Mathias Schenk story

Wspomnienia, reportaże, relacje ....
JanuszStankiewicz
SITE ADMIN
SITE ADMIN
Posty: 618
Rejestracja: pn lut 07, 2005 23:09
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Mathias Schenk story

Postautor: JanuszStankiewicz » pn kwie 20, 2009 21:11

.
    Kiedy w 1940 roku pojawilo sie niemieckie wojsko w naszej wiosce, mialem 14 lat. Hitler po zajeciu Belgii traktowal te tereny jako czesc Rzeszy. Niektorzy sasiedzi zaczeli sie witac “Heil Hitler!”. U nas mowilo sie po staremu “Guten Tag”. Bylo Gestapo, pytali rodzicow o moich dwu braci, ktorzy uciekli w glab Belgii. Trzeci brat ukrywal sie w okolicy. Zlapali go. Wrocil z frontu rosyjskiego ciezko ranny.

    Najlepszym moim przyjacielem byl kuzyn Daniel, uzdolniony majsterkowicz. Zrobil nawet potajemnie radio. Skrzynka odbierala tylko BBC. Daniela powolali do Wermachtu. Zostal radiotelegrafista; polegl na Krymie.

    Wezwanie do obowiazkowej pracy dla Rzeszy dostalem w pazdzierniku 1943 roku. Pierwsze Boze Narodzenie poza domem. Przepustek nie bylo. W dwudziestu przeskoczylismy plot i poszlismy na pasterke. Za kare musielismy oprozniac latryny, biegajac po kupie gnoju i spiewajac koledy. Pol roku pozniej wzieli mnie do wojska; specjalnosc saper. Czesc chlopcow zwiala. Ja nie moglem, bo moja rodzina byla na cenzurowanym i grozili, ze wysla ojca na front wschodni.

    Od dziecka znalem drogi przez zielona granice.pomagalismy uciekac do Belgii Zydom z Niemiec, szmuglowalismy jedzenie. Ostatni raz szedlem przez nia na Wielkanoc 1944, juz w niemieckim mundurze. Zlapali mnie ale mialem szczescie, bo sluzbe pelnil pan Furt, szewc z Losheim. Przed wojna szyl nam buty. Pozwolil uciec.

    Do Brygady wzieli ich podstepem. Najpierw szukali chetnych do SS, potem ochotnikow do nowej brygady szturmowej. Nikt sie nie zglosil. To oglosili, ze potrzebuja szoferow ciezarowek. Chlopacy sie pchali, kazdy chcial pojezdzic. Dali in nowe mundury, okulary ochronne i przywiezli pod Bonn. Tu przywital ich porucznik Fells: - Bezczelne swinie co sie tak wystroiliscie jak cyrkowcy, zdjac te okulary! O ciezarowkach nie bylo juz mowy.

    Kombinowalem jak moglem aby wyrwac sie na pare dni do domu. Kiedy szef kompani zapytal, kto ma w domu dosc kur, aby przyniesc sto jaj na sniadanie wielkanocne, sklamalem i dostalem cztery dni urlopu. Zbieralem jaja po sasiadach. Kiedy wracalem do wojska mama dala mi rozaniec z czarnych paciorkow.

    Lato 1944. w gospodzie jedza zupe fasolowa, Mathi Schenk z Peterem, kolega z wojska.
    Obaj w mundurach Wehrmachtu. Urwali sie z koszar na miasto. Oberzysta podkreca radio. Mowia o Fuhrerze, ze byl zamach, ze chyba nie zyje. W gospodzie robi sie cicho, sala pustoszeje. W koszarach zamieszanie, wyja syreny. – Czy Hitler nie zyje? – pyta jakis zolnierz.
    - Zamknac mordy! Nawet jesli zostalismy calkiem sami, pozostaniemy wierni naszemu Fuhrerowi. Kto sie zawaha bedzie rozstrzelany! – wrzeszczy Fells.

    Grala orkiestra. Pomaszerowali na dworzec. Byli pewni, ze jada do Francji. Cieszyli sie bo tam latwiej zwiac. Prowiant na dwa dni i pelno czerwonego wina w 20 – litrowych kanach. Wagony otwarte, na podlodze siano. Wygodnie. Pija, spiewaja. Graja w karty. Ludzie na polach machaja. Na postoju poslali Mathiego na tyl pociagu, zeby zalatwil nastepne 20 l wina. Pociag byl dlugi, kiedy ruszyl, Mathi nie zdazyl do swego wagonu. Noc przesiedzial na schodkach miedzy wagonami. Dlatego jak o swicie wjechali miedzxy male wioski, tylko on byl trzezwy. Od razu pomyslal, ze to Polska, bo plasko, chaty pod strzecha. Znow zaczelo sie picie.

    Nagle zobaczyl jak drewno z desek wagonu dziwnie odpryskuje. Krzyki, krew. – ktos do nas strzela! Pociag zaczal sie cofac. Ranni umierali, pijani sie budzili. – Cholera na ruski front nas wywiezli. Nawet dowodca kompani sie zataczal, byl niezdolny do walki. Przez pola biegl zolnierz; mial podarty mundur, twarz umazana krwia, - W Warszawie wybuchlo powstanie! – krzyczal.

    W Warszawie stoczylem 19 walk na noze i bagnety. W piwnicach. Piwnice to byla druga Warszawa. Kiedy walczysz w piwnicy jest cicho, nic nie widzisz. Bylem szybszy zabilem tego Polaka. Warszawa to moje najstraszniejsze przezycie!

    Wkraczalismy do Warszawy po konskich lbach.Polacy strzelali ale nie bylo ich widac.Na domach biale flagi. Skoczylem przez wybite okno. Na schodach lezeli mezczyzna i kobieta zabici strzalem w czolo. Szturmowalismy kolejne domy wszedzie cywile, kobiety, dzieci, wszyscy z dziurami w glowie.

    Przyjechal czolg. Pobieglismy za nim z esessmanami. Kilka metrow przed budynkami czolg zostal trafiony. Wybuch, czapka zolnierza poleciala wysoko w powietrze. Znowu ucieklismy. Drugi czolg wacha sie.

    Pedzili Polke w dlugim plaszczu, tulila mala dziewczynke. Ludzie scisnieci na czolgu pomagali jej wejsc. Czolg ruszyl. Mala wysunela sie matce z rak. Spadla pod gasienice. Kobieta krzyczala. Jeden z esessmanow skrzywil sie i strzelil jej w glowe. Pojechali dalej.

    Atak sie udal. Polacy cofali sie. Pobieglismy za nimi. Z piwnic wychodzili ludzie z podniesionymi rekami. “nie partyzanci”, nie jestesmy paryzantami krzyczeli. Nie widzialem co tam sie dzieje, bo ostrzeliwalem sie z Polakami, ale slyszalem jak ten esessman w skorzanym plaszczu krzyczal na swoich ludzi zeby zabijali wszystkich, kobiety i dzieci tez!

    Trzeba bylo isc po zwlokach. W tej goraczce szybko sie rozkladaly. Slonce zaslanial kurz, mundury sie lepily. Przywital nas porucznik Fels, glupi fanatyk. “Gdzie byliscie bezczelne swinie?!” Chwalil SS za dobra robote. Nic nie moglem jesc, wymiotowalismy. Mowilismy o nim “rzeznik”.

    W drzwiach stanela pielegniarka z mala biala flaga. Weszlismy do srodka z nastawionymi bagnetami. Wszedzie ranni. Oprocz Polakow lezeli tam ciezko ranni Niemcy. Prosily aby nie zabijac Polakow. Ale za nami biegli juz Dirlewangerowcy. Esessmani rozwalali rannym glowy kolbami. Niemieccy ranni krzyczeli i plakali. Potem Dirlewangerowcy rzucili sie na siostry. Zdzierali z nich ubrania. Wrzask byl jak na walkach bokserskich. Wermacht, SS, Kozacy od Kaminskiego, chlopcy z Hitlerjugent, gwizdy nawolywania.
    Potem przez plac pedzili te pielegniarki nagie. Po nogach ciekla im krew. Za nimi ciagneli lekarza z petla na szyi. Kiedy wieszali jedna z siostr Dirlewanger sam odkopnal jej cegly spod nog.

    Zobaczylem po lewej Polaka. Pociagnalem kolegow w dziure w scianie, ale obaj juz dostali. Jeden caly magazynek, drugi w pluco. Kiedy oddychal z ust wyplywala krew. Dziure w plucach zatkalem mu ziemia. Polacy rzucili granaty. Jeden odrzucilem drugi potoczyl sie za daleko. Bylem czerwony od krwi i kawalkow miesa. Po poludniu przybieglo czterech z Wermachtu z noszami. Potem widzialem jak grzebali kolegow. Sciagneli im buty, wrzucili do wykopu z innymi zabitimi. Posypali wapnem.

    Czasem pokazuja na filmach jakies sceny z Powstania, ale tam nie ma nic co ja widzialem. Wysadzilismy drzwi. Dzieci staly w holu i na schodach. Raczki w gorze. Patrzylismy na nie kilka chwil, zanim wpadl Dirlewanger. Kazal zabic. Rozstrzelali je a potem po nich chodzili i rozbijali glowki kolbami. Krew ciekla po schodach. Tam teraz jest tablica, ze zginelo 350 dzieci. Mysle, ze bylo ich wiecej z 500.

    Jest tez male dziecko w rekach Dirlewangera. Wyrwal je kobiecie ktora stala w tlumie na ulicy. Podniosl je wysoko i wrzucil do ognia. Potem zastrzelil matke. A tamta dziewuszka, ktora wyszla nagle z piwnicy, byla chuda i niewysoka, jakies 12 lat. Ubranko podarte, wlosy rozczochrane. Z jednej strony my, z drugiej Polacy. Stala pod sciana, nie wiedziala gdzie uciec. Podniosla raczki. Machnalem do niej, zeby sie nie bala, zeby podeszla. Szla z raczkami do gory. W jednej cos sciskala. Byla juz blisko, padl strzal, glowka jej odskoczyla. Z raczki wypadl kawalek chleba. Wieczorem podszedl do mnie plutonowy, byl z Berlina. “Czy to nie byl mistrzowski strzal?” Usmiechnal sie z duma.

    Nasza maskotka byl kaleki chlopiec, tez ze dwanascie lat. Stracil noge ale potrafil bardzo szybko skakac na drugiej. Byl z tego bardzo dumny. Zawsze skakal wokol zolnierzy w ta i spowrotem. Mowilismy, ze to na szczescie. Troche pomagal. Ktoregos dnia zawolali go esesmani. Skoczyl do nich chetnie. Smiali sie, kazali mu skakac w strone drzew. Widzialem z daleka, jak wsadzaja mu dwa granaty do torby. Nie zauwazyl. Skakal a oni sie smiali: “Schneller, schneller!” (szybciej, szybciej). Wylecial w powietrze.

    Zwykle budze sie bardzo wczesnie. Moja zona spi dlugo. Czasem w polsnie widze przed soba zabitych. Czasem probuje liczyc tych, ktorych sam zabilem. Nie moge policzyc.

    Maly Polak przyniosl nam jedzenie na warte. Chyba nie byl jencem. Mialem wtedy warte w fabryce tekstyliow w piwnicy. Nie mowil po niemiecku, ale potrafilismy sie porozumiewac gestami. Jak mialem dawalem mu papierosy. Przechodzil esesmam. Kiwnal na niego, maly poszedl za nim. Uslyszalem strzal. Pobieglem, chlopiec lezal martwy na schodach. Esesman skierowal pistolet na mnie. Patrzyl dlugo, ale odszedl. Tak bylo w Warszawie.

    Albo ta Polka. Za kazdym razem kiedy szturmowalismy piwnice, a byly w nich kobiety Dirlewangerowcy je gwalcili. Czesta ta sama, szybko nie wypuszczajac broni z rak. Jeden wzial kobiete. Byla ladna, mloda. Nie krzyczala. Gwalcil ja przyciskajac jej glowe do stolu. W drugiej rece mial bagnet. Najpierw rozcial jej bluzke. Potem jedno ciecie od brzucha po szyje. Krew chlusnela. Czy wiecie jak szybko zastyga krew w sierpniu?

    Juz nie pamietam, ktorego dnia postanowilismy zabic ta swinie Fellsa. Zeby przezyc, bo gnal nas ciagle naprzod. W siedmiu czy osmiu losowalismy karabiny. Dwa byly nabite. Jak tylko Fells znalazl sie z przodu wypalilismy mu w plecy. Padl a my ucieklismy. Nowy dowodca byl bardziej ludzki.

    Wysadzalismy tylne drzwi do klasztoru. Klasztor, ogromny budynek niedaleko Starego Miasta. Wskoczylismy we dwoch do srodka. Przed nami stal ksiadz. Trzymal oplatek I kielich. Moze to byl odruch, nie wiem, ukleklismy, dal oplatek. Wpadl trzeci z naszej grupy, tez dostal oplatek. Wlecieli esesmani, jak zwykle strzaly, krzyki, jeki. Siostry byly w habitach. Kilka godzin pozniej zobaczylem tego ksiedza w rekach Dirlewangerowcow. Pili wino z kielicha, hostia lezala polamana. Obsikiwali krzyz oparty o mur. Dreczyli ksiedza, mial zakrwawiona twarz, rozerwana sutanne. Zabralismy in tego ksiedza,to byl jakis odruch. Esesmani byli zdumieni, ale tak pijani ze nie wiedzieli co sie dzieje.

    To byla chyba moja ostatnia akcja w Warszawie. Zdobywalismy jakis budynek, bieglem przez pole. Lezal ranny zolnierz. Dalem mu wody z manierki i pobieglem wysadzic drzwi. SS szlo za nami. Jak wracalem, zatrzymal mnie Dirlewanger. Wskazal rannego: “Ty dales tej swini pic? ”. Dopiero teraz zauwazylem, ze na niemieckim mundurze ranny ma brudna, bialo czerwone opaske. “Zastrzel go!” – Dirlewanger dal mi swoj pistolet. Stalem bez ruchu, mialem dosc wszystkiego. Dirlewanger byl tak wsciekly, ze nie zrozumialem co wrzeszczy. Ten Polak patrzyl na mnie. Nie zapomne tego wzroku. W Warszawie nauczylem sie poznawac, czy ranny pozyje kilka minut czy kilka godzin.
    Jeden z esesmanow wyrwal mi pistolet i zastrzelil Polaka. Dirlewanger wrzeszal. Ze mnie rozstrzela. Ale przybiegli zolnierze z Wehrmachtu. Wiec zaczal grozic sadem wojennym. Jakis officer piechoty zaczal z nim ostro dyskutowac. Dalem noge.

    Ostatni przyczulek powstania skapitulowal. Jakis wysoki oficer przyszedl jak przedstawiciel narodu z biala flaga. Zaprowadzilismy go do dowodcy batalionu. Widzialem tam Wullenberga, Dirlewangera i innych dowodcow. Po paru godzinach
    Polacy przyszli, ciagnac za soba mase ludzi i bron. Wszystkich rannych polozono w wielkim magazynie fabryki octu. Nam rozkazano wyjsc. Z zewnatrz slyszelismy krzyki i strzaly. Wiem co sie stalo.

    Dirlewangera widzialem ostatni raz, jak szedl wsrod ruin z dwiema pieknymi kobietami. Miasto plonelo na ulicach trupy. Jego skorzany plaszcz byl podarty. One – blondynka I brunetka – bardzo eleganckie, zadbane. Szczebiotaly wesolo. Nie wiem czy to Polki, bylem za daleko.

    Co pozostalo z Warszawy wysadzali minerzy. Zostalismy przeniesieni, ale w listopadzie znow tam bylismy. Gralismy w pilke. Pilka wpadla do piwnicy. Wskoczylem zeby ja wyciagnac. W piwnicy leza niezliczone ciala, juz prawie szkielety.

    Odwrot spod Warszawy sapera szturmowego Schenka to osobna opowiesc. Z zolnierzy z ktorymi 1 sierpnia przyjechal do Warszawy, zostalo trzech. Zima 1944 roku uciekali przed rosyjskimi czolgami i komandami SS, ktore wieszaly uciekinierow na drzewach.
    - Wyrzucilismy prawie wszystka bron. Pasy, helmy. Kilku mialo rany, ktore probowali ukryc aby ich koledzy nie zostawili. Iwany tropily w sniegu nasze slady. Odcinali nam droge do lasu. Ucieklismy na srodek zamarznietego jeziora. Nie weszli za nami na lod ale czolg strzelal w jezioro. Kolega zaczal odmawiac “Ojcze nasz”, mowil coraz ciszej, az zamilkl. Umarl. Kiedy chmury zaslonily ksiezyc, popelzlismy do brzegu. Rosjanie palili papierosy, czolgalismy sie miedzy posterunkami. Ukrylismy sie w lesie.

    Nie mialem juz sil, polozylem sie w rowie na skraju lasu. Na mundurze mialem bialy kombinezon ochronny, podobne nosily Rosjanie. Znalezli mnie Polscy chlopi. Rusek? Zapytali, Niemiec? Kiwnalem glowa. Wtedy ten najwyzszy powiedzial; po niemiecku: “biedny chlopcze, jestes glodny?”

    Zaciagneli mnie do domu. Balem sie. “Polacy sa przebiegli, podstepni i falszywi”
    - uczyli mnie w wojsku. Kiedy do kuchni weszla dziewczyna z duzym nozem, myslalem, ze mnie zarzna. Rozciela mi buty, bo nie nogli ich zdjac. Mialem zlamana noge, reke i liczne odmrozenia. Dali cieplego mleka. Tak trafilem do braci Brzewinskich z Ochodzy. Na starszego Ignacego mowilem “Ojciec” a na Wincentego – “Wuj”. Na mnie wolali Mateusz. Ukrywali mnie w stajni z trzema konmi.

    Rosjanom, ktorzy zagladali do wsi, Brzewinscy powiedziel, ze jestem ciezko chorym synem, a chorych Rosjanie omijali z daleka. Polskim wladzom mowili, ze juz pol roku sie ukrywam, bo zdezertowalem z Wehrmachtu. Dlaczego mnie uratowali? Nigdy sie nie dowiedzialem. Kiedys mi powiedzieli, ze przez czarny rozaniec, ktory znalezli na piersi, jak zdzierali ze mnie mundur.

    Pamietam, jak miejscowy proboszcz wrocil z obozu koncentracyjnego. Parafianie wyjechali mu naprzeciw. “Ojciec” tez mnie zabral. Ksiadz szedl, wspierajac sie laska, chudy i blady w pasiaku. Pojechalismy do kosciola. Pierwszy raz po dlugim czasie uslyszalem Tantum Ergo, brzmialo jak w domu. Ksiadz szedl spiewajac poprzez kosciol i blogoslawil. Mnie tez. Bylem szczesliwy, pelen wstydu i winy.

    W Ochodzy nie wiedzialem juz, kim jestem – Belgiem, Niemcem, Mateuszem? Nawet nie wiedzialem, czy Belgia jeszcze istnieje. Myslalem, ze moja rodzina nie zyje. Gdybym w marcu 1946 roku nie dostal od nich wiadomosci, zostalbym w Ochodzy. I bylbym Polakiem.



wpisał Admin

Wróć do „WSPOMNIENIA, REPORTAŻE, RELACJE”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron