszechnym sposobem dezynfekcji stały się ogniska, które przez długie lata i niejednokrotnie wielkim kosztem palono na ulicach miast ogarniętych zarazą. Istniały też inne sposoby, jakimi próbowano skażone powietrze wzruszać lub rozpędzać - czy to strzelając z armat, czy też głośno krzycząc i bijąc w dzwony, czy wreszcie przepędzając ulicami ryczące bydło. Wskazane były też rozliczne aromatyczne dymy, dlatego w pomieszczeniach palono drewno sosny, dębu, jałowca i jesionu oraz wonne zioła, korzenie i bursztyn albo - co dla mieszkańców było może mniej przyjemne - niewielkie ilości prochu strzelniczego lub siarki. Miasta starały się ograniczać źródła smrodu: zakazywano w obrębie murów działalności garbarzom i rzeźnikom, nawoływano do czyszczenia rynsztoków i wywożenia poza miasto odpadków. Ale też nasi przodkowie nie zawsze bywali konsekwentni i tak na przykład podczas wielkiej zarazy w Londynie poodkrywali miejskie szamba, aby unoszący się z nich fetor pokonał morowe powietrze.

    Jeśli doszło już do zarażenia, średniowieczna medycyna okazywała się wobec czarnej śmierci całkowicie bezradna, co zresztą czasami szczerze przyznawali współcześni jej luminarze. Oto Chauliac, medyk awiniońskich papieży, wyznaje: "Dżuma nie przyniosła lekarzom pożytku jeno wstyd, tym bardziej że nie odważyli się odwiedzać chorych ze strachu przed zarażeniem, a jeżeli ich nawet odwiedzali, to nic prawie nie byli w stanie im pomóc i nic nie mogli zrobić". Oczywiście pozostawały rozmaite remedia, zalecane przez mniej lub bardziej poważne autorytety. Najsłynniejszym z nich była driakiew, słynna, a także niezwykle kosztowna i skomplikowana kombinacja kilkudziesięciu składników, wzmocniona dodatkowo jadem żmii. Mniej zamożni pacjenci stosowali ocet siedmiu złodziei, czyli wyciąg z ziół, zalewanych na kilkanaście dni octem winnym. Najbiedniejsi jedli czosnek, zwany też driakwią ubogich. Lekarze oferowali pacjentom przede wszystkim upuszczanie krwi oraz środki na poty, rozwolnienie albo wymiotne: wszystkie te zabiegi miały usunąć z ciała szkodliwe miazmaty, ale ich skuteczność była tak nikła, że jedynie wzmacniała niewiarę w umiejętności medyków. Wierzono też w cudowną moc szlachetnych kamieni oraz rozliczne amulety, niekiedy kościelnej proweniencji, jak na przykład sławetne karawaki, czyli krzyże o dwóch ramionach, które w powszechnym mniemaniu miały tak niezawodną moc ochrony przed zarazą, że stosowano je bez refleksji religijnej, jak rekwizyty magiczne, co sprawiło, że w 1678 r. zakazał ich papież Innocenty XI.

    PODSTAWOWYM I NAJBEZPIECZNIEJSZYM ŚRODKIEM ZABEZPIECZAJĄCYM PRZED ZARAZĄ POZOSTAWAŁA UCIECZKA. Na wieść o wybuchu moru salwowali się nią ludzie rozmaitego autoramentu, od zwykłych włóczęgów po dwór królewski i bogaczy. Zwłaszcza dezercja miejskich urzędników i duchowieństwa budziła powszechne zgorszenie i była surowo piętnowana przez współczesne autorytety: księżom, którzy opuścili wiernych w godzinie próby, niejednokrotnie odbierano prebendy. Wśród tej ogromnej fali uchodźców, która wylewała się z zakażonych miast, zasobność w środki i posiadanie pewnego schronienia zdecydowanie zwiększały szanse na przetrwanie. Ale po wsiach nie zawsze przychylnie witano przybyszów, choćby i całkiem zdrowych.

    W niezwykle ciekawej książce o fenomenie staropolskich postaw wobec zarazy Jan Kracik opisuje peregrynację sióstr karmelitanek bosych, które w 1622 r. wyruszyły z klasztoru św. Marcina do Bolesławia, gdzie obiecano im schronienie. Pierwszą przeszkodą okazał się niedobór wozów, jako że wielu innych usiłowało wymknąć się z zapowietrzonego Krakowa. Musiały więc popłynąć tratwą po Wiśle, kiedy zaś szczęśliwie dobiły do brzegu, jak pisze jedna z sióstr, "wszyscy szli pieszo, złą drogą błotną i po wodzie brnąc boso. Błądziliśmy po łąkach, nie wiedząc drogi. Ludzie wiejscy bali się nas, łajali, psy szczwali. Siostry niektóre były mdłe. Uprosiliśmy kilku chłopów, co na polu robili wołami, że wzięli co chorsze i zawieźli do dworu". Jednakże w zawilgłym dworze siostry nadal chorowały, a kiedy na dodatek w pobliskim klasztorze pokazała się zaraza, postanowiły poszukać innego przytuliska. Nie było o nie jednak łatwo, gdyż "ludzie się nas bali, rozumiejąc, żeśmy zapowietrzone". O pożywienie też było trudno, choćby i za pieniądze, bo w okolicy na dobre rozpanoszyła się już epidemia. Wprawdzie miecznik koronny naszykował dla sióstr tymczasową siedzibę w Pacanowie, lecz morowe powietrze znów wyprzedziło kawalkadę wozów i mniszki z przerażeniem dowiedziały się, że w pobliskiej wiosce wybuchła choroba. Ruszyły zatem dalej, o włos unikając utopienia podczas przeprawy przez bród. Wreszcie osiadły na zamku w Ćmielowie, ale narzekały, że trzymano je tam "jako w jakim więzieniu, i nie było nigdzie wyjścia". Zresztą i tam miejscowi nie byli im przychylni, skoro wreszcie oskarżono je o kradzież skarbu. Zarzut w końcu oddalono, lecz nie zmieniło to nastawienia okolicy i siostry przeniosły się do dóbr biskupa krakowskiego w Wawrzeńczycach.

    Ta mozolna peregrynacja bezbronnych sióstr - a przecież w normalnych okolicznościach szaty mniszek wzbudzały wśród naszych staropolskich przodków nie byle szacunek - jest ze wszech miar znamienna, podobnie jak reakcje wieśniaków, którzy tyleż z lękiem, co agresją odnosili się do uciekinierów z zarażonego miasta, upatrując w nich zwiastunów i siewców moru. Sytuacja ubogich była jeszcze gorsza. Z braku potężnych protektorów miejscy biedacy uciekali na własną rękę, niejednokrotnie wymykając się miejskim pachołkom i koczując po lasach w skleconych naprędce budach i szałasach, od wiosek bowiem i miasteczek odpędzano ich bez litości. Tam też często marli - nie zawsze od czarnej śmierci, czasami po prostu z głodu i chłodu.

    Jak wynika jasno z perypetii uciekinierów, współcześni świetnie zdawali sobie sprawę z zakaźnej natury choroby i byli świadomi, jak niebezpieczny może być kontakt z zarażonymi. Nieprzychylność wobec przybyszy nie stanowiła zatem jakiejś szczególnej cechy ubogiego i ciemnego chłopstwa. Przeciwnie, wieśniacy postępowali wręcz zgodnie z zaleceniami współczesnych autorytetów, które zalecały odosobnienie chorych i podejrzanych jako podstawowy środek zapobiegający rozprzestrzenianiu się epidemii. W fascynującej monografii czarnej śmierci William Naphy i Andrew Spicer opisują wysiłki miast, które poprzez wprowadzanie różnorakich form kontroli migracji usiłowały ochronić przed zarazą swych obywateli. W obliczu plagi ochoczo wypędzano poza obręb murów miejskich wszelki element podejrzany, w szczególności zaś osoby naznaczone piętnem grzechu czy nieczystości, która w tamtych czasach była raczej kategorią moralną niż estetyczną -ladacznice, włóczęgów, żebraków oraz Żydów. Wobec obcych stosowano kwarantannę, czyli zamykano ich na czterdzieści dni w odosobnieniu, wierzono bowiem, że podczas tego czasu choroba zwykła się ujawniać. Udającym się w podróż obywatelom miasta wydawały specjalne świadectwa zdrowia, które wszelako dezaktualizowały się szybko i w związku z tym nie były bez zastrzeżeń respektowane przez sąsiadów.

    Niemniej włoscy urzędnicy zdołali jako pierwsi wypracować system, pozwalający na pewną kontrolę przepływu dóbr i ludności. Miasta porozumiewały się między sobą, zgłaszając rozprzestrzenianie się morowego powietrza, wyznaczały specjalnych urzędników czuwających nad osobami objętymi kwarantanną, zatrudniały miejskich lekarzy oraz strażników, którzy mieli zapobiec grabieży mienia chorych i zamieszkom, pobierały podatki przeznaczone na utrzymanie chorych i zajmującego się nimi personelu, powoływały komisje zdrowia nadzorujące walkę z plagą, wznosiły szpitale miejskie i wreszcie wprowadziły obowiązek zgłaszania zgonów. Ludność miejska przyjmowała te urzędowe dobrodziejstwa z oporem, ponieważ mimo niewątpliwych korzyści dla wspólnoty przynosiły one równie oczywiste acz bardzo dotkliwe konsekwencje dla jednostki, w otoczeniu której odkryto źródło zarazy. Zgodnie z przekonaniem, że zwłoki zadżumionych przenoszą chorobę, odmawiano jej ofiarom prawa do zwyczajowego pochówku na cmentarzach, zamiast tego grzebiąc je w głębokich wspólnych mogiłach poza murami miejskimi. Rodzinę ofiary dżumy izolowano, jej odzież palono (niejednokrotnie było to bardzo nie w smak grabarzom, którzy zwyczajowo rościli sobie prawo do przyodziewku zmarłych). Co zasobniejszym krewnym chorych pozwalano zostawać we własnych domostwach, opieczętowawszy je wprzódy i oznaczywszy na drzwiach znakiem zarazy.

    Biedaków wszelako często zabierano do specjalnych, budzących grozę domów dla zadżumionych, które bywały zwyczajnymi umieralniami, bo nawet nie próbowano w nich leczyć chorych. Skazani na odosobnienie, pozbawieni możliwości zarobkowania, musieli polegać na urzędnikach miejskich, którzy - przynajmniej w teorii - zobowiązani byli zaspokajać ich potrzeby.

    WŁAŚNIE TA BEZLITOSNA KOMBINACJA PRZYMUSU I IZOLACJI STAŁA SIĘ NAJSKUTECZNIEJSZĄ BRONIĄ, jaką dysponował człowiek średniowiecza w walce z czarną śmiercią. Biurokraci, w przeciwieństwie do lekarzy, okazali się bystrymi obserwatorami i żadne wpływy ciał niebieskich ani teorie miazmatów nie przesłoniły im prostego faktu, że mór jest chorobą zakaźną.

    Jak wspomniano, ludzie poddawali się tym zarządzeniom z oporami: chcieli grzebać swoich zmarłych w poświęconej ziemi, swobodnie zarabiać na życie w warsztatach, pić w gospodach, podróżować bez przeszkód i sprzedawać towary w obcych miastach. Dlatego też magistraty wprowadzały drakońskie, nierzadko gardłowe kary za ukrywanie choroby, nie zgłaszanie zgonów i nielegalne pochówki ofiar (na cmentarzach bądź na terenie prywatnych posiadłości), za kupczenie majątkiem ofiar moru i wreszcie za zwykłe kradzieże oraz tumulty. Wybuch zarazy oznaczał bowiem niewyobrażalne zachwianie dotychczasowego porządku świata. Śmierć, która wszak nieustannie krążyła wokół człowieka średniowiecza, stawała się czymś powszechnym i szokującym w swojej masowości. W czasie apogeum moru w miastach na ulicach leżały zwały trupów, których nie nadążano grzebać. Wymierały całe rodziny. Bram miejskich strzegli uzbrojeni pachołkowie, zagradzając drogę ucieczki w bezpieczniejsze - jak wierzono - rejony. Jako że ustawały normalne dostawy żywności, szerzyła się drożyzna

    i głód. Spowiednicy nie nadążali spowiadać, zresztą sami cierpieli od choroby, więc nawet religijna pociecha stawała się utrudniona.

    Wszystko to sprawiało, że część ludzi oddawała się dzikiemu rozpasaniu, pijaństwu i rozpuście, aby przed nieuchronną, jak się zdawało, śmiercią jak najbardziej użyć życia. Jednakże zwrócenie się ku religii było również powszechną reakcją na grozę czarnej śmierci. Szczególnie często odwoływano się do Maryi, wierząc, że jej wstawiennictwo i prośba mogą powstrzymać ostrze Bożego gniewu. Modlitwy zanoszono również chętnie do św. Sebastiana - strzały, od których cierpiał, kojarzyły się z niewidzialnymi strzałami zarazy, a na niektórych wizerunkach świętego groty tkwią w jego ciele właśnie w miejscach najbardziej narażonych na dymienice. Później patronem ofiar zarazy stał się również św. Roch, który zasłynął tym, że pielęgnował chorych na dżumę i wielu uzdrowił. Różne formy przybierała też religijność bardziej masowa - od pielgrzymek przebłagalnych, poprzez procesje, aż do ruchu biczowników, czyli pokutników, którzy na nowo pojawili się w czasie czarnej śmierci i którzy usiłowali przebłagać Boga, smagając się przed kościołami do krwi i na publicznych placach.

    Kolejnym krwawym aspektem czarnej śmierci były rzezie i pogromy. Czasami zdesperowana społeczność w obliczu śmiertelnego zagrożenia poświęcała siły nie tyle na próby ratunku, ile na wyszukiwanie sprawców nieszczęścia - grzeszników, którzy swymi nieprawościami ściągnęli zagładę na całą społeczność i przykładne ich ukaranie. W miarę postępów epidemii rosła podejrzliwość i nasilały się wzajemne oskarżenia. Chodziły słuchy o zatruwanych studniach albo o chorych, którzy z nienawiści do zdrowych rzucali z okien lazaretów strzępami zarażonej odzieży. W zależności od okoliczności kozłami ofiarnymi stawali się więc Żydzi, ladacznice, żebracy, grabarze lub ubodzy przybysze, jeśli szukając dorywczego zajęcia zapuścili się nieopatrznie na tereny zagrożone zarazą. Czasami wypędzano ich jedynie poza mury miejskie, zdarzały się jednak również publiczne mordy

    ZACHOWAŁY SIĘ JEDNAK WZMIANKI I O TAKICH SYTUACJACH, KIEDY GRANICA MIĘDZY KATEM I OFIARĄ SIĘ ZACIERAŁA, a ze sprzecznych świadectw współczesnych trudno po wiekach wywnioskować, co się naprawdę wydarzyło. Naphy i Spicer przytaczają historię pewnego świątobliwego pustelnika, który pojawił się podczas epidemii dżumy we Francji w 1580 r., z wielkim oddaniem pielęgnując jej ofiary i zachęcając do pokuty. Wielu uzdrowił, więc czczono go za życia niczym świętego, produkowano jego podobizny, które miały chronić przed zarazą, wznoszono ołtarze. W siedem lat później, podczas kolejnego ataku morowego powietrza, znów wezwano go na pomoc. Tym razem jednak lekarze odkryli, że dziwnym trafem ogniska dżumy wybuchają w miejscach, gdzie wcześniej gościł. Wkrótce też doszli do wniosku, że celowo pozwala chorobie się rozprzestrzeniać, aby później tym bardziej widowiskowo ją zwalczać. Potem medycy dokonali jeszcze bardziej przerażającego odkrycia - oto święty mąż miał jakoby przenosić zarazę w zakażonych rzeczach, zatem go uwięziono. Oskarżany podczas śledztwa o lubieżność, uwodzenie kobiet i świadome szerzenie zarazy został ostatecznie skazany na stos, jednak obecnie nie sposób już dojść, czy był niewinnym kozłem ofiarnym, czy też agentem króla Hiszpanii, z którego rozkazu, jak utrzymywano, zarażał obywateli Francji.

    Samuel Pepys zanotował podczas londyńskiej zarazy, że ludzie stali się wobec siebie okrutni. Agresja podsycana strachem zwracała się również przeciwko zwierzętom, szczególnie psom i kotom, które mordowano w obawie, że ich sierść jest idealnym siedliskiem śmiertelnych miazmatów. Jednakże źródła z czasów czarnej śmierci opowiadają również inne historie - o rodzinach, które mimo lęku pielęgnowały bliskich i towarzyszyły im podczas pochówku; o zakonnikach, którzy z ogromnym oddaniem pielęgnowali współbraci i nie odmawiali zarażonym ostatniej spowiedzi, mimo że ta posługa oznaczała dla nich wyrok śmierci; o lekarzach usiłujących ratować w lazaretach ofiary dżumy, choć przecież nie potrafili im skutecznie pomóc; o młodych siostrach, które, niebaczne

    na własne bezpieczeństwo, wynosiły z klasztoru pożywienie dla głodujących chorych.

    Kiedy zaś plaga ustępowała, ocalali na gruzach dawnego świata usiłowali od nowa budować swoje życie. Wprowadzali się do domów ofiar zarazy i okadzali stare kąty. Podejmowali pracę w porzuconych warsztatach i na polach. Wielu się bogaciło i zapewne z niechęcią spoglądało na mury lazaretów. Wdowcy i wdowy zawierali kolejne małżeństwa. Rodziły im się dzieci. I przez krótką chwilę świat znów wydawał się niemal bezpieczny i przewidywalny.

     





    21 grudnia 2005 r. - 20 maj 2006 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005