Litwo Ojczyzno moja ...

Czy myślisz, że w przeszłości ludzie żyli inaczej?
Czy czasem nie wydaje Ci się, że zwrot: "historia lubi się powtarzać" - nie jest pozbawiony racji?

JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Litwo Ojczyzno moja ...

Postautor: JanuszStankiewicz » pt mar 09, 2007 19:25

.
Niezwykle interesujący artykuł ukazał się w „Neewsweek” 25.02.07 pod tytułem „Litwo Ojczyzno moja”. Autorem jest MICHAŁ KACEWICZ Z WILNA
    Młodzi Polacy z Wileńszczyzny stoją przed dylematem: okopać się w polskości czy robić karierę w biznesie i administracji, godząc się na lituanizację?
    Krajobraz podwileńskiej wsi nie zmieniał się przez długie dziesięciolecia. Te same chatki - małe, ale dzięki podobieństwu do pańskich dworków pełne szlacheckiej godności, te same kapliczki i drewniane kościółki. To mityczne kresy, które Polakom kojarzą się z „Panem Tadeuszem" i chwałą dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Do dziś na Wileńszczyźnie mieszka 300 tys. Polaków. Jeszcze niedawno żyli w swojskim, dobrze znanym świecie, zgodnie z odwiecznymi tradycjami i przyzwyczajeniami.
    Dziś jednak do tego świata bezceremonialnie wkracza nowe. W wioskach zdominowanych do niedawna przez ludność polskiego pochodzenia wyrastają nowoczesne osiedla piętrowych domków i wille nowobogackich z Wilna. Pracujący nawet po zmroku budowlańcy wylewają - za pieniądze z Unii Europejskiej - asfaltowe drogi i ścieżki rowerowe.
    O tym, jak unijne dotacje zmieniają krajobraz, można się przekonać np. w rejonie solecznickim na południu Wileńszczyzny, w 80 proc. zamieszkanym przez Polaków. Jeszcze dwa lata temu był to najbiedniejszy region Litwy: ogromne bezrobocie sięgające 40 proc., infrastruktura miejska w opłakanym stanie, długi. Dzisiaj dzięki unijnym i rządowym inwestycjom udało się wybudować wodociągi, oczyszczalnie ścieków, wyremontować szkoły i szpital. Soleczniki mogą się poszczycić szpitalem tak nowoczesnym, że wyposażenia zazdroszczą mu najlepsze placówki w Wilnie.
    Młodzi Polacy niesieni tą falą modernizacji lituanizują się albo raczej - europeizują. Wolą robić kariery w biznesie w Wilnie, niż kruszyć kopie o polską pisownię swoich nazwisk. - Dawna Wileńszczyzna odchodzi w przeszłość. Pozostanie czymś w rodzaju folkloru, który my, Litwini, powinniśmy kultywować. Polskie elity się zlituanizują i wymieszają z litewskim żywiołem - prorokuje litewski pisarz i publicysta Marius Ivaskievicius.
    Wybory Samorządowe 25 lutego będą zapewne datą graniczną w dziejach żyjącej tu polskiej społeczności. To prawdopodobnie ostatnie rozdanie polityczne, w którym Polacy mają jeszcze szansę na zachowanie władzy w tym regionie. Młodsze pokolenie coraz chętniej głosuje na partie litewskie, a na "polskiej" Wileńszczyźnie osiedla się coraz więcej rdzennych Litwinów. Prawdopodobnie za cztery lata proporcje sił w polityce się odwrócą.
    To przeraża starsze pokolenie Polaków - zwłaszcza tych, którzy nie znają litewskiego i są kiepsko wykształceni. To głównie oni boją się Litwinów i zmian, więc głosują na ugrupowania, których główną ideologią jest obrona polskości. A właściwie - obrona stanu obecnego. Żeby wszystko pozostało po staremu. - Żyć się już nie da, wszystko rozkopane, a jeszcze ci Litwini, wielcy panowie, się budują - narzeka 6O-letnia Zofia Poczobut z podwileńskiej Rzeszy. Miejscowi Polacy nowe osiedla litwinów nazywają pańskimi. To paradoks historii, bo przecież do niedawna to Litwini z przekąsem mówili o Polakach panowie, zarzucając im zadzieranie nosa z powodu szlacheckich korzeni.
    Ci litewscy panowie to rodząca się klasa średnia. Tak jak wszędzie na świecie, także na Litwie ludzie najbardziej przedsiębiorczy, najaktywniejsi i najdynamiczniejsi ciągną do stolicy, a nowe domy chętnie kupują w wioskach na jej obrzeżach. Tym samym nowobogaccy Litwini rozrzedzają polską wspólnotę, dominującą dotychczas na Wileńszczyźnie. Starsi Polacy z niepokojem patrzą na tę ekspansję. Mówią, że nawet Stalin nie osiedlał na ich ziemiach tylu obcych.
    Naturalne procesy migracyjne są oczywiście witane z radością przez ideologów i polityków odwołujących się do nacjonalizmu. Trzy tygodnie temu ojciec litewskiej niepodległości, a dzisiaj litewskich konserwatystów i eurodeputowany Vytautas Landsbergis zaapelował do mieszkających w Wilnie litwinów, by przemeldowali się do podstołecznych wsi, gdzie wielu z nich ma działki. To dałoby im możliwość głosowania w wyborach samorządowych w gminach położonych wokół miasta, gdzie do tej pory większość stanowili Polacy.
    - Tak objawiają się kompleksy młodego państwa, obawiającego się o własną tożsamość - mówi Zygmunt Klonowski, wydawca "Kuriera Wileńskiego” największej w regionie polskiej gazety. Jego zdaniem to właśnie dlatego Litwini starannie zacierają ślady polskiej historii Wileńszczyzny i nie zgadzają się na przyznanie Polakom choćby skromnej autonomii. Potwierdza tę opinię niedawny apel Landsbergisa, który grzmiał: "Trzeba raz na zawsze odebrać Polakom władzę na Wileńszczyźnie!':
    - Dlatego właśnie musimy zachować władzę w samorządach, inaczej wszystko stracimy, a naszym obowiązkiem jest obrona polskości tych ziem - odpowiada Waldemar Tomaszewski, lider Akcji 'Wyborczej Polaków na Litwie (AWPL), największej partii mniejszości polskiej i poseł do litewskiego sejmu.
    Kampania wyborcza przed wyborami samorządowymi jest chyba najdziwniejszą batalią polityczną w Europie. Mówiąc precyzyjniej - prawdziwej kampanii politycznej
    właściwie nie ma, bo przed tymi wyborami po prostu zakazano wieców przedwyborczych, bilboardów, reklam w mediach. Te restrykcje, krytykowane często jako sprzeczne z konstytucją, są efektem szoku, który przeżyli Litwini, gdy w wyborach parlamentarnych 2004 roku do władzy doszła finansowana przez Rosjan partia populistów Wiktora Uspaskicha. Dziś Uspaskich, ścigany przez litewski wymiar sprawiedliwości za korupcję, ukrywa się w Rosji. Ta nauczka przekonała Litwinów, że w ich niewielkim kraju nie trzeba wiele wydać, by zorganizować szumną kampanię wyborczą i kupić wyborców. Uznali więc, że lepiej w ogóle zakazać prowadzenia agitacji.
    -Paradoksalnie ograniczenia w kampanii działają na naszą korzyść, bo nas i tak wszyscy znają - mówi Zdzisław Palewicz, zastępca mera Solecznik. Palewicz jest jednocześnie ważnym politykiem AWPL.
    Owszem, znać znają. Ale czy popierają? Coraz częściej poglądy młodego pokolenia Polaków okazują się odległe od tego, co proponują im politycy AWPL.
    Beata Szymańska z Wilna ukończyła politologię na Uniwersytecie Wileńskim. Mimo polskiego pochodzenia na co dzień mówi po litewsku. - To prawda, jestem produktem dobrowolnej lituanizacji, ale na pewnym etapie życia trzeba się zdecydować: albo izolacja w polskim środowisku, albo kariera i uczestnictwo w litewskich elitach - mówi z bardzo mocnym akcentem, starannie dobierając polskie słowa.
    Polaków, którzy dokonują takiego wyboru, jest coraz więcej. Młodzi, wykształceni - także w Polsce - robią kariery w litewskiej administracji (wieloletnią asystentką kolejnych prezydentów Litwy jest Polka), w bankach, w biznesie. Większość z nich z własnej woli przyjęła litewskie nazwiska. - Oczywiście przez polskich ortodoksów jesteśmy traktowani jak odszczepieńcy, zdrajcy, bo mówimy po litewsku przyznaje Beata Szymańska. - Ale przecież my nie wypieramy się korzeni, tylko nie chcemy dłużej udawać, że państwo litewskie nie istnieje.
    Wystarczy wejść na bardzo popularne wśród młodych czytelników forum "Kuriera Wileńskiego” by usłyszeć, co młodzi myślą o swojej małej ojczyźnie: "To jest nasza polska rzeczywistość: wieśniacy, chałupy, chlewy i jedna wielka pipidówka. Może przynajmniej Litwini zaprowadzą tu porządek!" - to o sytuacji w podwileńskich wsiach.
    Zamiast utrwalać mit polskości rodem z "Pana Tadeusza", młodzi wolą myśleć o wspólnej Europie. Przychodzi im to tym łatwiej, że na poziomie kontaktów międzypaństwowych Polska i Litwa to dziś wręcz modelowy przykład współpracy. Warszawa i Wilno występują ramię w ramię przeciwko rosyjskim próbom szantażu energetycznego. PKN Orlen odniósł wielki sukces, uprzedzając Rosjan w wyścigu o zakup litewskiej rafinerii w Możejkach. Teraz polski koncern jest największym inwestorem na Litwie (choć wbrew opiniom polskich mediów Litwini nie wierzą, że Orlen jest w stanie zapewnić rafinerii dostawy ropy. Są plany budowy wspólnej polsko-litewskiej elektrowni atomowej w Ignalinie i połączenia naszych systemów energetycznych.
    Wielu Litwinów i Polaków nowego pokolenia marzy, żeby ta wzorowa współpra ca władz centralnych przeniosła się na poziom lokalny. - Polacy z Wileńszczyzny bo borykają się z tymi samymi problemami, co Litwini. Więc zamiast skupiać się na sprawach z własnego podwórka, mogliby zaan gażować się w rozwiązywanie poważnych problemów całego kraju - uważa Marius Ivaskievicius.
    A tych nie brakuje. Co prawda obecnie wzrost gospodarczy Litwy przekracza 7 proc., ale perspektywy długofalowe nie są najlepsze. W litewskich sklepach królują produkty made in Poland, co cieszy naszych eksporterów, ale oznacza też, że na-Litwie zbyt wolno rozwija się przemysł przetwórczy, a rolnictwo się nie modernizuje. Brakuje młodych inżynierów czy informatyków, bo w kraju jest za mało uczelni technicznych. To powoduje, że Litwa nie należy do pupilów firm zagranicznych (np. w roku 2004 poziom inwestycji w tym kraju sięgnął 770 mln dolarów, a w dwa razy mniejszej Estonii, która stawia na zaawansowane technologie, aż 970 mln dolarów).
    Inwestorów odstrasza też poziom korupcji (jeden z najwyższych w Unii). Praktycznie każda inwestycja na rynku nieruchomości wiąże się z łapówką dla urzędników. Konsekwencje ponoszą też litewscy Polacy, którzy nie mogą doczekać się zwrotu działek, należących się im na mocy ustawy o zwrocie nieruchomości zagrabionych przez komunistów. Właśnie kwestia własności ziemi jest dziś kością niezgody między Polakami i Litwinami. Działki są zwracane Polakom opieszale albo wcale. Zdarzają się sytuacje, że ziemi nie można oddać dawnemu właścicielowi, bo - pobudował się na niej nowy, który często okazuje się Litwinem, przybyłym z innej - części kraju. Polak dostaje więc ziemię zastępczą - rozdrobnioną, np. pasy metrowej szerokości, porozrzucane po całej okolicy. Takie sytuacje są zwykle skutkiem korupcji urzędników, także polskich, którzy w latach 90. sprzedawali ziemię za łapówki. Obecny mer Wilna Arturas Zuokas - i prawie pewny kandydat na zwycięzcę w zbliżających się wyborach – jest nawet ironicznie nazywany "pan 5 procent" - od doli, jaką ono bierze o każdego inwestora. - Takie problemy jak walka z korupcją to nasza wspólna sprawa; a polskie partie nawet o tym nie wspominają - mówi Zygmunt Klonowski, polski biznesmen z Wilna. - Niestety, wytworzył się swoisty monopol na rację. W lokalnej polityce polskiej społeczności inicjatywę przejęła jedna partia i wszyscy, którzy ośmielą się skrytykować jej polityków, od razu są nazywani zdrajcami sprawy polskiej.
    Rodzinna firma Klonowskiego, Klion, działająca w branży motoryzacyjnej, od lat jest zaangażowana w życie polskiej społeczności. Klonowski jest wydawcą "Kuriera Wileńskiego”, do którego - jak mówi - dokłada, bo gazeta jest nierentowna. Redakcja mieści się tuż obok warsztatów samochodowych Klonowskiego i wygląda niepozornie. W opinii wielu Polaków Klonowski jest samotnym rycerzem walczącym z wiatrakami - jego gazeta z jednej strony nie waha się walczyć o polskie racje z Litwinami, a z drugiej strony jest w opozycji wobec polskich partii politycznych.
    Inne, równie ważne polskie medium na Litwie, Radio znad Wilii, jest znacznie mniej zaangażowane społecznie i politycznie. Może dlatego rozgłośni ttj chętnie słuchają młodzi Polacy. Codzienna ramówka tego radia niczym nie .różni się od polskich rozgłośni komercyjnych - muzyka lekka i przyjemna, ciekawe reportaże, szybkie wiadomości. - Proporcje między muzyką polską a zagraniczną są takie same jak w rozgłośniach w Polsce - tłumaczy Kamil Zalewski, dziennikarz Radia znad Wilii. Kamil jest przybyszem z Polski - zafascynowany Litwą przyjechał z Suwałk i zamierza trochę pomieszkać w Wilnie. Zaczął nawet uczyć się litewskiego, choć przyznaje, że to trudny język. - Nie czuję żadnego napięcia między Polakami a Litwinami, obserwuję natomiast rosnącą fascynację młodych Polaków kulturą litewską i językiem - mówi Kamil.
    - Dzisiaj nie ma już powodów, by się odgradzać od Litwy, izolacja to śmierć dla polskiej społeczności - uważa 66-letni Jerzy Surwiłło, redaktor Radia znad Wilii i znany badacz polskiej historii. Choć należy do dawnego pokolenia Polaków, myśli jak młodzi. Surwiłło założył przy radiu stowarzyszenie, którego celem jest promowanie polskiej historii, ale bez narodowo-patriotycznego zadęcia. Na zebraniach panuje luźna atmosfera i obok kombatantów, biorących udział w kampanii wrześniowej, spotykają się młodzi entuzjaści historii - studenci Uniwersytetu Wileńskiego.
    - Kiedy skończymy prace nad badaniem losów polskich jednostek walczących w kampanii wrześniowej 1939 roku, zorganizujemy wystawę i rekonstrukcję bitew, to będzie widowisko, również dla Litwinów - przekonuje rozentuzjazmowany Surwiłło.
    Polacy tacy jak Surwiłło czy cała ekipa Radia znad Wilii nawet badając historię, chcą patrzeć w przyszłość, a nie toczyć ideologiczne spory. Takie chociażby jak spór o szyld na restauracji przy budynku Związku Polaków na Litwie. Litwini długo wzywali do zdjęcia tablicy z polskim napisem "Pan Tadeusz" i domagali się powieszenia wersji litewskiej - ,,Ponas Tadas” W końcu zawarto kompromis: nad wejściem wiszą nazwy knajpy w obu językach.


):dots Janusz Stankiewicz

Wróć do „HISTORIA A TERAŹNIEJSZOŚĆ”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

cron